Uwolnić szafę

Jak wiadomo czyste przestrzenie i zakamarki uwalniają nie tylko powierzchnie płaskie ale i głowę. Przy okazji w takim domu od razu lepiej się oddycha, jest bardziej świeżo i pachnąco. A na dokładkę porządek robi się i we mnie. Porządkuję myśli, wyciszam się i mam niesamowitą satysfakcję, z efektu końcowego. Tym razem po przeczytaniu owej książki

poczułam zew, by zabrać się za szafę. Szafa duża, pojemna, mieszcząca (oprócz kurtek) rzeczy na wszystkie sezony. Idąc za radą autorki, wywaliłam wszystkie ciuchy na środek pokoju, umyłam wnętrze szafy, przymierzyłam każdą rzecz i rozpoczęłam selekcję pod hasłem..

  • odłożyć wszystko, co za małe, za duże, niewygodne i niemodne
  • pozbyć się tego, co nie noszone od dwóch lat
  • nie patrzeć na sentymenty, sprzedać i kupić coś nowego

I idąc tym tropem uwolniłam siedem wieszaków, odddzieliłam 26 rzeczy, których nie tylko przez dwa ale i przez siedem lat nie nosiłam. Dałam dla córki koleżanki fajne koszulki, w które się nie mieszczę. Odkopałam dwa nowe swetry. A potem z zamiarem sprzedaży tego, co jest w idealnym stanie próbowałam posiłować się z aplikacją Vinted, ale że nie przypadliśmy sobie do gustu powróciłam na olx. Wystawiłam też wreszcie na sprzedaż suknię balową! Która o dziwo poszła w mig, dla sympatycznej pani do szkoły tańca, zapraszającej nas do siebie gdybyśmy czasem w jej okolice zawitali 🙂

I ogólnie humor po ostatnich nerwach powrócił, a szafa zyskała odświeżony i poukładany look. Teraz pora nauczyć się postępowania z własnym, nowym wymiarem, przede wszystkim nie kupowania za dużo i byle z rozmysłem. A tak naprawdę pora zacząć nosić rzeczy, które są świetne i w tej szafie czekają, wyprzedzane ciągle przez te same, opatrzone już zestawy. I choć jeszcze słońce za oknem to botki-kalosze na jesień przygotowane, nowe swetry też, można rozpocząć kolejny sezon. Gdzieś pomiędzy figurą klepsydry i jabłka..

Zaczęło się

Ostatni weekend, przed powrotem w przedszkolne mury, spędziliśmy u Zosi. Weekend zapowiadany na deszczowy okazał się przyjemny pogodowo, więc zbieraliśmy moce siedząc w ogródku, pogryzając lody i łapiąc promyki słońca. Na rynku tym razem zapolowałam na cebulki kawiatowe i po powrocie posadziłam już na balkonie krokusy i szafirki. Będę na nie czekać z niecierpliwością, tak jak i na kolejną wiosnę..

Tymczasem Mały powędrował do zerówki. Tylko trochę zestresowany, bo najlepszą wiadomością była ta, że wraca do swojej pierwszej grupy, do znajomych dzieci i ulubionej pani Madzi. Z czego jestem niesamowicie zadowolona. Pani owa zna naszego syna od 3 latka, zawsze dodawała mu otuchy, jest pełna zapału, energii i ma świetne pomysły na prowadzenie zajęć. Łatwiej mu było wrócić po półrocznej przerwie do takiej rzeczywistości, niż gdyby musiał iść do zerówki w szkole. Choć i tak o poranku trochę panikował, czy mu nikt butów nie zabierze i czy aby na pewno odprowadzę go do sali 😉

Wczoraj cały dzień trwała zabawa przerywana jedynie posiłkami, dziś zaczynają się pierwsze zajęcia z książkami. I jestem spokojna, że sobie poradzi. Tym bardziej że ćwiczyliśmy często pisanie liter, dodawanie i odejmowanie na palcach. A z początkiem sierpnia Mały czytał już proste słowa i krótkie zdania. I robi to nadal, sam z siebie, codziennie przed snem sięga po książkę, by przeczytać choć jedną stronę z pierwszej czytanki. Na przyszłość ma już zapewniony stos książek, jeśli tylko będzie chciał po nie sięgnąć. Dziś jeszcze upolowałam „Plastusiowy Pamiętnik”, który bardzo miło wspominam. Pamiętam, że sama zrobiłam z plasteliny ludzika, z kartonu miał dom, łóżko z pudełka od zapałek, a potem oglądałam jego przygody w telewizji. Może i Małemu się spodoba..

