Na trasę

i powrót do domu. Za oknem przelatujące zielenie i żółte pola rzepaku, jak słońce na ziemi. A w tle muzyka z klimatem lat 80tych i przetańczonej kolonii, gdy mialam lat dziesięć. I uśmiech do Męża i Mały na tylnym siedzeniu. Życie jest piękne, gdy tak mocno się czuje. I miłość i radość, że są oni i że ja Tu jestem.

Efekty specjalne

Lekcje zdalne to śmiech przez łzy. Widok dziecka tańczącego w ramach wf-u przy biurku, czy modlącego się na religii przed ekranem – bezcenny. Ale bezapelacyjnie wygrywa lekcja basenu u syna koleżanki. Crowl na sucho i machanie rękami przy biurku, by nadążyć za rytmem.. I to z efektem specjalnym – widokiem wody i fal na tapecie. Bareja miałby gotowy materiał na kolejną komedię.

U nas dwa dni dobre, jeden z problemami technicznymi (trzy różne spotkania w tym samym łączeniu, czy pogłos w mikrofonie nauczycielki). Do tego godzinny brak prądu i brak internetu od dwóch dni (efekt wymiany modemu, na „lepszy „, przez dostawcę neta). Tu przydaje się zapas gigabajtów w telefonie, do udostępniania dziecku przez hot-spot. Także ze zdalnymi nie do końca, ale plus, że można się wyspać, a w przerwie lekcyjnej potańczyć. Ostatnio próbowaliśmy figur z tego oto filmiku przedstawiającego, jak się zmieniał styl taneczny na przestrzeni lat. Polecam, chłopaki dają radę:)

Szczepienie Młodego za nami. Poszło bardzo dobrze, ból ręki do zniesienia i bez płaczu. Obyło się bez gorączki i żadnych innych efektów ubocznych. Odetchnęłam więc, a skoro ochrona zwiększona toteż spokojniejsza wybrałam się na spotkanie z dziewczynami. We trzy spędziłyśmy fajny czas na pogaduchach, a nasze pociechy w ilości sztuk pięć, na zabawach. I z taką pozytywną energią biorę dziś mopa pod pachę i lecę myć podłogi u rodziców. Żeby choć tak dołożyć się do świątecznego szykowania przestrzeni, na przyjęcie gości. Potem już tylko lepienie drożdżowych pierogów z Mamą i rach ciach, Wigilia..

Książkowe prezenty

Jarmark za nami, stacjonarna szkoła też – od poniedziałku trzy dni lekcji zdalnych i prawie dwa tygodnie wolnego. Ten czas bez problemu będzie można wypełnić czymś fajnym pod warunkiem, że pogoda dopisze i zdrowie. Do fajnych tematów zawsze zaliczam książki, choć czytanie idzie mi ostatnio znacznie wolniej. Zapadam w sen po kilku stronach, a w dzień jakoś trudno znaleźć czas. Zmobilizowała mnie do tego Beatka, przysyłając z Danii książkę w prezencie (dziękuję raz jeszcze:)). Wciągnęłam się po kilku stronach, we wspomnienia muzyczne lat 90’tych. W opowieści o U2, Nirvanie, Madonnie, REM i klimatach nowości wchodzących wtedy na rynek. Jest o modelkach, o problemach sławnych ludzi, też o serialach i filmach. W momencie, gdy opisywane jest tworzenie jakiegoś teledysku, od razu muszę go obejrzeć i posłuchać (np Freedom George’a Michael’a z modelkami z okładki Vogue’a, czy niszowy wtedy REM i „Losing My Religion”), także wzruszeniom i powrotom muzycznym nie ma końca. Czuję, że tę książkę będę czytać (i słuchać) jeszcze dłużej niż inne i dobrze mi z tym:)

A skoro już przy książkach jestem, skorzystaliśmy z dużych obniżek (120 zł taniej za komplet) i kupiliśmy Młodemu prezenty książkowe na przyszłość. Mam nadzieję, że po nie sięgnie i kiedyś z przyjemnością przeczyta. A jeśli nie, to na pewno zrobię to ja, bo na razie „Harry’ego Pottera” i „Opowieści z Narnii” widziałam tylko na ekranie. Dla chłopaka może to być jeszcze fajniejsza lektura, jeśli przypadnie mu styl i tematyka.

Na razie skończyliśmy obie części Plastusia, Nudzimisie i całą serię Muminków. Czytamy kolejny tom Mikołajka, a w kolejce Przygody dziesięciu skarpetek, Najpiękniejsza historia świata i Dzieci z Bullerbyn. W nowym roku planuję polowanie w bibliotece na polecaną przez Ms.Blond serię o małych detektywach, a w międzyczasie Młody trenuje samodzielne składanie liter na czytankach sylabowych z Elementarza, lub z serii Już czytam i Czytam Sam. Miłego czytania więc, jeśli tylko w weekend przedświąteczny znajdzie się na to czas..

