Lato w maju

Poniedziałek tradycyjnie powitał mnie intensywnością prac domowych, ale że szybko je ogarnęłam mogłam otworzyć drzwi dla niespodziewanego gościa. Koleżanka Iwona zadzwoniła, że jest w pobliżu i czy może przybyć pogadać. Zrobiłam jej kawkę, zasiadła po kolejnej rozwodowej sprawie, wymęczona ale w coraz lepszej kondycji psychicznej. Dla niektórych rozstanie otwiera drzwi do lepszego, szczęśliwszego życia. Wiem coś o tym.. 

Po wizycie poleciałam na ciąg dalszy badań, uspokojona przez panią doktor, że będzie dobrze. Skoro tak mówi, to chyba się zna. Z tej radości popełniłam w piekarniku zapiekankę z mięsem mielonym i cienkimi w plastrach ziemniakami. Pochłonięta została w tempie ekspresowym i na szczęście ze smakiem.

 

 

zapieczone


 

 Potem już tylko wizyta kontrolna z Małym u alergologa. A że zapobiegawcze działania dają efekty, to na spokojnie można było zacząć cieszyć się trwającym obecnie latem. Lato jak wiadomo trzeba łapać kiedy jest, bo gdy ma być w terminie, zamienia się w jesień. Ludzi więc na plaży od groma i to bez względu na porę. Z chłopakami byłam wieczorem, a na drugi dzień umówiłam się rano z Kasią. Zaległyśmy nad jeziorem i przez bite cztery godziny trajkotałyśmy jak nakręcone. Tematy nam się nie kończą i te osobiste i te firmowe, bo kiedyś pracowałyśmy razem. Dużo leciałyśmy w kierunku zdrowotnym, po moich przejściach i obecnych jej mamy, która właśnie leży w szpitalu po operacji. Jeszcze jeden przykład, że należy choć raz w roku zrobić badania kontrolne, żeby potem w takim przybytku nie wylądować. Mąż pakiet badań nabył, teraz trzeba znaleźć czas w sobotę, by na czczo dotrzeć do laboratorium. Co w przypadku weekendowego, spowolnionego etapu wstawania do łatwych nie należy. Dobrze, że pakiet ma określony termin ważności, będzie to myślę mobilizacją. 

Tymczasem najbliższy weekend znowu robi się miło przedłużony. Na dalsze wyjazdy zbyt krótki, ale festyny na Dzień Dziecka już są zapowiadane i pogoda między burzami również. Trzeba korzystać ile wlezie 🙂

 

 

w wodzie

Muzyczne emocje

Działo się w ten weekend, oj działo.. pozytywnie w każdym momencie. W piątkowy wieczór złapałam Hanię z Kasią do auta i po dłuższym poszukiwaniu parkingu zakotwiczyłyśmy nad Odrą. Wśród ogromnego tłumu studentów i młodzieży starszej. Na całych bulwarach, jak okiem sięgnąć, rozsiedli się ludzie świętujący Juwenalia. Odżyły wspomnienia i moje studenckie czasy.. Świetne imprezy i niesamowite koncertowe przeżycia. Tym razem też ich nie zabrakło.

I kto by pomyślał, że Krzysztof Krawczyk zrobi taką furorę wśród młodych? Że sami wybiorą, by to właśnie on wystąpił podczas ich święta. I że 72 letni piosenkarz, da taki koncert podczas którego wszystkich wzruszy i rozbawi. Coś niesamowitego! Świetny głos, masa emocji, falujący, roztańczony i rozśpiewany tłum. Większość zna jego piosenki na pamięć, zwłaszcza, że zagrał same największe przeboje. Były Parostatek, Jak minął dzień, Chciałem być, Mój przyjacielu, Bo jesteś Ty i wiele innych. 

