Wiosenny zew

Powrót do codziennego trybu od razu pomaga i przywraca równowagę, przynajmniej w temacie menu, bo w temacie wirusowym kolejna fala co energię umniejsza. Za to przerwy w posiłkach uregulowane, mniej dostępnych słodyczy, więcej zajęć i ruchu w domu. Chociaż robot odkurzający działa na pełnych obrotach, to i tak trzeba swoje ogarniać. Kurzy z mebli nie zetrze, prania nie zrobi – a to wreszcie na dwór wywieszone – bo nie ma jak zapach prania zdjętego ze słońca i świeżego powietrza. Na niedzielę zapowiadają się znajomi, którzy już rodzinnie covida przechorowali. Chcę jeszcze łazienkę wypucować i kupić kwiaty, żeby wiosnę i w pokoju oglądać. Poza domem też trochę ganiania, zakupy jedzeniowe porobione, a i małe nadprogramowe wyskoczyły. Pierwsze wyjście z naszą rekonwalescentką, którą wiozłam do szpitala na badania kontrolne, a że wyniki dobre to podjechałyśmy do sklepu ku uczczeniu tej wieści. Ona poszalała, obkupując się w sprzęty AGD i korzystając z poczwórnej promocji, ja na razie rozeznaję rynek. We mnie zresztą też obudził się zew, przeglądanie szaf i garderoby, chęć do wymiany staroci, np zepsutej wagi łazienkowej, czy nie działającej gofrownicy.

Rozglądałam się za tymi cudami przy drugich małych zakupach, tym razem z Mężem. Przy okazji szukając zestawu salaterek, lub półmisków z przegródkami do serwowania przekąsek typu oliwki, orzechy. Teraz jest taki wybór różności do domu, że tylko przebierać i wybierać. Na balkon też by się przydały nowe skrzynki, większe i ładniejsze od naszego starego plastikowego badziewia. Na balustradę już rdza wlazła od haków, a przecież istnieją skrzynki nakładane, bez przykręcania. Nic tylko ziemię kupować i sadzić cebulki zimujące, żeby na wiosnę cieszyć oko małym kwietnikiem balkonowym. Trzeba mieć jakieś zaplecze, jakby nas obostrzenia znowu w domu pozamykały. A tu krokusy już z ziemi wyłażą i wiosna z całą energią do przodu rusza, po raz kolejny za nic sobie mając wirusa..

Ironia losu

Ilekroć zdarza się taki czas, jak ten, od razu w uszach dźwięczy mi utwór „IRONIC”. Jakże adekwatny w swej wymowie. Gdy marzy się o prawdziwej zimie, a ona i owszem przybywa, ale szokując znienacka do -12 w nocy, zasypując śniegiem po kolana i powodując w mym aucie przymrożenie tylnego zacisku przy zaciągniętym hamulcu ręcznym. Oczywiście wtedy, gdy umówiona jest ważna podwózka do szpitala. Gdy jedzie się po śliskiej nawierzchni, nie mając pojęcia o tym, że koło się nie kręci. I gdy po jakimś czasie trąbią wszyscy dookoła powodując, że nogi zaczynają się trząść na pedale gazu i hamulca. Najlepsza była rada taksówkarza – niech pani złapie jakiś kawałek czystego asfaltu. A że wszystkie asfalty w okolicy zasypane 20 cm warstwą śniegu, to już pikuś. Pan Pikuś. Cud, że dojechałyśmy! I drugi, że niedaleko szpitala był serwis samochodowy, w którego bramę po prostu ślizgiem wpłynęłam.

Po całej akcji kolejna miła niespodzianka, tym razem w domu. Zimne kaloryfery i lodowata woda w kranie, na skutek awarii w elektrociepłowni. I tak już trzeci dzień z rzędu, z tą zmianą, że woda już cieplejsza, a kaloryfery lekko grzeją. Tak do 18 stopni. Mało komfortowe, gdy wraca się z przemoczonym i zamarzniętym dziecięciem z szaleństwa na sankach i gdy posiada się dla niego tylko jedne narciarki pasujące rozmiarem. Ale nic to, ratują wełniane skarpety, swetry, koce i gorąca herbata ,wypijana litrami. Jest (nie)wesoło:)

Mniej wesoło było za to dzisiaj, kiedy to pojechałam do Lidla odebranym (po sowitej opłacie) autem, odstawiłam go. I zapomniałam o bilecie parkingowym! Nosz. Jak się chodzi tam ciągle piechotą i raz się wreszcie zdecyduje na odciążenie ramion bagażnikiem, to co się dziwić o takim zapominalstwie. Leciałam z tobołami i duszą na ramieniu, ale biletu żadnego za wycieraczką nie było. Czy ktoś się orientuje, czy spisują po numerach rejestracyjnych, czy jednak jakiś kwitek jest zostawiany?

