Szalone

Plastuś przypadł Małemu do gustu, a ja dzięki temu przypomniałam sobie przygody małego ludka nie tylko w książce, ale i w bajce. W necie to jednak można znaleźć wszystko. Nawet moje „Przyjaciółki”, które już po wakacjach nadrabiam. Po przedszkolnym zebraniu trzeba było też nadrobić płatności i to wcale niemałe. Wyprawka, książki, rada rodziców, ubezpieczenie.. i oby tylko nie zamknęli wszystkiego, by dzieci z dobrodziejstw owych mogły skorzystać.

My natomiast skorzystaliśmy z opieki chrzestnej Małego i mogliśmy wybrać się do teatru. Najpierw jednak wysprzątaliśmy całe mieszkanie, upiekłam dwa ciasta i zrobiłam deser budyniowo-herbatnikowy według przepisu naszej Ani Piszącej.

Mały został pod dobrą opieką, a my w maseczki i po podpisaniu oświadczeń o wirusowym zagrożeniu, mogliśmy wraz ze znajomymi obejrzeć sztukę.

„Szalone nożyczki” to komedia kryminalna, która gdyby była odgrywana tylko przez aktorów bardzo by mnie zachwyciła. Od połowy prowadzona jednak była wraz z publicznością, widzowie mogli zadawać pytania podejrzanym, ingerować w to, co się działo na scenie. Retrospekcja zdarzeń wydłużyła całość, a niektórzy widzowie zadawali żenujące pytania przez co trochę siadły emocje. Bardziej podobała nam się pierwsza sztuka Teatru Dramatycznego z Koszalina – „Związek otwarty” – szybka akcja, dużo śmiechu i mimo iż grały tylko dwie osoby, perełka.

Za to po teatrze humor wrócił na całego, za sprawą zaproszenia na domowe party. Mężuś musiał wracać i odwieźć ciocię, a ja dotarłam na pogaduchy w ośmioosobowej ekipie. Wytańczyłam się, pojadłam smacznych sałatek, orzechów. I po intensywnej degustacji białego, półsłodkiego wina, po północy padłam w ramiona Męża. Także niedziela po tych szaleństwach przyda się wyciszona, spokojna i przeznaczona na regenerację..

Walka o miejsce

Po słonecznej sobocie w niedzielę nie było już śladu.. I cóż tu robić, kiedy w deszczu dzieci się nudzą? Iść do kina. Łatwo postanowić i powiedzieć, ale dostać się tam bez wcześniejszej rezerwacji, na bajkę, graniczy z cudem. Zastaliśmy salę wypełnioną po brzegi, z jedynymi trzema wolnymi miejscami rozrzuconymi na końcach rzędu (na szczęście tego samego) i miejscem trzecim od końca. Mężuś już chciał rezygnować, ale od czego główka pracuje. Poza tym jak się Mama uprze, to nie ma zmiłuj. Obiecaliśmy dziecku bajkę, będzie bajka, choćby za cenę przesuwania całego rzędu ludzi 😉 Przesuwanie nie było konieczne, okazało się, że jedno z miejsc przy naszym kupionym było wyłączone ze sprzedaży z racji – lekko nadszarpniętej tapicerki. Serio. Nie wiem czy komuś może przeszkadzać taki detal, ale skorzystaliśmy, prosząc o zamianę tylko jedną panią z dzieckiem. Tym sposobem usiedliśmy we troje, obok siebie. Radość dziecka, bezcenna 🙂

„O Yeti” okazało się przepiękną bajką. Z fantastyczną animacją, żywymi kolorami i muzyką na skrzypcach, która nie raz porywała za serce. Muszę przyznać, że wzruszyłam się mega przy tych kwiatach i wspomnieniach o zmarłym ojcu dziewczynki. Bajka momentami mogła przestraszyć maluchy, bo pogoń za Yeti nie należała do najprzyjemniejszych doznań. Za to ucieczka, przyjaźń, główna bohaterka tak pełna energii i piękne krajobrazy podczas podróży rekompensowały wszystko. Małemu bardzo się podobało i widzę, że złapał kinowego bakcyla. Nawet reklamy kolejnych bajek chętnie oglądał, wybierając na co pójdziemy następnym razem. Tym następnym jednak postaramy się o rezerwację 😉