 

 

 

juwenalia

 

 

 

W przeciwieństwie do Dżemu, który przez trzy czwarte czasu grał nowe, nieznane przeboje. Wynudzając nas niezmiernie, do stanu ziewania i marzeniu o poduszce. Dopiero pod koniec koncertu rozkręcił tłum Wiktorią, Czerwonym jak cegła i na zakończenie śpiewając Whisky. A tak zero kontaktu z publicznością, brak charyzmy i smęcenie. I całe szczęście, że później nadeszła lepsza muza. Przy Bass Astral x Igo obudziłam się całkowicie. Nogi same poszły w ruch. Chłopaki z humorem, wyluzowani i ze świetnym podejściem do słuchających. Grali energetycznie, elektronicznie i z euforią godną wielkich koncertów. Choć akurat ich z chęcią posłuchałabym i na mniejszej scenie, bardziej klimatycznej. Mimo wszystko odżyłam, a tu pora była wracać by zasnąć o 2 w nocy, ze świadomością pobudki o 7..

 

 

 


 

Nie ma lekko, ale że prócz tego była i świadomość dnia spędzonego z rodzinką, dałam radę. Święto Mamy spędziliśmy w restauracji podającej najlepsze placki ziemniaczane, jakie do tej pory jadłam poza domem. Brat miał dobry nastrój, więc czas upływał w miłej atmosferze. Na dodatek sprezentował całej ekipie bilety na charytatywny mecz siatkówki z gwiazdami. Gwiazdami byli mistrzowie w siatkówce, światowi i krajowi. I niemistrzowie, tacy jak Bilguun i Misheel z Rodzinki zastępczej. Największą jednak atrakcją dla Małego były przebrane smerfy, cheerleaderki, balony i gryf przybijający piątkę. Najmniejszą hałas na wielkiej hali, dlatego nie dotrwaliśmy do końca imprezy. Zmykając do rodziców na deser lodowy i pogaduszki.

A w niedzielę niespodziewana wizyta cioci Iwony, chrzestnej Małego. Pierwsze prezenty na Dzień Dziecka i wyjście w plener na wielki piknik pasji – Pod Platanami. A tam stoiska z różnościami, naturalnymi wyrobami, ozdobami, miejsca do gry w piłkę, pokazy tańca, malowanie Minionków i twarzy smyka, tym razem w wersję tygrysa. I przede wszystkim nasz wspólny czas, który jest z tego najcenniejszy..

Mamy..

Synek pojechał pierwszy raz do teatru (z czego największą atrakcję stanowiła jazda autokarem), a ja do lekarza z zawrotami głowy. Seria badań, morfologia, różne składniki i okazało się, że mam niedobór żelaza i o dziwo – niski cukier. Ja – największy łasuch w rodzinie, zwłaszcza na słodkie. Ale fakt, ostatnio odstawiłam batoniki i wszelkie cukry proste. Zamieniłam je natomiast na masę owoców dziennie, z wiosennymi warzywami w tle..

A tu takie jakieś dziwactwa w tych wynikach.. Suplementacja już włączona, do tego mam jeść regularnie i za dwa miesiące powtórzyć badania. Przy okazji złapałam skierowanie do okulisty, bo takie zawroty mogą mieć również przyczynę w oku, lub błędniku. A wraz ze skierowaniem (termin wizyty dostałam na grudzień!) znowu miałam spotkanie pod tytułem – świat jest mały. Koleżanka z którą chodziłam do liceum okazała się pracować w mojej przychodni. Pomogła mi otrzymać pieczęć – badanie pilne – i przyspieszyć termin wizyty na czerwiec. Zamurowało mnie kompletnie i stwierdziłam, że Kasia spadła mi naprawdę prosto z nieba..

Muszę się porządnie przebadać i wzmocnić odporność, łącznie z kondycją. Jechałam bowiem niedawno szczecińskim rowerem – tempo żółwie, a zadyszka jak parowóz. Mimo wszystko cieszę się, że zrobiłam pierwszy krok w kierunku ruchu na świeżym powietrzu. A ruch w ten dzień miałam niesamowity, od rana do lekarza z wynikami, potem pedałowałam do urzędu, by po chwili oddechu lecieć na występy Małego z okazji święta Mamy i Taty. Dziecię mnie ucieszyło, wzruszyło i sprawiło, że serce urosło na widok jego tańca, recytowanych wierszy i śpiewanych piosenek. Niesamowite przeżycia dla każdej mamy.. I na szczęście też dobra wiadomość po występach, u laryngologa, do którego mieliśmy termin akurat na ten dzień. Migdałki zdrowe, przegroda prawie idealna i od strony laryngologicznej jest spokój. Po takich przeżyciach, miałam już tylko w planach wieczorne wyjście na koncerty. Hania i Kasia umówione, ale zanim o muzycznych emocjach będzie..

włączam przepiękną piosenkę dla wszystkich MAM z okazji ich święta.. I lecę szykować się na obiad w restauracji z Mamą (w prezencie nie będziemy musiały obie dziś gotować) i całą rodzinką.


