Sobie i Wam

I jest! Długo wyczekiwany singiel na Męskie Granie nowego roku. Może nie przebije zeszłorocznego „Początku” ale wpada w ucho i niesie ze sobą moc pozytywnej energii, wraz z fajnymi życzeniami z okazji 10 lecia męskiego grania. No i ten głos IGO, przy którym aż mam ciarki! I Nosowska. Organek, Zalewski.. Klasa. Aż chce się na koncerty.

W ten weekend jakiś wysyp: Lady Pank, Dżem, Piaseczny i cały zestaw moich ulubieńców z lat licealnych.. Kobranocka, Sztywny Pal Azji, Chłopcy z placu broni. Będzie się działo, a do tego wszystkiego święto najważniejsze Dzień Dziecka, na które Mały już niecierpliwie czeka. Miłego weekendu 🙂

Motylem byłem..

Pamiętam siebie szczuplutką, wysoką ale filigranową (wtedy tego nie doceniałam,byłam bardzo nieśmiała i zakompleksiona). Z mega wcięciem w talii, szczupłymi nogami i ramionami. Zmienia się to z roku na rok, choć niejedna kobietka mi mówi, że jest super, co Ty chcesz, przesadzasz. Ale to dla mnie musi być super, ja muszę się dobrze czuć we własnym ciele. W mojej rodzinie były i są przypadki otyłości brzusznej, dużej. Były wagi i po 120 kg, a tendencja do tycia idzie w genach. Dlatego chcę o siebie dbać, bo gdy tylko odpuszczam od razu idę wszerz. Bez względu na to, czy dla kogoś to jeszcze ładna sylwetka, czy nie. Chcę utrzymać swój ulubiony rozmiar, a przy okazji nauczyć się rozsądnie jeść by zachować i zdrowie i figurę. By móc bez stresu wskoczyć w strój kąpielowy czy w ulubioną sukienkę..

Te cztery zrzucone kilogramy są świetnym wynikiem, ale zdaję sobie sprawę, że szybko mogą wrócić. Jak bumerang. Dotarło do mnie jednak, że spokojnie mogę jeść mniej. Bez obaw, że nie wytrzymam głodu. Bo wytrzymuję, tę godzinkę czy dwie. Potem za to mogę zjeść mniejszą porcję by poczuć uczucie sytości. A mniejszy żołądek, to naprawdę krok w dobrą stronę. Co więcej, zdrowsze jedzenie w formie surówek, owoców i warzyw dołączanych do każdego posiłku posiłku sprawiło, że nie miałam żadnych wzdęć. Że czułam się lżejsza. Z mięs jem głównie drób, czasem kawałek gotowanej szynki, ale zawsze w towarzystwie warzyw. Nie węglowodanów. Także jeśli mięso to z surówką, bez ziemniaków. Jeśli ziemniaki, ryż, czy makaron, tak samo.. bez mięsa, a z warzywami. To rozdzielenie naprawdę daje efekty. Jeśli dołączyć do tego owoce zamiast słodyczy (tu było najtrudniej, jakoś poszło, ale ostatnio w nagrodę wszamałam dwa małe lody pod rząd ;)) rezultat staje się z czasem widoczny. Fakt, że trwa wiosna i dostępność pysznych warzyw jest duża, ułatwia sprawę. No i na dokładkę ruch, ćwiczenia trzy razy w tygodniu, głównie orbitrek, rower, trening mięśni brzucha i pleców. I żadne tam jedzenie wczesnej kolacji, wręcz przeciwnie. Gdy kilka razy popróbowałam jeść kolację o 17 skończyło się zawrotami głowy o poranku, niskim poziomem cukru i totalnym osłabieniem. Kolację jem między 19-19,30 ale też fakt – chodzę późno spać. Często w okolicy godziny 24, bo Mały późno zasypia, a chcemy jeszcze obejrzeć razem serial (obecnie „Breaking Bad”) i chcę poczytać książkę, choć kilka stron przed snem. Jak się okazuje, wcale też nie jest wskazane dla mnie 5 posiłków dziennie, choćby i małych. Wtedy wygląda to tak, że jem na okrągło. Ale każdy zna swój organizm najlepiej i wie, jakie ma potrzeby, ile i czego jeść nie powinien. Tak czy inaczej, czuję się lżejsza, humor dopisuje. Byłam jeszcze u koleżanki fryzjerki, fryzurka więc krótsza, letnia, dzięki której włosy szybciej wysychają po porannym myciu i na głowie też już lżej. Spodnie stały się luźniejsze, dopinam się w sukienki i choć chętnie zjadłabym teraz ciasto czy inne słodkości, to wybieram z tego truskawki. Dobrze, że są i że nie czuję takiego łaknienia, które sprawia, że rzucam się na wszystko co lubię, bez myślenia o konsekwencjach. Dobrze, że choć ślimaki mnie nie kuszą 😉

