Witaj szkoło

Dla relaksu, jeszcze z głową w wakacjach i przed początkiem całego szkolnego kołowrotka wybrałam się z dziewczynami na komedię „A oni dalej grzeszą, dobry Boże”, prawdziwie pełną śmiechu, którą można polecać w ciemno. Nawet dla tych, co nie widzieli pierwszych części, albo je widzieli, ale obawiają się, że kolejna będzie słaba. Nie była. Była świetna. Kino pełne, śmiechu masa i od początku do końca wszystkim się podobało. Polecam:)

A tymczasem już plany lekcji na nowy rok szkolny rozdane. Spotkanie z eleganckimi drugoklasistami zaliczone. Pani zadowolona i zaskoczona, jak wszyscy urośli. A my od razu z głową pełną pytań, o dokupienie rzeczy do wyprawki, o jutrzejszą mszę na rozpoczęcie, o koszty na radę rodziców i klasową. I o zajęcia dodatkowe, bo już wiem, że bez wsparcia w angielskim się nie obędzie. Znajomi namawiają nas jeszcze na basen, ale najpierw trzeba się z planem zapoznać i spojrzeć, w który dzień będzie najwygodniej. Nie chcę zarzucić Małego, żeby czasu na naukę nie zabrakło.

Uczta

Nie spodziewałam się. Naprawdę szłam na „Ennio” z myślą, że o rany taki długi film i to biograficzny, czy to był dobry pomysł, żeby do kina? Wprawdzie o wspaniałym i znanym człowieku i stąd zainteresowanie, ale jak ja przetrwam 2.5 godziny? Nie mówiąc o tym, że bilet prawie 30 zł, ale jednak chętnie z Blubrą się spotkam i do kina to ja jak najbardziej.

I cóż? A tuż, że opowieść, muzyka i emocje warte były i stówy za bilet, a czas umknął jak szalony i było mi mało. Mało tej niesamowitej uczty dla duszy i dla uszu, które to poznawały muzykę Morricone na westernach, włączanych namiętnie przez tatę. Na filmach z lat 70tych, 80tych, na „Misji”, którą tak mocno przeżyłam. Muzykę, która była rozpoznawalna, która zapadała w serce i bez której filmy i sceny z nich nie miałyby tej głębi, tworzonej przez sławnego kompozytora głową i sercem.

Talent ogromny, wiele lat niedoceniany i uważający, że nie zasługuje na wyróżnienie. Skromny człowiek, zaczynający od niechętnej gry na trąbce, który ucząc się i rozwijając umiejętności stał się wirtuozem. Choć nie tylko szkoła miała tu znaczenie, ale i dar od Boga, dzięki któremu potrafił muzyką opisać emocje, uczucia, a nawet przyrodę, czy charakter postaci.

Te wszystkie emocje towarzyszyły mi podczas seansu (a i nadal we mnie drgają), w połączeniu ze wspomnieniami, ze wzruszeniem, gdy Ennio wreszcie został doceniony i z niesamowitą energią, jaką od zawsze wyzwalała i wyzwala we mnie muzyka..

Weekend intensywny

Przez tę pogodę i plany się pozmieniały i pranie dłużej schnie. Niebo całe w chmurach, ale na szczęście i słońce przez nie drogę znajduje. Także jest nadzieja, że za dzień, czy dwa nadejdzie upragnione ocieplenie.

I w sumie nie ma tego złego, bo dzięki chmurom przełożono działkowe urodziny koleżanki Małego i część dzieci załapała się na trampolinowe szaleństwo. My też. A po trampolinach na lody i wesołą ferajną na ucieczkę przed ulewą. Dzieci naprawdę potrafią cieszyć się ze wszystkiego. A nam udziela się ich radość.

Po powrocie, szybki obiad i pędem na kolejne spotkanie, tym razem na hulajnogi. Kiedy już dziecięcia odmówiły jazdy, padłyśmy z koleżanką przy placu zabaw, by chwilę odsapnąć. Po powrocie do domu jeszcze nasza gra strategiczna, a że Mężuś poszedł na spotkanie z kumplami z pracy, to z Małym dłużej sobie posiedziałam, poczytaliśmy książki i pogadałam z nim o potrzebie czasu dla siebie.. Nie mam go bowiem ostatnio w ogóle, od rana jestem zajęta domem, dzieckiem, spotkaniami i wyszukiwaniem mu atrakcji. I absolutnie nie narzekam, bo kocham to nasze wspólne istnienie, ale jednak trochę tego oddechu dla siebie (dla nas we dwoje też) brakuje.

