Prawie przyszła

Ta cieplejsza wiosna, choć jeszcze z czapką wieczorami i płaszczem o poranku. Ale popołudnia już przyjemne, na większym plusie, słoneczne i kwieciste..

Nastrój trochę lepszy, bo już na fachowców się nie obrażam, tylko pierwsze obiady gotuję i podgrzewam. Zmywarka też wreszcie ruszyła, choć jeszcze wszystko nieśmiało i niepewnie. A bo tu kabel od ledów wisi, tam kafle niedomyte (choć już nadgarstek sobie nadwyrężyłam szorując), no i jeszcze szafki na mycie czekają. Sprzątamy więc powoli przyległości, pucuję łazienkę, Mężuś odkurza, a i Mały dokłada się do całości. Może nie sprzątając, ale przynamniej nie rozwalając klocków po podłodze;) Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie wizyta u alergologa i powrót do wziewów na kolejny miesiąc. Po nim będzie następna próba ich odstawienia i mam wielką nadzieję, że zakończy się lepiej. Przynajmniej pewność, że na wakacje od tego odetchniemy.

Wczoraj, na fali lepszego humoru, nadrobiliśmy pełną rodziną zaległe urodziny Bratanka – w plenerze, z lodami, trampolinami i wspinaczką na liny, zakończone jednak dość szybko z racji nieprzemyślanego wręczenia maluchowi prezentu. Na widok garażu do aut natychmiast zarządził powrót do domu, żeby składać budowlę. I z tego co Brat dziś pisał, ledwo go do kąpieli zaciągnęli, a od 7 rano, jeszcze w piżamie poleciał bawić się dalej. Takiej właśnie radosnej i pełnej energii majówki życzę. Tyle, że bez pobudek o 7 rano:)

Saga „Remont”

Po świętach rozpoczęła się kolejna odsłona kuchennych rewolucji – kafle na ścianę, gniazdka i montaż nowego bezpiecznika, by podpiąć siłę pod piekarnik. Pomijam już fakt, że panowie ani razu nie przyszli o umówionej porze, czasem było to pół godziny spóźnienia, czasem dwie. Ale sukces, że w ogóle przychodzili;) Rozpoczęli od braku śrubokręta potrzebnego do odkręcania skrzynki z bezpiecznikami. I braku próbnika prądowego do gniazdek, który w Męża skrzynce narzędziowej na szczęście się znalazł. Pomijam też, że 4 kafle nie były położone zgodnie z wymaganiami – zdążyli je zdjąć, zanim przyległy na stałe. Ale i tak nic nie przebiło dzisiejszego braku packi do kładzenia fugi i nakładania jej packą do.. naleśników! Da się? Da.

Komedia w czternastu aktach i rozłożona na prawie dwa miesiące pracy. Ale absolutnie to jeszcze nie koniec. Nie ma tak dobrze. Od jutra czekamy na prace wykończeniowe – silikony pod zlew, przy szafkach i w narożnikach. Montaż okapu, panela z oświetleniem pod szafkami, gniazdka, boków do szuflad i akrylu przy ścianie. Przewiduję kolejny tydzień, w zależności, kiedy się monter pojawi- choć to już i tak bliżej, niż dalej.

W weekend zapomniałam o kuchni, Mały miał dużo zabawy, spotkanie z kumplami na urodzinach kolegi – w nietypowej sali – dla nastolatków. Z laserami, wspinaczką i nauką montowania karabińczyków, z krzesłem obrotowym dla pilotów i odgadywaniem masek bohaterów filmowych. Trochę sala była na wyrost, ale dzieci wszędzie coś dla siebie znajdą.

Niedziela kinowo i z koleżanką syna, na drugiej części „Sonica„. Potem spacery w parku z moją Mamą i na Wały, choć tu krótko z racji zimnego wiatru. Czekam już na cieplejszą wiosnę, otulając się szczelnie szalikiem i znowu wskakując w płaszcz i ciepły sweter..

Kawałek świata

Już codzienność remontowa nas dopadła (po kolejnych oczekiwaniach kafelki się kładą), ale jeszcze jedną nogą w świątecznych wspomnieniach jestem. Tym bardziej, że podróż do Parku Kultur Świata, to jedna z tych sentymentalnych. Widzieliśmy ten park ponad 8 lat temu, Małego nie było na świecie, a że i Zosia nie podziwiała jeszcze miniatur słynnych budowli pojechaliśmy do Drezdenka na wycieczkę.

