Na ślubnym kobiercu

Na ślub Brata udało się wejść do środka urzędu, ale mogłam stać tylko w drzwiach sali, wraz z innymi (niezaszczepionymi podwójną dawką) gośćmi. Najważniejsze jednak, że uczestniczyliśmy choć tak, a nie oglądaliśmy tych drzwi zamkniętych. Wiadomo, że ceremonia urzędowa, nie jest tak piękna jak kościelna, ale swoją moc ma. Wzruszającą, poważną i też piękną.

Fajnie było patrzeć na odświętnie ubranych nowożeńców, stresujących się lekko, ale uśmiechniętych. Życzę im szczęścia z całego serca i życia w zgodzie, przy dorastającym maluchu – co czasem bywa niełatwe. Jak niełatwe było utrzymanie Bratanka płaczącego i wyrywającego się podczas ślubu do mamy. Mąż wraz z Małym mieli to trudne zadanie do wykonania i cała rodzina pełna była podziwu, że na czas przysięgi zaległa cisza.

Na spotkaniu rodzinnym w restauracji było już lepiej, mama była w pobliżu. Moi rodzice, wzruszeni i szczęśliwi, że wreszcie ich dzieci zakotwiczyły w związkach na stałe. A że wiele lat na to czekali, mieli co świętować. Był toast szampanem, obiad z trzech dań na 12 osób, pogaduchy po pewnym czasie się rozkręciły i jak dla mnie brakowało już tylko muzyki i weselnych tańców, ale nic to, nadrobimy mam nadzieję w czerwcu, na kolejnym ślubie:)

Zimny maj

Z początkiem tygodnia udało się wyrwać z domu tylko raz, na większe zakupy i drugi, na krótki – żeby nie przewiać świeżo odbudowywanej odporności – spacer z Małym. Zapisałam go do fryzjera na jutro, bo już nieład artystyczny na głowie się tworzy, zwłaszcza po zdjęciu czapki. A tu ślub Brata w piątek i trzeba się jakoś wyszykować. Na cywilnym może pojawić się tylko 6 osób – z urzędnikiem włącznie i dowolna ilość zaszczepionych podwójną dawką. Ponieważ rodzice takową mają, mam szansę i ja być obecna na ślubowaniu, ze świadkami i fotografem. Reszta będzie stała pod drzwiami i tak sobie debatowaliśmy, że mogliby z tej okazji chociaż monitor wystawić na zewnątrz, dla gości. Koleżanka latająca ostatnio do Ameryki, po obywatelstwo dla syna, stwierdziła że paranoja kompletna – w samolocie człowiek przy człowieku siedzi, a w dużej sali ślubów tylko 6 osób. Cóż. Cud, że w ogóle na obiad owi goście będą mogli potem się udać, bo przesunięto otwarcie restauracji pod dachem, o jeden dzień. A jak widać czasem jeden dzień bywa istotny.

Albo siedem dni, jak w zakręconym pozytywnie filmie (produkcji rosyjskiej), który ostatnio obejrzeliśmy. „Siedem pomysłów na randki, czyli jak ratować małżeństwo”. Wprawdzie dopiero ślub, jednak wszystko zdarzyć się może i warto zapobiegać. Choć Brat twierdzi, że oni rozwód już mieli, więc teraz im nie grozi – rozstali się na 4 lata, przez które i tak bardzo się przyjaźnili, by powrócić do siebie – mimo iż dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Weszli, kochają, dzieciątko już na świecie i przyszedł czas deklaracji. Kocham i ja, bardzo, choć moja przeszłość też pogmatwana, to najważniejsze, że oboje z Bratem znaleźliśmy swoje szczęście i miejsce na ziemi, w którym jest dobrze i które niech już zostanie z nami na zawsze.