Po kinie już tylko obiad i po nim dłuugi spacer, w ciepłych swetrach i bez parasola, bo przestało padać. Poganialiśmy z piłką, powędrowaliśmy po alejkach w parku i dotarliśmy do Amfiteatru. Szybko już teraz robi się ciemno, tak trzeba planować dzień, by przed wieczorem wracać do domu. Łatwiej za to Małego zagonić do wyrka i szybciej odpływa. Zmiana czasu ma tu wpływ, jakby nie patrzeć zasypia teraz godzinę później..

Czas dla siebie

Za długo nie pospałam, gdyż od poniedziałku Mały wrócił do przedszkola z czym, nieodzownie, łączy się wstawanie o 7. Kiedyś wcześniej, ale w ramach spokojnego wdrażania docieramy na ostatni dzwonek, tuż przed podawanym śniadaniem. Zresztą nie ma pośpiechu, bo prócz posiłków i zabawy niewiele się tam dzieje. Zajęcia plastyczne, taneczne i piłki zaczną się od września. A idąc tym tropem chyba przedłużymy synkowi wakacje i zrobimy jeszcze kilka dni wolnego. Te trzy, dzięki którym miałam czas na ogarnianie, pranie i gotowanie, w zupełności mi wystarczyły. Wybrałam się też na spacer z Edytą, a podczas gotowania mogłam rozpocząć nadrabianie filmów.

Był wśród nich romantyczny słodziak „After”, o nastoletnim zauroczeniu, pierwszych emocjach i igraniu z uczuciami. Był rewelacyjny obraz „Powrót Bena”, ze świetną rolą Julii Roberts i ogromem miłości matki do uzależnionego od narkotyków dziecka. Popłakałam się na koniec jak bóbr, a w głowie tylko myśl byśmy nigdy nie musieli zmagać się z takim dramatem i by udało się uchronić naszego syna.. W podobnym temacie czeka też film „Mój piękny syn”, w którym zagrał świetny aktor młodego pokolenia Timothee Chalamet (znany z filmu „Tamte dni, tamte noce” )

W ramach czasu dla siebie, było wyjście do kina z Bluberką i polski film „Na bank się uda”, który zakręcił nas swoją fabułą, zmyślną intrygą uknutą przez starszych panów i wnuczkę jednego z nich. Wszystko oczywiście w dobrej intencji, z odrobiną humoru i dystansu do siebie. W kolejce kinowej czeka najnowszy film Woody’ego Allena „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” (też z Timothee Chalamet’em w roli głównej), na który już się doczekać nie mogę, bo uwielbiam filmy Allena. A w domu „Rocketman” , o Eltonie Johnie, którego już w kinach chyba nie złapiemy, za to pojawił się do obejrzenia w necie (mam nadzieję, że w miłym towarzystwie).

Czas dla mnie to też książka przed snem, po pobudce w środku nocy, ewentualnie z samego rana przed budzikiem. Zakończyłam cykl Agnieszki Olejnik „Wszystkie smaki życia” i wciągnęłam się w „Igraszki z losem” Agaty Kołakowskiej. Latem niech się czyta samo, lekko i przyjemnie, a trwa ono jeszcze i nawet od weekendu ma nas porozpieszczać ciepłem. Niech rozpieszcza więc, będzie większy zapas przed jesiennymi chłodami..

wodna taxi na Korfu 🙂

Forma

Mały wrócił w przedszkolne progi pełen energii, u mnie też forma lepsza i więcej chęci do wszystkiego. Po świętach miałam wrażenie, że jestem pełna jak balon, teraz już i lżej mi się ćwiczy i łatwiej spodnie dopina. Dzisiejsze pomiary pokazały wreszcie drgnięcie wagi w dół, ale waga to pikuś, najważniejsze, że figura przyjmuje kształt nadający się do sukienek. A sukienki uwielbiam, mogłabym nabywać i nosić nałogowo.. do kozaków, botków czy latem do sandałów. 