Surykatka – łasuch z poznańskiego Zoo

Piknik pod chmurką

Weekend zleciał w moment, tak i cały ten majowy miesiąc.. Dziecię nasze wyszalało się na zapowiadanym firmowym festynie. Ogromny plac zabaw, dmuchane poduchy do skakania, huśtawki, drewniane domki do wdrapywania się, zjeżdżalnia linowa, na której i my pojeździliśmy z piskiem. Wielki teren do ganiania, gumowe krówki do skakania, piłki, piaskownica, do tego wynajęty klaun, który niewiele miał roboty.. Było gdzie biegać i czym zająć maluchy przez ponad trzy godziny.

Od strony menu był grill z mięsnymi smakołykami i na szczęście surówki różniste. Prawie bym nie poległa, niestety podano gofry z cukrem pudrem.. i to już było ponad me siły 😉 Zjadłam na pół z Małym, delektując się słodkim smakiem. Nic to, efekt po tym tygodniu już jest widoczny. Większy luz w spodniach, cztery kilo mniej na wadze i całkiem dobre samopoczucie. Pozwiedzaliśmy małe zoo, z kucykiem, osłem, kolorowymi kurkami, lemurem, kapibarami, pawiem i ciekawskimi małpkami, które to chciały złapać zamek od mojej kurtki..

Były też rzadko spotykane czarne łabędzie, ze swoimi maluchami, ale na zdjęciu załapał się tylko jeden..

Niedziela też rodzinnie, na obiedzie w restauracji, w której choć pysznie to z racji tłumów i zajętych wszystkich stolików, trzeba było czekać na posiłek prawie godzinę. O ile dla nas to żaden problem, był czas pogadać, pozaglądać do wózka ze śpiącym Bratankiem, o tyle dla Małego ciężki czas by wytrwać w oczekiwaniu na frytki. I otóż te frytki znowu zrobiły mi pod górkę. Bo choć na obiad miałam surówkę z grillowanymi kawałkami kurczaka, o tyle zapach, widok i smak takiej frytki okazał się zbyt pociągający. Na szczęście nie zjadłam ich zbyt wiele, ale cóż zrobić, gdy człeka kusi.. czasem choć trochę musi. Po obiedzie spacer w parku, z rowerem będącym ostatnio (naprzemiennie z hulajnogą) najfajniejszym środkiem lokomocji. A później podjechaliśmy na wybory, których wyniki wszyscy już znają.. Życie toczy się dalej, nowy tydzień rozpoczęty, ćwiczenia za mną i ciągłe starania, by jeść zdrowiej i mniej i by nie zaprzepaścić tak dzielnie rozpoczętej batalii..

Dla Mamy i młodości

Na zakończenie dziecięcych występów dostaliśmy prezenty robione własnoręcznie przez Małego. Tata złotą rybkę z ciasta, oklejoną kasą ku spełnianiu marzeń i owej kasy przyciąganiu. A ja bransoletkę, która rozczula matczyne serce kiedy tylko na nią patrzę i co więcej, zamierzam ją nosić 🙂 ❤️

Dla swojej Mamy też mam prezenty, wprawdzie nie robione ręcznie ale wybrane z sercem i z myślą o tym, co może sprawić jej przyjemność. Zresztą nie one najważniejsze, a pociecha z dzieci, troska i bliskość. Dziś świętowanie w rodzinnym gronie, a w głowie jeszcze obrazy że święta młodości – jak nazwano Juwenalia przy piątkowych koncertach.