Pogoda dopisała, był spacer w miasteczku, trochę historii przy każdym architektonicznym dziele i na deser lody. Mały jednak najbardziej zadowolony z pobliskiego, wielkiego placu zabaw, co daje do myślenia, że może z takimi atrakcjami warto poczekać, aż jeszcze podrośnie. Z wielu naszych wycieczek niewiele pamięta, ale odtworzyć te wszystkie wyprawy do różnych miast, czy do wielu zoo to teraz droga impreza. Wszędzie podrożały bilety, wejściówki (po niemieckiej stronie euro), paliwo mega drogie, samolotem strach lecieć, gdy słyszy się o zamykaniu przestrzeni powietrznej, a i ostatni strajk kolejarzy nieźle namieszał w podróżach. Wybieramy więc na razie te pobliskie i na świeżym powietrzu. Można się poczuć przez chwilę jak w Paryżu, czy Nowym Jorku, ale na wakacje jednak nadal w kraju zostaniemy..

Przegląd wielkanocny

Pojechaliśmy świętować do Zosi, co z jednej strony cieszyło, z drugiej łączyło się z tęsknotą za rodzicami i rodziną Brata. Trochę się podleczyli i ominęło nas spotkanie urodzinowe u Bratanka i obiad wielkanocny u moich. U Zosi jest pysznie, rejony do spacerów idealne, dużo relaksu i fajnych pogaduch. Ale najbardziej bym chciała żebyśmy byli wszyscy razem, obojętnie u kogo, byle całą rodzinną ekipą. Takie moje marzenie na kolejne święta..

Tymczasem dla Małego radość z szykowania gniazdka w ogrodzie – tu taka tradycja, zamiast chowania słodkości i prezentów po szafkach. Malowanie jajek (i wspominanie pięknej pisanki wydrapanej przez Tatę), wyjście ze święconką, a potem dużo rowerowych jazd po okolicy. Był też kolejny odcinek Harry’ego Potter’a skutkujący zabawą figurkami i tworzeniem własnej budowli.

A w niedzielę, po uroczystym śniadaniu, pęd do ogródka z nadzieją i pytaniem, co tam zajączek za prezenty i słodkości zostawił. Kolejne zabawy, spacery i nic dziwnego, że po atrakcjach buszowanie do nocy.

Trudno było nad ranem obudzić dziecię, ale że dni bez pośpiechu, to i dzisiejszy wyjazd do parku miniatur na spokojnie zorganizowany. Ale o tych światowych budowlach już w następnym odcinku, bo zaraz północ i wypadałoby odpłynąć w sen..

WielkaNoc tuż

Ha ha, napisałam. „mają być”? O naiwności. Kafelkarze owszem, przybyli, zobaczyli co jest jeszcze do zrobienia i mieli plan położyć kafle w piątek, a fugi po Świętach. Na planach się skończyło, nikt dziś nie przyjechał, ale choć wiadomość była. Tyle dobrego.

Zanim jednak piątek nastał pojechałam z Małym do rodziców i na fali zachwytu nad talentem Taty rozpoczęliśmy poszukiwania obrazów jego i jak się okazuje równie utalentowanego Dziadka mego. Odnalazły się tatowe słoneczniki zdobiące kiedyś ich sypialnię.

I austriacki pejzaż, malowany olejnymi farbami przez Dziadka, którego nie dane mi było poznać, nad czym Mama ubolewa do dziś..

A ja ubolewam nad faktem, że Wielkanoc znowu nie będzie w pełnym składzie. U Brata i jego syna poważne przeziębienie, a Zosia nie przyjedzie z racji zwierzaków, którym lepiej nie dokładać podróżnych stresów. Mimo wszystko zapowiada się czas relaksacyjny i z radością dla Małego (dorosłym trudniej się radować, gdy tyle zła dookoła). Prezenty od Zajączka będą, smakowite potrawy też, a i pogoda zapowiada odrobinę słońca pomiędzy chłodami. Także spokojnego świętowania, zdrowia przede wszystkim i niech pokój wraca na świecie..

Dzieła na pocieszenie

Kubek do smoothie jednak oddany, za słabe ostrza i moc, nad czym ubolewam, bo jednak maszynka poręczna była i wygodna. Wracam do tworzenia koktajli blenderem i w kielichu miksującym. Tutaj i jabłka i ogórki, a nawet ziemniaki da się zmielić. Aczkolwiek ziemniaków do smoothie nie przewiduję;)

Nie przewidziałam też (a powinnam), że panowie kafelkarze w jeden dzień przełożą spotkanie z 14 na 19, po czym nie przyjdą w ogóle. A w drugi dzień nawet słowem się nie odezwą, dając znać na trzeci, że mają masę pracy i może do końca tygodnia zajrzą. Ale tylko rozeznać się jak kuchnia wygląda (nadal mało reprezentatywnie) i co mają przygotować. Na pocieszenie Tata dał znać, że zakończył malowanie zamówionych przeze mnie obrazów. Będą w ramach zielonych akcentów przystrajać w przyszłości kuchnię, tylko najpierw kafle, a potem ścianę trzeba odmalować.

