Odmiana

Jeszcze przed sobotnim wyjazdem spotkałam się z koleżanką na pogaduchy, miałyśmy sobie usiąść na ławce w lesie, a wyszły nam debaty na krawężniku przy samochodzie 🙂 Synek bowiem wybrał sobie ten czas na poobiednią drzemkę. W sumie dzięki temu miałyśmy ciszę i spokój. Mogłam obejrzeć bluzki, które dla mnie przyniosła – nówki sztuki ze Stanów, których nie nosiła z racji zmiany gabarytów – jedną wybrałam dla siebie, druga poszła dla Mamy. Cieszą mnie te nowe rzeczy bardzo, po ciąży czułam tak ogromną potrzebę wymiany starej garderoby, kupienia sobie czegoś nowego i choć trochę odmiany stylu..

 

 

 

letnio :)

 

 

 

 

Idąc tym tropem poluję na wyprzedaże, na jakieś fajne kroje i kreacje, których kiedyś bym nie założyła, a teraz wydają mi się ciekawe.

 

 

 

 

nothing is impossible

 

 

 

 

W sobotę prosto z trasy zajechaliśmy na mój ulubiony rynek i tam w cenach 10-25 zł zaszalałam i kupiłam 4 koszulki w pastelowych kolorach, spodenki krótkie i sukienkę granatową w paski – idealną na planowany wypad nad morze 🙂 Ale hitem był dzisiejszy spontaniczny wjazd do New Yorker’a gdzie za szaloną kwotę 4,95 zł nabyłam bluzkę na imprezę – przód pseudo skóra, czarny tył dopasowany. Kładąc 5 zł na ladzie z uśmiechem rzekłam do babki, że to mój najlepszy i najbardziej zaskakujący zakup.

 

 

 

 

4,95

 

 

 

 

Cały weekend spędziliśmy u Zosi, trochę w domu, trochę na spacerach. Babcia nacieszyła się wnukiem, ponosiła, porozpieszczała. Posiedzieliśmy w ogrodzie, odwiedziliśmy Damiana – kolegę Męża, pogadaliśmy o innych znajomych z jego rejonów. A to koleżanka Asia urodziła syna, Natalia w sierpniu wychodzi za mąż, Wojtek zmienił pracę.. A Damian jak dobrze pójdzie odwiedzi nas już niedługo i może spotkamy się nad morzem w zapowiadane lipcowe upały 🙂 

 

Pierwsza noc Synka poza domem upłynęła w kratkę, naprzemiennie z pobudkami, ale w miarę znośnie. Łóżko turystyczne przeszło chrzest bojowy, sprawdziło się i jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Nad jeziorem, kiedy wystawi się je przed domek, będzie służyło też jako kojec do zabawy. Mały już bawi się na siedząco, wrzuci się do środka jego ulubione zabawki i może szaleć do woli.


 

Z podróży wróciłam głodna jak wilk, a że przypomniałam sobie o otwartym dzień wcześniej mleku, to na szybko usmażyłam naleśniki z dżemem. A dziś z racji prawie pustej lodówki, w której tylko kapusta kiszona i kiełbaska się znalazły, ugotowałam łazanki, zmieszałam z ową kapuchą i podsmażoną kiełbasą, dodałam koncentratu, majeranku, przypraw i czosnku i obiad był w sam raz. Pranie zrobiłam w tak zwanym międzyczasie i zakupy, kiedy Mąż wybył z Małym na spacer. Myślami jestem już na naszym wspólnym urlopie 🙂 W środę śmigam do fryzjera, bo krótsze włosy latem są wygodniejsze i momentalnie wysychają na słońcu – zapowiadają teraz duże ocieplenie i cieszę się, że te upały spędzimy nad wodą, a nie w mieście. Do tego taka odmieniona, w nowych ciuchach i nowych kolorach czuję, że energia mnie rozpiera i letnie dni idealnie się w to wpasowały..

Ładowanie

Jak mówiłam tak zrobiłam i dziś Syn zjadł pierwszą zupę mojej własnej produkcji. Słowo kluczowe – ZJADŁ 🙂 i to tak, że nie chciał oddać miseczki. Ziemniak i marchew bio, gotowane na parze, do tego pół żółtka i odrobina wody źródlanej. Niby tak niewiele ale jaka różnica w smaku i zapachu tegoż, a tego co było w słoiku. Cieszę się, że miałam zakupioną wkładkę do parowego gotowania, bo teraz bym musiała lecieć po jakiś specjalny garnek. 