Czas dla siebie

Za długo nie pospałam, gdyż od poniedziałku Mały wrócił do przedszkola z czym, nieodzownie, łączy się wstawanie o 7. Kiedyś wcześniej, ale w ramach spokojnego wdrażania docieramy na ostatni dzwonek, tuż przed podawanym śniadaniem. Zresztą nie ma pośpiechu, bo prócz posiłków i zabawy niewiele się tam dzieje. Zajęcia plastyczne, taneczne i piłki zaczną się od września. A idąc tym tropem chyba przedłużymy synkowi wakacje i zrobimy jeszcze kilka dni wolnego. Te trzy, dzięki którym miałam czas na ogarnianie, pranie i gotowanie, w zupełności mi wystarczyły. Wybrałam się też na spacer z Edytą, a podczas gotowania mogłam rozpocząć nadrabianie filmów.

Był wśród nich romantyczny słodziak „After”, o nastoletnim zauroczeniu, pierwszych emocjach i igraniu z uczuciami. Był rewelacyjny obraz „Powrót Bena”, ze świetną rolą Julii Roberts i ogromem miłości matki do uzależnionego od narkotyków dziecka. Popłakałam się na koniec jak bóbr, a w głowie tylko myśl byśmy nigdy nie musieli zmagać się z takim dramatem i by udało się uchronić naszego syna.. W podobnym temacie czeka też film „Mój piękny syn”, w którym zagrał świetny aktor młodego pokolenia Timothee Chalamet (znany z filmu „Tamte dni, tamte noce” )

W ramach czasu dla siebie, było wyjście do kina z Bluberką i polski film „Na bank się uda”, który zakręcił nas swoją fabułą, zmyślną intrygą uknutą przez starszych panów i wnuczkę jednego z nich. Wszystko oczywiście w dobrej intencji, z odrobiną humoru i dystansu do siebie. W kolejce kinowej czeka najnowszy film Woody’ego Allena „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” (też z Timothee Chalamet’em w roli głównej), na który już się doczekać nie mogę, bo uwielbiam filmy Allena. A w domu „Rocketman” , o Eltonie Johnie, którego już w kinach chyba nie złapiemy, za to pojawił się do obejrzenia w necie (mam nadzieję, że w miłym towarzystwie).

Czas dla mnie to też książka przed snem, po pobudce w środku nocy, ewentualnie z samego rana przed budzikiem. Zakończyłam cykl Agnieszki Olejnik „Wszystkie smaki życia” i wciągnęłam się w „Igraszki z losem” Agaty Kołakowskiej. Latem niech się czyta samo, lekko i przyjemnie, a trwa ono jeszcze i nawet od weekendu ma nas porozpieszczać ciepłem. Niech rozpieszcza więc, będzie większy zapas przed jesiennymi chłodami..

wodna taxi na Korfu 🙂

Sienkiewicz na plaży

Odwiedziny dziadków są u nas świętem, raczej to my do nich jeździmy. Z racji większej mobilności i dostępności u nich windy, bo nasze schody do nieba są dla nich problematyczne. Mały więc przeszczęśliwy, kiedy może pochwalić się wszystkimi zabawkami. Wyciągnąć to, czym już się dawno nie bawi. Ograć dziadków w karty i pokazać, jak szybko umie już układać puzzle. A dla mnie radość z każdego czasu z rodzicami. Zwłaszcza teraz, gdy co chwilę znikają nad jeziorem i trudno ich złapać. Już dziś zresztą tam koczują. 

 

 

 

water


 

 

I ja też zaległam nad jeziorem, ale w pobliżu i w celach leczniczych. Mężu w pracy, dziecię w przedszkolu, trzeba korzystać. Pływanie naprawdę mi pomogło, czuję jakbym skrzydeł dostała. Choć może płetwy bardziej by tu pasowały. Tak, czy inaczej ruszam się bez bólu, ale nie zapominam o regeneracji i kiedy tylko mogę prostuję plecy. Ostatnie prostowanie odbywało się z książką w ręku. Młode lata Henryka Sienkiewicza, wzruszyły mnie i rozbawiły. Przeniosłam się w dawny świat literatów, aktorów i innej maści artystów. W humorystyczny sposób opisana została akcja zakładania kolonii na amerykańskiej ziemi. Kiedy to owe artystyczne dusze musiały zetknąć się z karczowaniem kaktusów, uprawą roli i poznawaniem obcego świata. Scena, gdy młody Sienkiewicz musi użyć ciupagi z Zakopanego w celach drastycznych – bezcenna. Hrabina Modrzejewska ucząca się angielskiego, by pokazać swój kunszt w Los Angeles pełnym baraków i rozwijającym się dopiero Dzikim Zachodzie. Jan Styka zajmujący Sienkiewiczowi wynajmowane wyro. Asnyk deklamujący swoje wiersze na spacerze francuskim wybrzeżem i Indianka, iskająca się u stóp sławnego obecnie pisarza. Korespondencja z zagranicy i otwieranie oczu światu na Polskę, na nasz kraj cudny i taki pogmatwany wewnętrznie od lat. 