Zakręcona

Odwiedziny u M były sympatyczne i wesołe, choć też trochę chaotyczne i hałaśliwe:) Przy czwórce dzieci, wizycie dziadka chłopaków i ich babci wracającej z masażu, akcji naprawy padów do grania i podgrzewaniu pierogów dla całej ferajny, spokoju nie było. Oni wszyscy przyzwyczajeni do takiego rwetesu i hałasu, mnie się ciężko było skupić, ale trochę udało nam się w tym całym ferworze pogadać i zdjęć ślubnych pooglądać. Mimo wszystko koniecznie chcemy spotkać się w gronie bez dzieci, także jakieś babskie kino lub wyjście na herbatę się szykuje. Oczywiście rewizyta też jest w planach, ale tu bez dzieci ni hu hu. Chłopaki koniecznie chcą się pobawić w nowym otoczeniu. Co do zabawy, to mieliśmy okazję obejrzeć Nintendo w użyciu – marzenie naszego szkraba, nad którym debatujemy od jakiego czasu. Z jednej strony fajna sprawa, bo można grać rodzinnie – i tak głównie u M się z tego korzysta, z drugiej trochę się obawiam tej chęci grania codziennie. Nie jestem zwolenniczką, ale faktycznie większość znajomych ma takie gry, dzieci opowiadają, nasz spogląda tęsknym wzrokiem i popłakuje, że jest poza.. W razie decyzji na tak, trzeba będzie mocno pilnować czasu gry i być stanowczym co do podjętych decyzji.

Na razie Młody wypisuje i powoli rozdaje zaproszenia, ja zaczynam rozglądać się za tortem i ślę wieści do znajomych, żeby termin w kalendarzu bukowali. Na dokładkę myślę już i o rodzinnym spotkaniu, choć to jeszcze kawał czasu, po drodze urodziny Taty, imieniny chrzestnej Młodego, potem moje imieniny. Tak czy inaczej temat świętowania opanowuje myśli i listopad zapowiada się radosny. W międzyczasie rezerwacje wizyt lekarskich – zgadnijcie na kiedy alergolog z pulmonologiem? Kombinowanie na szybko szelek do szkoły (jak dobrze, że są życzliwi dookoła i pożyczą) – bo dziś Dzień Szelek, jakby ktoś nie wiedział. Przynoszenie zabawki na lekcję opisową i dwa kolejne konkursy – jesienno-fotograficzny (zdjęcia mają być zrobione przez dzieci samodzielnie) i portretowy – świętego – wykonany techniką dowolną. Jakieś pomysły na technikę? Bo mi już głowa puchnie i zakręcona jestem:)

Tempo

Mam wrażenie, że z rozpoczęciem roku czas przyspieszył jeszcze bardziej. Nie wiem kiedy minęło pół miesiąca. Dwa tygodnie szkoły, która wydawała się tak wielką zmianą, że nawet sama myśl o niej była straszna – zleciały. Stres minął, Młody śmiga chętnie i nareszcie, dzięki wstawaniu o poranku, wcześniej zasypia. Zadań domowych jeszcze nie ma, dużo z książek przerabiają w szkole, ale jest też zabawa i masa radości po pierwszych zajęciach z tańca. U mnie za to o wiele mniej czasu na wszystkie tematy, bo trzeba dziecię odbierać po trzech czy czterech godzinach. Ledwo się wyrabiam z domowymi zajęciami, przeplatanymi na razie z fizjoterapią. Dziś minęła trzecia wizyta, jestem już w miarę na chodzie, ale dolegliwości jeszcze odczuwam. Były ćwiczenia, klawikoterapia, był masaż pleców i na koniec założone taśmy kinetyczne wspierające mięśnie przy kręgach. Przed fizjo szybkie zakupy, dojazd do Empiku po odbiór lektur do pierwszej klasy („Plastusiowy pamiętnik”, „Nie płacz koziołku”, „Jak Wojtek został strażakiem”) i pędem z powrotem. Szybko do domu przebrać się i już po Młodego. Dziecię do fryzjera, na hulajnogę i spacer do mojej Mamy. Wszystko w tempie, nawet sen na szybko, bo pobudki ok szóstej rano, a gdy chcemy obejrzeć jakiś film wieczorem, wtedy zasypianie o północy. Dobrze, że weekend się zaczyna. Pora odpocząć, wyciszyć się i może wreszcie uda się wyjście na randkę z Mężem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje.. pora to nadrobić. Miłego!