Zespół Łąki łan dał takiego czadu, że skakałam wraz z całym tłumem, śmiałam się na widok przebrań tej ekipy, kontaktu jaki łapała z publicznością i tańczyłam w rytm wpadających w ucho kawałków. Blubraa i Hania były równie zachwycone.

To był świetny koncert i można powiedzieć, że Zalewski go nie przebił. Owszem jest bardziej profesjonalny, niektóre utwory ma mega fajne i znane, jest już postacią rozpoznawalną i rozchwytywaną, ale występ (dla mnie trzeci) podziwiałam jak dzieło sztuki. Było chłonięcie muzyki, bez skakania i szaleństwa, natomiast również z ogromną przyjemnością 🙂

Buziaki od Smyka na powitanie i lecę na zieloną herbatę. A dla wszystkich MAM życzenia najlepsze, by otaczała je miłość i radość każdego dnia 💐

Wytrwam

Pięć dni. Dzielnie pilnowane, co do ilości i jakości potraw.. Dużo surówek, marchewki, jajka i zero pieczywa prócz bezcukrowych sucharów. Ale szczerze, świeżej bułki czy kromki razowego chleba brakuje mi najbardziej. Za to po raz pierwszy jadłam smażonego selera i byłam w szoku jaki pyszny. Zawsze przed selerem uciekałam i nadal jego zapach niezbyt mi odpowiada. Surowego czy gotowanego też nie zjem, ale na smażonego lub pieczonego jeszcze nie raz się skuszę 🙂

W weekend trudniej będzie się oprzeć pokusom. Chłopaki w domu i trzeba więcej pogotować, do tego czeka nas festyn firmowy z kuszącym grillem. Jedynie restauracji się nie obawiam, niedzielę dam radę wytrwać bez problemu, zwłaszcza że w menu owoce, a te teraz zaspokajają potrzebę cukru. Trzeba działać, żeby nie wyglądać o tak.. jak ten z poznańskiego zoo.

Tymczasem poza sprawami diety życie toczy się szybkim tempem i dużo oferuje. Dziś wzruszenie i masę radości na występach Małego. Z okazji Dnia Mamy i Taty maluchy przygotowały opowieść o rodzinie żabek i bocianów. Odtańczyły tango z przybijaniem piątek i na koniec świetnego rock and rolla. Tata nie mógł przybyć z racji pracy, więc uwieczniłam ile się da. A wieczór szykuje dodatkowe atrakcje w postaci koncertów Łąki Łan i Zalewskiego, baterie czekają na ładowanie 🙂

Dieta

Dziecię w kaloszach i trochę z katarem, ale do przedszkola chodzi. Korzystam więc i ćwiczę intensywnie, aż do mokrej koszulki. Która w sumie i bez ćwiczeń może być mokra, przy obecnych deszczach, tropikalnej wilgotności i ciepłych temperaturach. Mam tylko nadzieję, że do piątku się uspokoi, bo zbliżają się Juwenalia i koncertowe wieczory.. Nie mogę też wziąć się za posadzenie roślin, które przywiozłam od Zosi z ogrodu. Ziemię mi deszcze wypłukały, trzeba dokupić nową. Na szczęście rośliny w doniczkach, więc mam nadzieję, że dotrwają.