Niby nie taki dawny ten czas, raptem minęło sto lat.. a ile się w tym czasie zmieniło i wydarzyło. Dziś na ten przykład zaćmienie księżyca. Myślę, że pięknie by je Sienkiewicz opisał. Tymczasem może poczytam wakacyjnie jakieś jego wielkie dzieło, zanurzę się w chłodniejszej od powietrza wodzie i posłucham sympatycznego kawałka na letni czas.. 


„time flies by in the yellow and green, stick around and you’ll see what i mean”.. Miłego weekendu 🙂 

 

 


Grudnik

Wierzyć się nie chce, ale już grudzień! Nadszedł mi tak jakoś niespodzianie, choć już ponad pół miesiąca temu choinki i ozdoby świąteczne z każdego kąta wyglądały. Na dokładkę zamiast grudnika kwitnie storczyk i też zmyłkę robi.. 

 

 

 

niegrudnik

 

 

 

Andrzejki, to już chyba tylko moi rodzice świętują, a ja za szofera robię wożąc ich na tańce. Pamiętam o tym dniu, bo Moniki mąż ma wtedy urodziny i życzenia im składam. Umawiamy się na spotkanie, jak już przeświętują imprezy w rodzinie. Chciałabym zaprosić ich do nas, ale gładź i szlifowanie przy okach znowu zapylają otoczenie. A zbliżające się malowanie skutecznie odstrasza gości. Na dokładkę wraz z grudniem szaleje zapalenie oskrzeli, u chrzestnej, która wylądowała na antybiotyku. I chyba też u mnie, bo kaszel z wnętrzy jakiś taki się pojawił, że aż strach. Choć całkiem możliwe, że to efekt pokatarowy, który sobie niefajnie spłynął tam, gdzie nie trzeba. Tak czy siak weekendowe plany znowu zweryfikowane. Zamiast domowej nasiadówki przy ciachu, wybraliśmy się na mały spacer do parku. I jeszcze raz dziś wybędę pospacerować z Sylwią. Jej Mikołaj też dopiero nosa z domu wychylił, po długim przeziębieniu. A tu zero stopni i mrozem po uszach daje. Właśnie żeby przed mrozem uciec, a dać dziecięciu trochę radości zrobiliśmy przejażdżkę autobusową i pierwszy raz tramwajem. Mały stwierdził, że w autobusie bardziej mu się podoba, bo i miejsca więcej i tak nie telepie na boki. 

A w domu cieplutko, przy nowych oknach i obniżonym suficie pokój szybciej się nagrzewa. Zasiadam więc z racji grudnia i przedświątecznych klimatów do tematycznych książek.. „Cicha 5”, „Garść pierników, szczypta miłości”, „Biuro przesyłek niedoręczonych”, „Szczęście pachnące wanilią”, „Dwanaście niedokończonych snów” i „Pudełko z marzeniami”. Niech ten grudzień mimo mrozu i przeziębień, będzie pełen ciepła i miłych chwil 🙂

 

 

 

na grudzień

Książki w aktorskim wydaniu

Rodzice za głowę się łapią na te nasze opowieści o mieszkaniu, przy ostatnim spotkaniu rozmawiałam z nimi o azylu, jak już zacznie się wymiana okien. Nie będę przecież siedzieć z dzieckiem w przeciągu i rozwalonych framugach. Terminy prac na razie nie są znane, w nowym tygodniu trzeba będzie znowu dzwonić i wszystkich popędzać.. jakoś mnie to nie dziwi.


