Harry

Tematyką konkursu była scena z książki angielskiego autora lub autorki. Wśród wymienionych pani Rowling, a co za tym idzie Harry Potter wyszedł na prowadzenie. Zwłaszcza, że Małemu przypadł do gustu bardzo, zachwycił się trzema pierwszymi częściami filmu (kolejne dozowane z racji stresujących momentów) i koniecznym stało się narysowanie jakiegoś kadru. Praca wspólna, na konkurs wreszcie oddana.

Cieszę się tą dziecięcą fascynacją i mam nadzieję, że nie minie, bo ozdobny zestaw książek o Harry’m czeka na odpowiedni moment wręczenia. I dobrze, że kupiony w tamtym roku – jego cena wzrosła obecnie o trzydzieści procent. Szkoda, że i w inne rzeczy człek się nie zaopatrzył, ale któż mógł przewidzieć takie podwyżki, wojnę tuż obok i szalejącą inflację.

Pozostaje cieszyć się tym, co tu i teraz, a teraz wiosna w rozkwicie i lato coraz bliżej. Wprawdzie zamknęli mi Orsay’a, w którym to w sukienki na lato się zaopatrywałam. Ale na szczęście mam ich jeszcze kilka i tylko w pasie do nich po zimie dopasować się należy;) Rozpoczęłam więc kijkowe wędrówki w dużym tempie (tak po 7 tysięcy kroków) oraz większe ilości zjadanych warzyw i owoców, w miejsce zimowych posiłków. Do tego porządki w czapkach, szalikach, swetrach – wyciąganie krótkich koszulek, spódnic, spodenek, zakup kremu z filtrem mineralnym i można do lata się szykować.

Antyastmowo

Nareszcie udało się dotrzeć na wizytę do alergologa i laryngologa. Młody przebadany, spirometria wyszła super, drożność nosa też, jedynie testy wykazały małe uczulenie roślinne i mamy obserwować czy pojawią się jakieś objawy na przełomie marzec – kwiecień. Najbardziej ucieszyło mnie całkowite odstawienie leku wziewnego. Od następnego tygodnia próbujemy! W ramach zabezpieczenia są leki, które mamy podawać przy pierwszym katarze, żeby nie zdążyło nic do gardła spłynąć. Jeśli uda się przetrwać trzy pełne miesiące bez kaszlu i większego chorowania można mieć nadzieję, że uniknęliśmy astmy oskrzelowej. Nadzieja jest i trzymam się jej mocno.

Odnalazł się też nasz fachowiec od kuchni, fronty przyszły, można by już ruszać z pracami, blokuje nas jeszcze wymiana kafli na podłodze. A że o dobrego kafelkarza niełatwo, to czekamy na polecanego, który będzie dostępny z początkiem marca. Ciągną nam się te terminy niemożliwie, ale po kaflach to już ponoć rach ciach. Czy będzie rach, czy ciach, zobaczymy w marcu. Na razie korzystam z resztek kuchni i myjąc naczynia spoglądam tęsknym okiem na zmywarkę, stojącą sobie kusząco w kącie. Piekarnik zamawiam z początkiem nowego miesiąca, żeby od razu stary odebrano i niech się wreszcie temat rozkręci tak, jak powinien:)

W międzyczasie odpoczywam sobie trochę przy książce i cieszę odzyskanym czasem dla siebie. Młody też dużo czyta, idąc śladem mamusi i stał się posiadaczem własnego konta na Lubimy Czytać. Już pierwsze 6 książek wpadło mu na listę samodzielnie przeczytanych! A ja żałuję, że LC nie było za czasów mojego dzieciństwa, albo że nie robiłam na kartce takiej listy – teraz mogłabym sobie przypomnieć więcej książek, którymi się wtedy zaczytywałam..