Już nawet nie wspominam o czarnej telewizji, głuchym radiu i czarnym humorze nawiedzającym ostatnio nasz kraj. O zaciętym dziś zamku w kurtce. Czy kluczykach do auta, tkwiących w kieszeni, gdy leci się właśnie po nie z powrotem do domu, pokonując po raz kolejny kilka pięter schodami. Ale już wiem, gdzie tkwi przyczyna! Jest południe, a ja jeszcze nie zjadłam ani jednego pączka. Nic dziwnego, że słyszę chichot losu za plecami. Pora nadrobić to niedopatrzenie i pomóc szczęściu. Smacznego 🙂

Cukiernia kusi

Działam

Tydzień intensywny domowo, ale i jedno spotkanie zamaskowanych udało się zorganizować. Dostaliśmy duży wór ubrań dla Małego i dla Bratanka od koleżanki, w podziękowaniu przekazałam prezenty dla jej syna. Był wspólny spacer i bieganie po trawie. Wśród ubrań perełki w postaci prawie nowej zimowej kurtki, koszulek, spodni dresowych, szlafroka czy kaloszy, jeszcze wprawdzie ciut za dużych, ale na jesień będą jak znalazł. Zanim jednak jesień, lato przed nami i trzeba podjąć decyzje, jak tu zorganizować urlopowy czas.

Mieliśmy zarezerwowane wakacje w Bułgarii i nawet mogą być zrealizowane, gdyż wieści z biura podróży mówią o otwartych na ten czas hotelach. Granice i loty samolotów też będą dostępne. Jednak wizja dużego hotelu, ludzi z różnych stron świata, wspólnego basenu i wielkiej restauracji w wirusowym świecie napawa zbyt dużym lękiem. Możemy wycieczkę przełożyć na następny rok lub całkiem z niej zrezygnować. Debaty i kalkulacje trwają. Mimo wszystko bezpieczniej chyba czułabym się u nas. Mazury, góry, czy morze też kuszą i gdyby tylko była gwarancja upalnego lata, nie zastanawiałabym się ani chwili..

W sumie, gdy spojrzeć za okno lato rozkręca się już wiosną, do piątku zapowiadane 20 stopni. Szkoda tylko, że na weekend jakieś deszcze, ale i one jak wiadomo potrzebne. Na razie działam na wysokich obrotach, kolejne pranie i mycie okien przede mną. Zdecydowaliśmy się bowiem na rolety w sypialni, dzień długi, jasno do 21 albo i dłużej i Mały zasnąć przez to nie może. A rano promienie świecą po oczach i budzą nas o 5.30. W następnym tygodniu pomiary i wybór materiału. Co do materiału, to i do krawcowej się wybrałam, by oddać spodnie do podszycia, dzisiaj odbiór. Zapisałam się też do fryzjerki, choć terminy po izolacji oblegane i mam dopiero na koniec czerwca. Wesele kuzynki przełożone jednak na listopad, można więc wreszcie włosy skrócić i do tego czasu zdążą odrosnąć, a na lato wygodniej będzie w krótszych. Lecę działać dalej, piątek coraz bliżej i wtedy odsapnę 🙂

Prozdrowotnie i magicznie

Tydzień rozpoczął się od rejestracji do wszelakich lekarzy, zaległych i bieżących. Dla mnie i dla Małego, bo Mężuś odpukać zdrowy i trzyma się najdzielniej z nas wszystkich. Byłam z synem w laboratorium, pobierano mu krew z palca i zniósł to w miarę ok. Do momentu nakłucia siedział zadowolony, potem chwilę popłakał ale szybko było po krzyku. Wyniki dobre, trochę tylko żelazo nisko, ale nienajgorzej. Sprawdzimy u pediatry czy trzeba wdrożyć suplementację czy nie. Bo wszelkie sałaty, wątróbki, szpinaki i inne zawierające żelazo potrawy nie wchodzą w grę. Nie zje i tyle. Chyba, że jajko i orzechy nerkowca. Choć przeglądam i inne dostępne źródła żelaza w pożywieniu.