Dlatego też i na wczorajsze kinowe spotkanie z dziewczynami wskoczyłam w kieckę i założyłam obcasy. Mężu mnie podwoził, więc i paznokcie zdążyłam w samochodzie pomalować. Jakoś tak jest, że o nich zawsze przypominam sobie tuż przed wyjściem i sprawdzają się wtedy lakiery naprawdę szybkoschnące. Zdążyłam i wyschnąć i dojechać przed czasem.. obserwowałam więc sobie jak dużo osób spędza popołudnia w kiniarni. Wpadła pani, prosto po pracy, sama, bo koniecznie musi obejrzeć ten i ten film. Pary na randki przy kieliszku wina, starsi państwo bo im seans polecano. A i duża sala, najstarszego kina w Polsce, wypełniona po brzegi. Nieduża sala, ale i tak nie spodziewałam się w środku tygodnia tylu osób. Dobrze, że zrobiłam wcześniej rezerwację, bo nie usiadłybyśmy wszystkie razem. Przybyły Hania z córką, Sylwia, Katarina i Ula. A film „Zabawa zabawa” wszystkie nas trochę poruszył..

Film smutny, ku przestrodze, że z alkoholem lepiej się nie zaprzyjaźniać, bo można zniszczyć życie sobie i wszystkim bliskim dookoła. Trochę zakończenie urwane i pozostawiające niedosyt. Ale ogólnie świetnie odegrane role przez p. Kuleszę, Dorotę Kolak i Marię Dębską. W każdym razie obraz na tyle przemawiający, że po seansie żadna z nas nie miała ochoty iść na drinka 😉 

Zasiadłyśmy sobie na pogaduchy przy kawach i herbatach, podebatowałyśmy o filmach, dzieciach i ostatnich wydarzeniach. Fajny czas, taki na spokojnie i w babskim gronie. Następne spotkanie pod koniec miesiąca, a dla równowagi, przydałoby się wyjście do kina z Mężem. Tylko coś teraz na niego przeszły dziecięce katary i trzeba szybko działać, żeby weekendu nie musiał przesiedzieć w domu..

I mamy luty

Idzie luty, podkuj buty.. ponoć. Choć tu ani zbyt mroźno, ani śniegu u nas nie uświadczysz. Liczę, że trochę go jeszcze poprószy, ale fajnie by było teraz, nie w marcu czy w kwietniu. Chyba do Zosi trzeba będzie się wybrać, bo tam ponoć sanki idą w ruch i Natalia z córką na górkach śmigają. Zosia mniej zadowolona, bo jednak po śniegu ciężko rowerem do pracy dojeżdżać.

A ja zostałam bez auta (rower tylko stacjonarny, na ćwiczeniach), które powędrowało do Taty, za to z telefonem w trakcie rozpracowywania i ustawiania na swoje potrzeby. Powrót do świata swobodnych połączeń bardzo mnie ucieszył. Jednak jest ze mnie towarzyski stworek i muszę mieć stały kontakt z rodziną i znajomymi. Z Hanią ustawiamy się do kina na „Zabawę zabawę”, a w późniejszym terminie z Bluberką na film „Jak pies z kotem”.

 

 

 

 

I mam nadzieję, że te seanse pozwolą zapomnieć o porażce Kogla mogla. W domu włączyliśmy mocniejsze klimaty w postaci „Oceanu ognia”  z Butlerem i „Bez litości „ z Denzelem Washington’em. Przed nami druga część tego ostatniego filmu i weekend, który zapowiada się dość intensywnie. Jeśli oczywiście zdrowie dopisze i nic nie stanie przeciwko naszym planom.  Jak choćby rury w łazience, domagające się powoli wymiany. Zrobiły się przy kolankach jakieś takie wykwity, rdza wylazła i wszystko grozi pęknięciem i zalaniem pionu. Brr, na samą myśl..