Tymczasem delektuję się kolejnym Festiwalem Czytania, trwającym w naszym mieście. Staram się być co roku, by wysłuchać choć kilku osobistości. W piątek na sali tłumy, wszystkie krzesła zajęte i po same brzegi wypchane przestrzenie. Pani Czubówna, po czytaniu „Sekretnego życia drzew”, z kwiatami rozdająca autografy. A tu już na kanapę zasiada Ewa Kasprzyk i rozpoczyna książkę o Wandzie Rutkiewicz. Na sali znajome mi twarze, pasjonatów książek i fanów aktorów. Z zeszytami na autografy, z aparatami przygotowanymi do uwiecznienia tego wydarzenia. Mój niestety wypada bardzo słabo przy złym oświetleniu (marzy mi się nowy sprzęt), ale zawsze jakaś pamiątka pozostanie.

 

 

 

 

czytanie 2017

 

 


W sobotę spotkałam się z Kasią, by wysłuchać fragmentów książki o „Dziewczynach wyklętych” czytanej przez Olgę Bołądź. Szczupła sylwetka, swobodne ubranie i jedynie tematyka smutna i trudna. Potem dotarła Sylwia, na wysłuchanie reportażu Hanny Krall. Książnica na czas festiwalu staje się magicznym miejscem. Gdzie się człowiek nie obejrzy znane twarze – Anna Seniuk, Wiktor Zborowski. Krzysztof Kowalewski – towarzyszące wystawy i dodatkowe spektakle w różnych miejscach miasta. Cudo.

 

Pojechałyśmy później z Kasią na pogaduchy do kawiarni. Ciekawa była mego pożegnania w firmie, gdyż sama kilka lat temu takie przeżywała. Trochę w bardziej nerwowych warunkach ale jednak. Dziś już do Książnicy chyba nie pojadę, choć z chęcią zobaczyłabym jeszcze raz Annę Seniuk, wspaniałą aktorkę i przemiłą osobę. Wybieramy się bowiem na urodziny kuzynki Męża i na spotkanie z całą jego rodziną. Jest szansa, że przyjedzie nawet Zosia z Tomkiem, za co trzymamy kciuki. 

Pourlopowe ogarnianie

Podróż powrotna trwała godzinę dłużej, bo jechaliśmy już bezpośrednio do domu. Ale tym razem dziecię pospało dwie godziny, korki trafiły nas tylko na wyjeździe z Gdańska, a potem droga była już w miarę pusta. Mimo wszystko trochę szkoda było wracać w sobotę, więc na pocieszenie niedzielę spędziliśmy nad rzeką. Od poniedziałku ruch głównie w domu, dwa prania za mną, wypucowana łazienka, kuchnia i wytarte wszystkie kurze. Mężu odkurzył mieszkanie i musiał powrócić do trybu pracowniczego. Ja i Mały natomiast nadrabiamy spotkania u Dziadków, spacery i wyjścia z trójkołowym rowerem. Nagotowałam pomidorowej, zrobiłam kotlety drobiowe i odmroziłam gulasz, który sprawdził się do kaszy gryczanej w chwili całkowitego braku obiadu. Dziś od rana byłam na zakupach, gdyż lodówka świeciła pustkami. Teraz mam już z czego gotować i zaopatrzyłam się w różne przekąski dla malucha. Sobie natomiast doładowałam czytnikowe zapasy. Zaopatrzyłam się w książki pani Gargaś, Noszczyńskiej, Krystyny Mirek, pani Czarkowskiej, Fabisińskiej, Frączyk, Hanny Greń, Kołakowskiej Agaty, Kordel Magdy, Agnieszki Krawczyk, Anny Klary Majewskiej, pani Świętek, Nurowskiej, Obuch, Wilczyńskiej i wielu innych polskich autorek. Dokładając do kolekcji również francuskie powieści pana Guillaume Musso i brytyjskiej Jojo Moyes, z których jeszcze nic nie czytałam i fajnie by było nadrobić.

 

Chciałabym jeszcze, przy dobrej pogodzie, skorzystać trochę z pleneru i podjechać z Mamą nad jakąś pobliską wodę. Tylko coś ta pogoda znowu dziwna, duszno i upalnie, a w nocy deszcze.. Czy jeszcze w sierpniu będzie dane cieszyć się prawdziwym latem? Czy też znowu wrzesień będzie ładniejszy, jak to rok temu było.. Mam nadzieję, że choć w najbliższy weekend pogoda dopisze, gdyż zbliża się Zlot Żaglowców, a przy takiej atrakcji przydałaby się słoneczna aura..