Od rana nucę piosenkę Maanamu, ale choć wydźwięk zimnawy to jakoś tak i tam o miłości. „W moim śnie tylko kocham, kocham i bawię się”. Tam mogę, po swojemu, wirując w tańcu na plaży. A w rzeczywistości czekam na słońce, ciepła trochę i laurkę od synka z okazji dzisiejszego święta. Powrócił dziś do przedszkola szczęśliwy i radosny, choć jeszcze z resztką kataru w nosie. Do Mamy zadzwonię, kiedy odeśpi powrót z urlopu znad chłodnego ostatnio jeziora. A i życzenia chrzestnej Małego wyślę, bo nieodmiennie cieszy się z tego gestu. Mama chrzestna przecież też jest ważna.

Dla wszystkich Mam, obecnych i przyszłych, życzenia najlepsze🙂

Domowo

Pozostanie w mieście miałoby większe plusy, gdyby się kaszel do Małego nie przypętał. Zdążyliśmy jeszcze pojechać na Wały obejrzeć militarne, wielkie statki i wieczorem już było wiadomo, że weekend spędzimy w domu. Rozwinął się ten kaszel głównie z kataru, a ten z alergii i tyle dobrego, że nikogo nie pozarażał. Tym bardziej, żem świeżo po szczepieniu piątkowym i Pfizer we mnie krąży. Krąży dość intensywnie, bo już mi żyłka na ramieniu i na palcu u ręki pękła. Ale chyba na tym efekty uboczne zakończone.

Za to efektem ubocznym pogody i przeziębienia Małego była większa część weekendu spędzona według dziecięcego planu. Także „Madagaskar” ponownie obejrzany, gry planszowe i karciane zgrane na wszystkie strony, zrobione dziesiątki zadań z gazetek Harry’ego Pottera i głowa pełna energicznego trajkotania:) Spacery były samotne, na zmianę z Mężem i dość szybkie, bo wiatr skutecznie z dworu wyganiał. Ale gdy pojawiało się słońce, nawet trochę ciepła dało się odczuć. W ziołowej skrzynce posadziłam więc wreszcie bazylię, lubczyk i natkę pietruszki. A w kwiatowych widać już malutkie, zielone pędy. Cieszą niesamowicie i zaczynam rozumieć tę miłość do ziemi i własnych plonów. Wszelakich..

Akcja błysk

Rozkręcił się ten tydzień mocno sprzątająco, choć była i przerwa na urodzinowe wyjście do kawiarni z Mężem. Nareszcie jak ludzie, przy stoliku i bez pośpiechu. Jakoś tak przypływu wiosennej energii dostałam i wypoczęta po weekendzie u Zosi do akcji błysk się wzięłam. Łącznie ze wspinaniem na szafy, wycieraniem kurzy wszędzie, myciem łazienki, kuchenki. Poprawianiem odkurzania po Robku, ogarnianiem szuflad i wszelkich zakamarków. Wywalaniem rzeczy niepotrzebnych, przeglądaniem ciuchów i przymierzaniem sukienek pod przyszłe śluby. Na szczęście mieszczę się we wszystkie, ale nad talią trzeba trochę popracować. Muszę przejrzeć jeszcze koszule dziecięce i zobaczyć, czy mamy jakieś eleganckie spodnie. Zakupiłam też Małemu sandały na lato, w dwóch rozmiarach, na teraz i w razie gdyby noga urosła. Jak nie urośnie, to będą do szkoły, bo w tej naszej można chodzić i tak. W ogóle gdy czytam szkolne wiadomości, jestem pozytywnie nastawiona i trochę stresów ubyło. Mały na pewno się tam odnajdzie, zwłaszcza, że pierwsza klasa przypomina tę przedszkolną zerówkową i panie są sympatyczne.

Oby tak było, bo wrażliwy ten nasz żuczek bardzo. Szykuje się teraz do występów na Dzień Mamy i Taty i przeżywał, że mogą go ominąć przez ślub wujka. Na szczęście wczoraj potwierdziłam, że terminy się nie pokrywają, ale nawet nie chcę myśleć, co by było gdyby jednak. Terminy gonią i mnie, jutro rtg i odbiór innych wyników, w piątek szczepienie i miał być plan wyjazdu do rodziców nad jezioro. Ale coś pogoda w kratkę i za dużo deszczu przewidują, także chyba zostaniemy w mieście. Co też ma swoje plusy.

