I wyciszenie

Po ekspresowym tygodniu nadszedł czas na relaksacyjny weekend. Taki w pełni, bez gotowania, szaleństw domowych i zadań specjalnych. Z widokami w podróży do Zosi i z powrotem..

Z leniuchowaniem u niej na kanapie – co dla moich pleców ostatnio zbawieniem. Z czytaniem książki – zabrałam się wreszcie za cykl „Kobiety z ulicy Grodzkiej” i przepadłam z kretesem. Zaliczyłam też wizytę na ryneczku, ale z racji padającego deszczu niewiele udało się zobaczyć. Za to wieczorem wyruszyliśmy na naszą randkę we dwoje – do kina – na film „Teściowie” i choć to tragikomedia, bawiliśmy się przednio. Świetna gra aktorska, atmosfera pseudoweselna (można powiedzieć czwarte wesele w tym roku;)), dużo śmiechu i odstresowanie. A dla nas też czas po kinie na rozmowy, przegadanie tematów czekających w kolejce – tych ważnych i tych mniej. I dużo czułości, która po ostatnich zdrowotnych przeżyciach, odżyła na nowo.. Słoneczna niedziela w ogrodzie, to już tylko dopełnienie spokojnego weekendu. Zabawy z piłką dla Młodego, zajadanie świeżego słonecznika i zbieranie winogron, których tyle dostaliśmy do domu, że teraz obdzielam jeszcze rodziców i koleżanki. Po takim doładowaniu i odpoczynku, można z powrotem ruszać w tempo nowego tygodnia.

Tempo

Mam wrażenie, że z rozpoczęciem roku czas przyspieszył jeszcze bardziej. Nie wiem kiedy minęło pół miesiąca. Dwa tygodnie szkoły, która wydawała się tak wielką zmianą, że nawet sama myśl o niej była straszna – zleciały. Stres minął, Młody śmiga chętnie i nareszcie, dzięki wstawaniu o poranku, wcześniej zasypia. Zadań domowych jeszcze nie ma, dużo z książek przerabiają w szkole, ale jest też zabawa i masa radości po pierwszych zajęciach z tańca. U mnie za to o wiele mniej czasu na wszystkie tematy, bo trzeba dziecię odbierać po trzech czy czterech godzinach. Ledwo się wyrabiam z domowymi zajęciami, przeplatanymi na razie z fizjoterapią. Dziś minęła trzecia wizyta, jestem już w miarę na chodzie, ale dolegliwości jeszcze odczuwam. Były ćwiczenia, klawikoterapia, był masaż pleców i na koniec założone taśmy kinetyczne wspierające mięśnie przy kręgach. Przed fizjo szybkie zakupy, dojazd do Empiku po odbiór lektur do pierwszej klasy („Plastusiowy pamiętnik”, „Nie płacz koziołku”, „Jak Wojtek został strażakiem”) i pędem z powrotem. Szybko do domu przebrać się i już po Młodego. Dziecię do fryzjera, na hulajnogę i spacer do mojej Mamy. Wszystko w tempie, nawet sen na szybko, bo pobudki ok szóstej rano, a gdy chcemy obejrzeć jakiś film wieczorem, wtedy zasypianie o północy. Dobrze, że weekend się zaczyna. Pora odpocząć, wyciszyć się i może wreszcie uda się wyjście na randkę z Mężem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje.. pora to nadrobić. Miłego!

Przygarnij kropka

Święto kropek stało się dla mnie zaskoczeniem, wczoraj o godzinie 15. Także na szybko było wycinanie i przyklejanie ich na koszulkę, żeby dziecię nie odstawało dziś od reszty szkolnych kolegów. Temat odstawania towarzyszy nam chyba całe życie. Z jednej strony chce się być oryginalnym (etap buntu i naporu z czarnymi ciuchami, kolczatkami na szyi, kolczykami w nosie itd), z drugiej nie odstawać za bardzo, no bo.. właśnie. Owe „no bo” bywa powodem wielu kompleksów i strachu. Bo co inni powiedzą, a bo ktoś mnie zauważy, skrytykuje, wyśmieje. Bo czemu nie mogę mieć tego, co oni mają? Tylko jak wytłumaczyć siedmiolatkowi, że „oni” za kilka lat przestaną się w jego życiu pojawiać (będą nowi), że to naprawdę nie ma znaczenia, czy ma te kropki, czy nie, bo są o wiele ważniejsze sprawy w życiu i na świecie. Z drugiej strony – Młodego świat jest tu i teraz i zdaję sobie sprawę, że kropki i pasowanie do grupy, mają teraz mega znaczenie. I żadne tłumaczenie tego nie zmieni..