W niedzielę tyle, co zdążyliśmy się wyspać i jechaliśmy już na spacer z rodzinką. Potem obiad na mieście, a po nim do kina na Minionki, by Mały miał radość i by ukryć się przed chłodnym wiatrem. Bajka świetna, dużo śmiechu, jeszcze wieczorna planszówka i cały weekend zleciał w mig. Nowy tydzień zapowiada się równie ciekawie, tylko tym razem słońce i ładna pogoda potrzebne i mile widziane:)

Landszafty

Na razie podziwialiśmy krajobrazy z podróży do Zosi. Rzepak zastąpiły maki i choć też krótko bywają, to choć na tę chwilę oczy cieszą..

Trafiały się i duże pola makowe, ale jednak dominowały samosiejki, tuż przy drogach. Pogoda niesamowicie dopisała, momentami w ogrodzie było zbyt gorąco i marzyłam o naszym małym basenie, tudzież o wypadzie nad jezioro, ku schłodzeniu. Mały latał z konewką oblewając siebie i nas zimną wodą i to za letni prysznic musiało wystarczyć.

W sobotę z rana skoczyłam tradycyjnie na rynek i znowu nie mogłam się oprzeć kwiecistej ofercie. Dokupiłam dalii, pelargonii, a dla Zosi werbenę, która mam nadzieję przyjmie jej się na działce. W podziękowaniu dostałam kwiatki i od niej, wykopane z ziemi w stanie już ukorzenionym. Teraz trzymać kciuki, żeby na naszym balkonie przetrwały.

Wieczorem uciekliśmy z upału w klimatyzowaną salę kinową. Na Top Gun: Maverick, który to zyskał nasze uznanie, jako film wspomnieniowo nawiązujący do Top Gun’a z 1986 roku i jako przyjemne kino akcji, dość realistycznie nagrane i zagrane. Tom Cruise może i ma krechę za sektę i złe traktowanie żony, ale trzeba przyznać zagrał świetnie i prezentował się również na plus. Naprawdę pozazdrościć, jak niektórym przybywające lata nie odejmują prezencji. U siebie z każdym rokiem dostrzegam zmiany, które choć próbuję opóźniać, to jednak nieubłaganie w lusterku widoczne. Nic to, po ostatniej wizycie u fryzjerki (jakoś się w końcu z nową dogadałam) fryzurka krótsza, odmładzająca i na lato do szybkiego wysychania, idealna.

Ciekawie

Zapowiadało się i tak też było, na dokładkę z emocjami, z kinem i rodzinnym spotkaniem. Najpierw pierwsza rocznica ślubu Brata, w restauracji i z obiadowymi pysznościami. Skusiłam się na polędwiczki z gruszką i żurawinami, podane ze śląskimi kluskami i surówką. Cała rodzina ze swoich dań zadowolona, a że miejsce przy okazji urocze podpytałam od razu o możliwość rezerwacji terminu na komunię dla Małego. Wiem, że to jeszcze dwa lata, ale obłożenie w lokalach duże, to naprawdę trzeba się spieszyć.

Po takich smakołykach chcieliśmy iść na spacer, ale deszcz nas pogonił do domów. A tam wpadliśmy w szpony planszówki, bo Catan wiedzie teraz prym. Gramy czasami po dwa razy dziennie, a jedna rozgrywka to z 1,5 godziny zabawy. Wszyscy w emocjach i wciągnięci w budowanie swoich miast:)

Żeby jednak nie ugrzęznąć w domu, złapaliśmy po drodze koleżankę Małego i skoczyliśmy jeszcze na bajkę do kina. „Pan Wilk i spółka” okazał się świetny! Dużo akcji, morał – że lepiej jednak być dobrym i nie budzić strachu w ludziach. Do tego przed seansem dmuchany zamek, zwierzakowe balony w prezencie i oczywiście popcorn karmelowy, bo jakże by inaczej. Dzień Dziecka blisko i mam wrażenie, że imprezowanie rozciąga się już na cały tydzień. Niedługo w szkole festyn z tej okazji, ale żeby nie było iż tylko dziecię ma wyjściowe atrakcje, to i mama do kina się wybiera. Jeszcze Męża wyciągnąć na jakieś tańce i będzie komplet;)

Harry

Tematyką konkursu była scena z książki angielskiego autora lub autorki. Wśród wymienionych pani Rowling, a co za tym idzie Harry Potter wyszedł na prowadzenie. Zwłaszcza, że Małemu przypadł do gustu bardzo, zachwycił się trzema pierwszymi częściami filmu (kolejne dozowane z racji stresujących momentów) i koniecznym stało się narysowanie jakiegoś kadru. Praca wspólna, na konkurs wreszcie oddana.

