Powrót w domowy zakątek

Powroty też są fajne, zwłaszcza, gdy wita nas ktoś stęskniony, np z kwiatami i z niespodzianką w postaci upieczonego własnym sumptem ciasta:)

Mąż musiał znad jeziora wracać do pracy, a że tęskno mu było i pusto, postanowił wypróbować planetarnego i stworzyć orzechowca z rodzynkami. Na dokładkę, żeby nam i na kolację smacznie było przetestował przepis na bułki, lecąc nawet w tym celu po świeże drożdże do sklepu. Zaskoczenie w pełni (rzadko dzieją się takie cuda;)) i stwierdzam, że chyba częściej muszę wyjeżdżać, żeby się doczekać kolejnych jego kulinarnych wyrobów. Dodam, że bardzo smacznych.

Także powitanie miłe, a potem tradycyjny przerób popodróżnych bambetli. Dwa prania za mną, torby ogarnięte. Pogoda akurat sprzyja domowym pracom, także tylko wyskok do sklepu, jakiś mały spacer z Małym, pomiędzy ulewami i szykujemy się do intensywnego weekendu. Miłego więc i niech słońce szybko wraca.

Papierologia

Fachowiec przybył, próbkę blatu przywiózł, można zacząć jeździć z ową dechą po saloonach i marketach budowlanych. Dobrze, że w soboty wszystko otwarte. Do tematu poszukiwań kafelków dołączył piekarnik, cała reszta wybrana. Ale dokładny termin rozpoczęcia prac nieznany, co akurat na plus, bo jeszcze czasu na decyzje potrzebuję. Wzięłam się też porządnie za zaległe latanie z dziecięciem po lekarzach. Kontrole pochirurgiczne, alergolog, pulmonolog, ortodonta i ogólny przegląd z racji zimowych podkówek pod oczami. Wszystko odkładane przez wirusa, ale już dłużej czekać się nie da. Terminy porozkładane na cały styczeń, a i na luty pewnie się załapiemy. Tak czy inaczej pierwsze koty za płoty, początkowe kolejki odstane, przechodzenie z gabinetu do gabinetu (poradnia przyszpitalna) i masa formularzy wypełniona. A to dane osobowe, a to przebyte choroby, imię matki, ojca, kontakty z covidem, brak kontaktów z covidem. I tym sposobem – pesel dziecięcia znam na pamięć.

Młody załapał się nawet na test, bo od drugiej dawki szczepienia nie minęło jeszcze dwa tygodnie. A lekarz odesłał nas z powrotem do pediatry po kolejne skierowanie, pisząc ową notkę na szczęście na obecnym skierowaniu i ratując kawałek drzewa. Nie wiem po co mamy internetowe konta pacjentów, EWUŚ-ę i cały ten komputerowy system, skoro pacjent później pisze i pisze, kolejne kartki marnując na powtarzane dane. A co by nie mówić krążą wieści o deficycie celulozy, rodzice dzwonią na alarm, żeby zapasy papierów wszelakich robić. I faktycznie zauważam na półkach braki w towarze. Także straszno się robi, a gazety (do podcierania) drożeją.

W marcu czeka nas jeszcze składanie podania o dowód osobisty dla potomka, ale tu patrzę, że wniosek da się złożyć elektronicznie. Wystarczy tylko profil zaufany, certyfikat kwalifikowany (cokolwiek to jest) albo e-dowód i konto w ePUAPie, coby się do elektronicznej skrzynki podawczej urzędu dostać. I z tym optymistycznym akcentem lecę do sklepu po papier, załączając FILMIK PAPIEROLOGICZNY – w którym warto wytrwać do końca:) Spokojnego i zdrowego weekendu!

Intensywny halloween

Pogaduchy rozłożyły się na dwa dni, na drugi bowiem dotarliśmy raz jeszcze, by Młody mógł przekazać zaproszenie swojej młodszej koleżance. Przy okazji rozkręciła się dziecięca zabawa i choć czas po temu mało sprzyjający, to jednak dzieciom Święto Zmarłych trudno wytłumaczyć (zmianę czasu również). Zwłaszcza gdy z dziecięcych ust pada pytanie co to jest urna i czemu zamieniamy się w proch. Już łatwiej im przyjąć halloween i związane z tym klimaty..