Tymczasem od poniedziałku jestem na diecie. Ostatnie ważenie wykazało, że jeśli teraz się za to nie wezmę, to już będzie szło tylko w górę. Nie chcę być większa. Niby nie jest źle, ale u mnie przyrost idzie zbyt szybko i zbyt lekko. Także pora na zmniejszenie pochłanianych porcji i na zdrowsze jedzenie. Tak oto wylądowałam na sałatkach z jajkiem, szpinakiem i pomidorem. Tudzież z sałatą lodową, marchewką i kurczakiem gotowanym. Piję zieloną herbatę, jem sucharki bezcukrowe i zaprzyjaźniam się z obsmażanym na kropli oleju selerem oraz większą ilością ryb. Do tego owoce zamiast słodyczy i jogurt naturalny w miejsce słodzonych deserów. Daję radę, wiosną i latem zawsze łatwiej z tym jedzeniem, jeśli dołączyć do tego ćwiczenia jest szansa, że latem bez stresu wskoczę w strój kąpielowy. W weekend mam trochę luźniejsze posiłki i dobrze, bo zapowiada się festyn na Dzień Dziecka i Dzień Mamy, który być może będziemy świętowali w restauracji. Ale obiecałam sobie, że zamówię sałatkę warzywną, ewentualnie owocową jeśli wylądujemy w kawiarni. Nie odpuszczę, będę się trzymać 🙂

Ruszam też do dentysty, zrobić porządek z zaległym zębem do leczenia. W odwiedziny do rodziców, a w wolnych chwilach 8 już sezon „Przyjaciółek” i nadrabianie zaległości filmowych. Wczoraj obejrzeliśmy „Underdoga”, dobry film, o pięściarzu z sercem na dłoni. Zakończyliśmy „Grę o tron”, tu niestety z wielkim rozczarowaniem nad całym ostatnim sezonem. Przed nami „Powrót Bena”, trzecia część bajki „Jak wytresować smoka”, coś dla Męża z akcji pod hasłem Avengers i Marvel, „Niepokonani”, oraz „Profesor” z Johnny’m Depp’em i „The Professor and the Madman” z Gibson’em i Penn’em, jak już doczekamy się tłumaczenia.

Idziemy do Zoo

Należycie uczciliśmy potrójną okazję do świętowania, wyjazdem do Zosi i spędzeniem soboty w poznańskim Nowym Zoo. Pierwsze zoo widzieliśmy lata temu, teraz ponoć darmowe i nie przyciągające już tylu gości, co nowy rejon. I nic dziwnego, w nowym miejscu dużą wagę przyłożono do stworzenia naturalnego środowiska, dużych terenów na wybieg i ogromu zieleni w wielkim parku. Co więcej, są informacje, że wiele zwierząt jest uratowanych z różnych opresji czy zaniedbań, część oddawanych do zoo przez opiekunów którzy sobie z nimi nie radzili. Zrobiony jest w środku terenu staw z naturalną fauną i florą, gdzie widać było pelikany chodzące sobie po wyspie, pływające łabędzie, dzikie gęsi i słychać kumkanie żab. Dookoła jeżdżą małe, elektryczne kolejki, dzięki którym można podjechać w każdy zakątek. Widzieliśmy flamingi, słonie, zebry, żyrafy, lwy, foki, wydry, surykatki, alpaki, jelenie, masę różnych żuków, drobnych ssaków, ptaków, nosorożca i wiele innych. A w głowie wciąż odgrywana dziecięca piosenka od Małego 😉 Najpiękniejsza dla mnie (choć bardzo mała) była motylarnia i widok cudnych motyli, które jedynie w książkach mogłam oglądać. Fotka z telefonu..

Był zakątek dla dzieci z koziołkami, małymi końmi i osłem. Nie udało nam się tylko zobaczyć niedźwiedzi, które miały kawał lasu dla siebie i mogły spać głęboko schowane przed okiem zwiedzających. Wyprawa zajęła nam cztery godziny, a i tak nie daliśmy rady spotkać wszystkich zwierząt zaznaczonych na mapie zoo. Mały był zachwycony, Zosia z ciekawością przyglądała się każdemu stworkowi, a my porównywaliśmy do tej pory oglądane przez nas wszystkie ogrody zoologiczne. A było tego trochę, bo i we Wrocławiu, w Berlinie, Świerkocinie, Muritzeum nad jeziorem i Zoo w Eberswslde, gdzie podobało nam się najbardziej.

