Ostatni dzień i Nowy

Pamiętam, jak dopiero co, nie mogłam doczekać się końca poprzedniego roku. Tacy byliśmy wtedy wszyscy przeziębieni i poszkodowani. Wydawało się, że z nowym rokiem wszystko już będzie dobrze. Tymczasem spadające sufity niosące za sobą potężny remont, strata pracy i pierwszy miesiąc w przedszkolu, w którym większość była przechorowana sprawiły, że trochę zwątpiłam 😉 Ale mimo wszystko uniknęliśmy obrażeń, miałam czas dla rodziny i domu, Mały do tego przedszkola się dostał, a i zdrowie wróciło do formy (przynajmniej na dzień dzisiejszy). Czyli jest szansa i nadzieja, że w kolejnym roku, mimo przeciwności losu, będzie dobrze. A może nawet o wiele lepiej 🙂

Czego i wszystkim życzę :))


Happy New Year!

 

Happy

Świątecznie :)

Pierwszy raz tak późno ubieraliśmy choinkę, bywało, że już od 6 grudnia u nas zakwitała. Było i tak, że do końca lutego murem za nią stałam i walczyłam o jej przetrwanie. Tak uwielbiam wieczory przy zapalonych światełkach, z widokiem tego drzewka, które jest dla mnie symbolem zaczarowanego czasu.. 

A czas ów w tym roku i niełaskawy (z racji kaszlowego i katarowego dodatku) i bardzo łaskawy, z racji pojawiających się perspektyw. Przeziębienie odpuścić jeszcze nie chce, choć oboje z Małym trochę się do dzisiejszego Święta podreperowaliśmy (na razie bez antybiotyku). Dzięki temu doszły do skutku spotkania życzeniowo-prezentowe. Odwiedziłam Hanię z córką, wręczając im gwiazdkowe drobiazgi. Spędziłam miły czas na pogaduchach z Kasią, w klimatach włoskich, przy niesamowitej, malinowej herbacie z rozmarynem i goździkami. I przy słodkościach, ale o tym sza. Można powiedzieć, że były w ramach obiado-kolacji i od razu lżej (kalorycznie) na duszy 😉 

 

 

 

pyszności przy jemiole

 

 

 

Przeżyłam moc wzruszeń na przedszkolnych Jasełkach u Synka. Który to w stroju pasterza, dzierżąc kij owinięty pazłotkiem, dzielnie recytował wiersze, śpiewał kolędy i nawet nie bał się deklamować do mikrofonu. Mężu z pracy na wideokonferencji, ja w ferworze podziwiania, robienia zdjęć i nagrywania filmu. Rąk mi brakowało i serce mi się rwało do tego naszego dzielnego malucha. Nie mogłam się go potem natulić i nachwalić. Takie emocje. 

Później odwiedziliśmy jeszcze Monikę z jej pociechami. Wymiana prezentów i szybkie życzenia, z racji szalejących i u nich wirusów. Nie dali rady bez antybiotyku, więc trzeba było się szybko ewakuować z nadzieją na dłuższe spotkanie w nowym roku. Udało mi się też wyskoczyć i wraz z Bratem podjechać do rodziców, by pomóc w przygotowaniach do wigilijnej kolacji. Zrobiłyśmy z Mamą 50 pierogów z kapustą i grzybami w, tradycyjnej u nas, wersji na cieście drożdżowym, do smażenia. Brat pucował łazienkę, a Tata ogarniał resztę mieszkania, w międzyczasie szykując rybę w cieście, rybę po grecku i barszcz. 

Wigilia była cudowna.. Nawet udało się zagrać na gitarze i odśpiewać Cichą noc, wprawdzie zakatarzonym głosem, ale ze wsparciem Mamy. Prezentów dla najmłodszego, cała masa, szalał ze szczęścia już od samego rana. A ilość paczek przekracza wszelkie wyobrażenie. Pojawiły się nowe auta, wjazd na autostradę, zestaw dla pana doktora, gra z łapaniem gryzonia. I rzepy-czepy, o których myślałam w ramach prezentu na imieniny, a tu niespodzianka od wujka i to bez umawiania.. 

 

I w te Święta najpiękniejsze

Takich właśnie prezentów wszystkim życzę,

Czasu miłego z rodziną,

Wytchnienia od codzienności,

I szczęścia na każdy dzień 🙂

 

 

 

very merry

Ha

Czyż nie zbliżają się Święta? Biesiadowanie, mój występ z kolędą na gitarze i jasełka w wykonaniu przebranego pastuszka? A i owszem. Czyli tradycyjnie pojawia się przeziębienie. Niemile widziany kompan na takie doniosłe chwile.. Nos mam kompletnie zatkany, budzący mnie brakiem tchu o 3 lub 5 nad ranem i kaszel rozsadzający płuca. Mały też zaczyna kaszleć i tylko Mężu cudem dzielnie się trzyma. Jak widać cuda się zdarzają. 