Planowaliśmy wybrać się na cmentarz w sobotę, ale to, co się działo w okolicy, dzikie tłumy, policja i rejwach utrudniły dostęp i z braku parkingu dzień spędziliśmy sklepowo, polując na moje botki (upolowane) i na lampkę biurkową (potrzebny sklep oświetleniowy). Potem do S. i jej syna z zaproszeniem, wspólny spacer przy pięknej pogodzie i chwila rozmowy.

A z racji również tłumów 1 listopada, postanowiliśmy wybrać się w końcu na cmentarz wczoraj. Piechotą. Dziadkowie z obu stron odwiedzeni, zaduma, wspomnienia o nich.. chwila czasu z Bratem i jego rodziną, gdy spotkaliśmy się na miejscu. Potem spacer w parku i dziesięć kilometrów po całym dniu zrobione. A że wieczorem jeszcze jedna koleżanka Młodego wróciła z Halloween, można było podejść na spotkanie i wieczór zleciał w mig. Tak, jak cały ten dłuższy weekend.

Tempo

Mam wrażenie, że z rozpoczęciem roku czas przyspieszył jeszcze bardziej. Nie wiem kiedy minęło pół miesiąca. Dwa tygodnie szkoły, która wydawała się tak wielką zmianą, że nawet sama myśl o niej była straszna – zleciały. Stres minął, Młody śmiga chętnie i nareszcie, dzięki wstawaniu o poranku, wcześniej zasypia. Zadań domowych jeszcze nie ma, dużo z książek przerabiają w szkole, ale jest też zabawa i masa radości po pierwszych zajęciach z tańca. U mnie za to o wiele mniej czasu na wszystkie tematy, bo trzeba dziecię odbierać po trzech czy czterech godzinach. Ledwo się wyrabiam z domowymi zajęciami, przeplatanymi na razie z fizjoterapią. Dziś minęła trzecia wizyta, jestem już w miarę na chodzie, ale dolegliwości jeszcze odczuwam. Były ćwiczenia, klawikoterapia, był masaż pleców i na koniec założone taśmy kinetyczne wspierające mięśnie przy kręgach. Przed fizjo szybkie zakupy, dojazd do Empiku po odbiór lektur do pierwszej klasy („Plastusiowy pamiętnik”, „Nie płacz koziołku”, „Jak Wojtek został strażakiem”) i pędem z powrotem. Szybko do domu przebrać się i już po Młodego. Dziecię do fryzjera, na hulajnogę i spacer do mojej Mamy. Wszystko w tempie, nawet sen na szybko, bo pobudki ok szóstej rano, a gdy chcemy obejrzeć jakiś film wieczorem, wtedy zasypianie o północy. Dobrze, że weekend się zaczyna. Pora odpocząć, wyciszyć się i może wreszcie uda się wyjście na randkę z Mężem. Już nie pamiętam kiedy byliśmy gdzieś tylko we dwoje.. pora to nadrobić. Miłego!

Młody

I tak to. Szkoła rozpoczęta. Z emocjami i z radością pomieszaną ze stresem, tuż przed. Oficjalnie Mały przeszedł na szkolną stronę mocy i został Młodym (MK dalej pasuje;)). Pasowanie w październiku. W zależności od obostrzeń przy udziale rodziców, bądź przed kamerą. Na razie rodzice mieli możliwość podziwiać swoje potomstwo siedzące w ławce, wysłuchać dobrych i wspierających słów. I przejść przez 2,5 godzinne zebranie z fantastyczną panią Madzią. Coś mamy szczęście do Magdalen wszelakich:)

Młodemu zapowiada się fajny czas, z nauczycielką, która czuje powołanie do przekazywania wiedzy, dla której szacunek do dzieci i ich do niej jest ważny. Dla której ważna jest integracja, dobre samopoczucie uczniów i która nie pozwoli pierwszoklasistom na siedzenie non stop w ławkach, by przejście stopień wyżej było łagodne i bez stresu (już na pierwszych lekcjach zabawa z piłką na dywanie). Na rozpoczęciu roku widziałam, że Młody uśmiechnięty, nie bał się pójść do klasy za panią. Zapewne działała też obecność trzech kumpli, koleżanki i przyjazny wygląd owej klasy.

Także stres początkowy za nami, a Młody choć chce już czuć się dużym, jeszcze w stronę zabawek zagląda i na placu zabaw urzęduje. I dobrze, tak ma być 🙂 Tyle ile trzeba. Miłego weekendu!

