Z pompą

Ferie zaczęliśmy z pompą, w sensie ulewy, wichury i huku (od spadającego kawałka tynku z budynku) i w sensie fajnych chwil, których do ostatniej chwili pewni nie byliśmy. Przed wichurą udał się spacer z rodzicami, zrobiłam pyszny obiad w domu i spędziliśmy rodzinny wieczór przy śmiesznych filmikach. A na sobotę wybraliśmy bajkę w kinie. „Sing 2” okazało się mega pozytywne, z przesłaniem o dążeniu do spełniania marzeń i ze świetną muzyczną oprawą (przyznaję, na kawałku U2 się wzruszyłam). Po kinie jeszcze wypad na lody do kawiarni i pełnia szczęścia dla Młodego. Niedziela zapowiadała się równie atrakcyjnie, na urodzinach u syna koleżanki.

W niewielkim gronie, ale za to najbliższym sercu. Sala zabaw ta sama, w której Młody świętował swoje 7 urodziny, pogaduchy z ekipą, trochę ganiania po sali. Przerwa na mięsko z frytkami, potem tort i inne słodkości.

Spędziliśmy tam pięć godzin, a i tak dzieciom było mało. Tylko dwie najmłodsze kruszynki poszły wcześniej do domu. Reszta szalała w piankach, małpim gaju i na trampolinach. Mnie by się teraz też przydało, żeby spalić nadmiarowe kalorie. Ale kto wie, może uda się na łyżwach, czy choćby na spacerze, jeśli pogoda dopisze i już pompę odpuści..

Stop

Fika foka prawie opanowana, oprócz trenowania języka trenuję też chody kijkowe i po schodach. Dziś tak się rozkręciłam, że pięć razy w górę na piąte (a może nawet szóste, u nas ciężko się doliczyć) piętro się wdrapałam i z niego zeszłam. Choć raczej w odwrotnej kolejności. Miałam też maraton sklepowy w poszukiwaniu prezentu dla syna koleżanki (i przy okazji wielkanocnego dla Młodego. W weekend zapowiadają się urodziny owego kolegi. Czy się odbędą dowiemy się z dnia na dzień, bo niczego już pewnym być nie można. Zdalne na razie dla dzieci starszych, ferie tuż tuż, nasz niby po 14 dniach od szczepień, ale syn koleżanki nieszczepiony i nie wiadomo, czy do piątku bez kwarantanny dotrwa. Zresztą w weekend też go dopaść może. Pozostaje czekać, ale na nic się już nie nastawiam.

Poza naszym domowym, osiedlowym i szkolnym kątem dramaty się dzieją i nie da się przechodzić obok nich obojętnie. Ale i żyć trzeba, z coraz większym przerażeniem w oczach, że to się dzieje naprawdę. Dramat kobiet, drożyzna taka, że strach iść do sklepu, granica, politycy szaleją, wirus jeszcze bardziej. Chciałoby się krzyknąć, zatrzymajcie ten pociąg, ja wysiadam. A tu nie ma lekko. Przypominają mi się lata beztroski, młodość, która o wielu sprawach nie wiedziała i potrafiła cieszyć się pełnią życia. I tak naprawdę chcę się nadal cieszyć tym życiem, tym, że mam gdzie mieszkać, co jeść (jeszcze) i tym, że mogę dzielić radości i troski z rodziną. Obecni młodzi niby na pozór mają lepiej, bo jest dostępność wszystkiego (choć to akurat na dobre im nie wychodzi), bo świat otwarty (teraz nie do końca), bo wolność, swoboda i beztroskie wychowanie. Tymczasem i oni noszą już na barkach problemy codzienności i coraz częściej zabierają głos. Gdy byliśmy w Jeleniej Górze przechodziliśmy podziemnym tunelem na drugą stronę ulicy. I tu pozytywne zaskoczenie.. cały był w hasłach, które tak naprawdę są też ich marzeniem – było o dobroci, pomocy, o miłości i było też o tym, co dotyka teraz wielu.

Tylko jak ten stop przeprowadzić, kiedy tyle nerwów dookoła i coraz trudniej o normalność i spokój..