Także poszedł mój Kropek do szkoły cały szczęśliwy i nieważne, że kropki kanciaste – grunt, że są. Duma jeszcze rozpiera go dodatkowo, bo od wczoraj złapał wreszcie równowagę na rowerze. Bez bocznych kółek. Co i nas napawa radością, gdyż umiejętności takiej jazdy, pływania, grania w piłkę, czy tańczenia nie tylko się w życiu przydadzą, ale od tego odstawania choć trochę uchronią i pewności siebie dziecku dodadzą. A nad tą pewnością i wewnętrzną siłą warto pracować od najmłodszych lat..

Łaskawy

Jak to człowiek powinien doceniać, że może wstać normalnie z krzesła (bez podpierania się stołu), poruszać się (prawie) swobodnie, pójść na spacer i nie tylko. Na ten przykład wybrać się wreszcie do okulisty i zamówić potrzebne okulary. Na razie tylko do czytania drobnego druku, plus 0,5 i niech tak zostanie jak najdłużej..

A potem zrobić zakupy, ugotować obiad na weekend i przejść się z dzieckiem na plac zabaw, by chłonąć jeszcze piękną pogodę. W sobotę ruszyć do parku, na lody i nad Odrę. Potem podrzucić koleżance ubranka, dla jej drugiego synka i znienacka zostać wciągniętym na domówkę, połączoną z kolacją i zaproszeniem na zimowe urodziny jej męża (jeśli tylko lokale będą w lutym czynne). Młody miał możliwość pograć w gry z kumplami, pobawić się i poszaleć do późna. Niedzielę za to spędzić ze szkolnym kolegą i kumpelą przedszkolną. Ja nagadałam się z dwiema mamuśkami, by później wskoczyć (raczej powoli) w letnią sukienkę i ruszyć z całą rodziną na świętowanie urodzin Mamy. W prezencie dostała bransoletkę z bursztynów, kupioną dla niej w sierpniu nad morzem i słynną książkę Luisy – Możesz uzdrowić swoje życie. Mam nadzieję, że wesprze ją tak, jak wielu potrzebujących wsparcia. Na urodzinach był pyszny obiad w czeskiej restauracji, były lody w parku i weekend naprawdę można uznać za łaskawy. Nawet grzybobranie się udało – choć trochę w innej, niż tradycyjna, wersji;)

Letni wrzesień

Początek września ciepły i słoneczny, momentami jest lepiej niż było w sierpniu.

Po stresach na rozpoczęcie roku przydał się weekend pełen relaksu i zaskakująco – plażowania. 22 stopnie w pełnym słońcu, Młody wędrujący brzegiem jeziora, zabawy w piasku i pyszna rybka z grilla na obiad. Zdecydowanie wakacyjny klimat..

Niedziela równie sympatyczna, choć już w większym towarzystwie. Zrobiliśmy dzieciom „zlot przedszkolaków”, na dużym placu zabaw. Zebrała się ich dziewiątka, rodzice też dopisali. Było szaleństwo z piłką, na karuzeli, huśtawkach i wspinaczka po drabinkach. Dla nas pogaduchy, relacje z rozpoczęcia szkoły i pierwsze stamtąd wrażenia. A gdy już część się rozeszła, piątka młodych poszła oglądać pokaz breakdance’a. Który to tak rozkręcił nam Młodego, że wyskoczył przed publikę i zatańczył wraz z kumplem! Ku naszemu zaskoczeniu, bo on raczej z tych nieśmiałych. Szczęki nam opadły jeszcze niżej, gdy postanowił wziąć udział w warsztatach i uczył się kroków wraz z innymi dziećmi pod dyktando właściciela szkoły tańca. A potem jak gdyby nic zapozował do zdjęcia z całą grupą. Teraz już mam pewność, że dobrze zrobiliśmy zapisując go na pozalekcyjne zajęcia taneczne. Za dwa tygodnie rozpoczynają się w naszej szkole i myślę, że będą fajną odskocznią od stresów i nauki.