Zdobyczne Swojaki

Wiosenny zew

Powrót do codziennego trybu od razu pomaga i przywraca równowagę, przynajmniej w temacie menu, bo w temacie wirusowym kolejna fala co energię umniejsza. Za to przerwy w posiłkach uregulowane, mniej dostępnych słodyczy, więcej zajęć i ruchu w domu. Chociaż robot odkurzający działa na pełnych obrotach, to i tak trzeba swoje ogarniać. Kurzy z mebli nie zetrze, prania nie zrobi – a to wreszcie na dwór wywieszone – bo nie ma jak zapach prania zdjętego ze słońca i świeżego powietrza. Na niedzielę zapowiadają się znajomi, którzy już rodzinnie covida przechorowali. Chcę jeszcze łazienkę wypucować i kupić kwiaty, żeby wiosnę i w pokoju oglądać. Poza domem też trochę ganiania, zakupy jedzeniowe porobione, a i małe nadprogramowe wyskoczyły. Pierwsze wyjście z naszą rekonwalescentką, którą wiozłam do szpitala na badania kontrolne, a że wyniki dobre to podjechałyśmy do sklepu ku uczczeniu tej wieści. Ona poszalała, obkupując się w sprzęty AGD i korzystając z poczwórnej promocji, ja na razie rozeznaję rynek. We mnie zresztą też obudził się zew, przeglądanie szaf i garderoby, chęć do wymiany staroci, np zepsutej wagi łazienkowej, czy nie działającej gofrownicy.

Rozglądałam się za tymi cudami przy drugich małych zakupach, tym razem z Mężem. Przy okazji szukając zestawu salaterek, lub półmisków z przegródkami do serwowania przekąsek typu oliwki, orzechy. Teraz jest taki wybór różności do domu, że tylko przebierać i wybierać. Na balkon też by się przydały nowe skrzynki, większe i ładniejsze od naszego starego plastikowego badziewia. Na balustradę już rdza wlazła od haków, a przecież istnieją skrzynki nakładane, bez przykręcania. Nic tylko ziemię kupować i sadzić cebulki zimujące, żeby na wiosnę cieszyć oko małym kwietnikiem balkonowym. Trzeba mieć jakieś zaplecze, jakby nas obostrzenia znowu w domu pozamykały. A tu krokusy już z ziemi wyłażą i wiosna z całą energią do przodu rusza, po raz kolejny za nic sobie mając wirusa..

Ironia losu

Ilekroć zdarza się taki czas, jak ten, od razu w uszach dźwięczy mi utwór „IRONIC”. Jakże adekwatny w swej wymowie. Gdy marzy się o prawdziwej zimie, a ona i owszem przybywa, ale szokując znienacka do -12 w nocy, zasypując śniegiem po kolana i powodując w mym aucie przymrożenie tylnego zacisku przy zaciągniętym hamulcu ręcznym. Oczywiście wtedy, gdy umówiona jest ważna podwózka do szpitala. Gdy jedzie się po śliskiej nawierzchni, nie mając pojęcia o tym, że koło się nie kręci. I gdy po jakimś czasie trąbią wszyscy dookoła powodując, że nogi zaczynają się trząść na pedale gazu i hamulca. Najlepsza była rada taksówkarza – niech pani złapie jakiś kawałek czystego asfaltu. A że wszystkie asfalty w okolicy zasypane 20 cm warstwą śniegu, to już pikuś. Pan Pikuś. Cud, że dojechałyśmy! I drugi, że niedaleko szpitala był serwis samochodowy, w którego bramę po prostu ślizgiem wpłynęłam.

Po całej akcji kolejna miła niespodzianka, tym razem w domu. Zimne kaloryfery i lodowata woda w kranie, na skutek awarii w elektrociepłowni. I tak już trzeci dzień z rzędu, z tą zmianą, że woda już cieplejsza, a kaloryfery lekko grzeją. Tak do 18 stopni. Mało komfortowe, gdy wraca się z przemoczonym i zamarzniętym dziecięciem z szaleństwa na sankach i gdy posiada się dla niego tylko jedne narciarki pasujące rozmiarem. Ale nic to, ratują wełniane skarpety, swetry, koce i gorąca herbata ,wypijana litrami. Jest (nie)wesoło:)

Mniej wesoło było za to dzisiaj, kiedy to pojechałam do Lidla odebranym (po sowitej opłacie) autem, odstawiłam go. I zapomniałam o bilecie parkingowym! Nosz. Jak się chodzi tam ciągle piechotą i raz się wreszcie zdecyduje na odciążenie ramion bagażnikiem, to co się dziwić o takim zapominalstwie. Leciałam z tobołami i duszą na ramieniu, ale biletu żadnego za wycieraczką nie było. Czy ktoś się orientuje, czy spisują po numerach rejestracyjnych, czy jednak jakiś kwitek jest zostawiany?