Nad Odrą

Na festynie dominikańskim skromnie, ale na widok kiermaszu książek oczy mi się śmiały i palce same przebierały w kartonach. Ogromna przyjemność, oglądać, przewracać strony i czytać choć po kilka zdań. Książki mają niepowtarzalny urok i choć od jakiegoś czasu przerzuciłam się na czytnik, zawsze będę miała sentyment do wersji papierowej..

Wracając od Dominikanów, zahaczyliśmy Teatr Lalek. By Mały mógł zobaczyć dokąd pojedzie z przedszkola, by obejrzał sobie wejście i lalki choć na wystawie. Najlepsza jednak okazała się fontanna w pobliżu, bo to i ręce można pomoczyć.. i buty 😉 A wszelka woda w ogóle jest mu mile widziana, bez względu czy to jezioro, rzeka czy strumyki lecące w górę..

 

 

 

też woda

 


Pogoda zresztą iście letnia się zrobiła. Aż się nad tę wodę chciało. Ale zanim na koc, ruszyliśmy na Wały, gdzie zaroiło się od stoisk z kwiatami. Wprawdzie kwiatów nie kupiliśmy, ale wyszłam ze słoikiem miodu lipowego. Pediatra zalecał Małemu picie przegotowanej wody z miodem, a i dla mnie miód wskazany po ostatnich przeziębieniach. Mężowi natomiast w ramach zdrowotnych zaproponowałam zrobienie serii badań, w pakiecie od laboratoriów Diagnostyki – promocja na wiosnę 50%, więc się wreszcie skusił. Nabyłam też pyszne (niby polskie) truskawki, choć pewności co do ich pochodzenia nie ma. Mimo wszystko słodkie były i mam nadzieję, że choć trochę zdrowe. A i spacer nad Odrą dotleniający, fajny.. i w słońcu..

 

 

 

Nad Odrą

 

 

 

Później błogie lenistwo na kocu i wieczorny plac zabaw z Sylwią i tą samą ekipą, którą spotkaliśmy na pikniku wojskowym. Zleciała niedziela w moment i już nowy tydzień przywitał mnie domowymi porządkami, myciem okien, łazienki i podłóg, ścieraniem kurzy, praniem i zakupami. Padłam po tym całkowicie. „Narzeczony na niby” w odpoczynku mi towarzyszył, a wieczorem z moim prawdziwym mężo-narzeczonym obejrzeliśmy – „Rekiny wojny”. Łapiemy to oglądanie, póki Mały zasypia o ludzkiej porze i dzięki niemu w ogóle spokojne wieczory mamy. Dawno do kina razem nie wyszliśmy, to choć w domu nadrabiamy. A co do kina, to dziewczyny ciągną mnie na najnowszy film twórców rewelacyjnych „Nietykalnych” (widziałam ze 4 razy) – „Nasze najlepsze wesele” . I tym razem wykorzystam chyba promocję z opakowaniami po kinderach, dzięki którym bilet kosztuje dużo taniej.

Trzeba kombinować, żeby coś przeżyć i nie zbankrutować.

Ani rusz

Synuś do przedszkola poszedł. Na dwa dni. Po południu tego drugiego wywinął orła na brzegu piaskownicy, zderzając się z ulubionym kolegą Tadziem. Zderzenie zakończyło się raną ciętą i obitym kolanem. Ale histeria, która po tym nastąpiła mogłaby świadczyć o złamaniu z przemieszczeniem i tragedią ogólnonarodową. Wrzaski, krzyki i płacz, nie do uspokojenia przez kilka godzin. Dziecię trzeba było nieść na rękach, przytulać i obchodzić się z nim jak z jajkiem.. Można powiedzieć prawdziwy facet. Oczywiście w piątek nie był w stanie pójść do przedszkola, koszmar trwał od rana. Należało usadzić na kanapie z nogą na prosto i włączyć bajkę. Wieczorem już mu się chyba znudziło i.. jeździł hulajnogą. A co. Przecież ile można dramatyzować.