W Poznaniu pogoda dopisała, było tak gorąco, że chłopaki wskoczyli w krótkie spodenki. I tylko żałowałam, że czasu mało, bo Malta kusiła swą bliskością, a jedynie z okien samochodu udało mi się ją jeszcze raz zobaczyć. Byłam tam kiedyś na koncercie Nelly Furtado, aczkolwiek zakończonym zbyt szybko, wielką burzą i ucieczką artystki ze sceny 🙂

Teraz burze nas ominęły, słońce grzało dziś u Zosi w ogrodzie. Mężu wrócił opalony, ja z racji długich dżinsów i jedynie koszulki z krótkim rękawem, opaliłam głównie nos. Za to powiało w tym nosie namiastką wakacji i rozmarzyłam się nadmorsko i nadjeziornie. Zanim jednak wakacje, to najpierw burze (grzmi właśnie i błyska), występy Małego na zbliżający się dzień rodziców i czerwiec, w którym kolejna kumulacja urodzin i imienin, tym razem ze strony mojej rodziny.

Do woja

Mały wrócił do przedszkola, a ja mogłam trochę odpocząć. Nie rzucałam się w wir domowych zajęć, ogarnęłam tylko po wierzchu i zrobiłam pranie. By później zalec sobie z „Przyjaciółkami” na kanapie. Nadrabiałam odcinki i napawałam się spokojem. Wieczorem podjechaliśmy z Mężem zakupić rower (z pedałami i doczepianymi kółkami) z olx’a – wreszcie spełnione marzenie Małego. Na razie jednak nie ma kiedy na nim jeździć, bo deszcz dawał się we znaki. Nawet na imieninowe wyjście naszego Smyka, lecieliśmy pod parasolami. Na desery przybyła rodzinka, niestety bez Ani, która niedospana i wymęczona, została w domu z marudzącym mym Bratankiem. Szkoda, bo miałam nadzieję, że wreszcie wezmę go na ręce i przytulę choć trochę.. Kruszynka jeszcze z niego i ponoć jakieś kolkowe sprawy mu się zaczęły, nie śpi i często płacze po nocach. No nie ma lekko, też przerabialiśmy ten temat i swoje wraz z dziecięciem przecierpieliśmy.. Póki układ pokarmowy mu się na dobre nie rozwinie, jeszcze niejedna ciężka noc przed nimi. Zresztą nie tylko przez brzuszek. Takie uroki niemowlaka 😉

A dziś wyprawa przedszkolna na wojskowe świętowanie. Burza przeszła bokiem i orkiestra mogła dać czadu bez grzmotów. Przybiję piątkę Ms.blond, bo również się wzruszyłam, gdy zaczęli grać. Przy hymnie tak samo, bo atmosfera była podniosła. Wprawdzie dla dzieci część pierwsza nudna, ale my z ciekawością oglądałyśmy całą brygadę, opancerzone samochody i żołnierzy ustawionych w szyku. Po godzinie wręczania medali w naszych szeregach odezwały się głodomory i zrobiliśmy przeprawę do stołówki wojskowej, na drugie śniadanie. Pilnowanie maluchów to naprawdę niełatwe zadanie, utrzymanie ich w rządku, zakładanie i zdejmowanie plecaków, ubieranie, łapanie czapek, zakładanie kamizelek. Przeprowadzenie całej ferajny na paradę, uciszanie pisków przy salwach i zwiedzaniu opancerzonych wozów. Mimo wszystko fajnie było i piszę się na kolejną wycieczkę, tym razem z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka. Ale zanim to, to jeszcze jedna niespodzianka z okazji imienin Syna i urodzin Męża. A że dopiero co były i imieniny Zosi, kumulację trzeba należycie uczcić. Także weekend zapowiada się ciekawie, czego i Wam życzę 🙂

Maszeruje wojsko, maszeruje..