 

 

 

 

żagiel z Sopotu

Książka na plażę

Romantyczne uniesienia na razie odkładamy, zrobiłam kolejną wyprawę do spółdzielni i przycisnęłam administrację do drugiego protokołu. Bo sufit to jeden temat, ale ściana też remontu się domaga. Gdyby człek nie chodził za swoimi sprawami, to już nikt by się więcej tym nie interesował. Pozostaje czekać na odzew od ubezpieczalni i z nowym miesiącem rozpocząć prace. A na razie relaks i wypatrywanie, zapowiadanej, pięknej pogody. Niech już nadejdzie, bo strój kąpielowy czeka w szafie i usycha z tęsknoty.. 

 

Spacery z Moniką ostatnio trochę utrudnione, bo nam maluchy wchodzą w etap przepychanek (jak to chłopaki) i trzeba ich bardziej pilnować. Mimo tego wyrwiemy się czasem na jakieś wędrówki po osiedlu, czy zakupy, choć wiadomo, że te najlepiej robi się bez dzieci. Fajny też spacer był z Mamą, kiedy wzięłyśmy dla Małego trójkołowy rower. Nauczył się wreszcie pedałować i rower wygrał ze ślizgawką i piaskownicą. Na biegowy jeszcze poczekamy, bo nawet nie chce spróbować wsiąść, za to pierwszeństwo będzie miała hulajnoga. Może jeszcze tego lata..


Byliśmy również w odwiedzinach u chrzestnej smyka. Kiedy Synek dłużej kogoś nie widzi od nowa musi się oswajać. Na początku jest onieśmielony, prawie nic nie mówi i dopiero przy zabawie się rozkręca. A potem oczywiście nie chce wyjść. Chciałabym żebyśmy częściej się widywali z ciocią, ale mimo iż blisko mieszkamy, to czasem trudno zgrać termin spotkania. Każdy zajęty i ma swoje plany..

My też staramy się łapać wolny czas, a to na plener, a to na film czy książkę. Skończyłam czytać Dickensa i wzięłam się teraz za „Carycę”, która pochłonęła mnie bez reszty. Książka świetnie napisana, zaciekawiająca historią i losem kobiety, która z najniższej warstwy społecznej wychodzi na władczą górę. Za to w wersji papierowej, z torby plażowej przywołuje mnie romans historyczny pani Jadwigi Courths-Mahler „Dzieci szczęścia” i włoska „Podróż” Stanisława Dygata. Kilka stron już pochłonęłam i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy. I na plażę również, choć na porządne ocieplenie i słoneczne dni jeszcze chyba trochę poczekamy..  Miłego weekendu i słońca, słońca wreszcie! 

 

 

 

tylko czytać..

Książkowa wyprzedaż

Myślałam, że do weekendu koniec spotkań, a tu niespodzianka i to dzięki brzydkiej pogodzie. W czwartek rano padał deszcz, więc zamiast na spacer Monika z Igorkiem przybyli, pierwszy raz, na zabawy domowe do nas. Mieszkanie jej się podobało, te nasze dwa pokoiki ją zachwyciły, a to za sprawą podobnego gustu w temacie wystroju. U niej też jest klimatycznie choć, chyba z racji mniejszych przestrzeni, bardziej przytulnie. Tylko co z tego, że mamy duży pokój.. zamiast niego wolałabym dwa mniejsze i możliwość zatrzymania sypialni..

Igor, z racji nie swojego terytorium, nie denerwował się, że ktoś zabiera mu zabawki. Bawił się spokojnie i wspólnie z naszym smykiem, czym obaj wprawili nas w zdumienie. Mogłyśmy im nawet zdjęcie zrobić, w bezruchu i nie rozmyte 😉 


W piątkowe przedpołudnie pojechaliśmy z Mamą na cmentarz porobić porządki, a wieczór spędziłam z Małym u rodziców. Za to w sobotę od rana rozpoczął się ruch książkowy. Dwa pełne kartony i trzy duże reklamówki starych książek (niektórych wydanych w latach 60-70’tych) zebranych z mojego regału i z półek u Taty dotarło na Kiermasz Książki Przeczytanej.