 

Pani doktor stwierdziła, że kwalifikuję się na antybiotyk. Ale żeby od razu nie walić z grubej rury, wysłano mnie na badanie CRP. Miła odmiana, gdyż wcześniej antybiotykami szafowano na lewo i prawo. Wynik w normie. Jutro ponowna wizyta i będzie decyzja czy zostajemy przy syropie wykrztuśnym, soku z malin i płukaniu gardła wywarem z siemienia lnianego. Mały od razu na inhalacjach, oraz standardowo tran, wapno, tantum i syrop na kaszel. Zobaczymy, czy uda się wrócić do zdrowia, żeby w nowy rok wejść w jako takiej formie.

Ponieważ gorączki nie ma i energia Małemu dopisuje, to zabawy z Mikołajem i zgarnianie kolejnych prezentów w toku. Choć niektóre elementy paczki zaskakujące, jak dla trzylatka. Zwłaszcza gumy kulki i prażone, mocno solone orzeszki. O czekoladkach, cukierkach i lizakach w ilości hurtowej nie wspomnę. Dyskretnie ograniczam, wydzielam i pilnuję mycia zębów. 

 

W tym czasie zapracowany Mężuś dzielnie działa na terenie dużego pokoju. Malowanie ścian zakończone, nareszcie zamiast smętnej żarówki wisi nowy żyrandol. I powoli tworzy się wizja przybrania okna i ożywienia jednej ze ścian. Bo choć jasnoszary kolor, sprawia miłe dla oka wrażenie, to jednak trzeba ocieplić całość dodatkami. Jakieś poduchy, firanki i koniecznie kwiaty! Mam chęć na storczyki, w doniczkach o intensywnym kolorze. 

Wizja rozwalania kolejnych sufitów odsunięta na połowę stycznia, więc wystarczy teraz odkurzyć i całość jako tako się prezentuje. Jest oświetlony stroik z sankami, są gwiazdki na parapecie, małe drzewko w doniczce z Mikołajem i łańcuch zdobiący regał. Zostaje tylko przystroić choinkę, podreperować zdrowie i można ruszać w ten świąteczny czas.. 

 

 

 

 

rozświetlone

Grudniowe morze

Z ostatniego spotkania u rodziców mam wspaniałe zdjęcie, na którym dziadek czyta wnuczkowi bajkę.. Łapię takie chwile w każdym możliwym momencie, bo coraz bardziej jestem świadoma upływu czasu i tego że dla naszego smyka to będą ważne wspomnienia. Zaczęłam też rozglądać się za figurkami Mikołaja, jakimś drzewkiem i nabyłam gwiazdę betlejemską. Żeby trochę świąteczniej zrobiło się w domu.

Cóż z tego, kiedy tuż przed malowaniem ostatnich dwóch ścian, człek się budzi rano i widzi fontannę wody, lecącą do wanny. Na szczęście do wanny. A nie na podłogę, bo prawdopodobnie ciurkało całą noc. Malowanie idzie na bok, a w łazience zapanowuje pandemonium. Cały dzień jestem bez wody, na szczęście obiad ugotowany. Do wymiany oba kolanka i zakamieniona bateria, a w efekcie końcowym trzy odłupane kafle spod zabudowy wanny i oczywiście jeden pęknięty. A zapasu brak. Dziura straszy nie tylko nas, ale i Małego, który boi się, że mu stamtąd pająk wyjdzie. Na dokładkę znienacka wizyta naszych ulubionych fachowców, którzy dostali zielone światło na rozwalanie sufitu w sypialni i chcą działać jeszcze przed Świętami! Nosz, chyba nigdy tego pyłu nie ogarnę.. W łazience na suficie pojawiło się nowe pęknięcie, więc od razu chcą naprawić to i korytarz. Jak robić dalszy bajzel to może jednorazowo?