Tymczasem Wielkanoc tuż tuż, u wielu sprzątanie, przystrajanie i gotowanie za pasem. A my na luzie i bez spinki, nadal na kartonach i z lodówką w salonie. Sprzątanie po łebkach, bo nie ma co szaleć, skoro w następnym tygodniu znowu fuga, kleje i cięcie kafli na balkonie. Cieszę się za to na czas wolny z Małym (nadal nie mogę się przestawić do Młodego – poczekam aż będzie nastolatkiem;)), który dziś po południu zaczyna wiosenną przerwę. Jest już prawie zdrowy (resztki kaszlu o poranku), więc rower poszedł w ruch i może jakieś kino uda się zrealizować. Choć z dziećmi nigdy nic pewnego – Bratanek kończy dziś 3 lata, miała być impreza rodzinna, a jest kaszel z katarem i stan podgorączkowy. Tyle w temacie planowania, ale i cuda się zdarzają – kafelkarz przed sekundą zadzwonił i w piątek kafle mają być na ścianie. Trzymamy kciuki.

Pozytywna energia

Kiedy weekend zaczyna się fajnym spotkaniem z Blubrą w kawiarni, pogaduchami, jogurtem z granolą i pyszną, owocową herbatą – znaczy, że nadszedł lepszy czas. I dobrze, bo już był bardzo potrzebny. Przydało się też dużo śmiechu na lekkiej komedii „Zaginione miasto”, gdzie Sandra Bullock i Channing Tatum stworzyli rewelacyjny duet, samotnej twardzielki i mięczaka z wielkim sercem. Do tego Brad Pitt jako ta wisienka na torcie i mamy udany film na relaksujący wieczór.

Kolejne dni wypełnione radością z nowych sprzętów, uruchamianiem zmywarki, przepalaniem piekarnika, testowaniem pierwszego mycia i ustawień temperatur. A dziś pierwsze gotowanie na nowej płycie gazowej – ekspresowe – bo i palniki z większą mocą i wreszcie wszystkie działające. Było i spotkanie z Mamą, gdyż panowie w sobotę wyjechali nad jezioro malować deski pod wakacyjną wiatę. Także spokojne popołudnie i odpoczynek zaliczone..

Niedziela palmowa wprawdzie z palmą (wyszła nam metrowa), ale z racji resztek kaszlu u Młodego jeszcze bez wyjścia w kościelne tłumy. Myślę, że na święcenie jajek już się załapiemy, na razie palma poszła w konkursy i niech się jej darzy. Co do darów, z racji zbliżającego się zajączka dokupiłam synkowi zingsową maskotkę, a sobie zrobiłam prezent w postaci kubka do smoothie. Wygodny, na jednorazową porcję, lekki do przewiezienia w podróże i z ładowaniem usb. Dziś pierwsze testowanie – pod ręką jabłko, borówki i winogrona. Czekam na smaczne truskawki i inne owoce sezonowe, potestuję sprzęt decydując, czy zostanie ze mną, czy nie. A jeśli tak, to może wreszcie uwolnię się od podjadania słodyczy, zastępując je czymś zdrowszym..

Słodko gorzko

Żeby nie było zbyt radośnie, po finiszu meblowym – telefon do kafelkarza – kiedy ruszamy z zakończeniem ściany? Oddzwonię do pani za godzinę, gdy sprawdzę grafik. To było wczoraj o 10, do dziś zero odzewu. Zaczyna się..

Ale nic to, radość z przygotowania dziecku mleka na nowej płycie gazowej i zakup środków pachnąco-myjących do zmywarki – bezcenna. Jutro może przepalimy piekarnik i zrobimy wstępne mycie bez naczyń, żeby choć sprzęty były gotowe do pracy. Kafle na ścianę kupione, fuga też, jedynie nic w zieleniach z dekoru, czy gresu nie znalazłam – same mchy i paprocie. Z racji gazu zbyt blisko ściany, nie chcemy dawać szkła hartowanego po całości, więc pomysł był by dać taki panel na środku. Okazuje się jednak, że różnica w grubości panelu do kafli jest duża i ciężko to wyrównać. Istotny jest też fakt, że trudno dobrać idealną grafikę, by ten zielony nie był zbyt jaskrawy, albo wzór za krzykliwy. Na dokładkę czeka się 3 tygodnie na dostawę, więc stanęło na kaflach białych, a potem to chyba pomalujemy je.. farbami ;p

W malowaniu jest wprawa, bowiem prace konkursowe do szkoły nie odpuszczają. Co i rusz nowe pomysły i nie ma lekko, razem z Małym dziergamy.