Wolność, dzień Dziadków i fikająca foka

Wczoraj wreszcie odzyskaliśmy wolność, całą rodziną. Kwarantanna dla zdrowego dziecka to zuo. Nawet jeśli wrócą lekcje zdalne, liczę, że uziemienie już nas ominie. Młody wypuszczony w plenery skakał jak pasikonik. Pasikonik z zadyszką. Tak mu kondycja siadła. Dla mnie wyczynem było wyjście na kijki z koleżanką i 1,5 godzinna przebieżka w dużym tempie. Wróciłam wykończona, ale z szalejącymi endorfinami i radością, że wreszcie możemy też wyjść na spacer z rodzicami. Młody sprezentował babci ręcznie robiony świecznik, a dziadkowi łyżeczkę do kawy z dedykacją. I dołożył laurkę, gdzie sam mógł wypisać wyuczonymi już literami, wiersz dla dziadków. Oni w podzięce zaprosili na gofry i tylko szkoda, że drugiego wnuczka zabrakło, biedny znów przeziębiony. Wyszedł z ospy, wrócił do przedszkola na trzy dni i apiać gorączka. Nie ma lekko, teraz my kciuki trzymamy, żeby nasz w tym tygodniu niczego nie złapał i żeby nikogo z wirusem w klasie nie było.

Wolność poza domem uczciliśmy też wyjściem do pizzerii, graniem w planszówki, pomiędzy dwoma spacerami i wreszcie naszym wieczorem we dwoje- gdyż syn po zrobieniu 11 tysięcy kroków (na kwarantannie miał 3tyś.) zasnął snem mocnym po 21szej. Ostatni tydzień bez zmęczenia i wybiegania zasypiał około 23-24 (pomimo pobudki o 7), więc i my padaliśmy. Mamy tyle filmów do nadrobienia i praktycznie zero czasu na oglądanie.. A teraz jeszcze za szafki kuchenne się wzięłam, powoli robię czystkę, wyrzucając nieużywane naczynia, jakieś pokrywki, starocie i inne przydasie, więc czasu za dnia będzie jeszcze mniej. Plus, że synek wrócił do szkoły i trochę swobody w domu odzyskałam. Za to po szkole od razu praca domowa i czytanki. Widzę, że tempo nauki wzrasta i coraz trudniejsze teksty maluchy dostają. Dla przykładu Foka Fryderyka – polecam 🙂

Hiszpania w kinie

Hurraa, zakończyliśmy dziś zdalne lekcje. Widać już było rozdrażnienie Młodego po tym całym tygodniu. Zwłaszcza gdy w klasie panował chaos (ozdrowieńcy chodzili do szkoły-nie wiem czemu, skoro drugi raz chorować mogą i wirusa dalej przenosić), a przed ekranami nie można było się skupić. Było nad czym, bo estetycznie należało przepisać wiersz dla dziadków z okazji ich święta i zrobić ładne laurki. Na koniec angielskiego i niemieckiego odetchnęłam i ja! A jeszcze większą ulgę poczuję, gdy za dwa dni dziecię będzie mogło wyjść na dwór!

Wczoraj dla relaksu wybrałam się z koleżanką szkolną do naszego najstarszego w świecie kina. Nowy film Woody’ego Allena, „Hiszpański romans”, całkiem sympatyczny w odbiorze, ale trzeba lubić styl i „przegadanie” owego reżysera. Ja lubię. Tradycyjnie było z dywagacjami na temat sensu istnienia, pytań o to kim jesteśmy i rozkładaniem uczuć na czynniki pierwsze. Miłość, zazdrość, wypalenie po latach, odchodzenie, różne emocje, a w tle letnie krajobrazy z Hiszpanii..

Gdy to wszystko połączyć z klimatyczną salą kinową, w której film włącza się dla trzech osób (dwie dotarły później), robi się z tego fajny wieczór. Szkoda tylko, że nie można było wypić herbatki przy stole, jak za dawnych czasów. Ale w maseczkach i tak byłoby to utrudnione. Jutro ruszam na kijki z koleżanką, a w niedzielę jak rzucimy się wreszcie rodzinnie w plenery to coś czuję, że Młody z katarem wróci, z zakwasami i z czkawką od dużej ilości powietrza  Miłego weekendu!