Książkowe prezenty

Jarmark za nami, stacjonarna szkoła też – od poniedziałku trzy dni lekcji zdalnych i prawie dwa tygodnie wolnego. Ten czas bez problemu będzie można wypełnić czymś fajnym pod warunkiem, że pogoda dopisze i zdrowie. Do fajnych tematów zawsze zaliczam książki, choć czytanie idzie mi ostatnio znacznie wolniej. Zapadam w sen po kilku stronach, a w dzień jakoś trudno znaleźć czas. Zmobilizowała mnie do tego Beatka, przysyłając z Danii książkę w prezencie (dziękuję raz jeszcze:)). Wciągnęłam się po kilku stronach, we wspomnienia muzyczne lat 90’tych. W opowieści o U2, Nirvanie, Madonnie, REM i klimatach nowości wchodzących wtedy na rynek. Jest o modelkach, o problemach sławnych ludzi, też o serialach i filmach. W momencie, gdy opisywane jest tworzenie jakiegoś teledysku, od razu muszę go obejrzeć i posłuchać (np Freedom George’a Michael’a z modelkami z okładki Vogue’a, czy niszowy wtedy REM i „Losing My Religion”), także wzruszeniom i powrotom muzycznym nie ma końca. Czuję, że tę książkę będę czytać (i słuchać) jeszcze dłużej niż inne i dobrze mi z tym:)

A skoro już przy książkach jestem, skorzystaliśmy z dużych obniżek (120 zł taniej za komplet) i kupiliśmy Młodemu prezenty książkowe na przyszłość. Mam nadzieję, że po nie sięgnie i kiedyś z przyjemnością przeczyta. A jeśli nie, to na pewno zrobię to ja, bo na razie „Harry’ego Pottera” i „Opowieści z Narnii” widziałam tylko na ekranie. Dla chłopaka może to być jeszcze fajniejsza lektura, jeśli przypadnie mu styl i tematyka.

Na razie skończyliśmy obie części Plastusia, Nudzimisie i całą serię Muminków. Czytamy kolejny tom Mikołajka, a w kolejce Przygody dziesięciu skarpetek, Najpiękniejsza historia świata i Dzieci z Bullerbyn. W nowym roku planuję polowanie w bibliotece na polecaną przez Ms.Blond serię o małych detektywach, a w międzyczasie Młody trenuje samodzielne składanie liter na czytankach sylabowych z Elementarza, lub z serii Już czytam i Czytam Sam. Miłego czytania więc, jeśli tylko w weekend przedświąteczny znajdzie się na to czas..

Plastuś

U Młodego zaczęło się czytanie pierwszej lektury – Plastusiowy pamiętnik. Mały plastelinowy ludzik, a ileż wspomnień i radości, że znów mogę się nim nacieszyć. W podstawówce ulepiłam sobie swojego, na podobieństwo tego z książki. Zrobiłam mu meble z kartonów, łóżko z pudełka od zapałek. Miał kołdrę z jakiegoś gałganka, różne drobiazgi z tego, co pod ręką dostępne – nie było plastiku i gotowców, jak teraz. Wszystko ręcznie dziubane, szyte, kolorowane i klejone. Pamiętam go do dziś i tę książkę, która już rozpada się z każdej strony, ale czytać jeszcze się ją da. W życiu nie pomyślałam, że może przydać się mojemu synowi (że w ogóle syna będę miała!), a teraz razem z nim czytam i przeżywam na nowo.. Magia:)

1970r, wydanie 15te

Żeby czytanie bardziej realistycznie przybliżyło postać głównego bohatera, zrobiliśmy naszego Plastusia i Młody zaniósł go do szkoły – pani ponoć zachwycona – bo i tam książka będzie czytana. Spogląda sobie teraz na dzieci, stojąc koło tablicy (tu stał jeszcze u rodziców) i cieszy oko.

Czytane-oglądane

Skoro już przy książkach i filmach jestem, świeżo zakończyłam lekturę Gorzko, gorzko” Joanny Bator (M, dziękuję Ci za nią bardzo). Gorzka to książka, w tematyce, ale czyta się ją jednym tchem. Język, choć nie pozbawiony twardego wyrazu jest poetycki i płynęłam przez tę opowieść, jak na fali. Opisany trudny los czterech zagubionych w sobie i w świecie kobiet, przenika się z poszukiwaniem miłości, z brakiem czułości, ciepła i zrozumienia. Patologia wynikająca z biedy, z braku poczucia własnej wartości i dobrych wzorców przyciąga i patologicznych partnerów, którzy tę biedę jeszcze pogłębiają. Nie tylko finansową, ale właśnie emocjonalną, doprowadzającą do tragedii, w obronie własnej..

Z filmowej strony udało nam się wreszcie obejrzeć „Gambit królowej”, z nieodłącznym zachwytem nad klimatem, odwzorowaniem epoki i zdjęciami w serialu. Anya Taylor-Joy gra tu po prostu rewelacyjnie, ta przepiękna kobieta zaczarowała cały obraz. Nasz M. Dorociński również idealnie pasował i szkoda, że nie mógł się bardziej wykazać w swej roli. Trochę za to nie pasowała mi powolność niektórych scen, ale widać tak miało być, by rozgrywki szachowe nadawały tempa i prowadziły do świetnego finału. Myślę, że książka jest równie dobra, ale nie wiem czy po nią sięgnę, z racji dopiero co obejrzanego filmu. Może za jakiś czas, gdy historia odejdzie trochę w niepamięć..