 

 

Zanim jednak te dramatyczne chwile nastąpiły niespodziewanie otworzył się worek ze spotkaniami. Najpierw znienacka odwiedziła mnie Ania od Witka, oddając pożyczone jej drugiemu synowi, Guciowi, kozaki. Zrobiłam jej herbatę, usiadła i miała chwilę oddechu bo zajęłam malucha zabawą. Dziewczyna na ostatnich nogach, po czterech nieprzespanych nocach (ząbkowanie), bez czasu nawet na umycie włosów.. Rzekła, że Gucio skutecznie wyleczył ją z chęci posiadania trzeciego dziecka. Tymczasem Monika, z którą w ten sam dzień poszłam na spacer, o trzecim już myśli i marzy. Może dlatego, że jej Kubuś jest spokojnym chłopcem i bezproblemowym. Przynajmniej na razie. Dwie godziny spaceru, pogaduch i relacji z ostatnich zdarzeń dobrze nam zrobiły. Jej też, bo akurat ma ciche dni w domu (względnie, przy dwójce dzieci), więc fajnie się wygadać. Umówiłyśmy się też na spotkanie u mnie, bo już dawno nie była i chce zobaczyć nasz pokój po remoncie..


Później już byłam uziemiona przez dziecięce kolano, wieczorem stery przejął Mężu, a ja zawiozłam rodziców na imprezę. U nich z kolei spotkania związane z przechodzeniem znajomych na emeryturę. Dość popularne stało się świętowanie tego faktu. Ale jak to mówią rodzice, każda okazja dobra, byle jeszcze poszaleć. Teraz im trochę trudniej, bo oboje mają problemy z kręgosłupem. Tatę dopadła rwa kulszowa i wczoraj jechałam na szybko po leki z zaprzyjaźnionej apteki. Ani rusz – nabiera nowego wymiaru. Ech.

 

Za to my w sobotę na chodzie (odpukać) i w sam czas załapaliśmy się na wojskowy piknik, organizowany dla żołnierzy, ich rodzin i znajomych. Sylwia dała cynk, zwerbowała Katarinę z rodziną, Kasię ze swoim mężem i maluchem, Gosię z chłopakami i nas. Przy stoiskach z grillowaną kiełbasą, kurczakami i karkówką, można było się najeść. Do tego darmowy popcorn dla dzieci, wata cukrowa. Malowanie buziek, pokazy iluzjonisty, dmuchany zamek i trampolina bez ograniczeń czasowych. Występy muzyczne i pokazy walk karate. Pogoda dopisała, ciepło, słonecznie i tylko wiatr duży, ale nie było tak źle. Na przekór wiatrom czekała nas przejażdżka pancernym rosomakiem.

 

 

 

rosomakiem w dal

 

 

Później urodzinowe lody dla Mężulka, granie w piłkę w parku i spacer. A wieczór znów filmowy. Ostatnio obejrzeliśmy kilka ciekawych produkcji.. Słynne i wzruszające „Coco”, świetny De Niro w „Kamiennych pięściach”, dobra akcja – „Pasażer” i dla uśmiechu „Gotowi na wszystko. Exterminator”. Sama obejrzałam jeszcze „Tamte dni, tamte noce”, „Dziewczynę z Monako” i „Marię, królową Szkotów”. W planach „Cudowny chłopak”, ale najpierw niedzielne plenery z kiermaszem ogrodniczym nad Odrą, występami na festynie dominikańskim i być może spotkaniem z Sylwią, jej siostrą i Mikołajem na placu zabaw, bo właśnie piszą, że się wybierają.

