Landszafty

Na razie podziwialiśmy krajobrazy z podróży do Zosi. Rzepak zastąpiły maki i choć też krótko bywają, to choć na tę chwilę oczy cieszą..

Trafiały się i duże pola makowe, ale jednak dominowały samosiejki, tuż przy drogach. Pogoda niesamowicie dopisała, momentami w ogrodzie było zbyt gorąco i marzyłam o naszym małym basenie, tudzież o wypadzie nad jezioro, ku schłodzeniu. Mały latał z konewką oblewając siebie i nas zimną wodą i to za letni prysznic musiało wystarczyć.

W sobotę z rana skoczyłam tradycyjnie na rynek i znowu nie mogłam się oprzeć kwiecistej ofercie. Dokupiłam dalii, pelargonii, a dla Zosi werbenę, która mam nadzieję przyjmie jej się na działce. W podziękowaniu dostałam kwiatki i od niej, wykopane z ziemi w stanie już ukorzenionym. Teraz trzymać kciuki, żeby na naszym balkonie przetrwały.

Wieczorem uciekliśmy z upału w klimatyzowaną salę kinową. Na Top Gun: Maverick, który to zyskał nasze uznanie, jako film wspomnieniowo nawiązujący do Top Gun’a z 1986 roku i jako przyjemne kino akcji, dość realistycznie nagrane i zagrane. Tom Cruise może i ma krechę za sektę i złe traktowanie żony, ale trzeba przyznać zagrał świetnie i prezentował się również na plus. Naprawdę pozazdrościć, jak niektórym przybywające lata nie odejmują prezencji. U siebie z każdym rokiem dostrzegam zmiany, które choć próbuję opóźniać, to jednak nieubłaganie w lusterku widoczne. Nic to, po ostatniej wizycie u fryzjerki (jakoś się w końcu z nową dogadałam) fryzurka krótsza, odmładzająca i na lato do szybkiego wysychania, idealna.

Ciekawie

Zapowiadało się i tak też było, na dokładkę z emocjami, z kinem i rodzinnym spotkaniem. Najpierw pierwsza rocznica ślubu Brata, w restauracji i z obiadowymi pysznościami. Skusiłam się na polędwiczki z gruszką i żurawinami, podane ze śląskimi kluskami i surówką. Cała rodzina ze swoich dań zadowolona, a że miejsce przy okazji urocze podpytałam od razu o możliwość rezerwacji terminu na komunię dla Małego. Wiem, że to jeszcze dwa lata, ale obłożenie w lokalach duże, to naprawdę trzeba się spieszyć.

Po takich smakołykach chcieliśmy iść na spacer, ale deszcz nas pogonił do domów. A tam wpadliśmy w szpony planszówki, bo Catan wiedzie teraz prym. Gramy czasami po dwa razy dziennie, a jedna rozgrywka to z 1,5 godziny zabawy. Wszyscy w emocjach i wciągnięci w budowanie swoich miast:)

Żeby jednak nie ugrzęznąć w domu, złapaliśmy po drodze koleżankę Małego i skoczyliśmy jeszcze na bajkę do kina. „Pan Wilk i spółka” okazał się świetny! Dużo akcji, morał – że lepiej jednak być dobrym i nie budzić strachu w ludziach. Do tego przed seansem dmuchany zamek, zwierzakowe balony w prezencie i oczywiście popcorn karmelowy, bo jakże by inaczej. Dzień Dziecka blisko i mam wrażenie, że imprezowanie rozciąga się już na cały tydzień. Niedługo w szkole festyn z tej okazji, ale żeby nie było iż tylko dziecię ma wyjściowe atrakcje, to i mama do kina się wybiera. Jeszcze Męża wyciągnąć na jakieś tańce i będzie komplet;)

Harry

Tematyką konkursu była scena z książki angielskiego autora lub autorki. Wśród wymienionych pani Rowling, a co za tym idzie Harry Potter wyszedł na prowadzenie. Zwłaszcza, że Małemu przypadł do gustu bardzo, zachwycił się trzema pierwszymi częściami filmu (kolejne dozowane z racji stresujących momentów) i koniecznym stało się narysowanie jakiegoś kadru. Praca wspólna, na konkurs wreszcie oddana.