Już nawet nie wspominam o czarnej telewizji, głuchym radiu i czarnym humorze nawiedzającym ostatnio nasz kraj. O zaciętym dziś zamku w kurtce. Czy kluczykach do auta, tkwiących w kieszeni, gdy leci się właśnie po nie z powrotem do domu, pokonując po raz kolejny kilka pięter schodami. Ale już wiem, gdzie tkwi przyczyna! Jest południe, a ja jeszcze nie zjadłam ani jednego pączka. Nic dziwnego, że słyszę chichot losu za plecami. Pora nadrobić to niedopatrzenie i pomóc szczęściu. Smacznego 🙂

Cukiernia kusi

Działam

Tydzień intensywny domowo, ale i jedno spotkanie zamaskowanych udało się zorganizować. Dostaliśmy duży wór ubrań dla Małego i dla Bratanka od koleżanki, w podziękowaniu przekazałam prezenty dla jej syna. Był wspólny spacer i bieganie po trawie. Wśród ubrań perełki w postaci prawie nowej zimowej kurtki, koszulek, spodni dresowych, szlafroka czy kaloszy, jeszcze wprawdzie ciut za dużych, ale na jesień będą jak znalazł. Zanim jednak jesień, lato przed nami i trzeba podjąć decyzje, jak tu zorganizować urlopowy czas.

Mieliśmy zarezerwowane wakacje w Bułgarii i nawet mogą być zrealizowane, gdyż wieści z biura podróży mówią o otwartych na ten czas hotelach. Granice i loty samolotów też będą dostępne. Jednak wizja dużego hotelu, ludzi z różnych stron świata, wspólnego basenu i wielkiej restauracji w wirusowym świecie napawa zbyt dużym lękiem. Możemy wycieczkę przełożyć na następny rok lub całkiem z niej zrezygnować. Debaty i kalkulacje trwają. Mimo wszystko bezpieczniej chyba czułabym się u nas. Mazury, góry, czy morze też kuszą i gdyby tylko była gwarancja upalnego lata, nie zastanawiałabym się ani chwili..

W sumie, gdy spojrzeć za okno lato rozkręca się już wiosną, do piątku zapowiadane 20 stopni. Szkoda tylko, że na weekend jakieś deszcze, ale i one jak wiadomo potrzebne. Na razie działam na wysokich obrotach, kolejne pranie i mycie okien przede mną. Zdecydowaliśmy się bowiem na rolety w sypialni, dzień długi, jasno do 21 albo i dłużej i Mały zasnąć przez to nie może. A rano promienie świecą po oczach i budzą nas o 5.30. W następnym tygodniu pomiary i wybór materiału. Co do materiału, to i do krawcowej się wybrałam, by oddać spodnie do podszycia, dzisiaj odbiór. Zapisałam się też do fryzjerki, choć terminy po izolacji oblegane i mam dopiero na koniec czerwca. Wesele kuzynki przełożone jednak na listopad, można więc wreszcie włosy skrócić i do tego czasu zdążą odrosnąć, a na lato wygodniej będzie w krótszych. Lecę działać dalej, piątek coraz bliżej i wtedy odsapnę 🙂

Prozdrowotnie i magicznie

Tydzień rozpoczął się od rejestracji do wszelakich lekarzy, zaległych i bieżących. Dla mnie i dla Małego, bo Mężuś odpukać zdrowy i trzyma się najdzielniej z nas wszystkich. Byłam z synem w laboratorium, pobierano mu krew z palca i zniósł to w miarę ok. Do momentu nakłucia siedział zadowolony, potem chwilę popłakał ale szybko było po krzyku. Wyniki dobre, trochę tylko żelazo nisko, ale nienajgorzej. Sprawdzimy u pediatry czy trzeba wdrożyć suplementację czy nie. Bo wszelkie sałaty, wątróbki, szpinaki i inne zawierające żelazo potrawy nie wchodzą w grę. Nie zje i tyle. Chyba, że jajko i orzechy nerkowca. Choć przeglądam i inne dostępne źródła żelaza w pożywieniu.