Gryf na konkurs o małej ojczyźnie, a w przygotowaniu palma wielkanocna z bibułowych kwiatów. Zagryzam gorzką czekoladą (kiedyś nie do pomyślenia) i czekam na słodką nagrodę – babskie wyjście do kina:) Miłego weekendu 🌺

Na finiszu

Trudno uwierzyć, ale tak. Zostaje zakupić kafelki i umówić położenie ich na ścianę i kończymy ten remontowy kosmos. Dziś mija miesiąc od czasu, gdy rozwaliliśmy kuchnię w drobny mak. Meble jeszcze oklejone folią ochronną, ale wreszcie wszystkie są. Zapełniły pięknie ściany, mamy masę miejsca w środku, półkę zewnętrzną i dodatkowe szafki. Zabudowaną przestrzeń nad i obok lodówki. No i te fantastyczne sprzęty, które ułatwić mają życie i gotowanie, a o których kiedyś tak marzyłam. Na razie czytamy instrukcje, zapoznajemy się z wymaganiami do ich eksploatacji. A ja już rozglądam się za jakąś dobrą deską do krojenia, koszykiem na owoce, sposobem na mokrą gąbkę (żeby blatu nie zniszczyć) i innymi gadżetami. Także Ikea wzywa.

Wczorajszy dzień dodał mi energii i wiary w fachowców, RANO przyszedł bowiem pan Sławek z uprawnieniami, by podłączyć płytę gazową. Gdy zobaczył, że w zlewie trzeba wyciąć otwór pod kran, mówi – w ramach dobrej współpracy machnę to raz dwa – za darmo! Okazało się, że miał sprzęt, a do tego umiejętności skręcania syfonów przyściennych i chęć, by podłączyć zmywarkę i piekarnik. Zadzwoniłam do naszego montera, który miał się tym wczoraj zająć. I zapytałam czy pan Sławek może przejąć robotę – żeby nie było, że klienta podbiera. A ten, że niech podłącza, a co mu tam (i tak przyjechałby dopiero o 14), widać było mega zapał do pracy. Gdyby nie pan gazownik myślę, że dziś może miałabym zlew, jutro zmywarkę, a piekarnik w piątek. Przecież po co się spieszyć? Klienci czekali miesiąc, poczekają jeszcze kilka dni.

Jestem bardzo zmęczona i zestresowana po tym co tu się wyrabiało, zdecydowanie potrzebuję relaksu. Jakiegoś fajnego wyjścia, kina, spotkania z dziewczynami i tańców z Mężem. Przyda się odreagować..

Pomogło

Zapodane do szefa zgłoszenie, zakończone łzawym akcentem, przyniosło pozytywny skutek. Na drugi dzień stawiła się ekipa w ilości sztuk czterech chłopa. Przytargali nowy (cudny!) blat, wszystkie potrzebne boki, brakujące elementy i nawet z nadwyżką dodatkową przedłużkę hydrauliki. Pracowali do 21.30 w piątek i dziś prawie do 20. Na dokładkę informowali o której będą. Da się? Da. I mogło tak być od samego początku, to nikt by wieczorami i w soboty nadrabiać potem nie musiał. Ale wspaniale, że wszystko wreszcie ruszyło pełną parą i tak praca podgoniona, że chyba w poniedziałek skończą. Choć wolę się nie nastawiać i nie fikać jeszcze z radości.

Mimo wszystko, gdyby nie kaszlący Młody, skakałabym pod sufit z uśmiechem od ucha do ucha. Jemu zresztą energia też dopisuje, a i Mąż odetchnął. Meble zamontowane, blat też, zmywarka czeka tylko na front i podłączenie. Zlew ma już swoje miejsce i szuflady jeżdżą cicho w swoich. Jest nadbudówka nad lodówką i moja wymarzona, podświetlana półka! I już nawet bałagan mi nie przeszkadza. Dotarło do mnie, iż jest szansa, że remont w końcu ujrzy finał!

Z tej ulgi i ku dotlenieniu poszłam na mały spacer, choć mróz i wichura niezbyt sprzyjające. Pocieszające jednak były widoki wiosny, która wbrew wszystkiemu przebija się wytrwale na świat i nie traci nadziei na ciepło i rozkwit. Warto brać z niej przykład.