 

Dość o gotowaniu. O sprzątaniu też nie ma co się rozpisywać grunt, że po odkurzenia mieszkania przez Męża i starciu kurzy przeze mnie, zrobiło się od razu jaśniej w domu. Kuchenka błyszczy, jeszcze tylko łazienka została do umycia ale to po weekendzie bo teraz czasu mało.

 

Dziś kontrola u gienia, potem spotkanie z Kasią i wizyta u Rodziców jak tylko zjadą znad jeziora. Tatko ma na dniach imieniny, ale że śmigamy do babci Zosi, to już dziś chciałabym mu zawieźć prezent. A w prezencie tym książka o carvingu – którym to Tatko para się przy okazji każdego podejmowania gości. To jedno z jego dzieł

 

 

 

 

arbuzowe dzieło Taty

 

 

 

 

do tego nalewka z aronii (dla smakosza nalewek różnistych), oraz dziadek od mojej ulubionej producentki lalek 🙂 Miał być wręczany nad jeziorem, w klimatach ogniskowego wieczora ale tak się złożyło, że nie mogliśmy tam pojechać. Dziadka zawsze można zawieźć ze sobą nad jezioro by i inni mogli oko nacieszyć. 

 

 

 

 

dziadek

 

 

 

 

Weekend za pasem i fajnie będzie naładować nasze wewnętrzne baterie na wyjazdowych plenerach. A co do ładowania, trochę innego typu.. to mam wrażenie, że od czasu posiadania smartfonów i czytnika, ładowarka chodzi na pełnych obrotach. Baterie są największym minusem tych sprzętów. Już zwłaszcza w czytniku bardzo mnie to męczy. Czytam, czytam, a tu nagle ciach – naładuj baterię! To nie powinno mieć miejsca. Czytnik jak książka nie powinien się kończyć bez mojego udziału, ewentualnie udziału autora 😉

Takie to są efekty tych cudeniek elektronicznych i nowości.

Nie to co kiedyś… a jak było kiedyś, pokazuje ten oto filmik z youtube. Udanych wolnych chwil i miłego oglądania. Zmykam..

 

 

 

 

 


Wpis kulinarny

Już od dawna obiecuję sobie zasiadać do laptopa i natychmiast zaczynać pisać, bo czasu mało, a pisanie jednak trochę zajmuje.. i za każdym razem kończy się na czytaniu. Tak też i dziś się stanęło, że pochłonęły mnie fantastyczne blogi pełne niesamowitych opisów i rysunków niby nie z tego, a przecież jednak z tego świata. Ach jakże bym chciała mieć dar opisywania rzeczywistości w tak barwny sposób! No cóż, pozostaje mi pisać tak zwyczajnie.. i po prostu. Bądź nie pisać wcale. Ale że we wnętrzu coś mnie do pisania gna, więc siadam i resztki pozostałego czasu poświęcam.


Czas zwie się pozostałym, gdyż drzemka Syna trwa już 2 godziny i do tej pory jestem pod wrażeniem, że aż tak długo 🙂 Oczywiście co jakiś czas chodzę i sprawdzam, czy aby wszystko w porządku, bo aż uwierzyć trudno. Zdążyłam w tymże czasie ugotować żurek – tradycyjny, nasz ulubiony, z kiełbachą białą przygotowaną do wędzenia, z majerankiem, warzywami i z jajem na dokładkę. A skoro już dziś od strony kuchennej, to ostatnio mnie naszło. Z owego stanu powstały kolejno:

 

Potrawka meksykańska – mięso mielone, pomidory, papryka, pieczarki, czosnek, kukurydza i czerwona fasola – z odrobiną Grecji w postaci oliwek dokładanych na zimno do podgrzanej już potrawy. Albowiem oliwki uwielbiam.

 

 

 

 

zmieszane pyszności

 


 

Sernik na zimno z brzoskwiniami – serki Danio, żelatyna rozpuszczona w mleku, śmietana kremówka ubita z cukrem pudrem, galaretki poziomkowe i brzoskwiniowe kawałki. Po czym na ostatku Mąż zapytał – a nie zapomniałaś o spodzie? Hmm w przepisie spodu nie było! Ale fakt, przydałyby się na dół jakieś biszkopty albo co.. Na szczęście i bez spodu smakowało, choć momentami wyczuwało się żelatynowe grudki w masie białej.. 