Świętowanie

Słońce na trochę wracało, by potem schować się za chmury i czasami deszczem pokropić. Ale w ten weekend żadna pogoda nie miała nic do gadania, bo do świętowania podwójnych imienin i pojedynczych urodzin, nie była potrzebna. Choć przyznaję, na spacery i na rynek się przydała. Ruszyliśmy w trasę do Zosi, z prezentami i słodkościami. Mały doczekać się już nie mógł i w sobotę od samego rana pytał kiedy, kiedy, kiedy już! Także owe już nastąpiło gdy tylko wróciłam z ryneczku, na którym tym razem upolowałam letnie rybaczki, szarą torebkę i Natalię z córką Zosią, której też można było od razu życzenia składać. Nasza Zosia z prezentów zadowolona, Mały całkowicie z głową w chmurach i radosny jak skowronek. Zasłodził się na zapas (od dziś szlaban na takie ilości), a i my ciasta pojedliśmy, sałatki jarzynowej i innych smakołyków (od dziś zęby w stół). Było sielsko, anielsko, trochę w ogrodzie, na placu zabaw i na widokach z okna..

Mężuś spotkał się wieczorem z kumplami, pogadali jak za dawnych czasów. Od Mamy złapał urodzinową cegiełkę, za którą nabył wreszcie nowe dżinsy, w dwóch długościach, żeby i na lato były. I nową koszulę do garnituru, żeby na najbliższych weselach zabłysnąć. Uwielbiam go w marynarkach i w garniturze, a że rzadko jest okazja do ich zakładania, tym bardziej cieszę się, że w tym roku aż trzy takie będą. U Brata miało być tylko stanie pod drzwiami urzędu, tymczasem kroi się obiad rodzinny i szansa na poznanie części rodziny mej, niedługo już, Bratowej. Cieszę się razem z Młodymi, a i z Zosią trwają już debaty o przyjeździe do nas w czerwcu na ślub kuzynki Męża, także będzie się działo. Po sympatycznym weekendzie, powrót do domu ze słonecznym rzepakiem w tle i cóż, nowy tydzień rozkręcony już w pełni..

Słońce wracaj

Cieszę się, że te letnie dni udało się spędzić nad morzem i w plenerze. Złapaliśmy najlepszą pogodę wyciskając z niej ciepłe promyki. Od wczoraj znów jesień, ochłodzenie i mżawka od rana ale i tak czuć, że wiosna przybyła pełną parą. Także kwiaty w skrzynkach posadziłam, a czy wyrosną, z czasem się okaże. W parku nad morzem rosną pięknie, widać klimat im tam sprzyja..

Dość intensywny był ten tydzień, pod względem załatwiania spraw samochodowych w urzędzie, zakupów, wizyty w przychodni (ciąg dalszy tematu kręgosłupa) i ogarniania balkonu. Trafiły się też dwa nieplanowane spotkania z dziewczynami od kolegów syna i dwa planowane z moimi babeczkami. Jeden długi spacer uwieńczony zakupem ślubnych kartek i spotkanie na placu zabaw z trójką maluchów, już w ramach imienin Małego. Potem jechałam z nim jeszcze do dziadków, by i oni mogli wnuczka wyściskać, a na koniec do Brata po odbiór zamówionych maści i szamponów z gemini. Wraz z nastaniem krótkich spodenek zaczęły się u dziecięcia podrapane kolana, stłuczenie nogi po skoku z drzewa (jeszcze tak niedawno chodzić nie umiał!) i jakieś uczulenie, po tym jak kumple poczęstowali gumą do żucia. Natomiast na moje nogi zakupiłam sobie do wypróbowania depilator IPL, choć dopiero na jesień zacznę go stosować. Po świetlnych impulsach jak wiadomo opalanie odpada, a przy moim trybie, słońca latem nie uniknę. Niech no tylko to słońce się nie wygłupia i szybko do nas wraca. Miłego weekendu:)