W planach do przeczytania „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy”, oraz „Moja znikająca połowa”, a na Małego czekają „Myślinki” ulubionej Basi Kosmowskiej. Majówka zapowiada się średnio przyjemna pogodowo, warto więc wykorzystać te wolne chwile. Choć liczę i na plenery, kiedy tylko słońce zza chmur trochę wyjrzy. Dobrego długiego weekendu..

Przymroziło

I to fest, tak jak dawniej bywało. Ale na weekend śniegiem nie sypnęło, dopiero dziś prószyć zaczęło. Z racji tych chłodów (do -9), spacery były krótkie ale mimo wszystko trochę z rodzinką i z koleżanką połaziłam. Więcej jednak w domu się siedziało, także jest ekstra ogarnięte, pościel wymieniona i już na kaloryferze wyprana się suszy. Kaloryfer w najzimniejszym pokoju non stop odkręcony, a pamiętam zimy, gdy wyłączony był całkowicie. Dla rozgrzania odbyło się też spotkanie przy gorącej herbacie, w babskim gronie, z naszą rekonwalescentką. Która już na nogi stanęła i wręcz zalecone ma kręcenie się po domu i powolne wychodzenie na dwór. Jutro jadę z nią do szpitala na zdjęcie szwów i oby szło już tylko w dobrą stronę..

Część weekendu spędziłam z nosem w książkach i nie mam na myśli tradycyjnego czytania przed snem (choć i to miejsce miało), a przebieranie tytułów z wielkiego daru od rodziców. Wzięli się oni za swoje zacne zbiory, wydzielając bajki oraz lektury na szkolny czas dla Małego. Oddając beletrystykę dla mnie i dla Zosi i upłynniając książki, do których już raczej nikt nie zajrzy. Od kiedy przeszłam na czytnik, dawno do książek papierowych nie zaglądałam. Ale kilka sobie upatrzyłam i na czas wakacyjny zostawiam. Przy plażowym piasku bezpieczniej jednak bez elektroniki. Zresztą plażowanie jeszcze kawałek przed nami, a to zagraniczne w sobotę w biurze podróży wreszcie dokumentami anulowane. Ale to co się działo w galerii, gdzie biuro się mieści, przechodziło najśmielsze oczekiwania. Kolejki ogromne, polowanie na wyprzedaże w toku i jakoś większość o dystansie zapomniała. Albo zmęczona ciągłym pilnowaniem się (kto zresztą nie ma już dość), cisnęła jeden obok drugiego w długiej kolejce. Duża część z maseczką opuszczoną pod nosem. Po szybkim załatwieniu sprawy umknęliśmy więc w plener, który mocno wyślizgany w spacerowych alejkach, ale przy takich temperaturowych okolicznościach, jeszcze się śniegiem przysypie..

Uwolnić szafę

Jak wiadomo czyste przestrzenie i zakamarki uwalniają nie tylko powierzchnie płaskie ale i głowę. Przy okazji w takim domu od razu lepiej się oddycha, jest bardziej świeżo i pachnąco. A na dokładkę porządek robi się i we mnie. Porządkuję myśli, wyciszam się i mam niesamowitą satysfakcję, z efektu końcowego. Tym razem po przeczytaniu owej książki

poczułam zew, by zabrać się za szafę. Szafa duża, pojemna, mieszcząca (oprócz kurtek) rzeczy na wszystkie sezony. Idąc za radą autorki, wywaliłam wszystkie ciuchy na środek pokoju, umyłam wnętrze szafy, przymierzyłam każdą rzecz i rozpoczęłam selekcję pod hasłem..