 

 

 

książki

 

 

 

Zgodnie z postanowieniem wyprzedawałam wszystko, część oddałam za darmo dla dzieci, część do domu opieki społecznej. Sylwia załapała się na jakiś atlas kulinarny z poradami. Parę sztuk dokładałam gratis dla fanów danej tematyki i tym sposobem nareszcie pozbyłam się tego, co chciałam. Jednak 240 sztuk książek nie jestem w stanie ruszyć z mojej małej biblioteczki, zostają i koniec kropka. Zresztą nie udało mi się też wyjść z kiermaszu z pustymi rękami, choć mocno się pilnowałam 😉 Kupiłam wspomnienia o Hance Bielickiej

 

 

 

śmieszka

 

 

 

bajkowy poradnik dla przedszkolaka i książkę z pytaniami i zabawami dla dzieci. To i tak niezły wynik, bo kusiło mnie tam wiele tytułów. Ale, że na czytniku rozpoczęta właśnie „Menażeria ludzka” Zapolskiej, w kolejce czekają „Filary ziemi” Folletta, „Małe niedole pożycia małżeńskiego” Balzaca i wspomniana Hanka Bielicka w wersji papierowej, to zdecydowanie trzeba było się powstrzymać od nowych tytułów. Pozostaje mi jeszcze wymienić trzy książki Joanny Chmielewskiej zaczynane na amen przeze mnie i moją rodzinkę. Jedną trafiłam za 5 zł na kiermaszu, pozostałe dwie znalazłam w necie – używane ale w dobrym stanie. Dlatego po dzisiejszym kulinarnym poranku (ugotowałam krupnik, zrobiłam mielone, potrawkę meksykańską i kluski leniwe), jedziemy odebrać drugą z książek, od dziewczyny mieszkającej niedaleko moich rodziców. Czyli, co za tym idzie, po drodze wstąpimy i do nich na małe odwiedziny.

Miłej niedzieli więc i jak najwięcej czasu na czytanie 🙂

Zakwitła

Chyba jednak za szybko ruszyliśmy na te spacery.. Ja wiem, że są wskazane, a unikać ich trzeba przy wysokiej gorączce, czy dużym wietrze i mocno minusowej temperaturze. Ale te ostatnie zakończyły się u nas katarem. Pani doktor nalegała, żeby na godzinkę z Małym wychodzić, natomiast druga wersja jest taka, że po przebytej chorobie dziecko jest osłabione i lepiej poczekać, bo może po drodze łapać wszystkie wirusy. Więc jak to z tymi spacerami jest?

 

Podajemy mu calcium i witaminę C w zwiększonej dawce, domyślam się, że po jutrzejszej wizycie u pediatry dołączy do tego żelazo. Wynik jest poniżej normy, ale było już gorzej i udało się bez problemu wyprostować ten parametr. Zresztą Synek zaczął już lepiej jeść, wróciły kaszki, obiady i z chęcią pije sok marchwiowo-jabłkowy. Jak miał gorączkę nie jadł prawie nic, jedynym posiłkiem było moje mleko i podczas tych pięciu dni ilość karmień gwałtownie wzrosła. Teraz wracamy powoli do utartego rytmu trzech karmień, a wraz z wiosną planuję całkowite odstawienie. Ustaliłam sobie, że do majówki chciałabym odzyskać wolność 😉 Jak wyjdzie to zobaczymy, ale postaram się być konsekwentna..

 

 

Na razie konsekwentnie powiększam listę filmów obejrzanych, historia Jane Austen już za mną – tradycyjnie się wzruszyłam i chłonęłam klimat uniesień. Idąc za ciosem zamierzam przeczytać kolejną jej powieść – „Opactwo Northanger” – która jeszcze umknęła mym oczom. Mam też trzy nowele (dwie tylko zarysowane, gdyż nie udało jej się ich skończyć), ale to pewnie będzie na jeden wieczór, więc za mało by się nimi nacieszyć. „Daleko od szosy” już przeczytane, książka pełna optymizmu, dążenia do celu mimo trudności. Chęci wybicia się z marazmu i szarej codzienności. Mimo prostego języka, jest w niej coś poetycznego.. naprawdę mi się podobała i z chęcią bym ten serial też obejrzała. Tylko ten czas, czas który ciągle goni nas! 

Sobota zleciała w moment. Odebraliśmy wyniki z laboratorium, był spacer po osiedlu, pojechaliśmy zatankować auto, a wieczorem na deser lodowy. Dziś Mały pobędzie z dziadkami, żebym mogła wyrwać się na godzinkę na łyżwy. To już ostatni dzwonek, gdyż lodowisko czynne jest tylko do 8 marca. A choć do tego święta jeszcze dwa dni, to Mężu już uraczył mnie kwiatkiem. Z okazji i bez okazji wiosna zakwitła nam na parapecie 🙂

 

 

 

 

 

gerberki