Odzyskany

Wystarczyły trzy tabletki i węch wraz ze smakiem powróciły. Nie jestem zadowolona, że nie obeszło się bez antybiotyku, ale cóż. Jak trzeba to trzeba. Bez tego jeszcze ze dwa tygodnie mogło się to ciągnąć, a zakończyć nawet zapaleniem płuc. Czyli pozostaje odbudować teraz florę bakteryjną, probiotyki i jogurty naturalne włączyć na stałe do menu. I modlić się, żeby na jakiś czas choróbska dały nam spokój. Tym bardziej, że w poniedziałek wylądowałam też u lekarza z Małym. 

 

Solennie obiecuję sobie nie pisać na blogu, że dziecię jest w dobrej formie. Albowiem tuż po tym od razu mogę zapisywać kolejne problemy. Brr. Już w sobotę wieczorem pojawił się kaszel, w niedzielę gorączka, szybki oddech i od nowa inhalacje. Z racji, że z panią alergolog byliśmy umówieni na wizytę bez rejestracji, w przypadku owego oddechu, to też pojechałam z chorym dzieckiem na osłuchanie. I tak oto.. mamy wczesno-dziecięcą astmę infekcyjną. Co oznacza, że Mały mając kontakt z przedszkolnymi wirusami w moment je łapie. Zawężają się oskrzela, trudno mu oddychać i stan zapalny gotowy. Rozpoczęliśmy podawanie leków zapobiegających i jest nadzieja, że w późniejszym wieku całkiem mu minie. Ponoć u chłopców jest to częściej spotykana przypadłość, a pociesza mnie fakt, że kuzyn mojego Męża wyszedł z tego całkiem i jest zdrowym chłopakiem bez inhalatora w kieszeni. 

 

Mały wrócił do przedszkola, już bez gorączki, choć z resztkami kaszlu. Czyli wraz ze smakiem (ależ dobroci owocowo-warzywne mnie omijały!) odzyskałam też trochę czasu dla siebie. Ten weekend bowiem mieliśmy taki na pół.. pogoda piękna, a my na zmianę w domu. Przyznam szczerze, że leżenie na kocu w parku, w pojedynkę, również nie należy do mych ulubionych zajęć. Ale cóż było robić. Chciałam złapać choć trochę słońca i odrobinę spokoju na łonie natury.

 

 

 

na łonie

 

 

 

Do tego, jak wiadomo po imieninach Zosi, zawsze robi się chłodniej, co już idzie odczuć.. Ale nie ma co narzekać, słońce świeci, energia wróciła i znów wpadłam w wir zakupów, gotowania i ogarniania mieszkania po domowych zabawach. Synuś dumnie niósł do przedszkola swoją pierwszą pracę na konkurs plastyczny. Malował farbami i przyklejał bibułkowe kulki do obrazków ze swego miasta. Była i ryba z Odry, park gdzie gra w piłkę i szczeciński rower. Dla wszystkich uczestników ma być dyplom, a w ramach zbliżającego się Dnia Dziecka zapowiedziany wyjazd autokarem do teatru lalek. I jeszcze niedługo przedstawienie na Dzień Mamy i Taty, emocji więc nie brakuje.. niech tylko to zdrowie będzie, bo bez tego ani rusz. 

Stado

Paznokci nie machnęłam, z prostego powodu, że do leżenia w wyrze mi się nie komponują. Manicure z odciśniętą kołdrą również. Przeleżałam bite trzy dni, czując jak uchodzi ze mnie energia, co nie szło w parze z uchodzącym katarem. Nie powiem, że leżałam i pachniałam, bo nadal nic nie czuję (poza nerwem, że tyle to już trwa). Nadal żółto w nosie, zero węchu i smaku, za to kaszel się powiększył. Swoją drogą, nie sądziłam, że brak węchu może być tak problematyczny. Nie wiem, czy należy wywietrzyć w kuchni. Nie wiem, czy podaję dziecku świeże mięso na obiad, czy wędlinę na kolację. Nie wiem, czy dobrze doprawiłam zupę lub surówkę. Perfum nie używam, żeby nie przesadzić. Z braku smaku gotuję na wyczucie. Dobrze, że mam w tym trochę wprawy, gdybym była początkująca, to strach się bać. Kompletnie nie mam pojęcia, jak radzi sobie w tym temacie ciotka z rodziny Męża, która od urodzenia nie ma węchu? Zapytać nie wypada, ale może zgłębię tajemnicę podpytując najbliższych.