 

Prezenty dla przedszkolnej koleżanki zapakowane, opłaty na nowy miesiąc porobione, pora coś ugotować na weekend i ogarnąć trochę mieszkanie przed wizytą koleżanki. Choć mam pomysł, żeby zamiast siedzieć w domu przy ciachu (wrr) i herbacie wybrać się na basen z chłopakami. Mały uwielbia kąpiele w kółku i zjeżdżalnie, wyszalałby się razem z synem koleżanki, my miałybyśmy pogaduchy w wodzie i masaże pod rwącym strumieniem. Albo może do kina na bajkę, czy znaleźć ciekawą propozycję dla dzieci jakie oferują miastowe lokale. Takie małe marzenia na najbliższy czas.. a jak się weekend ułoży, to zobaczymy. Byle zdrowie było, wtedy można działać i szukać różnych atrakcji dla malucha. Jakoś ten luty trzeba dobrze spożytkować, nawet bez śniegu ;)

Upadek

Ćwiczę dzielnie, trzy razy w tygodniu.. ale jeśli nie uda mi się pokonać uzależnienia od słodyczy to, prócz lepszej kondycji, nic z tego nie będzie. Nie mogę mieć w domu nic słodkiego, a ciężko to zrealizować przy dziecku, które domaga się choć cukierka dziennie. Staramy się więcej mu nie dawać (sobie też), ale i w przedszkolu na słodkie się załapie i u dziadków. Oby później nie musiał przechodzić cukrowego odwyku, jako i ja. Zaczęłam nawet pić herbatę z białej morwy, która obiecuje regulację poziomu cukru we krwi i zmniejszenie łaknienia na słodycze. Mam jednak świadomość, że wszystko zależy od mojej słabej-silnej woli.. Żesz kurcze.

 

Kurcze jeszcze większe, gdyż albowiem popełniłyśmy z Hanią błąd idąc do kina na trzecią część, kultowego kiedyś, filmu „Kogel mogel”. Słowo kiedyś ma tu ogromne znaczenie. Nie wiem, co się z tym kinowym światem porobiło, że trudno teraz stworzyć ciekawy scenariusz. Bez traktowania widza, jak półgłówka, który przymknie oko na niesmaczne sceny. Który niby ma się śmiać, gdy wcale śmieszno nie jest. Wręcz przeciwnie, było straszno (a bilety wyprzedawane na pniu, na tydzień w przód i sale pełne po brzegi). Drewniane dialogi, sztuczna gra aktorska – Jerzy Turek w grobie się przewraca, a i dobrze, że pani Celińska nie wzięła w tym filmie udziału. Pomysł z dyskoteką w stodole, marihuana, policjanci imbecyle, tu fallus, tam lesbijskie pocałunki, w tym wszystkim Mucha, Skrzynecka w panterkach obwieszona złotem i Goździkowie na haju niszczący ogrodowe krasnale.

Miałam chęć wyjść w połowie, czego dawno w kinie nie czułam. Owszem nie spodziewałyśmy się filmu wysokich lotów, ale tak niskich też nie. Wyszłyśmy po seansie zażenowane i zniesmaczone.. Smutne jest też to, że części zapewne się podobało i że świat jest teraz chowany na prymitywnych i banalnych programach telewizyjnych, na niskim poziomie, banalności i żenadzie do przesady. Ale cóż, o gustach ponoć się nie dyskutuje..

A teraz należy iść do kina na jakiś dobry film, z przesłaniem, z dobrymi wartościami i świetnie zagrany, żeby zatrzeć ślad..