Foto: kino-pionier.com.pl

Ka(rna)wał

Przez kwarantannę przepadła nam wizyta u alergologa-laryngologa. Czekaliśmy na nią trzy miesiące. Poczekamy jeszcze dwa, a co tam. Być może sterydów już nie potrzeba, ale teleporada tego nie określi. Babka w rejestracji mówiła, że kwarantanny dezorganizują pracę w przychodni, co i rusz przekładają terminy. Nam też zdezorganizowały życie, nic nie można zaplanować, a siedzenie w domu doprowadza do szału. Mały wygląda jak zombie, oczy czerwone, podkrążone, blady jak ściana. Po 4 – 5 godzin przed ekranem, z przerwami 10-15 minutowymi. Ja często siedzę z nim, kondycja siada nam do zera i znowu zaczyna boleć mnie kręgosłup. Na ćwiczenia nie mam czasu i brak mi mobilizacji. Ledwo wdrapuję się po schodach, które kiedyś pokonywałam w podskokach. Wychodzę dopiero, gdy Mężu wraca z pracy (a ostatnio ma nadgodziny), jest już ciemno i nieprzyjemnie spacerować po osiedlu. Także szybka przebieżka, zakupy, a wczoraj jakieś takie męty snuły się w centrum, że żeby upolować kurtkę zimową dla Młodego na następny rok, wolałam podjechać autobusem niż wędrować w ciemnościach.

Pociesza fakt, że synowi nauka idzie bardzo dobrze, ma wspaniałe oceny opisowe na pierwszy semestr i jesteśmy z niego bardzo dumni. Coraz lepiej czyta i liczy, jest empatyczny, nie sprawia kłopotów, panie go chwalą, cóż innego nam pozostaje:) Tylko nad tym zdrowiem zapanować i dalej być przy nim, kiedy tego potrzebuje. No i ratować się spacerami na balkonie, modlić, żeby żadnej więcej kwarantanny nie było (że o wirusie nie wspomnę). I dostarczać witamin, w ilościach hurtowych.

A dla ratowania własnej psyche, jakieś wyjście do kina i nieśmiała propozycja spotkania karnawałowego pod hasłem – zasiądziemy przy stoliku na piwko, bo potańczyć i tak się nie da. Lokale zamknięte. Na żadne piwko nie mam chęci. Najnowszy film Woody’ego Allena zobaczę z przyjemnością, ale od imprez w lokalach wybieram spacery, plenery i oby, spotkanie z rodziną. Taki to teraz karnawał mi się marzy i pomyśleć, że kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez tańców w tym noworocznym czasie;)

Ciśnienie

Papiery papierami, ale nerw o wiele większy wziął mnie w piątek o 11. Wtedy to wpakowano nam dziecię i nas po części też, na kolejną kwarantannę. Dziecko podwójnie zaszczepione (my potrójnie), zdrowe, po negatywnym teście na covid. Nosz. Weekend rozpoczęty więc z podwyższonym ciśnieniem, ale co zrobić, przetrwać trzeba..

Jako, że dwie koleżanki nie mogły w trybie natychmiastowym zerwać się z pracy, odbierałam dwójkę dodatkową i przez kilka godzin miałam w domu plac zabaw połączony z opróżnianiem lodówki (potrzebny większy zapas kabanosów na takie okazje) i przekąsek z szafek. Nie narzekam, bo było wesoło i dzieci zabawą zachwycone do siebie wracać nie chciały. Ale jednak Młody znowu zamknięty w domu, bez normalnego trybu szkoły, bez wybiegania, kumpli, bez porządnego dotlenienia, które to odporność ma wzmacniać – gdy tymczasem siedzenie 8 dni w zamknięciu raczej ją osłabia. A od poniedziałku przykucie do ekranu, na kilka godzin dziennie, przez cały tydzień.

Zaplanowane spacery, spotkanie z dziadkami, poszukiwanie kafli i obiad poza domem, wzięły w łeb. Wychodzimy na zmianę z Mężem, osobno do sklepu, osobno na spacer i jedyny plus, że wspólnego czasu w domu nie brakuje. Także gry planszowe poszły w ruch, znowu w większym natężeniu. Do tego klocki, zingsy, puzzle i słuchanie jak Młody czyta – zalecenie 15 minut dziennie, z podpisem po zakończeniu czytania. I oczywiście prace plastyczne, oraz wszelkie kreatywne (niech nie zwiodą kolorowe słodziaki, to wojownicze AmongUs-y i zombie z Minecrafta (czy kiedykolwiek mogłam przypuszczać z czym się wiąże bycie mamą syna?;) ))

Tak czy inaczej trzeba zapełniać ten czas zamknięcia, czymś atrakcyjnym, żeby nie utknąć przy bajkach, na kanapie. Jakieś pomysły na niedzielę i kolejne dni?