Morza szum

Nareszcie. Ten dzień był jak spełnienie marzeń. Czekałam na niego całą, długą zimę. Z rana do auta, koc spakowany, jakieś przekąski i zabawki dla Małego. Strój kąpielowy pod koszulką z krótkim rękawem i z braku wprawy niestety długie spodnie. Nie spodziewałam się aż takiego upału, ale nauczona doświadczeniem wzięłam dziecku kąpielówki. I dobrze. Ile słychać dookoła napomnień, nie zamocz się bo nie mamy galotów na zmianę! Nasz wprawdzie po kostki, ale do wody wskakiwał, uciekał przed nielicznymi falami i turlał się swobodnie po piasku. Poznał jakąś dziewczynkę i na dwie godziny mieliśmy dziecię z głowy. Maluchy w ogóle czuły się jak wypuszczone z klatki na wolność, biegały, szalały i widać było taką radość, że są nad wodą, na plaży. A woda była spokojna, jak nad jeziorem i słońce przypiekało tak, że szybko nabraliśmy indiańskich kolorów:)

Byłoby jeszcze piękniej, gdyby pół miasta nie wpadło na ten sam pomysł, ale co tu się dziwić.. każdy już spragniony słońca, swobody i przestrzeni. Poza tym wybraliśmy jednak miejsce ludne, a nie jakąś zatoczkę na uboczu. Dystans na plaży był zachowany, ale już maseczek nie miał nikt, ani nad wodą, ani w miasteczku. Aż się dziwnie czułam, gdy po plażowaniu poszłam pooglądać kolorowe sklepiki i tylko ja w masce. Jeszcze w kolejce do baru, wydającego posiłki na wynos, co któraś osoba miała zasłonięte usta (nos niekoniecznie). Reszta już bez ograniczeń i ogólnie nad morzem całkowity high life. Może i niesłusznie, ale ponoć przeprowadzono statystyki (nie mam pojęcia jak) że w plenerze może się zarazić jedna osoba na tysiąc. Zresztą za cztery dni i tak na zewnątrz maski nie będą obowiązywać, więc nie ma się co czepiać. Zjedliśmy obiad na ławce, był spacer i amerykańskie lody na deser, wieczorem w auto i do domu. A ja już poczułam wakacyjny klimat i tęsknotę. Chciałabym tego lata jeszcze nie raz nad morze wrócić..

Skok w lato

Nie ma, jak te nasze skoki temperaturowe. Z 9 stopni na 26.

W jeden dzień jesień, w drugi lato i słońce. Idzie się zakręcić, zdrowotnie i ubraniowo. Kozaki wprawdzie już dawno pochowałam, ale wysokie botki (i kalosze) pół maja w użyciu były. Czyżby pora na trampki, czy może od razu wskakiwać w sandały? Nie żebym miała coś przeciwko. Wręcz naprzeciwnie. Cieszę się z każdego ciepłego dnia. Niezmiernie:) Ostatni weekend nad jeziorem, na ten przykład, prezentował się tak..

Najbliższe powinny wyglądać już całkiem inaczej. Dajmy na to jak te wakacyjne, tyle że roślinność jeszcze nie tak bardzo wybujałą można sobie w myślach domalować. Trochę na nią poczekamy, ale już bliżej, niż dalej. Za to rodzice nie czekali i na urlop się wybrali. Zahartowani, ale i tak z ciepłymi kurtkami, dresami i całym ekwipunkiem. Także teraz, żeby ich spotkać, należy dołączyć, a nawet nastawić się, że niedługo chyba całkiem nam się z miasta wyprowadzą. Tacie bardzo by pasował taki scenariusz, Mamie nie do końca, bo jednak w domu trochę pobyć lubi. Ja też lubię, ale ostatnie pobywanie było zdecydowanie za długie. Ostatnio nawet Mały stwierdził, że ta zima mogła by się wreszcie skończyć, bo ileż można. Także zimie, jesieni i tym wszystkim chłodom mówimy zdecydowane PA i zapraszamy morza szum, ptaków śpiew i zieleń drzew. Miłej niedzieli:)