 

 


Trafiony zatopiony

Synek powrócił do przedszkola stęskniony zabaw i towarzystwa znajomych dzieci. Ja za to mogłam wrócić do porannych ćwiczeń z Edytą, pogaduch i prócz sprzątania i gotowania, również nadrabiania zaległości filmowych. Obejrzałam wreszcie wzruszający „Carte Blanche” z Andrzejem Chyrą, który w poprzednich latach jakoś mi umknął. A przede mną jeszcze film z Jennifer Lopez „Teraz albo nigdy”, z Mężem do obejrzenia  „Pierwszy człowiek” z Gosilgiem, komedia z akcją „Red” i najnowszy, nagrany z rozmachem „Aquaman”. Najbardziej jednak czekam na film „Zabawa zabawa”, który niedługo schodzi z kinowych afiszy, ale że grany jest o późnej godzinie, to dziewczynom nie pasuje wybrać się do kina. Spróbujemy złapać go na Kulturze Dostępnej, albo obejrzę w internecie, bo tak czy siak chcę zobaczyć..

Zrobiłam zakupy dla nas i dla chorej Pauli, która z dwójką również chorych dzieci została uziemiona w domu. Mąż z Tadziem wyjechali do rodziny, dzięki czemu uniknęli anginy, ale i możliwości wsparcia osłabionej mamy. U Małego zostały jeszcze resztki kaszlu, katar pojawia się po spacerze, ale ogólnie forma dobra. Apetyt i energia dopisują i dziś wyskacze się maluch na balu karnawałowym przebrany za Zorro. Swoją drogą dzieci nie mają pojęcia kto to jest ów Zorro, ale to jedyne przebranie jakie jeszcze mieliśmy na stanie. Zostało po słynnym balu przebierańców organizowanym dla ekipy przez Sylwię. Działo się wtedy, oj działo. Prócz szalonej imprezy miałam pierwsze symptomy ciążowe, choć jeszcze nie byłam świadoma, że jestem w ciąży drugi miesiąc 🙂

Tymczasem minęły ponad cztery lata od tamtych szaleństw i teraz mam atrakcje innego rodzaju. Na ten przykład Mały – gotowy do wyjścia, ubrany w polarową bluzę, narciarskie portki, czapkę, szalik i kozaki – oznajmia (nie pierwszy raz), że natychmiast musi kupę! (nie ma co szukać piękniejszego słowa). Ja akurat z telefonem w dłoni, pisząc na szybko smsa do Męża rzucam się do akcji ekpresowego rozbierania, oczywiście w okolicy toalety. Efekt do przewidzenia. Sekunda i telefon zatopiony! Na szczęście nikt jeszcze na tronie nie zasiadł. Ale woda zdążyła dostać się do systemu, rozłączyć możliwość dzwonienia i zablokować dostęp do wszystkiego. Nawet nie można odblokować ekranu. Jednym słowem zostałam odcięta. 

Obecnie przeniosłam kartę do starego mężowego smartfona, małego i działającego jak żółw. Nie mam WAppa i dostępu do zdjęć. Na szczęście numery miałam zapisane na sim (w odręcznym notesie też), a wszystkie ważne daty i najbliższe wydarzenia zanotowane w papierowym kalendarzu. Jak widać warto być przezornym i ubezpieczonym na każdą ewentualność, nawet od WC.

Katar again

Jeden dzień w przedszkolu i voila.. od wtorku w chałupie siedzenie na doopie. Słów mi brak jakem wnerwiona, bo oczywiście roboty masa, a działalność przy zasmarkanym brzdącu mocno utrudniona. Wszakże zdrowie najważniejsze, więc latam między pralką – Mamą baw się ze mną – próbą gotowania – Mamaą ładnie narysowałem? – ścieleniem łóżek – Maaamą głodnyjestem – i szybkimi spacerami. Bo choć katar i kaszel trwają, to gorączki nie ma i krótkie spacery wskazane. Niby nie ma co narzekać, ale jakoś tak Święta blisko? Dobrze, że Marshall z Psiego patrolu już odebrany, pozostało go zapakować i mikołajowe zamówienie Mełego będzie spełnione. Za to zamówione lampki choinkowe nie dotarły. Choina czeka na zmiłowanie, bombki leżą w kącie, a łańcuchy się gniotą. Jeszcze chwila, a zjemy czekoladowe cukierki, które do bombek miały dołączyć.