Cieszę się tą dziecięcą fascynacją i mam nadzieję, że nie minie, bo ozdobny zestaw książek o Harry’m czeka na odpowiedni moment wręczenia. I dobrze, że kupiony w tamtym roku – jego cena wzrosła obecnie o trzydzieści procent. Szkoda, że i w inne rzeczy człek się nie zaopatrzył, ale któż mógł przewidzieć takie podwyżki, wojnę tuż obok i szalejącą inflację.

Pozostaje cieszyć się tym, co tu i teraz, a teraz wiosna w rozkwicie i lato coraz bliżej. Wprawdzie zamknęli mi Orsay’a, w którym to w sukienki na lato się zaopatrywałam. Ale na szczęście mam ich jeszcze kilka i tylko w pasie do nich po zimie dopasować się należy;) Rozpoczęłam więc kijkowe wędrówki w dużym tempie (tak po 7 tysięcy kroków) oraz większe ilości zjadanych warzyw i owoców, w miejsce zimowych posiłków. Do tego porządki w czapkach, szalikach, swetrach – wyciąganie krótkich koszulek, spódnic, spodenek, zakup kremu z filtrem mineralnym i można do lata się szykować.

Saga „Remont”

Po świętach rozpoczęła się kolejna odsłona kuchennych rewolucji – kafle na ścianę, gniazdka i montaż nowego bezpiecznika, by podpiąć siłę pod piekarnik. Pomijam już fakt, że panowie ani razu nie przyszli o umówionej porze, czasem było to pół godziny spóźnienia, czasem dwie. Ale sukces, że w ogóle przychodzili;) Rozpoczęli od braku śrubokręta potrzebnego do odkręcania skrzynki z bezpiecznikami. I braku próbnika prądowego do gniazdek, który w Męża skrzynce narzędziowej na szczęście się znalazł. Pomijam też, że 4 kafle nie były położone zgodnie z wymaganiami – zdążyli je zdjąć, zanim przyległy na stałe. Ale i tak nic nie przebiło dzisiejszego braku packi do kładzenia fugi i nakładania jej packą do.. naleśników! Da się? Da.

Komedia w czternastu aktach i rozłożona na prawie dwa miesiące pracy. Ale absolutnie to jeszcze nie koniec. Nie ma tak dobrze. Od jutra czekamy na prace wykończeniowe – silikony pod zlew, przy szafkach i w narożnikach. Montaż okapu, panela z oświetleniem pod szafkami, gniazdka, boków do szuflad i akrylu przy ścianie. Przewiduję kolejny tydzień, w zależności, kiedy się monter pojawi- choć to już i tak bliżej, niż dalej.

W weekend zapomniałam o kuchni, Mały miał dużo zabawy, spotkanie z kumplami na urodzinach kolegi – w nietypowej sali – dla nastolatków. Z laserami, wspinaczką i nauką montowania karabińczyków, z krzesłem obrotowym dla pilotów i odgadywaniem masek bohaterów filmowych. Trochę sala była na wyrost, ale dzieci wszędzie coś dla siebie znajdą.

Niedziela kinowo i z koleżanką syna, na drugiej części „Sonica„. Potem spacery w parku z moją Mamą i na Wały, choć tu krótko z racji zimnego wiatru. Czekam już na cieplejszą wiosnę, otulając się szczelnie szalikiem i znowu wskakując w płaszcz i ciepły sweter..

Przytłumione

Zieleni coraz więcej, ale tej nadziei jakoś niezbyt wiele. Niby żyjemy normalnie, spacerujemy z rodziną po pięknie kwitnącym parku. Śmiejemy się do dzieci gdy Młody gra w piłkę ze swoim ciotecznym Bratem, żeby dzieci nie odczuwały zmartwień. Idziemy z nimi na lody, bawimy w berka na trawie, pod wiosennym słońcem..

Spacerujemy wreszcie z rodzicami, jemy obiad w restauracji, jedziemy do Castoramy oglądać glazurę i żyrandole. Nawet do kina dziś się wybraliśmy, na bajkę „To nie wypanda”, by umilić Młodemu niedzielę i by spędzić razem czas. Ale z tyłu głowy ciągle strach, że wojna tak blisko, że ceny coraz wyższe, że nie wiadomo co przyniesie przyszłość..

Zaraz koncert charytatywny w Łodzi, niech niesie nadzieję i ukojenie. Już sam gest mnie wzrusza, muzyka będzie jeszcze bardziej..