 

Plusem w całej sytuacji jest to, że dziecię tydzień do przedszkola przechodziło. I to w dobrej formie, łącznie z łazienkową i powrotem radosnej formy. Odprowadzając go do przedszkola łapałam po drodze nowe wieści osiedlowe i przy okazji prezesa spółdzielni, którego zmusiłam do odwiedzenia naszego mieszkania w celu obejrzenia ściany. Na ścianie bowiem, prosto po remoncie, znowu zaczyna odłazić i puchnąć farba. Prezes obejrzał, pomierzył. Nawet wyszedł od strony balkonu postukać w warstwę zewnętrzną. Rzekł, że tematem się zajmie i przy kolejnej wycieczce do przedszkola uzyskałam wieści od inspektora budowlanego (taty Natalki), że owszem był oglądać projekty i sprawdzał rzuty mieszkań. Zapytując o materiały budowlane w tejże ścianie się znajdujące. To już coś. Przycisnęłam prezesa również w temacie izolacji górnego tarasu, gdyż albowiem doszły mnie słuchy, że będzie on naprawiany dopiero za rok.

 

Słuchy doszły od nowej sąsiadki z góry. Albowiem tak. Od trzech tygodni mamy nad głową nowych sąsiadów. W pierwszej chwili myśleliśmy, że wprowadziło się stado koni. A to tylko rodzinka z dwójką dzieci (3 + 6 lat) i psem do kompletu. Pokój połączony z jadalnią mają duży, teren do biegania jest. I najmłodsze (łącznie z psem) korzystają z tego z upodobaniem od rana do nocy. Niejednokrotnie biega za nimi i mama. A Basia jest dosyć masywną istotą, wysoką, słusznych rozmiarów. Na dokładkę niesamowicie gadatliwą. Ma to swoje plusy, przy wieściach dotyczących tarasu, pękających tam płytek i odkładanego remontu. Ale już wieści, o jej poczęciu (ze szczegółami dotyczącymi zabezpieczenia), danych personalnych (łącznie z nazwiskiem i drugim imieniem), byłego adresu zamieszkania połączonego z problemami spadkowymi i rodzinnymi, pracą męża w Norwegii, wszystkimi chorobami jej i informacją o zdiagnozowanym ADHD jednego z synów, który prócz tego ma ponoć zaburzenia socjologiczne i jeszcze nie czuje zadawanego bólu (?). Żeby było weselej właśnie ów syn polubił poranne przybijanie piątki mojemu i chętnie by go do domu zapraszał (wbrew zaburzeniom). Basia nie omieszkała podzielić się również wiadomością, iż jest w trzeciej ciąży, nie stać jej, nogi jej puchną i nie wie co zrobić. O matko. A myślałam, że to ja jestem gadułą i bardzo otwartą na świat i ludzi istotą. Jednak chyba są jakieś granice. Na szczęście sąsiedzi wyprowadzają się w lipcu (oczywiście wiem dokąd) i tylko mam nadzieję, że podejmą dobrą decyzję odnośnie dzieciątka, a za nich wprowadzi się mniej tupiące stado.


 

wiosenny

Zapach

Bilet na Juwenalia i koncertowanie kupiony, w przedsprzedaży było taniej, więc warto. Tymczasem katar nie chce mnie puścić. Zatoki mam zawalone po sam czubek i nawet jak uda mi się nos odetkać, to kompletnie straciłam węch. Jeszcze w życiu tak nie miałam. I o ile jest to fajne w przypadku brzydkich zapachów, to tych ładnych mi brakuje. Nie czuję perfum, zapachu kwiatów, owoców i warzyw, które teraz jem na potęgę. Co więcej, nic mi nie smakuje.. Wyczuwam, że coś jest słodkie czy słone i to tyle. Wraz z węchem poszedł i smak. Okropność. Mężu za to może teraz korzystać do woli i zajadać się szczypiorem i czosnkiem. Ten ostatni kupiłam w ramach ratowania się od antybiotyku. Choć poza potężnym katarem nic mi więcej nie dolega, czasem odkaszlnę, ale gorączki brak. Wzmacniam odporność probiotykami i prebiotykami, biorę witaminy, kwasy omega 3, piję herbatę z miodem, cytryną. I kurcze ta moja odporność po zimie coś szwankuje. A tu pogoda iście letnia, nad wodę się chce, na spacery czy na kijki..

