Kasztany, grzyby i tylko ryb brak.

Po kasztany pojechaliśmy w polecane miejsce. Jakoś późno zaczęły spadać w tym roku i wcześniej trzeba było patykiem porzucać, żeby spadło cokolwiek. Teraz wyszliśmy z niezłym dorobkiem, prawie 5 kilogramów. Zebrane na kolejną dostawę do szkoły i zaliczone do punktów zaangażowania.

Grzybów na razie niewiele widziałam, jedyne, jakie złapaliśmy to kanie od rodziców. A i oni dostali je od koleżanki znad jeziora, sami już nie mają sił na długie wędrówki po lesie. Kanie sprawdzone, z ruchomymi pierścieniami i pustą nóżką. Zjedzone w formie kotletów panierowanych, ale chyba więcej się na nie nie skusimy. Jakoś zawsze mam stres przed jedzeniem grzybów. Znam osobiście przypadek śmiertelny, gdzie od zatrucia zginął młody chłopak i zawsze mi się to przypomina. Także najbardziej lubię się z pieczarkami (PaniKa coś w tym jest;)), ale jakoś te kanie szkoda było wyrzucić.. Choć i tak drugą część zaniosłam sąsiadom, zjedli i na szczęście są cali i zdrowi.

Weekend słoneczny był, z małymi tylko przerwami na deszcz, więc udało się skorzystać z kolejnych atrakcji organizowanych dla mieszkańców i trochę pobyć też w domu. Ale o tym następnym razem, bo pora na sen już najwyższa..

Latino i kolorowy zawrót głowy

Te inne klimaty, pomimo braku słońca, przywodziły na myśl Rio de Janeiro i były małą namiastką karnawału. Muzycznie trochę monotonnie, ale szkoła bębnowa samby tak właśnie brzmi.

Za to taniec i stroje pań tańczących kolorowe i kuszące. Sambę zawsze bardzo lubiłam, w mojej przygodzie z tańcem towarzyskim uczyłam się głównie kroków podstawowych i obrotów. Nie było to takie tempo, jak reprezentowali tancerze pod Pomnikiem Trzech Orłów, ale chętnie bym sobie jeszcze, choćby w skromniejszym wydaniu, potańczyła:)

Tymczasem od poniedziałku tańczę w kuchni, przy naszym kapuśniaku, łazankach, naleśnikach ze śliwkowymi powidłami i wśród latania z Małym do szkoły i odbierania go na czas. Po szkole za to jego tańce i dodatkowe zajęcia z angielskiego, które na szczęście bardzo mu się podobają. Zaczyna się też zbieranie kasztanów i szykowanie strojów na różniste wymyślne święta. Dziś na ten przykład Dzień Jabłka – zielone spodnie, czerwona koszulka, niedawno błękitny Dzień Warstwy Ozonowej. Strach się bać, co tam kolejnego nas czeka (chyba Dzień Kredki), ale już przeglądam szafy, czy na pewno mam dla syna ciuchy we wszystkich kolorach świata;) To co, jesień za oknem, a my na kolorowo i tańczymy.

https://www.youtube.com/watch?v=HAiHEQblKeQ

Święto Gryfa

W piątek zawsze warto przejrzeć stronę swojego miasta, można bowiem trafić darmowe perełki w postaci festynów, targów i różnych innych akcji. Mały wydobrzał mogliśmy więc skorzystać z plenerowych atrakcji i na pierwszy ogień wybraliśmy podróż w czasy dawne. Kiedy to na Zamku Książąt Pomorskich Gryfici mieszkali, a obecni fascynaci owych czasów odtwarzali ich życie codzienne, pieczenie podpłomyków, rozwój instrumentów, namiotów, strojów i rycerskiego świata.

Dużo ciekawostek, historii i występów, połączonych z nauką tańca z chorągwiami i władania mieczem.