 

 

 


sernik bez spodu 

 

 

 

Zaznaczam jednak, że dopiero od niedawna wzięłam się za kuchenne eksperymenty w kierunku tworzenia wypieków, serników, chleba i innych tworów jak dla mnie magicznych. I choć to ja w tym domu jestem z zawodu chemikiem, to właściwie obecnie moja wiedza objawia się w postaci unikania chemii w żywności, studiowaniu etykiet kosmetyków i mieszaniu składników według przepisów zbieranych z różnych czasopism, książek i podarowanych mi przez biegłe w czarach koleżanki. Tymczasem mój osobisty Mąż rozłożył mi pod nosem (dosłownie, bo dawno nie czułam odczynnikowych wyziewów) małe laboratorium. 

 

 

 

 

laboratuar nie garnier

 

 

 

I to on badał zawartość azotanów, fosforanów, azotynów, twardość i inne parametry akwariowej wody. Ja zdecydowanie odpoczywam od zawodowej pracy i nawet najmniejszym palcem w tych działaniach udziału nie wzięłam. Kilka lat pracy w laboratorium wystarczy 😉 Ale żeby nie było tak całkiem bez laboratoryjnych wyzwań to na marginesie zaznaczam, że zrobiliśmy ponownie badanie krwi u Smyka i ponieważ poziom żelaza zdecydowanie podskoczył, to od razu jestem spokojniejsza.

 

 

Obecnie skupiam się na wyszukiwaniu przepisów dla Dziecia, łączenia składników typu kasza kukurydziana lub ryżowa, z przecierem jabłkowym lub bananem. Blender poszedł już w ruch i rozpoczynamy etap mieszania ziemniaka, ugotowanego żółtka, marchewki, kawałka mięska, pietruszki i koperku w różnych zestawieniach. Słoiczki może były dobre na samym początku, teraz jednak widzę, że się nie sprawdzają. Odwieczna prawda bowiem głosi – co wyczarowane osobiście, to jednak smaczniejsze i basta.

 

 

 

 

truskawki poziomkowe

Kultura i dżins

Zapakowałam Synka do auta, odwiedziliśmy Dziadków przed ich kolejną wyprawą na urlop, a potem zawieźliśmy ich na zakończenie kursu tańca. Imprezka na całego, 130 osób w lokalu, zakąski i procenty we własnym zakresie. Dobry humor obowiązkowy 🙂 Tak się bawi ekipa moich Rodziców.. Można powiedzieć, że my już się swoje naimprezowaliśmy, choć oczywiście nie mówię w tym temacie „pas”. Jak Mały się trochę odchowa z chęcią wyskoczę, raz na jakiś czas, potańcować do klubu, czy do pubu na jakieś małe, babskie piwko. 

 

Na razie trwa etap wyciszenia imprezowego, co nie oznacza, że siedzimy w domu. Z racji utraty dwóch par dżinsów – jedne naderwały się pod udem, drugie wykończyłam w ciąży swoimi gabarytami – postanowiłam nadrobić straty i nabyłam dla bezpieczeństwa 3 pary. Wychodzę z założenia, że nie muszę mieć spodni drogich na 5 lat, wolę dużo tańsze za to częściej móc sobie pozwolić na zmianę czy koloru, czy też fasonu. Potem się okazuje, że i tak noszę je dużo za długo. Ale grunt, że mam co nosić. Dzięki nowym nabytkom mogłam dziś przywdziać nowy komplet, dżinsy (jeszcze do rozchodzenia) i bluzkę z Orsa’a w granatowo-białe paski. Do tego beżowa cienka kurteczka, brązowe półbuty i mała torebka przez ramię w tym samym kolorze. Kolczyki do kompletu – marynarskie, fryz spod suszarki i można było ruszyć po trochę literackich doznań 🙂

 

 

 

 

literackie

 

 

 

 

Miasteczko literackie, choć niewielkich rozmiarów, przyciągnęło czytelników i gości na scenę. Na kiermaszu wystawiono książki w cenach na każdą kieszeń, za moją musiałam się mocno trzymać, bo mam co czytać w ilościach wręcz nadmiarowych. Był wywiad z panią Moniką Szwają, załapałam się na drugi już autograf – pierwszy był w 2008 r więc należało go odświeżyć. Czekam na obiecaną książkę, tym razem ma się dziać w Karpaczu.

 

 

 

 

pani Monika

 

 

 

 

Później o swoich felietonach i pracy w „Klanie” opowiadała Barbara Bursztynowicz..