  • odłożyć wszystko, co za małe, za duże, niewygodne i niemodne
  • pozbyć się tego, co nie noszone od dwóch lat
  • nie patrzeć na sentymenty, sprzedać i kupić coś nowego

I idąc tym tropem uwolniłam siedem wieszaków, odddzieliłam 26 rzeczy, których nie tylko przez dwa ale i przez siedem lat nie nosiłam. Dałam dla córki koleżanki fajne koszulki, w które się nie mieszczę. Odkopałam dwa nowe swetry. A potem z zamiarem sprzedaży tego, co jest w idealnym stanie próbowałam posiłować się z aplikacją Vinted, ale że nie przypadliśmy sobie do gustu powróciłam na olx. Wystawiłam też wreszcie na sprzedaż suknię balową! Która o dziwo poszła w mig, dla sympatycznej pani do szkoły tańca, zapraszającej nas do siebie gdybyśmy czasem w jej okolice zawitali 🙂

I ogólnie humor po ostatnich nerwach powrócił, a szafa zyskała odświeżony i poukładany look. Teraz pora nauczyć się postępowania z własnym, nowym wymiarem, przede wszystkim nie kupowania za dużo i byle z rozmysłem. A tak naprawdę pora zacząć nosić rzeczy, które są świetne i w tej szafie czekają, wyprzedzane ciągle przez te same, opatrzone już zestawy. I choć jeszcze słońce za oknem to botki-kalosze na jesień przygotowane, nowe swetry też, można rozpocząć kolejny sezon. Gdzieś pomiędzy figurą klepsydry i jabłka..

Zaczęło się

Ostatni weekend, przed powrotem w przedszkolne mury, spędziliśmy u Zosi. Weekend zapowiadany na deszczowy okazał się przyjemny pogodowo, więc zbieraliśmy moce siedząc w ogródku, pogryzając lody i łapiąc promyki słońca. Na rynku tym razem zapolowałam na cebulki kawiatowe i po powrocie posadziłam już na balkonie krokusy i szafirki. Będę na nie czekać z niecierpliwością, tak jak i na kolejną wiosnę..

Tymczasem Mały powędrował do zerówki. Tylko trochę zestresowany, bo najlepszą wiadomością była ta, że wraca do swojej pierwszej grupy, do znajomych dzieci i ulubionej pani Madzi. Z czego jestem niesamowicie zadowolona. Pani owa zna naszego syna od 3 latka, zawsze dodawała mu otuchy, jest pełna zapału, energii i ma świetne pomysły na prowadzenie zajęć. Łatwiej mu było wrócić po półrocznej przerwie do takiej rzeczywistości, niż gdyby musiał iść do zerówki w szkole. Choć i tak o poranku trochę panikował, czy mu nikt butów nie zabierze i czy aby na pewno odprowadzę go do sali 😉

Wczoraj cały dzień trwała zabawa przerywana jedynie posiłkami, dziś zaczynają się pierwsze zajęcia z książkami. I jestem spokojna, że sobie poradzi. Tym bardziej że ćwiczyliśmy często pisanie liter, dodawanie i odejmowanie na palcach. A z początkiem sierpnia Mały czytał już proste słowa i krótkie zdania. I robi to nadal, sam z siebie, codziennie przed snem sięga po książkę, by przeczytać choć jedną stronę z pierwszej czytanki. Na przyszłość ma już zapewniony stos książek, jeśli tylko będzie chciał po nie sięgnąć. Dziś jeszcze upolowałam „Plastusiowy Pamiętnik”, który bardzo miło wspominam. Pamiętam, że sama zrobiłam z plasteliny ludzika, z kartonu miał dom, łóżko z pudełka od zapałek, a potem oglądałam jego przygody w telewizji. Może i Małemu się spodoba..

Czas dla siebie

Za długo nie pospałam, gdyż od poniedziałku Mały wrócił do przedszkola z czym, nieodzownie, łączy się wstawanie o 7. Kiedyś wcześniej, ale w ramach spokojnego wdrażania docieramy na ostatni dzwonek, tuż przed podawanym śniadaniem. Zresztą nie ma pośpiechu, bo prócz posiłków i zabawy niewiele się tam dzieje. Zajęcia plastyczne, taneczne i piłki zaczną się od września. A idąc tym tropem chyba przedłużymy synkowi wakacje i zrobimy jeszcze kilka dni wolnego. Te trzy, dzięki którym miałam czas na ogarnianie, pranie i gotowanie, w zupełności mi wystarczyły. Wybrałam się też na spacer z Edytą, a podczas gotowania mogłam rozpocząć nadrabianie filmów.