 

Może powinnam wyleżeć, zapakować się w kołdrę, wziąć coś napotnego.. Tylko jak tu leżeć, kiedy tyle w domu do zrobienia, a poza przeszkodą w nosie energia dopisuje. Następne pranie za mną, duże zakupy zrobione, ale już kolejny obiad trzeba gotować. Opłaty porobić na nowy miesiąc, firanki zanieść do krawcowej, odesłać nietrafiony płaszcz – kolejny znak, by nie kupować w ciemno. Na zdjęciu wyglądał pięknie, z wcięciem w talii, z wąskimi rękawami. A przyszedł szyty prosto, z rękawem, w który dwie ręce bym zmieściła. Obraziłam się i nic więcej z ubrań przez net nie kupuję. Kropka.

Nie dość, że nic mi nie smakuje, to jeszcze ładnego płaszcza od trzech lat trafić nie mogę. Normalnie foch. Na pocieszenie wieczorny film z Mężem, spotkanie z „Jane Eyre”, kupię do domu tulipany, a później idę na regulację brwi. I może machnę pazurki na malinowo. Póki jeszcze dobrze widzę i mogę nacieszyć oczy kolorami 😉

 

 

 

pachnące

Czemuż by nie

Nie ma to jak 9cio-dniowy weekend majowy. Skoro sami dają urlop, trza przecież brać i nie marudzić. 

Toruń, po cudnych przeżyciach i słonecznej pogodzie, pożegnał nas deszczem i niedoszłym do skutku spotkaniem z Cieniem-wiatru i jej Juniorką (za to natknęłam się na kolegę z podstawówki z rodziną). A było tak blisko! Do tej pory pluję sobie w brodę, bo tuż przed wyjazdem miałam myśl, by wysłać do nich zapytanie, w jakiej części naszego pięknego kraju urzędują. Tymczasem przeziębienie Małego i niepewność co do podróży zaprzątnęły mą głowę i intuicyjne piknięcie umknęło uwadze. Tak oto, mijałam się z dziewczynami w tłumie, na Rynku Staromiejskim, nie mając zielonego pojęcia, że tam są. No cóż.. kolejna nauczka, że intuicji należy słuchać.

Na osłodę zawędrowałam wraz z moimi chłopakami na bąbelkowe wafle z owocowymi dodatkami. A na kolację do polecanego „Manekina” (po uprzednim polowaniu na wolny stolik) na naleśnika z camembertem, rukolą, szynką i ananasem. Cud miód i powyższe bąbelki były wisienką na toruńskim torcie.

 

 

 

bąbelkowy



Wróciliśmy do Zosi korzystać z wolności, jaką daje opieka babci i możliwości wieczornego wyskoczenia dokądkolwiek. Tym razem zupełnie niespodzianie wylądowaliśmy na plenerze z Zenkiem Martyniukiem. Ha! A czemu nie, skoro była okazja. Nie żebym fanką Zenka była, bez względu na to czy w wydaniu solowym czy Akcentowym. Ale i te oczy zielone i los przekorny, gdzieś tam mimochodem w radiowym otoczeniu w ucho wleciały. A wiadomo, że na live to ja zawsze pierwsza. Choć tym razem na bycie w pierwszym rzędzie nie było szans. Kosmos jakie tłumy przybyły. Chowana w zupełnie innych klimatach muzycznych, a w tych jedynie od wesela, do wesela – z podziwu wyjść nie mogłam. Gdyby jeszcze Zenkowi „trochę” (trochę bardziej) (dużo bardziej) się ten głos poprawił i gdyby pomiędzy utworami nie używał sformułowania – „to teraz zaśpiewam wam pioseneczkę”, miałabym uciechę właśnie typowo weselną. No powiem krótko, byliśmy, widzieliśmy – przeżyliśmy 😉

