Tempo

Mam wrażenie, że z rozpoczęciem roku czas przyspieszył jeszcze bardziej. Nie wiem kiedy minęło pół miesiąca. Dwa tygodnie szkoły, która wydawała się tak wielką zmianą, że nawet sama myśl o niej była straszna – zleciały. Stres minął, Młody śmiga chętnie i nareszcie, dzięki wstawaniu o poranku, wcześniej zasypia. Zadań domowych jeszcze nie ma, dużo z książek przerabiają w szkole, ale jest też zabawa i masa radości po pierwszych zajęciach z tańca. U mnie za to o wiele mniej czasu na wszystkie tematy, bo trzeba dziecię odbierać po trzech czy czterech godzinach. Ledwo się wyrabiam z domowymi zajęciami, przeplatanymi na razie z fizjoterapią. Dziś minęła trzecia wizyta, jestem już w miarę na chodzie, ale dolegliwości jeszcze odczuwam. Były ćwiczenia, klawikoterapia, był masaż pleców i na koniec założone taśmy kinetyczne wspierające mięśnie przy kręgach. Przed fizjo szybkie zakupy, dojazd do Empiku po odbiór lektur do pierwszej klasy („Plastusiowy pamiętnik”, „Nie płacz koziołku”, „Jak Wojtek został strażakiem”) i pędem z powrotem. Szybko do domu przebrać się i już po Młodego. Dziecię do fryzjera, na hulajnogę i spacer do mojej Mamy. Wszystko w tempie, nawet sen na szybko, bo pobudki ok szóstej rano, a gdy chcemy obejrzeć jakiś film wieczorem, wtedy zasypianie o północy. Dobrze, że weekend się zaczyna. Pora odpocząć, wyciszyć się i może wreszcie uda się wyjście na randkę z Mężem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje.. pora to nadrobić. Miłego!

Karuzela

Niedziela nie odbiegała daleko od soboty, choć już pogoda trochę w kratkę i lekkie ochłodzenie. O poranku wybraliśmy się więc do kina, ale tym razem bajka średnia, niezbyt wciągająca z perspektywy rodzica (nie to co „Luca”). Dla Małego jednak w sam raz – „Wyrolowani” to historia Flumaków (z dziurką) walczących o docenienie własne i przetrwanie całego gatunku. My też jakoś przetrwaliśmy;) Potem obiad na mieście, spacer w parku, w którym niespodziewany jarmark z dmuchańcami i naturalnymi wyrobami. I przejazd na wesołe miasteczko, z racji pozostałych żetonów na to wirujące szaleństwo, gdzie mi od samego patrzenia błędnik wysiada.

Dziecię wyskakane, lody na deser, a wieczorem dla wyciszenia Kortez, śpiewający swym niesamowitym głosem. Tym zarazem tylko do posłuchania (ale za to całą rodziną), gdyż bilety na jego koncert wyprzedały się w trybie natychiastowym.

A po weekendzie pełnym emocji, od poniedziałku karuzela domowa. Razem z Małym porządki całą parą, wycieranie kurzy (łącznie z wymrażaniem pluszaków), mycie łazienki, parapetów, balkonu i kuchni. Mężu odkurzył całe mieszkanie, a ja przy robieniu soków poszłam jeszcze o krok dalej i z rozpędu upiekłam ciasto marchewkowo-jabłkowe, z pozostałej po wyciskaniu masy. We wtorek duże zakupy i gotowanie, także początek tygodnia intensywny i zapracowany.

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)

Dawno nie było

Takiego oddechu od domu, muzyki na żywo, większej ilości ruchu. Dotarło do mnie, że i w domu mniej muzyki słuchamy. Często jest cisza, może i uspakajająca ale taka pozbawiająca energii i radości. Jakby się świat zatrzymał na ten czas strachu o zdrowie, swoje i bliskich. Rodzice przestali tańczyć, Mama śpiewać. Ucichły ich spotkania na domówkach. Wszystko się przyczaiło w oczekiwaniu na wolność i większe bezpieczeństwo. W weekend trochę tej wolności wreszcie odczuliśmy i my i oni. Zawieźliśmy rodziców na imprezę do znajomych (zdecydowali się wreszcie, bo wszyscy po dwóch dawkach), a sami ruszyliśmy z Małym na spacer. W niedzielę za to było świętowanie urodzin Brata i Bratowej, zapowiadana pizza, lody i skoki dla dzieci na trampolinach. Potem szybka kolacja, zamiana sukienki na wygodne spodnie, katana złapana w locie i jazda na koncert.