Najlepiej było by na ten czas się wyprowadzić i niech się dzieje co chce 😉

 

Gdybym mogła dołączyłabym do firmowej wigilii Męża, spakowała na szybko torbę i poszła na spacer brzegiem grudniowego morza. Ponoć słońce było i prawie bezwietrznie. Zupełnie jak w bajce.. A tych bajek, dla dodania nastroju, trochę się ostatnio naoglądałam i naczytałam (teraz w planach „Zbrodnia w efekcie” Chmielewskiej). I stwierdzam, że wyrosłam ze świątecznych filmów i książek. Wolę iść na jarmark, chłonąć widok Mikołaja, reniferów, słyszeć dzwonki i kolędy śpiewane intensywnie przez naszego smyka. Albo jechać nad morze, obecnie mało zimowe, ale zawsze jak zaczarowane..

 

 

 

grudniowe

Profesjonalne

Domowe spa nie ma porównania do centrum zdrowia i urody z prawdziwego zdarzenia. Wykorzystałam wreszcie kupon na zakończenie firmowej działalności i spędziłam dwie godziny w strefie wellness, kąpiąc się w jacuzzi, wygrzewając w łaźni osmańskiej, aromatycznej i parowej. Potem był półgodzinny zabieg pod hasłem „dotyk jedwabiu”, który jedwabiem okazał się dopiero na koniec. W trakcie był niesamowicie intensywnym peelingiem cukrowym połączonym z masażem całego ciała. Tarcie, masowanie i gorący prysznic poprawiły ukrwienie i wygładziły skórę. A na zakończenie, masaż pleców i szyi z olejkiem. Miód dla moich miejsc bólowych, dla rozluźnienia i odstresowania. Po całej akcji czułam się jak nowo narodzona..

 

Wprawdzie po rajskich przeżyciach trzeba było powrócić w tempie do rzeczywistości, ale już ze zwiększoną mocą. Ugotowałam obiad, pojechałam z Małym na kontrolę do chirurga (jest ok, kolejna za pół roku) i ekspresowo łapałam listę z podpisami do walki o nasz wakacyjny ośrodek nad jeziorem.

Ponoć chcą go zamknąć z racji nierentowności, ale stali bywalcy rozpoczęli batalię na wszystkich frontach. Miałam 12 lat kiedy rodzice zabrali nas tam pierwszy raz pod namiot. Spędzaliśmy razem czasem dwa pełne miesiące wakacji, pokochaliśmy to miejsce jak drugi dom. Tata już się tak zadomowił, że jak tylko ma trochę wolnego, od maja do października jeździ tam co i rusz. Znają go wszyscy, a gdyby mógł kupiłby ziemię i wybudował tuż nad jeziorem letniskowy domek. Ale ziemia należy do lasów państwowych, jest tylko ten ośrodek i dom leśniczego. Zbliża się termin spotkania z panią Kanclerz i mam nadzieję, że rozmowy i podpisy na trzech pełnych listach uratują to miejsce przed likwidacją. 

 

Z racji dalszego ciągu remontowego częściej bywam u rodziców. Choć wcale nie tak łatwo złapać ich w domu. Mama dostała się na darmowe ćwiczenia rozciągające, zapisała na język angielski, dwa razy w tygodniu śpiewa w chórze i jeszcze z Tatą baluje na kursie tańca towarzyskiego. Pełno jej wszędzie, a że dojeżdża komunikacją miejską, trzeba umawiać się na godziny. Zadeklarowałam, że z ćwiczeń będę ją odbierała autem, żeby sama późnym wieczorem nie wracała z centrum. Cieszy mnie bardzo, że chce jej się chodzić na te wszystkie zajęcia, bo wraz z jesienią miała spadek formy. Na szczęście energia powróciła i jeszcze nam jej dodaje, bo aż się chce działać i tworzyć. Na razie tworzę kolejne przebranie dla smyka. Kapelusz pożyczony, spodnie wyprane, jeszcze doszyć futro do kamizelki i będzie pastuszek jak malowany. Mały już wiersz na jasełka recytuje, ciekawe czy tym razem będzie w stanie zaprezentować go przed publicznością. Zobaczymy 🙂

Nie Mikro, a makro

Nie ma to jak po domowym spa ruszyć znowu w kierat, do (nie)ulubionego mopa i odkurzacza. Do płynów, ścierek i wszystkiego, co ma stworzyć ład i porządek. Oczywiście kosztem sił i nadwyrężonej ręki. Ale nadal stwierdzam, że warto. Że gdyby nie to, to zasypałoby nas w tym remontowym chaosie. Pył, krople farby, resztki taśm. Nic to, jeszcze trochę, jeszcze zacisnąć zęby, wyżyć się na zakupach, na bałaganie, wśród garów.