 

A po takich przeżyciach kolejne zaskakujące lądowanie – na pokazie muzyczno-świetlno-wodnym, dla odmiany z tłem pod hasłem „Legiony” i muzyką poważną. Obrazek ładny, kolorowy, taki dla chwili wytchnienia. Którą jednak psuła nocna już, niska temperatura. Dotrwałam do finału pokazu, ale wymarzłam potwornie. Tak, że Mężu później ledwo wytrwał uroczy dotyk lodowatych mych stóp pod kołdrą. I cóż.. co było do przewidzenia, w efekcie końcowym powyższych atrakcji nabawiłam się potężnego kataru połączonego z kaszlem w kolejnym dniu. Poszła w ruch apteczka podróżna, zaopatrzona na szczęście solidnie i podtrzymująca mnie do pionu na ostatnim punkcie majowego wyjazdu, jakim był grill u nowo poznanych (przy fontannie) znajomych. Towarzystwo przy piwku, a ja poiłam się gorącą herbatą, zakrapianą co jakiś czas kroplami do nosa i tantum’em w ilości hurtowej. Na szczęście u Zosi miałam możliwość poleżeć i trochę się zregenerować, więc po dzisiejszym powrocie dałam radę zrobić pierwsze pranie, rozpakowywać torby i ogarnąć część popodróżnego bałaganu. Tak oto kończy się majówkowe szaleństwo, choć maj dopiero się rozkręca i już mi się o uszy obija, że ma przywiać koncert Bass Astrala x Igo (!! wow!!), Chylińskiej, Dżemu i Krawczyka. I jak się tylko da, to lecę słuchać i tańczyć. Bo czemuż by nie 🙂

Z Kopernikiem

Może nie w kompletnym zdrowiu, ale udało

się wyruszyć na planowaną majówkę. Cud. Mały do ostatniej chwili robił gorączkową zmyłkę. W dzień było ok, na wieczór 37,8. Aż wreszcie nastała doba bez gorączki i prosto od Zosi mogliśmy zakotwiczyć nad Wisłą. 

Toruńskie okoliczności Staromiejskiego Rynku przywitały nas gwarem turystów, ciekawymi zabytkami i wakacyjnym klimatem. Przy boku moich dwóch podróżników, w kwiecistej sukience i aparatem w dłoni rozpoczęłam zwiedzanie tego pięknego miasta. 

 

 

 

toruńsko


 

A jest tu co podziwiać.. Kopernik dumnie spogląda z góry swego postumentu, Flisak z nieodłącznymi żabami na szczęście, Krzywa wieża, Dwór Artusa, Zamek Krzyżacki z jarmarkiem w tle, śliczna kamienica pod gwiazdą, Planetarium, monumentalne kościoły, mury obronne, zabytkowe bramy i spacer Bulwarem Filadelfijskim.. Cudnie, po prostu cudnie..

 

Byłoby jeszcze cudniej, gdyby nie pozostałości kaszlu po przebytym przeziębieniu. Ale już mamy przetestowane, że musi się oczyścić część płucna i nosowa, dopiero wtedy zdrówko wróci do całkowitej formy. Oprócz tego Małemu i energia dopisuje, chęć do ganiania gołębi na rynku i zachwyt nad zwierzakami w  toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym. Spacery robimy codziennie kilometrowe, aż do padnięcia w jednej z licznych kawiarni tuż przy Ratuszu. Choć ceny kosmiczne więc i Bar Miś chętnie odwiedzamy, zwłaszcza że rodem z kultowego „Misia” przeniesiony. 

Niesamowity jest urok naszych polskich miast, może za rok uda się trafić do Krakowa, bo jeszcze razem nas tam nie było. Warszawa, Zakopane, Sandomierz i Mazury znajdują się też na wymarzonej liście podróży. Nie  wspominając o ciepłych krajach.

Ale na razie cieszę się, że Toruń dołączył do wspólnych wspomnień i z naładowanymi bateriami możemy marzyć dalej..

 

 

 

zaczarowany