Łąki Łan jak zawsze energetycznie 🙂

A właściwie pod koncert, gdyż bilety na Łąki Łan po 80 zł sztuka dla trzech osób zbytnio obciążyłyby nasz wakacyjny budżet. Nie dziwię się, że ceny na koncerty podskoczyły, bo artyści chcą się odkuć po prawie dwóch latach ciszy. Ale poskutkowało to zdecydowanie mniejszą ilością fanów i dla wielu zabawą poza ogrodzeniem. Mimo wszystko bawiliśmy się extra, Mały tańcował, ja zresztą też. Pośpiewałam sobie, wyskakałam się, a gdy panowie pojechali na nocne kąpiele i zasypianie, mogłam ze znajomą pospacerować na Bulwarach. Jak za dawnych czasów.. no prawie, bo brakowało naszych dziewczyn, uziemionych przez dzieciaczki. A na dokładkę niedziela przypominała o porannej pobudce następnego dnia. Mąż szykował się na egzamin z dozoru technicznego, znajoma do pracy, korzystałyśmy więc ze spaceru na tyle, na ile się dało. I przyznaję, że doładowałam baterie..

Początek wakacji

Wakacje rozpoczęliśmy na wesoło, ale od poniedziałku już kaszel i katar u Małego – kumulacja przeziębionej Amelki, jeszcze w przedszkolu i taplania w basenie z zimną wodą, na sobotnich urodzinach. Może nie jakoś uciążliwe to przeziębienie, ale na razie odpada plażowanie, które z racji ostatniej pięknej pogody można było uskuteczniać. Teraz już ulewy, a i gorączka dziś w nocy się objawiła, odpadają więc spacery. Zostaje balkon, od czasu do czasu, na którym śniadanie smakuje najlepiej. A i oko można nacieszyć roślinkami i pierwszą, własną, natką pietruszki.

Miały być tam i truskawki, ale za mało na nie miejsca, więc raczymy się kupnymi. Na hurcie warzywno-owocowym można trafić takie naprawdę słodkie, pachnące i te znikają najszybciej..

To dla ciała, a dla ucha, najnowsza nuta z Męskiego Grania, która to przyjemna i bardzo fajna do posłuchania, ale nie wiem czy sprawdzi się na koncertach. W tym roku zresztą koncerty MG i tak mi odpadają. Gdyby nie plany dałoby się nawet pojechać, ale wybieramy jednak ważniejsze wydarzenie:)

Zimny maj

Z początkiem tygodnia udało się wyrwać z domu tylko raz, na większe zakupy i drugi, na krótki – żeby nie przewiać świeżo odbudowywanej odporności – spacer z Małym. Zapisałam go do fryzjera na jutro, bo już nieład artystyczny na głowie się tworzy, zwłaszcza po zdjęciu czapki. A tu ślub Brata w piątek i trzeba się jakoś wyszykować. Na cywilnym może pojawić się tylko 6 osób – z urzędnikiem włącznie i dowolna ilość zaszczepionych podwójną dawką. Ponieważ rodzice takową mają, mam szansę i ja być obecna na ślubowaniu, ze świadkami i fotografem. Reszta będzie stała pod drzwiami i tak sobie debatowaliśmy, że mogliby z tej okazji chociaż monitor wystawić na zewnątrz, dla gości. Koleżanka latająca ostatnio do Ameryki, po obywatelstwo dla syna, stwierdziła że paranoja kompletna – w samolocie człowiek przy człowieku siedzi, a w dużej sali ślubów tylko 6 osób. Cóż. Cud, że w ogóle na obiad owi goście będą mogli potem się udać, bo przesunięto otwarcie restauracji pod dachem, o jeden dzień. A jak widać czasem jeden dzień bywa istotny.

Albo siedem dni, jak w zakręconym pozytywnie filmie (produkcji rosyjskiej), który ostatnio obejrzeliśmy. „Siedem pomysłów na randki, czyli jak ratować małżeństwo”. Wprawdzie dopiero ślub, jednak wszystko zdarzyć się może i warto zapobiegać. Choć Brat twierdzi, że oni rozwód już mieli, więc teraz im nie grozi – rozstali się na 4 lata, przez które i tak bardzo się przyjaźnili, by powrócić do siebie – mimo iż dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Weszli, kochają, dzieciątko już na świecie i przyszedł czas deklaracji. Kocham i ja, bardzo, choć moja przeszłość też pogmatwana, to najważniejsze, że oboje z Bratem znaleźliśmy swoje szczęście i miejsce na ziemi, w którym jest dobrze i które niech już zostanie z nami na zawsze.