 

Sił też trochę brak, bo noce pozarywane. Pobudki o 1,30 tuż po zaśnięciu.. o 2,40 kiedy wydaje się, że pora wstawać. A potem zwlekanie się z wyra przed 9, bo dziecię odsypia przekaszlane noce. Normalnie bajka. Do rodziców też sama pojechałam i na zakupy, innej opcji nie było. Choć, idąc tropem poszukiwania plusów w mniej wesołych sytuacjach, stwierdzam że lepiej teraz się wychorować niż na same Święta. Albo na Sylwestra. Także nie ma tego złego. 

Na pocieszenie wrzucamy wieczorem dobre filmy. Ostatnio „Ocalony”, „Mowgli: Legenda dżungli”, czy „Strzelec” z Wahlbergiem. W kolejce czekają polskie „Plagi Breslau”, „Jak być sobą”, katastroficzny „Żywioł. Deepwater Horizon” i „Narodziny gwiazdy”, na które miałyśmy iść do kina, ale godziny seansów zbyt wczesne, lub zbyt późne, pozostaje więc net. Blubraa już widziała i poleca. Oby tylko synek spał spokojnie..


 


Inna planeta

Wreszcie i chrzestna dotarła, ze swoimi szalonymi pomysłami i z energią która zawsze jej towarzyszy. Ostatnio przebierała się za Pipi, tym razem postanowiła uszyć swojemu psu kubraczek na podobieństwo Chase’a z Psiego patrolu. Ponieważ w tej tematyce były wszystkie prezenty, a nasz smyk lubi tę bajkę. Uszyty kubraczek nawet dało się psu założyć, ale na czapkę zareagował odmownie. I tak dres z bohaterami, poduszka, koszulka i dwa auta z psiakami w środku zrobiły większe wrażenie na Małym, niż żywy pies, którego jednak się obawiał. Tym bardziej, że ten co chwilę próbował go polizać po twarzy. Ogólnie zabaw była masa, podjadania smakołyków też. My sobie pogadaliśmy z dawno niewidzianymi gośćmi i tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy świętowanie urodzin. Na trzecie miał trzy imprezy, na czwarte cztery, a na piąte chyba wyjedziemy bo choć lubię spotkania i świętowanie, to pięciu już nie pociągnę 😉

 

 

 

rose

 

 

 

 

Zwłaszcza, że zbiegło się to świętowanie z moimi imieninami. I już dla spokojności i po porządku, dopiero co odzyskanym w domu, zaprosiłam rodzinkę do kawiarni na desery. A dziś wnuczek spędził popołudnie u dziadków, byśmy mogli wyjść z tej okazji wspólnie do kina. Obejrzeć „Planetę singli 2” wraz z Hanią, Anią i Kasią. Bluberka z racji pracowitego weekendu dotrzeć nie mogła, a Edytę odwiedzili niezapowiedziani goście i w ostatniej chwili musiała odwołać filmowe wyjście. Z jednej strony można powiedzieć, że nie miała czego żałować. Bo druga część nie tak fajna, jak pierwsza. Ale mimo wszystko dla mnie była to miła dla oka i ducha opowieść. Trochę w świątecznym klimacie, z humorem, romantycznym wątkiem i z pobocznymi, które momentami wzruszały. Na zapowiedzianą część trzecią na pewno się wybierzemy, choć przyjdzie na nią poczekać do lutego. 

 

Tymczasem powracamy na naszą planetę. Lekarskie wizyty zaliczone, alergolog potwierdził poprawę stanu smyka, dentystka sprawiła mu masę radości. Nazywając Małego pilotem, który sam może lecieć fotelem w górę i w dół, nalewać sobie wodę do płukania i zapalać światło nad głową. Podejście do dziecka miała rewelacyjne i myślę, że dzięki niej nie zrazi się na przyszłość do dentystycznych wizyt. U mnie, odpukać, też poprawa. Asekuracyjnie trochę żelaza, a w zapasie lek przeciwzapalny w razie gdyby kolano jeszcze chciało fikać. Mam nadzieję, że pozostanie jednak przy fikaniu w tradycyjnym wymiarze. Byłabym wdzięczna.