 

 

 

 

B. Bursztynowicz

 

 

 

 

Na Małgorzatę Wardę się nie doczekałam, gdyż trzeba było wracać, by nakarmić Dziecia i dać mu trochę pospać. Na jutro natomiast zapowiedział się z wizytą i swoimi książkami Jan Nowicki. Autograf i zdjęcie z nim już posiadam – swoją drogą podrywacz z tegoż aktora niesamowity – do dziś pamiętam miły komplement i ten błysk w oku 😉

 

 

 

J. Nowicki

 

 


 

Sobota jeszcze w toku i niedziela przed nami, właśnie wyszło słońce, więc wskakuję w dżinsy i ruszamy przed siebie.. 


Żeby poruszać się nie tylko drepcedesem należało zatankować furę, a skoro już w tamte rejony podjechaliśmy to nie obyło się bez zahaczenia o market. Z racji karmiących gabarytów moich „warunków” musiałam nabyć strój kąpielowy odpowiednich rozmiarów. Dobrze, że przymierzyłam te posiadane w domu, bo okazało się, że żaden nie skrywa mych wdzięków. No cóż, na jeden sezon mogę się poświęcić i paradować podczas urlopu w tych kwiatowych miskach rozmiaru duże D. 


Swego czasu wpadł nam jeszcze w oko mały basen pirata dla naszego Szkraba. Fajnie by było, gdyby pogoda w lipcu była na tyle przychylna, że ów basen będzie do przetestowania. Na razie pirat może jedynie obgryzać pudełko. Co czyni z dużym zaangażowaniem 🙂 Lubi obgryzać wszystko co mu w ręce wpadnie, nakrętki, gazetę, długopis, kartonik od czegokolwiek, łyżkę, chochlę do zupy i ostatnio hitem jest mój wisiorek, który przeznaczyłam już na straty. W niedzielę aż nas kusiło, żeby po spacerze podsunąć mu do obgryzania wafelka od lodów. Na szczęście dwa zęby nie służą jeszcze do przegryzania tak twardych dań więc skończyło się na pierwszym słoiczku z cielęciną. Zdecydowanie widać, że Mały będzie mięsożerny jako i rodzice. Lodami też się trzeba będzie czasem z nim podzielić 😉

Kwiatowo

Jeszcze nie zdążyłam zdjąć rękawiczek z odżywczym kremem, a tu w drzwiach moje kochane chłopaki witają mnie po spacerze z kwiatami. Piękny bukiet od Męża

 

 

 

flower power

 

 

 

 

i różyczka w dłoni Syna – widok nieziemsko wzruszający. Mimo, że Mały jeszcze nie wie co się dzieje 😉 Za to do uśmiechniętej mamy od razu i sam się uśmiechał, a jak wiadomo nie ma nic piękniejszego niż uśmiech dziecka.

 

 

 

 

słodziak flower

 

 

 

 

 

Śmiałam się, że teraz jak już jestem taka wypachniona, odświeżona, wykremowana i zrelaksowana – nawet udało mi się poczytać książkę ( „Buba” B. Kosmowskiej), kiedy leżałam z maską na dłoniach – to teraz mogę z nowymi siłami wracać do prania, sprzątania i garów 😉 

Ale spokojnie, pizza była gigant więc wystarczyła na dwa dni i wczoraj też jeszcze nie musiałam gotować. Poszłam za to na dłuugi spacer popodglądać czy nie wiszą gdzieś w okolicy kolejne banery ze sprzedażą mieszkań. Spacerówka spisuje się dobrze, choć jeszcze nie czuję się pewnie czy Małemu jest tak ciepło no i minus, że jedzie tyłem do mnie, bo nie ma opcji przełożenia rączki na drugą stronę. Przyzwyczaję się, a dodatkowy koc i tak zawsze wolę wziąć ze sobą. 

 

 

Po spacerze dostałam wychodne 😉 Orsay podarował mi 20 zł w prezencie z okazji urodzin, a od Camaieu dostałam apaszkę w i z przyjemnością pojechałam do sklepów pobuszować w promocjach. Wyszło tak, że tunika w paski z Orsay’a kosztowała mnie 10 zł, a z Camaieu wyszłam z apaszką brązową i krótkimi spodenkami na lato. Dla mnie to jest dziwne, że już teraz są wyprzedaże letnie, kiedy to lato tak naprawdę jeszcze się nie rozkręciło – ale dla klienta im więcej takich akcji tym lepiej. Można naprawdę trafić fajne okazje i sprawić sobie dużo radości za przystępną kwotę.

A co do zakupów, to zaryzykowałam i skusiłam się po raz pierwszy na internetowe Tesco. Logowanie i wybieranie produktów trochę zajęło, za to dostawa i fakt, że nie trzeba było targać 2 zgrzewek wody i 5 reklamówek zapełniających pustą lodówkę – bezcenne.