Ptaki

Po tych weekendowych skokach, raz w słońcu, raz w wietrze, przypętał się do Małego katar. A że u nas zaraz za katarem idzie kaszel, od razu odseparowałam go od przedszkola, żeby i gorączka się nie pojawiła. Poszło dobrze, na witaminach, rutynie, do tego wapno, inhalacje i jakoś wybrnęliśmy. Nie musiałam nawet rezygnować z ćwiczeń, bo Mały w podskokach szedł ze mną i owijał sobie wszystkie panie dookoła paluszka 😉

Wiadomo, że sam katar nie odejmuje dziecięciu energii, więc wypompowana jestem po tych trzech dniach, jakbym w polu orała. Choć nigdy nie orałam, więc co ja tam wiem. Po mym zrywie sprzątaniowym jeszcze jako tako, choć ślady bytności w domu coraz większe. Najbardziej wkurzył mnie ptak, mający gdzieś nasze wypolerowane okno. Ale nic to, czekam na deszcz. Ma padać, zapowiadają burze, a wicher posłuży za gąbkę. Polerowania na jakiś czas mam dość. Tym bardziej, że milsze tematy teraz na tapecie – imieniny Zosi, Małego i zbliżające się urodziny Męża. Dla teściowej prezenty już czekają, Małemu wreszcie upolowaliśmy rower z pedałami (biegowy go nie interesował), a Mężu zażyczył sobie wypad rodzinny do Zoo, który jedynie owe przepowiadane burze popsuć mogą. Popsuć też mogą przedszkolny wyjazd na zaproszenie jednostki wojskowej, w którym mam pomagać jako opiekunka. Pozostaje przygotować kalosze, parasole i w pałatkach przetrwać nawałnice. Może orkiestra wojskowa i salwy dadzą radę pokonać grzmoty i pioruny. Zobaczymy..

Weekend atrakcji

W sprzątaniu najgorsze jest to, że po tygodniu można zaczynać wszystko od nowa. Dlatego najlepiej wyjść, zamknąć drzwi i choć przez jakiś czas udawać, że lśnienie trwa.

Wyszliśmy nad Odrę, gdzie piknik wyrobów ręcznych, pyszności kulinarnych i szaleństwo w wesołym miasteczku trwały w najlepsze. Małemu aż oczy się świeciły na widok karuzeli, rollercoastera, autodromu i po raz pierwszy – trampoliny na szelkach. Karuzelę i zderzanie w samochodach zaliczył z Tatą, ja dałam się porwać do szybkiego pociągu, skąd później dolatywały me piski i śmiech naszego dziecięcia. Z trampoliną miałam obawy, że Mały się wystraszy wysokości, że będzie za lekki do tych trzymających go gum. Ale okazało się, że radził sobie świetnie. Byliśmy mega dumni, że taki odważny mimo iż chyba najmłodszy z dzieci stojących w kolejce 🙂

Później łasuchy poszły na regionalne pyszności pod hasłem kiełbachy z grilla, gofra i tfu (nigdy więcej!) – niebieskiej waty cukrowej, którą do dziś przeklinamy. Albowiem niebieskie u smyka było wszystko, zęby, usta, obie dłonie i jeszcze dziś, co nie co wychodzące drugą stroną 😉

Niedzielne atrakcje już bez zbędnych kolorów, za to też ze skakaniem. Tym razem na festynie charytatywnym, poświęconym zbiórce funduszy na leczenie chorego chłopca. Były dmuchana zjeżdżalnia i zamek, wóz strażacki i policyjny do zwiedzania, karetka, która co jakiś czas włączała sygnał. Były licytacje, pokazy tańca i loteria z drobiazgami do wygrania ciesząca się taką popularnością (czytaj – kolejką), że się nie dopchaliśmy. Dołożyliśmy od nas cegiełkę do puszki, choć to kropelka w morzu potrzeb na leczenie. Mimo wszystko takie akcje dają nadzieję na pomoc, na poruszenie serc i poczucie jedności wśród ludzi.

Później gra w piłkę w parku, lody (ku wyrzutom sumienia) i dojazd nad jezioro by, pomimo chłodniejszych temperatur, złapać trochę słońca 🌅