Był wśród nich romantyczny słodziak „After”, o nastoletnim zauroczeniu, pierwszych emocjach i igraniu z uczuciami. Był rewelacyjny obraz „Powrót Bena”, ze świetną rolą Julii Roberts i ogromem miłości matki do uzależnionego od narkotyków dziecka. Popłakałam się na koniec jak bóbr, a w głowie tylko myśl byśmy nigdy nie musieli zmagać się z takim dramatem i by udało się uchronić naszego syna.. W podobnym temacie czeka też film „Mój piękny syn”, w którym zagrał świetny aktor młodego pokolenia Timothee Chalamet (znany z filmu „Tamte dni, tamte noce” )

W ramach czasu dla siebie, było wyjście do kina z Bluberką i polski film „Na bank się uda”, który zakręcił nas swoją fabułą, zmyślną intrygą uknutą przez starszych panów i wnuczkę jednego z nich. Wszystko oczywiście w dobrej intencji, z odrobiną humoru i dystansu do siebie. W kolejce kinowej czeka najnowszy film Woody’ego Allena „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” (też z Timothee Chalamet’em w roli głównej), na który już się doczekać nie mogę, bo uwielbiam filmy Allena. A w domu „Rocketman” , o Eltonie Johnie, którego już w kinach chyba nie złapiemy, za to pojawił się do obejrzenia w necie (mam nadzieję, że w miłym towarzystwie).

Czas dla mnie to też książka przed snem, po pobudce w środku nocy, ewentualnie z samego rana przed budzikiem. Zakończyłam cykl Agnieszki Olejnik „Wszystkie smaki życia” i wciągnęłam się w „Igraszki z losem” Agaty Kołakowskiej. Latem niech się czyta samo, lekko i przyjemnie, a trwa ono jeszcze i nawet od weekendu ma nas porozpieszczać ciepłem. Niech rozpieszcza więc, będzie większy zapas przed jesiennymi chłodami..

wodna taxi na Korfu 🙂

Sienkiewicz na plaży

Odwiedziny dziadków są u nas świętem, raczej to my do nich jeździmy. Z racji większej mobilności i dostępności u nich windy, bo nasze schody do nieba są dla nich problematyczne. Mały więc przeszczęśliwy, kiedy może pochwalić się wszystkimi zabawkami. Wyciągnąć to, czym już się dawno nie bawi. Ograć dziadków w karty i pokazać, jak szybko umie już układać puzzle. A dla mnie radość z każdego czasu z rodzicami. Zwłaszcza teraz, gdy co chwilę znikają nad jeziorem i trudno ich złapać. Już dziś zresztą tam koczują. 

 

 

 

water


 

 

I ja też zaległam nad jeziorem, ale w pobliżu i w celach leczniczych. Mężu w pracy, dziecię w przedszkolu, trzeba korzystać. Pływanie naprawdę mi pomogło, czuję jakbym skrzydeł dostała. Choć może płetwy bardziej by tu pasowały. Tak, czy inaczej ruszam się bez bólu, ale nie zapominam o regeneracji i kiedy tylko mogę prostuję plecy. Ostatnie prostowanie odbywało się z książką w ręku. Młode lata Henryka Sienkiewicza, wzruszyły mnie i rozbawiły. Przeniosłam się w dawny świat literatów, aktorów i innej maści artystów. W humorystyczny sposób opisana została akcja zakładania kolonii na amerykańskiej ziemi. Kiedy to owe artystyczne dusze musiały zetknąć się z karczowaniem kaktusów, uprawą roli i poznawaniem obcego świata. Scena, gdy młody Sienkiewicz musi użyć ciupagi z Zakopanego w celach drastycznych – bezcenna. Hrabina Modrzejewska ucząca się angielskiego, by pokazać swój kunszt w Los Angeles pełnym baraków i rozwijającym się dopiero Dzikim Zachodzie. Jan Styka zajmujący Sienkiewiczowi wynajmowane wyro. Asnyk deklamujący swoje wiersze na spacerze francuskim wybrzeżem i Indianka, iskająca się u stóp sławnego obecnie pisarza. Korespondencja z zagranicy i otwieranie oczu światu na Polskę, na nasz kraj cudny i taki pogmatwany wewnętrznie od lat. 

Niby nie taki dawny ten czas, raptem minęło sto lat.. a ile się w tym czasie zmieniło i wydarzyło. Dziś na ten przykład zaćmienie księżyca. Myślę, że pięknie by je Sienkiewicz opisał. Tymczasem może poczytam wakacyjnie jakieś jego wielkie dzieło, zanurzę się w chłodniejszej od powietrza wodzie i posłucham sympatycznego kawałka na letni czas.. 


„time flies by in the yellow and green, stick around and you’ll see what i mean”.. Miłego weekendu 🙂