Wdzięczna jestem również za zaangażowanie w zbiórkę na kiermasz, trwa etap odbierania rzeczy od dziewczyn. Jutro specjalnie na tę okoliczność przybywa Bluberka i musimy się rano złapać na mieście, żeby zdążyć przed jej pracą. Wcześniej Edyta dostarczy swoje skarby i załapie się u mnie na herbatkę. Dziś ruszam do Hani, a w środę spotkanie z Moniką. W tym momencie pani podjeżdża właśnie do spółdzielni mieszkaniowej po odbiór rzeczy od Kamili i jej znajomych. A mi serce rośnie 🙂

 

 

 

na planecie

Muzyczna legenda

Nie ma to jak odpocząć, a potem w mig zapomnieć o wolnym relaksie po którym dobrze, że choć grzyby zostały i kilka zdjęć ze spaceru w lesie..

 


grzybek

 

 

 

Wtorkowy poniedziałek był bowiem zakręcony od samego rana. Na ćwiczeniach wylądowałam sama i stwierdzam, że w towarzystwie ćwiczy się lepiej. Kiedy gadamy z Edytą, to czas szybciej leci, jazda rowerem się nie dłuży, jakoś intensywniej nam to idzie i jest zdecydowanie raźniej. Po ćwiczeniach szybkie szykowanie obiadu w domu, wstawianie i rozwieszanie prania, a potem pędem do Mamy. Zawiozłam ją do przychodni i pojechałyśmy na zakupy, żeby nie musiała sama dźwigać. Tatko jest już po zabiegu artroskopii i choć już trochę nogą ruszać może, to na bieganie po zakupy jeszcze nie czas. 

Odebrałam Małego, dałam obiad, Mężu odpoczął i mógł przejąć stery w kwestii wymyślania na wieczór zabaw dla dziecięcia. Mój wieczór był natomiast zaklepany na kinowe spotkanie z Bluberką. 


„Bohemian Rhapsody”  to niesamowita opowieść o powstawaniu zespołu Queen, zawrotnej karierze Freddie’go i jego życiu. Świetnie oddany klimat lat 70′-80’tych i dobra gra aktorska Rami Malek’a. No i rewelacyjna muzyka Queen.. niezapomniana, wiecznie żywa, pełna energii, ale i bólu, gdy nadchodzi już świadomość przemijającego zbyt szybko życia. Bardzo emocjonalnie przeżyłam ten film, z mocno bijącym sercem, z ciarkami i żalem nad ogromną samotnością pogubionego artysty, momentami z uśmiechem, ale w większości ze łzami w oczach.


Ze wspomnieniami sprzed lat, kiedy muzyka Queen rozgrzewała do tańca. Pamiętam, że raz nawet trafiłam na zlot fanów zespołu i podziwiałam zaangażowanie prowadzących, po tak wielu latach od śmierci Freddie’go. Ta muzyka zawsze już będzie legendarna i bardzo żałuję, że nie mogłam być na koncercie Queen. Za młoda byłam, nikt by mnie wtedy nie puścił w te wielkie tłumy.. Ale pamiętam moje zafascynowanie ich teledyskami, piosenkami, których słuchałam pomiędzy DM, U2 czy The Cure. I pamiętam, jak bardzo mi było żal, na wieść o chorobie i śmierci Mercury’ego. Film zrobił na mnie duże wrażenie, chciałabym kiedyś obejrzeć go z synem i być może przekazać mu choć trochę fascynacji moją muzyką. Oczywiście jego gust muzyczny sam się ukształtuje, ale myślę że ma na to wpływ i to, czego słuchamy w domu. Wracam do wielu zespołów i utworów, których słuchali rodzice, więc chyba coś w tym jest..