Świetna sprawa, Mały zachwycony tak, że jechaliśmy na Zamek dwa razy, ale po drodze i na inne pokazy trafiliśmy. Zupełnie z innej bajki i w innych strojach, które to w kolejnym odcinku do obejrzenia.

A jednak plusy są

Jak to mówią, w każdych minusach można znaleźć jakiś plus. Temat siostry wprawdzie zamieciony pod dywan, ale obecne przeziębienie jest pierwszym u Małego, które nie skończyło się kaszlem i sterydami. Wizyta u alergologa potwierdziła czyste oskrzela. Nadal mamy podawać lek przeciwwirusowy, witaminę C i lek antyhistaminowy, ale mam nadzieję, że na tym się zakończy. Mały bardzo by odetchnął, gdyby uwolnił się od inhalacji (od czerwca bez) i my razem z nim. No ale nie chwalę dnia przed zachodem, tylko mocno trzymam kciuki za jego odporność i proszę jesień i zimę, by była łaskawa dla dzieci (dla dorosłych też).

Na razie pogoda w dzień sprzyjająca, także po szkole uskuteczniamy spacery, biegi w parku i granie w piłkę, póki sucho i po trawie można latać. A gdy zacznie padać wracamy do planszówek, by przetestować, które jeszcze nadają się dla dorastającego Małego, a które można by już oddać mojemu małemu Bratankowi. Ten też obecnie przeziębiony i znosi całość gorzej, bo nie umie jeszcze wydmuchać nosa i inhalacji z soli fizjologicznej nie daje sobie zrobić.

Na takie jesienne i zasmarkane dni przydają się wtedy zabawy wszelakie, dużo cierpliwości i nadzieja na poprawę.. Zdrowego weekendu!

Dobry czas

Dałam radę w skórzanej kurtce, ale nie obeszło się bez ocieplanej bluzy. I kaptur się przydał i kalosze. Ale te nie non stop, bo i słońce wychodziło i spacery po lesie się trafiły..

Pojechaliśmy do Zosi i dobrze było znowu poczuć się w trasie. Patrzeć na mijane krajobrazy, momentami przypominające jeszcze letnie, ale już jednak coraz bardziej jesienne.. W ogrodzie dojrzały winogrona, załapałam się na słonecznik, odpoczęłam i wyciszyłam początkowy wrześniowy pęd. Jak zwykle czas przy dobrym jedzonku, cieple z opalanej drzewem kuchni (oby tego drzewa nie zabrakło), bajkach dla Małego i pogaduchach do nocy. To był dobry czas, a weekendy mogłaby wolniej upływać, żeby trwał trochę dłużej..

Wrzesień

Połowa minęła, a ja jeszcze nie wyszłam z wrześniowych opłat. Na radę rodziców poszło, na klasowe, na ryzę papieru i toner, na ubezpieczenie. Dziś na tańce i w następnym tygodniu na angielski. Nie mówiąc o opłatach stałych potrzebnych do życia i przyjemności np. by do internetu być podłączonym. To ostatnie w sumie już do życia potrzebne;) Mniej potrzebny jest np. taki Dzień Kropki i wszystkie kolejne święta szkolne, a i te trochę zachodu i (kosztów) generują..

Jeszcze z resztek ciepłej pogody wczoraj skorzystaliśmy, dziś już chłód, zimny wiatr i ciepła chusta na szyję. Zastanawiam się, czy już pora na płaszcz, czy jeszcze w skórze ten weekend pociągnę. Tak czy inaczej miłego życzę!

Do syta

Na fali chęci, wypróbowaliśmy jeszcze przepis na pizzę bez drożdży. Nie jest to wprawdzie spód jak z tradycyjnej pizzy, ale duży plus, że robi się szybko i po nałożeniu ulubionych składników najeść się można do syta 👍

Nasyciłam się też weekendem w pełni. Postraszono deszczem, a w żaden dzień nie spadła ani jedna kropla. Były więc spacery, był plac zabaw z Małym, który to coraz więcej dzieci z osiedla poznaje. Było też spotkanie z rodzicami i z moimi dziewczynami na rodzinnym festynie, gdzie dzieci mogły poskakać w dmuchanym zamku, pobiegać za piłką i stworzyć wielkie bańki mydlane. Potem spacer z rodzicami do Amfiteatru, żeby i oni obejrzeli go po remoncie, a na zakończenie lody w dużym gronie. Po obiedzie zajrzeliśmy jeszcze nad Odrę i weekend minął jak sen jaki złoty..