Papierologia

Fachowiec przybył, próbkę blatu przywiózł, można zacząć jeździć z ową dechą po saloonach i marketach budowlanych. Dobrze, że w soboty wszystko otwarte. Do tematu poszukiwań kafelków dołączył piekarnik, cała reszta wybrana. Ale dokładny termin rozpoczęcia prac nieznany, co akurat na plus, bo jeszcze czasu na decyzje potrzebuję. Wzięłam się też porządnie za zaległe latanie z dziecięciem po lekarzach. Kontrole pochirurgiczne, alergolog, pulmonolog, ortodonta i ogólny przegląd z racji zimowych podkówek pod oczami. Wszystko odkładane przez wirusa, ale już dłużej czekać się nie da. Terminy porozkładane na cały styczeń, a i na luty pewnie się załapiemy. Tak czy inaczej pierwsze koty za płoty, początkowe kolejki odstane, przechodzenie z gabinetu do gabinetu (poradnia przyszpitalna) i masa formularzy wypełniona. A to dane osobowe, a to przebyte choroby, imię matki, ojca, kontakty z covidem, brak kontaktów z covidem. I tym sposobem – pesel dziecięcia znam na pamięć.

Młody załapał się nawet na test, bo od drugiej dawki szczepienia nie minęło jeszcze dwa tygodnie. A lekarz odesłał nas z powrotem do pediatry po kolejne skierowanie, pisząc ową notkę na szczęście na obecnym skierowaniu i ratując kawałek drzewa. Nie wiem po co mamy internetowe konta pacjentów, EWUŚ-ę i cały ten komputerowy system, skoro pacjent później pisze i pisze, kolejne kartki marnując na powtarzane dane. A co by nie mówić krążą wieści o deficycie celulozy, rodzice dzwonią na alarm, żeby zapasy papierów wszelakich robić. I faktycznie zauważam na półkach braki w towarze. Także straszno się robi, a gazety (do podcierania) drożeją.

W marcu czeka nas jeszcze składanie podania o dowód osobisty dla potomka, ale tu patrzę, że wniosek da się złożyć elektronicznie. Wystarczy tylko profil zaufany, certyfikat kwalifikowany (cokolwiek to jest) albo e-dowód i konto w ePUAPie, coby się do elektronicznej skrzynki podawczej urzędu dostać. I z tym optymistycznym akcentem lecę do sklepu po papier, załączając FILMIK PAPIEROLOGICZNY – w którym warto wytrwać do końca:) Spokojnego i zdrowego weekendu!

Trzecia dawka i kolejny etap

I taki to właśnie weekend nam się udał, zabrakło tylko spaceru z rodzicami i bratem, z racji odkrytej w przedszkolu bratanka ospy. Jako, że w piątek mieliśmy trzecią dawkę szczepionki (lekki ból ramienia), a jutro Młody ma kolejną dawkę Pfizer’a, nie chcieliśmy narażać się na żadne choróbska. Spacery robiliśmy więc we własnym gronie, w nasze ulubione miejsca i to zarówno przed południem, jak i po..

Coraz później robi się ciemno i każde takie pół godziny dodatkowej jasności cieszy mnie bardzo. Raptem dwa miesiące i zaczniemy odliczanie do wiosny.

Na razie jednak siedzimy w kafelkach. Po uszy. I znowu nie sądziłam, że jest taki wybór gresów na podłogę. Obejrzeliśmy już dużo w sklepie, a jeszcze naczytałam się o wadach i zaletach ich powierzchni. Bo przecie oprócz koloru i faktura się liczy. Na pewno chciałabym, by pasowały do drewnopodobnego blatu, ale też żeby były odporne na wilgoć, ścieralność i łatwo dały się umyć. Jutro dzwonię do fachowca ustalać szczegóły, ale i z prośbą o przywiezienie próbki blatu. No i trzeba się dowiedzieć, kiedy przybędą fronty do szafek, bo problemy z dostawami dają znać o sobie. Z remontem nam się nie śpieszy, ale dobrze byłoby wiedzieć jak rozłożyć prace niszczycielskie, by zgrać się z tworzeniem nowego i nie paść z głodu bez dostępu do kuchni.