Od rana nucę piosenkę Maanamu, ale choć wydźwięk zimnawy to jakoś tak i tam o miłości. „W moim śnie tylko kocham, kocham i bawię się”. Tam mogę, po swojemu, wirując w tańcu na plaży. A w rzeczywistości czekam na słońce, ciepła trochę i laurkę od synka z okazji dzisiejszego święta. Powrócił dziś do przedszkola szczęśliwy i radosny, choć jeszcze z resztką kataru w nosie. Do Mamy zadzwonię, kiedy odeśpi powrót z urlopu znad chłodnego ostatnio jeziora. A i życzenia chrzestnej Małego wyślę, bo nieodmiennie cieszy się z tego gestu. Mama chrzestna przecież też jest ważna.

Dla wszystkich Mam, obecnych i przyszłych, życzenia najlepsze🙂

Kreatywnie

Mały rozpoczyna dzień odkodowywaniem ukrytego pod cyframi i literami obrazka. Coś jak gra w statki i szukanie pod A4 czy E6. Wsiąknął w to kodowanie, które ponoć jest wstępem do programowania też w szkole podstawowej. My chyba nic takiego nie mieliśmy, ale pamiętam zajęcia komputerowe w Pałacu Młodzieży i pierwsze próby programowania przy komputerach wielkich jak szafa, na czarnych ekranach z zielonym drukiem.

Technologia poszła naprzód, ale nic nie zastąpi prac plastycznych, nauki szycia choćby na okrętkę, czy umiejętności wbijania gwoździa, zwłaszcza dla chłopca. Także wśród zadań z zerówki bywa na przykład tworzenie orła z rolki i odrysowanych dłoni na kartonie, klejenie figurek z plasteliny. Sadzenie roślin, tworzenie bransoletki z korali. Robienie klatki dla papugi z papierowego kubka i klejonych piór. Albo pająka z bajki o Spiderman’ie, wyklejanego soczewicą.

Do takich prac dziecię z przyjemnością dokłada gry karciane, planszowe i trenowanie podstawowych zasad w szachach. Wczoraj na dokładkę przypomniał sobie o kostce Rubika, którą Mężu układa w tempie ekspresowym, wzbudzając tym podziw u dziecka. I dziś od rana synek kręci i kręci, ustawiając sekwencję czterech ruchów pozwalających na pomieszanie i ułożenie kolorów z powrotem. Ale żeby nie było tylko działań kanapowych i przy stole, idzie w ruch piłka, biegi po mieszkaniu, kręcioły na podłodze w ramach breakdance’a i próby naśladowania SHUFFLE DANCE – które, zwłaszcza w wykonaniu dziewczyn, bardzo się Małemu podobają. Nam natomiast w ucho i w oko wpadł ten układ, ale próby naśladowania już tak atrakcyjnie nie wyglądają;)

Sven Otten nauczył się szuflować z jutubowych tutoriali, 8 lat temu nagrał filmik we własnym pokoju (do dziś 54 miliony odsłon) i tak zaczęła się jego przygoda i kariera związana z tańcem. Prowadzi własną akademię, wtańczył się w różne reklamy i rozkręcił niejednego kanapowca. Także wstajemy i w ramach fitnessu kto może, rusza w tan.

Dzień dobry

Dwa miesiące temu spotkałam wraz z Małym KAMIEŃ Z PRZESŁANIEM. Niedawno trafiliśmy na kolejny i chciałabym, żeby to przesłanie każdego dnia mogło dotyczyć..

Ostatnie dni zresztą takie były. Wielkanoc spędzona u Zosi, wśród smakołyków świątecznych, ale jedzonych w miarę ostrożnie. Sałatka jarzynowa i bigos to jednak sycące potrawy, a żołądek trochę mniejszy i tyle, co kiedyś, nie zjem. I o to chodzi. Jeśli do tego dołoży się spacery po lesie, dużo powietrza w ogrodzie, święcenie pokarmów przed kościołem, śmigus o poranku w lany poniedziałek i czas z moimi chłopakami, to jest na plus. Jedyny minus to brak świąt spędzonych z całą rodziną, ale mam nadzieję, że kolejne będą już pełne. Może nawet te grudniowe, kiedy rodzice będą po dwóch dawkach szczepień, a może i my się szybciej na szczepienia załapiemy. Trzeba być dobrej myśli..

Koniec zimy

Jeszcze na to nie wygląda, ale pierwszy dzień wiosny nadszedł sobie, wbrew wszystkiemu.

I to nic, że spacery z rodzinką w zimowych ubraniach, w szalikach po zęby i wełnianych skarpetach. Krokusy już są. Jeszcze nieśmiałe, trochę przymarznięte ale powoli się rozkręcają.

Tylko my coś się rozkręcić nie możemy, przez te ciągłe, wirusowe blokady..