Kinowo

I kolejna okazja na wyjściowy makeup się nadarzyła. Z dnia na dzień i w miłym towarzystwie Bluberki. Tym razem kinowo, ale że koszula w różowej tonacji to i oczyska w takowej – Mystic Galaxy nie zawiodło. Jestem zachwycona cieniami, przetrwały biegi z autobusu w deszczu, zgrzanie się, a potem wystawienie na wiatr w wędrówce powrotnej (obym i ja przetrwała).

I było warto wyjść, w te mało sprzyjające okoliczności przyrody, dla pogaduch, dla filmowej adaptacji pani Christie i sajgonek na kolację. Film klimatyczny, retro, z dobrymi zdjęciami i dobrą grą aktorską. Może bez zaskoczenia, bo wiele się już kryminałów pani Agaty naczytałam i „Śmierć na Nilu” też wśród nich była, ale zawsze ciekawie zobaczyć jak sobie detektyw Poirot poradzi na ekranie.

Tymczasem ja też muszę przeprowadzić prywatne śledztwo, bo gdzieś nam się zapodział fachowiec od kuchni. Kafelki do domu zatargane (150kg), płyta gazowa stoi w salonie, zmywarka przyjeżdża w poniedziałek, a tu ni widu ni słychu. W weekend rozwalanie kolejnych szafek i w nowym tygodniu trzeba ruszyć temat. Niby nam się nie spieszy, ale ja chcę już piec te bułeczki drożdżowe, robić zapiekanki, myć naczynia w zmywarce i pomieścić się z całym sprzętem. Mam nadzieję, że do Wielkanocy marzenie się spełni.

Tuż tuż i po feriach już

Pamiętam wizję dwóch tygodni z dzieckiem, od rana do wieczora. W naszym przypadku późnego. Tymczasem zleciało w mig, za sprawą leniwych poranków, intensywnych godzin popołudniowych i planszowych, lub bajkowych wieczorów. Każdego dnia coś się działo i nawet jeśli to nie były atrakcje typowo dziecięce, wolny czas leciał błyskawicznie.

Zaliczyliśmy kolejne wyjścia na łyżwy – tu z przeszkodami, bo hokejówki od Brata nie zdały egzaminu. Nie wiem dlaczego, ale Młody kompletnie nie mógł na nich jechać i utrzymać równowagi. A że nie ma już sensu kupować nowego sprzętu (wiosna tuż tuż), wróciliśmy do wypożyczania łyżew na lodowisku. Na następny sezon spróbuję jednak znaleźć jakieś dobre figurówki, z regulacją rozmiaru do 35.

Na jedno z wyjść umówiliśmy się z koleżanką Młodego, która jazdę po lodzie ma opanowaną do perfekcji. Ponoć za sprawą rolek, na których wyjeździła wcześniej wiele godzin. Na wiosnę i Młody zmierzy się z rolkami i mam nadzieję, że tu posiadany sprzęt okaże się trafiony. W razie czego mamy dwie pary do testowania. Choć wcale nie powiedziane, że ten rodzaj sportu przypadnie mu do gustu. Mnie rolki nie zachwyciły, za duże tempo, brak równowagi i nie czuję się na nich bezpiecznie, ale nie poddaję się i ponowne próby poczynię. Dla dziecięcia chcemy jeszcze przejścia z hulajnogi trójkołowej na dwukołową i dalszych jazd na rowerze, bez bocznych kółek. Także zapowiada się sportowa wiosna i z chęcią też skorzystam z większej ilości ruchu.

Natomiast dla odpoczynku wybraliśmy się dziś do kina (sprawdzano certyfikaty szczepień) na piękną animację Disney’a „Nasze magiczne Encanto”. Mocno śpiewaną, ale z przesłaniem miłości, docenienia najbliższych i wartości rodziny. Także doceniajmy i spieszmy się kochać bliskich..

Ferie w rozkwicie

Okazało się, że łyżwy dla Młodego były u brata. Sprawdzone już, dostosowane do długości stopy (jest regulacja rozmiaru rozmiaru) i można ruszać. Ale zanim kolejna wyprawa na lodowisko muszę ogarnąć ciuchy, lodówkę i przestrzeń po powrocie od Zosi. Mężu wziął wolny piątek i już w czwartek mogliśmy pojechać do drugiej babci na cztery dni ferii dla nas wszystkich. Dla dziecięcia od szkoły i domu, dla Męża od pracy, dla mnie od gotowania i prac domowych.