Bezstresowo

Zdalne idą już sprawniej, ale moja obecność często jest wymagana (dobrze, że w poniedziałek już stacjonarne!). Czuję się jakbym wróciła do szkoły i o ile przydaje się przypominanie słówek z angielskiego czy niemieckiego, to na polskim czy matematyce nuuda. Obiady gotuję z doskoku, prania i prasowanie na szczęście zakończone, a wczorajszy wolny dzień bardzo się przydał dla relaksu i odstresowania Młodego.

Podjechaliśmy sobie do Trzebieży. Gdyby nie wiatr spacer byłby przyjemniejszy, bo po ostatnich pochmurnych dniach wczoraj wyszło piękne słońce. Ale taka przebieżka na mrozie dobrze nam zrobiła. Potem jeszcze spacer z rodzicami i obiad na mieście.

A przy tym obiedzie scenka rodzajowa – synek (lat ok 4), przy stoliku obok, zażyczył sobie mięso z sosem, jego tata zdążył zamówić, a syn w tym czasie zmienił zdanie i krzyczał że chce bez sosu. Niestety za późno i dostał pod nos talerz z sosem. I tu zaczęła się histeria. Ale jaka! Taka, że uszy puchły! Wrzaski, ryki, on chce bez sosu! Tupanie nogami, rozdzierający płacz i jazda jakiej dawno nie widziałam. Doprecyzuję, że dziecię plakało, ale miało czas rozejrzeć się jaki całość daje efekt. Miało przerwy na złapanie tchu i wzmocnienie ryku. Co zrobili rodzice? Nic. Kompletnie nic, choć rozumiem, że to mogło być zamierzone (wywrzeszczy się i przestanie (albo i nie)). Nie uspokajali, nie uciszali. Nie prosili o spokój, ani np. nie wyprowadzili synka na zewnątrz żeby mu wytłumaczyć co i jak, lub może żeby się trochę opanował. Nie, wrzask trwał, nasz Młody uszy zatykał, inni się oglądali. A po wielu minutach pani wpadła na pomysł.. żeby może kupić jeszcze jedną porcję?- bez sosu. Serio?

Absolutnie nie jestem za klapsami, za krzyczeniem na dzieci. Wiadomo, że opanowanie jest w takiej chwili bezcenne. Ale bezstresowe wychowanie w tym przypadku chyba nie zda egzaminu. Spokojnego weekendu życzę, bez hiterii;)

Sylwestrove

Podróż z górskich rejonów do domu, w Sylwestra, poszła całkiem sprawnie, za to do teraz nie mogę się po niej ogarnąć;)

A to dlatego, że należało wyszykować się na domówkę, po drodze rozpakowując torby i wstawiając pierwsze pranie (na dzień dzisiejszy czwarte za mną). W międzyczasie dać coś jeść dziecięciu, wywietrzyć mieszkanie, umyć się, zrobić make up i odnaleźć kieckę. Dobrze, że Mąż miał koszulę wyprasowaną i czyste buty. Tak zaganiani wpadliśmy z przekąskami i trunkami na chatę do M. A na owej chacie 7 dorosłych, 7 dzieci i rejwach sympatyczny:)

Panowie częstowali jakimś limonkowym wynalazkiem, dziewczyny sałatkami i pieczonym mięskiem. Dla dzieci masa słodkości, ale i spaghetti w ramach kolacji co na plus, bo do 3 w nocy ferajna wytrwała. Pogaduchy były fajne, jedynym minusem pomysł włączenia tv i stacji z sylwestrowym programem – porażka muzyczna – obiecałam sobie, że na następny rok trzeba przygotować własną playlistę i na pewno bez wizji. Gdy nadszedł etap wybierania muzyki z YT, przynajmniej trochę z Mężem potańczyliśmy. Potem już odliczanie, fajerwerki nagrywane przez maluchy i balkonowe widoki. Co do tego typu atrakcji, gdyby nie huk i strach dla zwierząt byłoby o wiele przyjemniej oglądać kolorowe rozbłyski. Od nas nie strzelał nikt.

Obdarowani smakołykami na wynos, odpłynęliśmy w sen przed czwartą i dobrze, że potem był weekend. Przydał się na odsypianie, zwłaszcza że od poniedziałku powrót na zdalne i forma mile widziana.