A potem wskoczyć w kieckę, pomalować rzęsy i na przekór bezwładności i temu, że koleżanka nie mogła się wybrać, iść. Iść na relaks muzyczny, na wspaniałe doznania, na ciarki po plecach i odlotowe przeżycie. Iść na świetny koncert Mikromusic 🙂 Byłam sama wśród tłumów, ale nie czułam się samotna. Nie tak, jak ze 14 lat temu na koncercie Madonny w Berlinie. Tu było bardziej swojsko i klimatycznie. Natalia Grosiak czarowała pięknym głosem i między piosenkami opowiadała anegdotki ze swego życia. Jedną z nich były słowa ojca do córki, który kazał jej upić swego przyszłego męża i bacznie obserwować. Wówczas dowie się, kim faktycznie jest ten człek. W praktyce wyszło tak, że pani Natalii mąż nie pije – czyli ona nie wie, z kim żyje 😉 I o tym powstała ta piosenka.. 

Koncert był i nostalgiczny i energiczny, przypomniałam sobie, jak bardzo lubię dźwięki perkusji, jaką moc ma gitara i głos.. który tak naprawdę w ogóle nie potrzebował muzyki. Mega było. 

 

 

nie Mikro a makromusic

 

 

Baterie naładowane, można sobotę spędzić poza domem, by Mężu mógł działać dalej przy malowaniu. Nawybierałam się farb, a i tak kolor na ścianie wychodzi zbyt jaskrawy..albo będziemy sami mieszać, albo trzeba dać na mieszalnik. Tylko tu znowu wróżenie z kart, albo się uda, albo nie. Resztę dnia spędziłam z synkiem u rodziców, by później porwać Męża i spotkać się też z Kasią na Jarmarku bożonarodzeniowym. Mama śpiewała kolędy, synuś jechał na weneckiej karuzeli i jak co roku oglądaliśmy Mikołaja i renifery life. 

 

 

 

renek

 

 

 

A dziś, po porannych porządkach, szykujemy się na wizytę cioci Teresy, nie była u nas ze dwa lata, to czas nadrobić. Szkoda tylko, że jeszcze w takim bałaganie i bez zasłon. Ale fajne spotkanie zawsze mile widziane, nawet przy jednej żarówce.

Domek lejem pasterze

Jakieś śniegi oglądam na zdjęciach w innych blogach, jakieś słowa o zimie czytam, a u nas 7 stopni na plusie i.. o tak..

 

 

 

zima? 

 

Dziecię wraca z przedszkola i śpiewa na cały głos: 

„Domek lejem pasterze!” hmm pytam grzecznie, synuś jaki domek? Kto leje, o co chodzi? Potem wyrywa się z małej piersi – chwała na wysokości! I już wszystko jasne, choć wersja „Przybieżeli do Betlejem” trochę zmodyfikowana 😉 Swoją drogą mamy za zadanie przebrać smyka za pasterza i trwają poszukiwania słomkowego kapelusza, by wpasował się w beżowe portki i kamizelkę, którą będę obszywać futrem. Dziadek chce zrobić kij pasterski, papierowy, żeby ofiar wśród przedszkolnych owieczek nie było.


Zakupiłam wreszcie kalendarz na nowy rok, poprzepisywałam wszelkie święta i uzupełniłam dodatek z telefonami. Nawet nie wiedziałam ile już numerów mam nieaktualnych, ilu znajomych zniknęło gdzieś po drodze. Tyle na przestrzeni kilku lat pozmieniało się w moim życiu, ale na szczęście dobrze mi z tymi zmianami.

Jeszcze tylko wraz z Menżem musimy ustalić tradycje domowe, bo wczoraj na ten przykład mieliśmy rozdźwięk mikołajkowy. U mnie prezent znajdowało się z samego rana pod poduszką, u niego dzień wcześniej trzeba było wyczyścić buty i to w nich szukał niespodzianki. W rezultacie naszych dywagacji czas minął i drobiazg dostał pod poduszkę dopiero po powrocie z przedszkola. W następnym roku musimy ustalić jeden wspólny front, choć radość i tak była duża, gdy Mały szukał śladów Mikołaja na podłodze i zaglądał najpierw pod nasze poduszki, by złapać zabawkę pod swoją.


W ramach wspierania dobrego nastroju (nadal wśród remontowego chaosu) zrobiłam sobie wczoraj domowe spa, w ciszy, w ciepłej wodzie z pianką, z maseczkami, goleniem, henną brwi, peelingiem twarzy, dekoltu i wygładzaniem pięt. W końcu trzeba się jakoś zaprezentować na wyjściowym spa, z firmowego prezentu, na które zrobiłam wreszcie rezerwację. Poza tym od razu poczułam się bardziej zadbana, z większą energią i chęcią do działania. Mąż też docenił 🙂