Cieszę się tą dziecięcą fascynacją i mam nadzieję, że nie minie, bo ozdobny zestaw książek o Harry’m czeka na odpowiedni moment wręczenia. I dobrze, że kupiony w tamtym roku – jego cena wzrosła obecnie o trzydzieści procent. Szkoda, że i w inne rzeczy człek się nie zaopatrzył, ale któż mógł przewidzieć takie podwyżki, wojnę tuż obok i szalejącą inflację.

Pozostaje cieszyć się tym, co tu i teraz, a teraz wiosna w rozkwicie i lato coraz bliżej. Wprawdzie zamknęli mi Orsay’a, w którym to w sukienki na lato się zaopatrywałam. Ale na szczęście mam ich jeszcze kilka i tylko w pasie do nich po zimie dopasować się należy;) Rozpoczęłam więc kijkowe wędrówki w dużym tempie (tak po 7 tysięcy kroków) oraz większe ilości zjadanych warzyw i owoców, w miejsce zimowych posiłków. Do tego porządki w czapkach, szalikach, swetrach – wyciąganie krótkich koszulek, spódnic, spodenek, zakup kremu z filtrem mineralnym i można do lata się szykować.

Saga „Remont”

Po świętach rozpoczęła się kolejna odsłona kuchennych rewolucji – kafle na ścianę, gniazdka i montaż nowego bezpiecznika, by podpiąć siłę pod piekarnik. Pomijam już fakt, że panowie ani razu nie przyszli o umówionej porze, czasem było to pół godziny spóźnienia, czasem dwie. Ale sukces, że w ogóle przychodzili;) Rozpoczęli od braku śrubokręta potrzebnego do odkręcania skrzynki z bezpiecznikami. I braku próbnika prądowego do gniazdek, który w Męża skrzynce narzędziowej na szczęście się znalazł. Pomijam też, że 4 kafle nie były położone zgodnie z wymaganiami – zdążyli je zdjąć, zanim przyległy na stałe. Ale i tak nic nie przebiło dzisiejszego braku packi do kładzenia fugi i nakładania jej packą do.. naleśników! Da się? Da.

Komedia w czternastu aktach i rozłożona na prawie dwa miesiące pracy. Ale absolutnie to jeszcze nie koniec. Nie ma tak dobrze. Od jutra czekamy na prace wykończeniowe – silikony pod zlew, przy szafkach i w narożnikach. Montaż okapu, panela z oświetleniem pod szafkami, gniazdka, boków do szuflad i akrylu przy ścianie. Przewiduję kolejny tydzień, w zależności, kiedy się monter pojawi- choć to już i tak bliżej, niż dalej.

W weekend zapomniałam o kuchni, Mały miał dużo zabawy, spotkanie z kumplami na urodzinach kolegi – w nietypowej sali – dla nastolatków. Z laserami, wspinaczką i nauką montowania karabińczyków, z krzesłem obrotowym dla pilotów i odgadywaniem masek bohaterów filmowych. Trochę sala była na wyrost, ale dzieci wszędzie coś dla siebie znajdą.

Niedziela kinowo i z koleżanką syna, na drugiej części „Sonica„. Potem spacery w parku z moją Mamą i na Wały, choć tu krótko z racji zimnego wiatru. Czekam już na cieplejszą wiosnę, otulając się szczelnie szalikiem i znowu wskakując w płaszcz i ciepły sweter..

Przytłumione

Zieleni coraz więcej, ale tej nadziei jakoś niezbyt wiele. Niby żyjemy normalnie, spacerujemy z rodziną po pięknie kwitnącym parku. Śmiejemy się do dzieci gdy Młody gra w piłkę ze swoim ciotecznym Bratem, żeby dzieci nie odczuwały zmartwień. Idziemy z nimi na lody, bawimy w berka na trawie, pod wiosennym słońcem..