Karuzela

Niedziela nie odbiegała daleko od soboty, choć już pogoda trochę w kratkę i lekkie ochłodzenie. O poranku wybraliśmy się więc do kina, ale tym razem bajka średnia, niezbyt wciągająca z perspektywy rodzica (nie to co „Luca”). Dla Małego jednak w sam raz – „Wyrolowani” to historia Flumaków (z dziurką) walczących o docenienie własne i przetrwanie całego gatunku. My też jakoś przetrwaliśmy;) Potem obiad na mieście, spacer w parku, w którym niespodziewany jarmark z dmuchańcami i naturalnymi wyrobami. I przejazd na wesołe miasteczko, z racji pozostałych żetonów na to wirujące szaleństwo, gdzie mi od samego patrzenia błędnik wysiada.

Dziecię wyskakane, lody na deser, a wieczorem dla wyciszenia Kortez, śpiewający swym niesamowitym głosem. Tym zarazem tylko do posłuchania (ale za to całą rodziną), gdyż bilety na jego koncert wyprzedały się w trybie natychiastowym.

A po weekendzie pełnym emocji, od poniedziałku karuzela domowa. Razem z Małym porządki całą parą, wycieranie kurzy (łącznie z wymrażaniem pluszaków), mycie łazienki, parapetów, balkonu i kuchni. Mężu odkurzył całe mieszkanie, a ja przy robieniu soków poszłam jeszcze o krok dalej i z rozpędu upiekłam ciasto marchewkowo-jabłkowe, z pozostałej po wyciskaniu masy. We wtorek duże zakupy i gotowanie, także początek tygodnia intensywny i zapracowany.

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)

Dawno nie było

Takiego oddechu od domu, muzyki na żywo, większej ilości ruchu. Dotarło do mnie, że i w domu mniej muzyki słuchamy. Często jest cisza, może i uspakajająca ale taka pozbawiająca energii i radości. Jakby się świat zatrzymał na ten czas strachu o zdrowie, swoje i bliskich. Rodzice przestali tańczyć, Mama śpiewać. Ucichły ich spotkania na domówkach. Wszystko się przyczaiło w oczekiwaniu na wolność i większe bezpieczeństwo. W weekend trochę tej wolności wreszcie odczuliśmy i my i oni. Zawieźliśmy rodziców na imprezę do znajomych (zdecydowali się wreszcie, bo wszyscy po dwóch dawkach), a sami ruszyliśmy z Małym na spacer. W niedzielę za to było świętowanie urodzin Brata i Bratowej, zapowiadana pizza, lody i skoki dla dzieci na trampolinach. Potem szybka kolacja, zamiana sukienki na wygodne spodnie, katana złapana w locie i jazda na koncert.

Łąki Łan jak zawsze energetycznie 🙂

A właściwie pod koncert, gdyż bilety na Łąki Łan po 80 zł sztuka dla trzech osób zbytnio obciążyłyby nasz wakacyjny budżet. Nie dziwię się, że ceny na koncerty podskoczyły, bo artyści chcą się odkuć po prawie dwóch latach ciszy. Ale poskutkowało to zdecydowanie mniejszą ilością fanów i dla wielu zabawą poza ogrodzeniem. Mimo wszystko bawiliśmy się extra, Mały tańcował, ja zresztą też. Pośpiewałam sobie, wyskakałam się, a gdy panowie pojechali na nocne kąpiele i zasypianie, mogłam ze znajomą pospacerować na Bulwarach. Jak za dawnych czasów.. no prawie, bo brakowało naszych dziewczyn, uziemionych przez dzieciaczki. A na dokładkę niedziela przypominała o porannej pobudce następnego dnia. Mąż szykował się na egzamin z dozoru technicznego, znajoma do pracy, korzystałyśmy więc ze spaceru na tyle, na ile się dało. I przyznaję, że doładowałam baterie..

Początek wakacji

Wakacje rozpoczęliśmy na wesoło, ale od poniedziałku już kaszel i katar u Małego – kumulacja przeziębionej Amelki, jeszcze w przedszkolu i taplania w basenie z zimną wodą, na sobotnich urodzinach. Może nie jakoś uciążliwe to przeziębienie, ale na razie odpada plażowanie, które z racji ostatniej pięknej pogody można było uskuteczniać. Teraz już ulewy, a i gorączka dziś w nocy się objawiła, odpadają więc spacery. Zostaje balkon, od czasu do czasu, na którym śniadanie smakuje najlepiej. A i oko można nacieszyć roślinkami i pierwszą, własną, natką pietruszki.

Miały być tam i truskawki, ale za mało na nie miejsca, więc raczymy się kupnymi. Na hurcie warzywno-owocowym można trafić takie naprawdę słodkie, pachnące i te znikają najszybciej..

To dla ciała, a dla ucha, najnowsza nuta z Męskiego Grania, która to przyjemna i bardzo fajna do posłuchania, ale nie wiem czy sprawdzi się na koncertach. W tym roku zresztą koncerty MG i tak mi odpadają. Gdyby nie plany dałoby się nawet pojechać, ale wybieramy jednak ważniejsze wydarzenie:)