Przed nami też wizyta u alergologa, potem u dentysty – kontrolnie. Jeszcze moja wizyta z wynikami kolana, które na szczęście ostatnio nie daje o sobie znać. I oby tak zostało. Aż się dziwię, że sprawnie poszło ustalanie tych terminów i że wyrobimy się ze wszystkim w tym tygodniu.

 

W międzyczasie ćwiczę, ganiam na mroźny spacer z Edytą i jej psem. Piorę, gotuję i sprzątamy oboje, szykując się na spotkanie z chrzestną smyka, które wreszcie ma dojść do skutku. Znaczy mam nadzieję, że dojdzie i nic nam nie przeszkodzi. Terminy napięte po samą niedzielę, a tu jeszcze doszła akcja pomagania w zbiórce rzeczy na kiermasz świąteczny. Kiermasz ma być poświęcony na zbieranie funduszy dla chorej dziewczynki. I zaangażowanie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na szczęście dużo ludzi lubi i chce pomagać i chętnie dzieli się rzeczami, które dla kogoś już niepotrzebne, a innym mogą przynieść radość. Od nas mamy już dwie reklamówy rzeczy, a jeszcze czeka nalot na piwnicę, w której przechowujemy nadmiar zabawek. Brat przywiózł fajne gadżety, koleżanka rozkręciła akcję w spółdzielni mieszkaniowej, w której pracuje i zaangażowała tam wszystkich. Za co jestem jej wdzięczna. A ja po swoich znajomych rozsiewam wici i jeżdżę odbierać skarby wszelakie, w postaci książek, ozdób, zabawek, kosmetyków i bibelotów przeróżnych. Nawet moja Mama zmobilizowała się do przejrzenia szaf, a to chomik największy z nas wszystkich i ciężko jej się rozstawać z czymkolwiek. Magia 🙂

 

 

 


Poza domem

Nie ma to, jak wyjść z domu o 8 i wrócić o 19 😉 Z małymi odwiedzinami na nakarmienie dziecięcia i przebranie ciuchów, bo znienacka poranne chłody zamieniły się w 15 słonecznych stopni.

Gdy tylko odprowadziłam Małego do przedszkola ruszyłam na zakupy, potem do rodziców, po Tatę. Odstawił auto do mechanika, więc robiłam cały dzień za kierowcę. Odwiozłam go do klienta, a sama szybko na ćwiczenia. Godzinny wycisk, pogaduchy z Edytą i pędem z powrotem. Później latanie z Tatą po sklepach w celu skompletowania mu garderoby na rodzinną imprezę wyjazdową. Znalezienie marynarki, spodni i butów.. pasujących kolorem, rozmiarem, fakturą i ceną, do łatwych nie należało, ale w końcu po trzech godzinach mogłam odwieźć uradowanego rodziciela i odebrać syna z przedszkola. Po obiedzie Mąż przejął stery, a ja tym razem po Mamę by zawieźć ją do lekarza. Zdążyłyśmy na ostatnią chwilę, badanie kontrolne, na powrocie małe zakupy i do rodziców odetchnąć. Choć nie na długo, bo już się za oknem ściemniło i pora była do domu wracać.

 

A w domu, po generalnych porządkach, przestrzenniej się zrobiło i jaśniej. Mężu odkurzył, ja zmobilizowałam siły i tamtego dnia wieczorem umyłam jeszcze podłogi. Część pościeli już się suszy, białe pranie w następnym tygodniu. Mały naprzemiennie w przedszkolu i w domu, raz większy katar, raz mniejszy. Zrobiłam mu wagary, by się wzmocnił i mógł w czwartek skorzystać z balu przebierańców. Cieszył się, bawił i oglądał później zdjęcia z tańców. Ja w tym czasie dotarłam wreszcie do rodzinnego, który przepisał lek przeciwzapalny, dołożył skierowanie na rtg i do ortopedy. Od wtorku ruszam w temacie kolana, choć już po tabletkach czuć ogromną poprawę.

Ale zanim wtorek, to weekend przed nami. Dużo atrakcji się szykuje i mam nadzieję, że uda się tak ułożyć te dni, by połączyć i zrealizować choć część zamierzeń 🙂 Czary mary..

 

 

 

poza domem