 

 

Dziś też uradował mnie telefon, zadzwoniła Sylwia z wiadomością, że spodziewa się dziecka i jest w 7 tygodniu ciąży! 🙂 Kibicuję Sylwii i Tomkowi już od dawna, on wojskowy marzący o dziecku, ona pełna energii i zaangażowana w 50 spraw naraz kobieta wulkan. Świetna organizatorka, dusza towarzystwa. Dzięki niej poznałam całą ekipę fajnych koleżanek i ich facetów. To razem z nią rozkręciłyśmy wypady na Kino Kobiet. To z nią i resztą znajomych byliśmy na agroturystycznym grillu i wielu innych imprezach. Spotykamy się kiedy tylko się da, mimo iż każda zajęta i w ferworze codziennych spraw. Jesteśmy do siebie podobne, jeśli chodzi o chęć działania i wynajdywania atrakcji w mieście, dzięki którym można coś ciekawego zobaczyć i przeżyć. Lubię ją bardzo bardzo i podziwiam więc nic dziwnego, że aż zapiszczałam z radości i łza wzruszenia w oku mi się zakręciła na wieść o tym, że zostanie mamą! Doradziłam jej tylko przystopowanie trochę z pracą, uczeniem dzieci siostry, działaniem w galerii sztuki, organizowaniem event’ów, pomagania całej rodzinie i z pośpiechem, który zawsze ją otacza. Uspokojenie, witaminy, zdrowo się odżywiać i więcej relaksu. Mam nadzieję, że wsłucha się teraz głównie w swoje potrzeby i że wszystko będzie dobrze. 

Święto świętem pogania

Nie nadążam. Tyle się działo przez ten weekend, tyle mam nowych zdjęć, tyle do opisania, do wspominania w myślach.. 

Były regaty, wizyta u sąsiadów – temat mieszkaniowy c.d., był upał i lody z rodzinką dla ochłody, plus prezenty – z okazji naszej rocznicy ślubu i już zaocznie na urodziny. Były spacery w słońcu, była ekspresowa burza. A dziś świętowanie rocznicy nad morzem! hmm jak imprezować to od razu kilka dni z rzędu 😉

 

 

Do sąsiadów zawitałam po tym, jak znalazłam ogłoszenie, że w moim bloku ktoś sprzedaje 3 pokojowe mieszkanie. Namierzyłam numer po zamieszczonych zdjęciach, ale że nikt nie otwierał to zapukałam do sąsiadów obok. Znam ich wprawdzie od niedawna, po tym jak okazało się, że chodzą do grupy tanecznej moich rodziców i kiedyś wypatrzyłam ich na zdjęciu z tanecznego pokazu. Świat jest mały. Sąsiedzi przemili, zaprosili do siebie, oprowadzili po pokojach – i tu aż mi dech zaparło, bo ich mieszkanie było idealnie moim wyobrażeniem o pięknym M4 – duży salon, sypialnia, pokój dla dziecka, balkon, kuchnia i łazienka wszystko w takich rozmiarach w jakich powinno być. Ach gdybyż drugie takie było kiedyś wolne 😉 To sprzedawane jest podobnych wymiarów, niestety zamiast balkonu ma zabudowaną szybami małą loggię, a ja zdecydowanie jestem za balkonem i możliwością posiedzenia na powietrzu przy stoliku i podziwianiu kwiatów z wiatrem we włosach. Po dokładniejszym przeczytaniu oferty okazało się, że jest „na wyłączność” – czyli że klient odsyła zainteresowanych do biura nieruchomości i tylko z nimi można negocjować. Może z ciekawości zdecydujemy się obejrzeć, ale coś tak podskórnie czuję, że odłożymy temat mieszkania na kilka lat. Póki Mały nie potrzebuje biurka, swoich mebli i większego wyrka to jest dobrze jak jest 🙂

 

 

 

 

BTS Regata

 

 

 

 

W sobotę upał był niesamowity, chyba ze 30 stopni i pełne słońce. Po raz pierwszy zapakowaliśmy Syna do spacerówki i podjechaliśmy nad Odrę podziwiać żaglowce, które przypłynęły do nas z okazji Baltic Tall Ships Regata 2015.