Foto z pokazu

Młody

I tak to. Szkoła rozpoczęta. Z emocjami i z radością pomieszaną ze stresem, tuż przed. Oficjalnie Mały przeszedł na szkolną stronę mocy i został Młodym (MK dalej pasuje;)). Pasowanie w październiku. W zależności od obostrzeń przy udziale rodziców, bądź przed kamerą. Na razie rodzice mieli możliwość podziwiać swoje potomstwo siedzące w ławce, wysłuchać dobrych i wspierających słów. I przejść przez 2,5 godzinne zebranie z fantastyczną panią Madzią. Coś mamy szczęście do Magdalen wszelakich:)

Młodemu zapowiada się fajny czas, z nauczycielką, która czuje powołanie do przekazywania wiedzy, dla której szacunek do dzieci i ich do niej jest ważny. Dla której ważna jest integracja, dobre samopoczucie uczniów i która nie pozwoli pierwszoklasistom na siedzenie non stop w ławkach, by przejście stopień wyżej było łagodne i bez stresu (już na pierwszych lekcjach zabawa z piłką na dywanie). Na rozpoczęciu roku widziałam, że Młody uśmiechnięty, nie bał się pójść do klasy za panią. Zapewne działała też obecność trzech kumpli, koleżanki i przyjazny wygląd owej klasy.

Także stres początkowy za nami, a Młody choć chce już czuć się dużym, jeszcze w stronę zabawek zagląda i na placu zabaw urzęduje. I dobrze, tak ma być 🙂 Tyle ile trzeba. Miłego weekendu!

Zdobyczne Swojaki

Ostatni wakacyjny

Po powrocie z weselno-blogowo-zwiedzających wojaży spędziliśmy w domu trzy dni i torba była znów spakowana. Zdążyłam ogarnąć pranie, prasowanie, uzupełnić trochę lodówkę i zająć się kwiatami na balkonie..

Te nad wyraz dobrze zniosły nasze wakacyjne wybywanie z domu. Zapewne zasługa większej ilości ziemi w nowych skrzynkach i co jakiś czas deszczowego podlewania. O osobistym też nie zapominałam, bo chęć dbania, o własne hodowane, nieustannie trwała.

Pogoda sprzyjała też ogrodowym plonom u Zosi, u której spędziliśmy ostatni wyjazdowy weekend. Ogórki i borówki wprawdzie już się skończyły, ale fasola rośnie ponownie i zjadłam swój pierwszy w tym roku słonecznik – taki świeży, łuskany prosto z kwiatu, uwielbiam (pomijając ubrudzone palce). Teraz czekamy już tylko na winogrona, nabierające powoli słodyczy i szykujemy się na jutrzejsze rozpoczęcie szkolnego roku. Trzymam kciuki za Małego, który Młodym właśnie się staje:)

Przed nami

Tydzień cały jakiś taki zabiegany był, domowo, zakupowo i porządkowo. Doszedł jeszcze przegląd instalacji elektrycznej w domu i wymiana podzielników ciepła. Na samą myśl, że niedługo trzeba będzie włączać kaloryfery, robi mi się zimno. Zimniej już też za oknem i zdecydowanie czuć nadchodzącą jesień. Wrzesień tuż tuż, wyprawka do szkoły dla Małego prawie skompletowana, a ja jeszcze nie nacieszyłam się w pełni latem..

Nic to, przed nami weekend, który zapowiada się iście tanecznie, imprezowo i spotkaniowo. Także jest szansa na fajne przeżycia, jeśli oczywiście uda się zrealizować wszystkie plany. Dobrego weekendu🌷

Karuzela

Niedziela nie odbiegała daleko od soboty, choć już pogoda trochę w kratkę i lekkie ochłodzenie. O poranku wybraliśmy się więc do kina, ale tym razem bajka średnia, niezbyt wciągająca z perspektywy rodzica (nie to co „Luca”). Dla Małego jednak w sam raz – „Wyrolowani” to historia Flumaków (z dziurką) walczących o docenienie własne i przetrwanie całego gatunku. My też jakoś przetrwaliśmy;) Potem obiad na mieście, spacer w parku, w którym niespodziewany jarmark z dmuchańcami i naturalnymi wyrobami. I przejazd na wesołe miasteczko, z racji pozostałych żetonów na to wirujące szaleństwo, gdzie mi od samego patrzenia błędnik wysiada.

Dziecię wyskakane, lody na deser, a wieczorem dla wyciszenia Kortez, śpiewający swym niesamowitym głosem. Tym zarazem tylko do posłuchania (ale za to całą rodziną), gdyż bilety na jego koncert wyprzedały się w trybie natychiastowym.

A po weekendzie pełnym emocji, od poniedziałku karuzela domowa. Razem z Małym porządki całą parą, wycieranie kurzy (łącznie z wymrażaniem pluszaków), mycie łazienki, parapetów, balkonu i kuchni. Mężu odkurzył całe mieszkanie, a ja przy robieniu soków poszłam jeszcze o krok dalej i z rozpędu upiekłam ciasto marchewkowo-jabłkowe, z pozostałej po wyciskaniu masy. We wtorek duże zakupy i gotowanie, także początek tygodnia intensywny i zapracowany.

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)