Dobry to był czas. Relaksu, wyspania, długich późnowieczornych rozmów z Zosią, smakołyków i dwóch wyjść do kina. Jednego we dwoje – na „8 rzeczy, których nie wiecie o facetach” (do wyboru było to lub Spider-Man) – może i niewysokich lotów, ale od połowy nawet z uśmiechem i elementami wzruszenia (łatwo mięknę). Drugiego we troje, na „Skarb Mikołajka”, który też dopiero od połowy jako tako się rozkręcił, ale Młodemu podobał się bardzo. Zwłaszcza, że tuż przed wyjazdem tata skończył czytać mu grube tomisko o przygodach Mikolajka i znał temat.

Była też kolacja we dwoje (z przyjemnością się korzysta, gdy dziecię zaopiekowane) i dzisiejszy godzinny spacer z synem, złapany pomiędzy prysznicami z nieba. Nie wiem, czy z początkiem lutego można czuć wiosnę, ale dla pączków na krzakach mróz mógłby już sobie powroty odpuścić. Jak dla mnie też..

Z pompą

Ferie zaczęliśmy z pompą, w sensie ulewy, wichury i huku (od spadającego kawałka tynku z budynku) i w sensie fajnych chwil, których do ostatniej chwili pewni nie byliśmy. Przed wichurą udał się spacer z rodzicami, zrobiłam pyszny obiad w domu i spędziliśmy rodzinny wieczór przy śmiesznych filmikach. A na sobotę wybraliśmy bajkę w kinie. „Sing 2” okazało się mega pozytywne, z przesłaniem o dążeniu do spełniania marzeń i ze świetną muzyczną oprawą (przyznaję, na kawałku U2 się wzruszyłam). Po kinie jeszcze wypad na lody do kawiarni i pełnia szczęścia dla Młodego. Niedziela zapowiadała się równie atrakcyjnie, na urodzinach u syna koleżanki.

W niewielkim gronie, ale za to najbliższym sercu. Sala zabaw ta sama, w której Młody świętował swoje 7 urodziny, pogaduchy z ekipą, trochę ganiania po sali. Przerwa na mięsko z frytkami, potem tort i inne słodkości.

Spędziliśmy tam pięć godzin, a i tak dzieciom było mało. Tylko dwie najmłodsze kruszynki poszły wcześniej do domu. Reszta szalała w piankach, małpim gaju i na trampolinach. Mnie by się teraz też przydało, żeby spalić nadmiarowe kalorie. Ale kto wie, może uda się na łyżwach, czy choćby na spacerze, jeśli pogoda dopisze i już pompę odpuści..

Hiszpania w kinie

Hurraa, zakończyliśmy dziś zdalne lekcje. Widać już było rozdrażnienie Młodego po tym całym tygodniu. Zwłaszcza gdy w klasie panował chaos (ozdrowieńcy chodzili do szkoły-nie wiem czemu, skoro drugi raz chorować mogą i wirusa dalej przenosić), a przed ekranami nie można było się skupić. Było nad czym, bo estetycznie należało przepisać wiersz dla dziadków z okazji ich święta i zrobić ładne laurki. Na koniec angielskiego i niemieckiego odetchnęłam i ja! A jeszcze większą ulgę poczuję, gdy za dwa dni dziecię będzie mogło wyjść na dwór!

Wczoraj dla relaksu wybrałam się z koleżanką szkolną do naszego najstarszego w świecie kina. Nowy film Woody’ego Allena, „Hiszpański romans”, całkiem sympatyczny w odbiorze, ale trzeba lubić styl i „przegadanie” owego reżysera. Ja lubię. Tradycyjnie było z dywagacjami na temat sensu istnienia, pytań o to kim jesteśmy i rozkładaniem uczuć na czynniki pierwsze. Miłość, zazdrość, wypalenie po latach, odchodzenie, różne emocje, a w tle letnie krajobrazy z Hiszpanii..

Gdy to wszystko połączyć z klimatyczną salą kinową, w której film włącza się dla trzech osób (dwie dotarły później), robi się z tego fajny wieczór. Szkoda tylko, że nie można było wypić herbatki przy stole, jak za dawnych czasów. Ale w maseczkach i tak byłoby to utrudnione. Jutro ruszam na kijki z koleżanką, a w niedzielę jak rzucimy się wreszcie rodzinnie w plenery to coś czuję, że Młody z katarem wróci, z zakwasami i z czkawką od dużej ilości powietrza  Miłego weekendu!

Foto: kino-pionier.com.pl