 

 

 

 

żagle

 

 

 

 

Można było znowu podziwiać Dar Młodzieży, Fryderyka Chopina, Jean De La Lunę, Sedov’a i inne.. Żaglowce super prezentowały się w taki słoneczny dzień, można było je zwiedzać, ale chętnych tylu, że z wózkiem nie było się co pchać. Dookoła rozbrzmiewała muzyka, oczywiście masa sklepików z pamiątkami i gastronomią, jak choćby ciekawie i trochę kryminalnie brzmiący……

 

 

 

 

głodobójca

 

 

 

 

Po regatach, przewijaniu i karmieniu pojechaliśmy na świętowanie naszej I Rocznicy Ślubu z Rodzicami, Bratem i Anią, z którą schodzą się i rozchodzą już dłuższy czas. Lodowe desery chłodziły nas w ten słoneczny dzień. Dostałam w prezencie książkę „Zamień chemię na jedzenie”, w sam raz dla chemiczki 😉 Różne inne drobiazgi i słodkości, a od Męża prócz wcześniejszej sukienki i spódnic całą serię extra kosmetyków – z których jestem nie mniej zadowolona jak i z nowych kreacji 🙂 Rodzice dorzucili parę groszy, które postanowiliśmy przeznaczyć na niedzielny wypad nad morze…

 

 

 

 

ach nad morze..

 

 

 

 

A nad morzem, jak zawsze dla mnie.. cud, mniód i bąbelki! Po chwilowej mżawce zza chmur wyszło słońce i można było ruszyć na promenadę, na plażę, na gofry.. zjeść obiad w restaurancji, nacieszyć się widokiem Syna na tle fal i oczywiście z pasją napstrykać tyle zdjęć, żeby było z czego wybierać te najlepsze. Nie wiem jak to się dzieje, ale mogę co weekend jeździć w to samo miejsce nad morzem i jakoś mi się nie nudzi.

 

 

 

 

widok na morze

 

 

 

 

W sumie może dlatego, że co weekend nie jeździmy, a tylko raz na jakiś czas. Ale chcę by tych czasów było jak najwięcej. Już zaczęło mi się marzyć, żebyśmy spędzili nad morzem choć kilka dni z Mężowego urlopu. Mamy takie miejsce na nocleg, wprawdzie mocno spartańskie ale nic to, skoro nad morzem, to jestem w stanie przymknąć oko, bo i tak większość dnia przebywa się na plaży.

  

 

 

 

na plażę

 

 

 

A dziś z okazji moich urodzin wymarzyłam sobie dwie godziny na domowe SPA. Mąż odpocznie po pracy, a później ruszy z Małym na spacer. Mnie tymczasem czeka kąpiel w pianie, manicure, peeling, odżywki, maseczka na dłonie, pachnące kremy i relaks w zaciszu łazienki.. Dodam, że nie muszę dziś gotować, bo przybywa pizza. Chwilo trwaj! 🙂

 

 

 

 

domowe SPA

Mieszkanie

Dopadła mnie alergia – znowu. Miałam z nią spokój przez ostatnie dwa lata. W ciąży trochę pokichałam, ale jakoś tak lekko, a teraz nos swędzi, oczy pieką, kicham, prycham i męczy mnie to bardzo. Alergię mam na pyłki traw i odczulanie szczepionkowe przez 3 lata, oraz jak widać biorezonans nie dały rady pomóc. A ponieważ karmię, nie biorę żadnych leków łagodzących ten stan. Cóż, trzeba się przemęczyć.. Wśród bloków było niedawno koszenie trawy stąd pewnie natężenie objawów.

 

Wędrując tak na spacerach przyglądam się przy okazji mieszkaniom i wywieszonym banerom z ofertami sprzedaży. Wczoraj udało mi się załapać na prezentację jednego z nich, bo akurat babka z biura nieruchomości jechała w te rejony, pokazywać wnętrze małżeństwu z dzieckiem. Mieszkanie miało tak dziwny rozkład i było jakieś takie ciasne, nieustawne, że od razu podziękowałam. Z przyjemnością wróciłam do swojego i wręcz poczułam ukłucie w sercu na myśl, że może kiedyś się stąd wyprowadzimy. Już kombinuję, co by tu zrobić żeby tego uniknąć, ale nadal te dwa pokoje nie chcą się rozciągnąć na trzy i chyba trzeba będzie. Jutro idziemy obejrzeć dużo większy metraż, oferta jest atrakcyjna cenowo, do tego dochodzi garaż murowany. Minusem są niestety starszy blok i grzechocząca winda, którą zapewne słychać w środku. Ale zobaczyć można..