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Do pionu

Jestem w miarę ustawiona. I jakże doceniam, że mogę siadać i wstawać bez podpierania i bez bólu! Założyć samodzielnie buty, posmarować Małego oliwką, co ostatnio sam musiał czynić (z różnym skutkiem). I nawet podniosę już coś z podłogi. Wprawdzie kucając, bo schylanie jeszcze odpada, ale zawsze. W ramach wsparcia, w najgorszym czasie, nabyłam nawet chwytak do podnoszenia różności. Takie to czasy nastały niepokojące..

Były też etapy leżenia plackiem, które to wykorzystałam na odsypianie porannych pobudek i nieprzespanych przez ból nocy. I na czytanie, dzięki czemu nadrobiłam książkowe zaległości. Nawet na zebraniu szkolnym wysiedziałam, na niskim dziecięcym krześle. Także idzie ku dobremu, co mam nadzieję potwierdzi jutrzejsza wizyta u fizjoterapeuty.

Wrześniowe wydatki przez te moje niedomagania zwiększone, ale i na dodatkowy angielski synek już zapisany i na wieści o tańcach czekamy. W międzyczasie wywołałam zdjęcia do albumów i zajęłam się ich opisywaniem i segregowaniem. Obiecywałam sobie, że będę to robiła częściej, tymczasem znowu nazbierało się 300 sztuk i z trzy dni zajmie cała robota. Ale ta akurat do przyjemnych należy i powoli sobie wszystko ułożę. Nowy rozkład dnia, według lekcji, też sobie ułożyć muszę. I ogarnąć (po swojemu) domową rzeczywistość, która na mój pion czekała prowadzona ręką kochanych dwóch M (Męża i Małego). No to siup, wracam do działania. Ostrożnego jeszcze, ale byle na długo w formie..

Ruch i bezruch

Zaczęło się z przytupem, a skończyło u fizjoterapeuty. Całe szczęście, że w piątek i że termin z marszu. A wszystko przez jeden niefortunny ruch – poranne nachylenie nad wanną, coby włosy umyć. I jak mnie nie zgięło znienacka! Ledwo do pionu wróciłam, ale już z bólem niemożliwym. Małego do szkoły szurając ledwo ledwo i prosto do gabinetu. Tam ugniatanie, rozciąganie, tortury wszelakie z użyciem metalowych klawików i rolek z kolcami. Wzmacniające taśmy przyklejone ozdobnie do pleców i nafaszerowana przeciwbólowym powlokłam się do wyra.

Pomogło na tyle, że mogłam w weekend nacieszyć się pogodą, spokojnymi (ostrożnymi) spacerami i kibicowaniem Małemu w sportowych wyzwaniach. Zawitały bowiem do nas skoki o tyczce łącznie z fundacją pani Pyrek i miejscami zabaw dla dzieci. Jakże zazdrościłam sportowcom sprawności i swobody ruchu w każdą stronę..

Małemu biegów, skoków i śmiechu, który towarzyszy dziecięcej radości. W jednej chwili, po fantastycznych wakacjach, zwiedzaniu dzień w dzień, pływaniu w jeziorze, spacerach po 20 tysięcy kroków moja sprawność zmalała do minimum. Ale cóż, działam w temacie, wspieram się maściami, w tygodniu kolejna wizyta na fizjoterapii i byle wrócić do formy, a wtedy i powrót do ćwiczeń murowany. I oczywiście już żadnego nachylania nad wanną;)