Przed nami też wizyta u alergologa, potem u dentysty – kontrolnie. Jeszcze moja wizyta z wynikami kolana, które na szczęście ostatnio nie daje o sobie znać. I oby tak zostało. Aż się dziwię, że sprawnie poszło ustalanie tych terminów i że wyrobimy się ze wszystkim w tym tygodniu.

 

W międzyczasie ćwiczę, ganiam na mroźny spacer z Edytą i jej psem. Piorę, gotuję i sprzątamy oboje, szykując się na spotkanie z chrzestną smyka, które wreszcie ma dojść do skutku. Znaczy mam nadzieję, że dojdzie i nic nam nie przeszkodzi. Terminy napięte po samą niedzielę, a tu jeszcze doszła akcja pomagania w zbiórce rzeczy na kiermasz świąteczny. Kiermasz ma być poświęcony na zbieranie funduszy dla chorej dziewczynki. I zaangażowanie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na szczęście dużo ludzi lubi i chce pomagać i chętnie dzieli się rzeczami, które dla kogoś już niepotrzebne, a innym mogą przynieść radość. Od nas mamy już dwie reklamówy rzeczy, a jeszcze czeka nalot na piwnicę, w której przechowujemy nadmiar zabawek. Brat przywiózł fajne gadżety, koleżanka rozkręciła akcję w spółdzielni mieszkaniowej, w której pracuje i zaangażowała tam wszystkich. Za co jestem jej wdzięczna. A ja po swoich znajomych rozsiewam wici i jeżdżę odbierać skarby wszelakie, w postaci książek, ozdób, zabawek, kosmetyków i bibelotów przeróżnych. Nawet moja Mama zmobilizowała się do przejrzenia szaf, a to chomik największy z nas wszystkich i ciężko jej się rozstawać z czymkolwiek. Magia 🙂

 

 

 


Poza domem

Nie ma to, jak wyjść z domu o 8 i wrócić o 19 😉 Z małymi odwiedzinami na nakarmienie dziecięcia i przebranie ciuchów, bo znienacka poranne chłody zamieniły się w 15 słonecznych stopni.

Gdy tylko odprowadziłam Małego do przedszkola ruszyłam na zakupy, potem do rodziców, po Tatę. Odstawił auto do mechanika, więc robiłam cały dzień za kierowcę. Odwiozłam go do klienta, a sama szybko na ćwiczenia. Godzinny wycisk, pogaduchy z Edytą i pędem z powrotem. Później latanie z Tatą po sklepach w celu skompletowania mu garderoby na rodzinną imprezę wyjazdową. Znalezienie marynarki, spodni i butów.. pasujących kolorem, rozmiarem, fakturą i ceną, do łatwych nie należało, ale w końcu po trzech godzinach mogłam odwieźć uradowanego rodziciela i odebrać syna z przedszkola. Po obiedzie Mąż przejął stery, a ja tym razem po Mamę by zawieźć ją do lekarza. Zdążyłyśmy na ostatnią chwilę, badanie kontrolne, na powrocie małe zakupy i do rodziców odetchnąć. Choć nie na długo, bo już się za oknem ściemniło i pora była do domu wracać.

 

A w domu, po generalnych porządkach, przestrzenniej się zrobiło i jaśniej. Mężu odkurzył, ja zmobilizowałam siły i tamtego dnia wieczorem umyłam jeszcze podłogi. Część pościeli już się suszy, białe pranie w następnym tygodniu. Mały naprzemiennie w przedszkolu i w domu, raz większy katar, raz mniejszy. Zrobiłam mu wagary, by się wzmocnił i mógł w czwartek skorzystać z balu przebierańców. Cieszył się, bawił i oglądał później zdjęcia z tańców. Ja w tym czasie dotarłam wreszcie do rodzinnego, który przepisał lek przeciwzapalny, dołożył skierowanie na rtg i do ortopedy. Od wtorku ruszam w temacie kolana, choć już po tabletkach czuć ogromną poprawę.

Ale zanim wtorek, to weekend przed nami. Dużo atrakcji się szykuje i mam nadzieję, że uda się tak ułożyć te dni, by połączyć i zrealizować choć część zamierzeń 🙂 Czary mary..

 

 

 

poza domem