 

Tak poza tym to jesteśmy po trzeciej dawce pneumokoków i kolejnym wzw. Mały zniósł to w miarę dobrze, choć dziś trochę płaczliwy był więc zrzucam na karb szczepienia. Wszamał za to swoją pierwszą zupę jarzynową i kompletnie nie dał się ułożyć w gondoli, tylko koniecznie chciał siedzieć i siedzieć. A skoro tak – trzeba będzie uruchomić spacerówkę 🙂 Mam nadzieję, że w weekend znajdzie się na to trochę czasu. Choć ten czas tak umyka, że ciągle coś przekładamy na kolejne dni. Dobrze, że za popsutą klimę wzięliśmy się od razu, bo przy tych temperaturach w aucie robi się sauna i my jak my, ale dziecko mocno się w upale męczyło. Auto odebrane, zdążyłam zrobić przy okazji małe zakupy do lodówy, usmażyłam kotlety, ugotowałam krupnik, zdjęłam pranie. Chwila netu, kilka telefonów do znajomych, dalej opieka nad Maluchem, trochę poczytać przed snem i tak to się kręci dzień za dniem..

 

Jutro po obejrzeniu mieszkania może uda mi się wyskoczyć do Jyska po jakąś dekorację na balkonowy stolik, nie mówiąc już o tym że trzeba dokupić ziemi do kwiatów i zatankować auto, bo niedługo będziemy śmigać na oparach. A tu jakoś do Rodziców trzeba dojechać, do laboratorium na kontrolę żelaza u Dziecia, na zbliżające się regaty i na lody z okazji świętowania. Weekend zapowiada się ciekawie i widzę, że szybko nadejdzie, bo jak to się mówi

 

„środa minie – tydzień zginie, czwartek przejdzie – weekend będzie” 🙂

Plener i zwierzaki

Filmy obejrzane, „Babską misję” czytam wieczorami przed snem i nawet z własnej woli zrezygnowałam z wyjścia na imprezę. Ha.. to do mnie dawnej bardzo niepodobne, za to moje obecne ja czuje się wspaniale, bo czas z dzieckiem i spokojna noc okazały się ważniejsze 🙂 Zresztą przemyślałam scenariusz kąpania, karmienia i wyjścia dopiero o 23, a potem powrotu o 3 w nocy, znowu karmienia i pobudki o 6. Byłabym nieprzytomna w trasie nad jezioro, nie mówiąc już o zerowej możliwości odespania takiej zarwanej nocy. 


Były za to ostatnio fajne dni, odwiedziliśmy moją Mamę, która mogła nacieszyć się Wnukiem. Pogaduszki przy moich pierwszych truskawkach, jedzonych z myślą czy czasem Syn na drugi dzień nie będzie cały w kropki – na szczęście oboje możemy już się nimi objadać, co mnie cieszy bo uwielbiam truskawy. 

 

W piątek odwiedziła nas Iwona przywożąc ciacho, spodenki i auto dla Małego. Oswajają się ze sobą powoli, ale po każdym spotkaniu jest coraz lepiej. Nie wiemy czym to jest spowodowane, podejrzewam że Syn wyczuwa zapach papierosów. Dzieci są przecież na zapachy bardzo wyczulone, a my nie palimy.. Grunt, że już nie płacze i potrafi się z chrzestną chwilę pobawić. Chcę żeby jak najczęściej miał kontakt z innymi, nawet na plac zabaw zaglądam by oswajał się z widokiem małych i większych dzieci. Ostatnio na koc przybyła do nas 9 miesięczna dziewczynka i 14 miesięczny chłopiec i zrobił nam się mały żłobek. Wesoło było, Dzieć przyglądał się maluchom z zaciekawieniem, a później przeżywał opowiadając wieczorem jakie to miał atrakcje.

 

Sobota to już w ogóle był rarytas. Wprawdzie temperatura dała nam się we znaki, bo znowu klima popsuła się w największy upał – było prawie 30 stopni. Za to widok dziecka z bosymi stopami siedzącego na trawie radował nasze serducha. Cały dzień spędziliśmy nad jeziorem, Dziadki zachwyceni jak im Wnuk szybko rośnie. Drugi ząb podziwiany, chęć siedzenia i rezolutność w oku 🙂 Zimna woda w jeziorze chłodziła rozpalone ciała, parasol chronił przed słońcem, ale i tak wszyscy się w tym upale kleili. Do siebie też 😉 Na obiad grilowana kaczka i pieczony chleb, chłodne napoje i ciasto na deser od Agnieszki, która miała wcześniej urodziny. Znajomi siedzieli tam już kilka dni i opowiadali o ogniskach, do których już mi tęskno. Tym bardziej cieszę się, że część urlopu spędzimy właśnie tam i te ogniska wtedy nas nie ominą. 