Spacerujemy wreszcie z rodzicami, jemy obiad w restauracji, jedziemy do Castoramy oglądać glazurę i żyrandole. Nawet do kina dziś się wybraliśmy, na bajkę „To nie wypanda”, by umilić Młodemu niedzielę i by spędzić razem czas. Ale z tyłu głowy ciągle strach, że wojna tak blisko, że ceny coraz wyższe, że nie wiadomo co przyniesie przyszłość..

Zaraz koncert charytatywny w Łodzi, niech niesie nadzieję i ukojenie. Już sam gest mnie wzrusza, muzyka będzie jeszcze bardziej..

Kinowo

I kolejna okazja na wyjściowy makeup się nadarzyła. Z dnia na dzień i w miłym towarzystwie Bluberki. Tym razem kinowo, ale że koszula w różowej tonacji to i oczyska w takowej – Mystic Galaxy nie zawiodło. Jestem zachwycona cieniami, przetrwały biegi z autobusu w deszczu, zgrzanie się, a potem wystawienie na wiatr w wędrówce powrotnej (obym i ja przetrwała).

I było warto wyjść, w te mało sprzyjające okoliczności przyrody, dla pogaduch, dla filmowej adaptacji pani Christie i sajgonek na kolację. Film klimatyczny, retro, z dobrymi zdjęciami i dobrą grą aktorską. Może bez zaskoczenia, bo wiele się już kryminałów pani Agaty naczytałam i „Śmierć na Nilu” też wśród nich była, ale zawsze ciekawie zobaczyć jak sobie detektyw Poirot poradzi na ekranie.

Tymczasem ja też muszę przeprowadzić prywatne śledztwo, bo gdzieś nam się zapodział fachowiec od kuchni. Kafelki do domu zatargane (150kg), płyta gazowa stoi w salonie, zmywarka przyjeżdża w poniedziałek, a tu ni widu ni słychu. W weekend rozwalanie kolejnych szafek i w nowym tygodniu trzeba ruszyć temat. Niby nam się nie spieszy, ale ja chcę już piec te bułeczki drożdżowe, robić zapiekanki, myć naczynia w zmywarce i pomieścić się z całym sprzętem. Mam nadzieję, że do Wielkanocy marzenie się spełni.

Tuż tuż i po feriach już

Pamiętam wizję dwóch tygodni z dzieckiem, od rana do wieczora. W naszym przypadku późnego. Tymczasem zleciało w mig, za sprawą leniwych poranków, intensywnych godzin popołudniowych i planszowych, lub bajkowych wieczorów. Każdego dnia coś się działo i nawet jeśli to nie były atrakcje typowo dziecięce, wolny czas leciał błyskawicznie.

Zaliczyliśmy kolejne wyjścia na łyżwy – tu z przeszkodami, bo hokejówki od Brata nie zdały egzaminu. Nie wiem dlaczego, ale Młody kompletnie nie mógł na nich jechać i utrzymać równowagi. A że nie ma już sensu kupować nowego sprzętu (wiosna tuż tuż), wróciliśmy do wypożyczania łyżew na lodowisku. Na następny sezon spróbuję jednak znaleźć jakieś dobre figurówki, z regulacją rozmiaru do 35.

Na jedno z wyjść umówiliśmy się z koleżanką Młodego, która jazdę po lodzie ma opanowaną do perfekcji. Ponoć za sprawą rolek, na których wyjeździła wcześniej wiele godzin. Na wiosnę i Młody zmierzy się z rolkami i mam nadzieję, że tu posiadany sprzęt okaże się trafiony. W razie czego mamy dwie pary do testowania. Choć wcale nie powiedziane, że ten rodzaj sportu przypadnie mu do gustu. Mnie rolki nie zachwyciły, za duże tempo, brak równowagi i nie czuję się na nich bezpiecznie, ale nie poddaję się i ponowne próby poczynię. Dla dziecięcia chcemy jeszcze przejścia z hulajnogi trójkołowej na dwukołową i dalszych jazd na rowerze, bez bocznych kółek. Także zapowiada się sportowa wiosna i z chęcią też skorzystam z większej ilości ruchu.

Natomiast dla odpoczynku wybraliśmy się dziś do kina (sprawdzano certyfikaty szczepień) na piękną animację Disney’a „Nasze magiczne Encanto”. Mocno śpiewaną, ale z przesłaniem miłości, docenienia najbliższych i wartości rodziny. Także doceniajmy i spieszmy się kochać bliskich..