Ślubne plany

Zajęcia domowe ogarnięte, nawet z dodatkami w postaci zamówionych rolet do kuchni. Tak niefortunnie mamy ustawienie okien, że sąsiedzi zaglądają nam do salonu i przy zapalonym świetle widzą nas jak na dłoni. W dzień nie ma z tym problemy, ale skoro mamy się tu kiedyś przenosić, trzeba mieć trochę swobody i intymności. Ruszyłam też wreszcie do fryzjera, korzystając na szybko z otwarcia salonów i z myślą o nadchodzących wspaniałych okazjach, na które to trzeba cuś z włosami zrobić. Jako, że z moimi zrobić się wiele nie da, podcięłam na tradycyjnego boba i na majowy ślub długość będzie w sam raz. Na czerwcowy jeszcze da się je ułożyć przy pomocy suszarko-lokówki, a na sierpniowy zobaczymy. Zależy jaka będzie wówczas długość i jaką sukienkę założę. Tak to się bowiem złożyło, że na ten rok trzy wspaniałe śluby rodzinne i przyjacielskie nam się trafiły. I nawet przepiękne zaproszenia już otrzymaliśmy.

Z czego niezmiernie się cieszę i tylko o zdrowie się modlę dla nas, Młodych Par i wszystkich gości. A że czas mamy, jaki mamy, przemyślałam wszystkie za i przeciw i pokonując lęki szczepionkowe (ze wsparciem i racjonalnym tłumaczeniem) zapisałam nas na Pfizera. Przez chwilę chciałam skorzystać z opcji jednorazowej dawki J&J w punkcie ustawionym na majówkę, ale kolejki były tak ogromne i potwornie wiało, co zamiast zdrowiem mogło zakończyć się przeziębieniem z wychłodzenia. Także szczepienia moje i Męża za dwa tygodnie, z drugą dawką zdążymy i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. W maju jest nawet szansa, że zostaną otwarte restauracje na świeżym powietrzu i Brat będzie mógł zaprosić rodzinę na obiad, a na pozostałe terminy jest już zielone światło by gości przyjąć w sali weselnej. Wiadomo, że wszystko z zachowaniem sanitarnych zaleceń, ale jakaś iskierka się pojawiła, a i pogoda może wreszcie się też zlituje. Dla osłody na obecne chłody, makowe ślimaczki i czekamy niecierpliwie na ciepłą wiosnę i ślubne spotkania.

Majowo

Majówka była i się zmyła. Dosłownie. W strugach deszczu, z wiatrem i chłodem. Choć w przerwach dało się wyjść na spacer i trochę dotlenić. Mężu miał wolne już od popołudnia w czwartek i w normalnych realiach, bezwirusowych i lepszych pogodowo, pewnie by nas poniosło gdzieś dalej. Ale nie było tak źle, był czas na książkę, film, odpoczynek i nawet wyjazd nad jezioro się trafił. Wprawdzie pół tego dnia spędziliśmy pod wiatą, chroniąc się od deszczu, ale gdy tylko chmury się rozpraszały lecieliśmy w plenery.

Rodzinka wyjechała tam już wcześniej, nie patrząc na chłody i zimne noce, ale że my ciepłolubni to spanie w domkach o cienkich ścianach jeszcze odpada. Miała być też jednodniowa podróż nad morze, ale cóż, za niskie temperatury i jakoś tak wolałam zostać w mniej wietrznych klimatach. Były w zamian gry planszowe, kreskówki z Małym, zabawy, wędrówki z hulajnogą nad Odrą, gotowanie pierogów i wreszcie udane gofry domowej roboty. Jeszcze się doczekamy i ciepła i słońca, a jak dojdą otwarte hotele wtedy pomyślimy nad jakąś małą podróżą. Na razie powrót do codzienności, zdjęcia wiosny na konkurs plastyczny w zerówce i prace domowe do ogarnięcia. Taki czas też lubię:)