 

A dziś kolejny plener i grill w agroturystycznym zakątku. Ekipa już się zbiera, torby z jedzeniem i napojami przygotowane, niech tylko Syn się obudzi, karmię i ruszamy spędzić kilka godzin na powietrzu. Jak ja uwielbiam za to wiosnę i lato! 🙂

 

 

 

 plener

 

 

 

Tym bardziej uwielbiam, że niedzielny plener aż dech w piersi zapierał swą zielonością, terenem na grillowanie, trampoliną, statkiem do wdrapywania się, piłkami do skakania i zwierzakami w tle pod tytułem – strusie, lamy, skunksy, kolorowe odmiany kur z ekstra fryzem, wiewiórki, osioł

 

 

 

 

osiołkowi dano

 

 

 

kucyk, czarny łabędź

 

 

 

 

black swan

 

 

 

i już w ogóle zaskoczenie w pełni – kangur! 

 

 

 

skoczek

 

 

 

 

Szkoda, że Syn jeszcze za mały by się nacieszyć takimi atrakcjami, na razie będzie miał to uwiecznione na zdjęciach, a jak ów plener przetrwa kilka lat, to pojedziemy z nim tam kiedyś jeszcze raz. Miejsce świetne na przyjacielskie wypady, zebrała nas się spora grupa bo i Sylwia z Tomkiem, Hania, Dorka, Katarina z Michałem i dziećmi, jej siostra z mężem, ich znajomi z dziećmi i razem jakoś ze 16 osób. Dziewczyny popijając winko opowiadały jak to wyszły do klubu, a wylądowały w Kołobrzegu na imprezie, a dzieciate zachwycały się swoimi pociechami, które rosną przecież jak na drożdżach i z dnia na dzień nabywają nowych umiejętności. Nasz Skarb na ten przykład w ten weekend nauczył się pić wodę z butelki 🙂 A to duży sukces, po tylu próbach! 

Czerwiec

Od kilku dni rozpracowuję mój biały, elegancki prezent na dzień dziecka 🙂 Dla użytkownika telefonu z klawiaturą przerzucenie się na dotykowy to nie taka łatwa sprawa. Większość jest do opanowania, ale pisanie smsów idzie mi opornie. Natomiast lekkość, wielkość ekranu, możliwość odczytania maila, przejrzenia wiadomości i zainstalowania różnych aplikacji jest na plus. Pewnie niedługo przyjdzie czas, że żaden inny telefon tylko taki będzie mi pasował.  

 

Nowy miesiąc zaczął się intensywnie. Przydomowy ogródek już posadzony, czeka na zakwitnięcie i na dostawienie skrzynek z nasionami. Codzienne spacery w słońcu to podstawa, jak i zajmowanie się Szkrabem już z dwoma zębami. Nastało kilka dni wolnego, więc planów już jest full. Dziewczyny namawiają mnie na babską imprezę w klubie, szykuje się też wyjazd z Mamą nad jezioro i może uda się grill w większej ekipie w gospodarstwie agroturystycznym gdzie i zwierzaki i szkółka z sadzonkami dodają klimatu. Zapowiedzianą mamy też wizytę Iwony, bo już dawno nie widziała swego Chrześniaka. Aż trudno się zdecydować w który dzień gdzie jechać, za mało tego wolnego dla Męża. Moje wolne w sumie wygląda na co dzień podobnie, ale kiedy i on jest dłużej w domu, to o wiele więcej można zrobić. Nawet wyskoczenie na większe zakupy staje się możliwe, bo mam trochę czasu. Zapasy na ten dłuższy weekend są już zrobione, łącznie z kiełbaskami i bagietkami na grilla. Na podróże nagraliśmy Małemu płytę z dziecięcymi piosenkami więc oby tylko pogoda była słoneczna, to ruszamy w plener.

 

 

Ostatnio znalazł się wieczorny czas na obejrzenie kilku filmów. Za nami „Obywatel” Jerzego Stuhra, „Wkręceni 2” i przygodowy „Ostatni rycerze”. Przed nami „Przypadkowy mąż” i najnowsza adaptacja „Kopciuszka”.

 

 

 

 

 

 

 

 

A do tego na czerwiec przypadają I rocznica naszego ślubu, moje urodziny, Dzień Taty, jego imieniny oraz urodziny mojego Brata. Będzie, będzie się działo.. i znowu nocy będzie mało.. 😉