Nareszcie morze!

Zamiast bluzki stałam się posiadaczką różowej sukienki. Aż sama jestem w szoku, bo kiedyś od różu wszelakiego byłam daleka.. Właściwie kolorem przewodnim był czarny. I nadal czarny lubię, ale jako jeden element, a do niego coś kontrastowego. Sukienka jednak będzie na specjalne okazje, typu ślub czy jakieś przyjęcie. Różowa więc może być, równie dobrze, jak niebieska czy we wzorki, a że śliczna, zwiewna i pasowała idealnie, to.. Wiadomo 😉

 

Ale jeszcze większą radość sprawiła mi nasza pierwsza, w tym roku, wycieczka nad morze. Jakże mi brakowało tego widoku, tego piasku miękkiego i morskiej wody dla ochłody.. A ochłodzenie bardzo się w ten weekend przydawało. Upały niesamowite, słońce prażyło od rana i nie było innej opcji, tak już nas nad morze ciągnęło..

 

 

 

 

ach morze..

 

  

 

Niebo bez żadnej chmury i krystalicznie czysta woda.. i to słońce, które nad morzem w moment opala. Za pierwszym razem, aż za bardzo. Wróciliśmy w czerwonych barwach, pantenol poszedł w ruch, ale mimo wszystko warto było. Choć niedzielę spędziliśmy już w cieniu. Zabrałam Małego na piknik do parku, spotkaliśmy się z Sylwią, Katariną i ich dziećmi. Były bańki mydlane, gry w piłkę i kolorowe balony. Przekąski, pochłaniane przez nasze szkraby z dużą prędkością i lody na deser w kawiarence, na powrocie. Panowie odpoczywali w domu, a my pogadałyśmy w babskim gronie. Jak się uda, planujemy spotkanie na festynach, z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka, tym razem już w większym gronie. Tak długo czekaliśmy na ten ciepły, letni czas, że teraz trzeba się nim nacieszyć ile się da..

Mamy

Jakoś tak wyszło, że dziś jak przysłowiowa „matka Polka” spędziłam przedpołudnie targając siaty 😉 Na szczęście tylko z auta do domu. Kuchnia już była tak wyczyszczona, że nie miałam z czego dziecku obiadu ugotować.. Rano chłód, a na powrocie z tymi reklamówami gotowałam się w upale. Wczoraj też mieszanka pogodowa, na spacerze z Moniką zmarzłyśmy bardzo. Chłopaki ganiali za piłką, więc zgrzani, a my mimo prób biegania za nimi, jednak odczuwałyśmy chłód. Po południu natomiast słońce i ciepełko..


Za to wieczorem świętowaliśmy Dzień Mamy, trochę wcześniej, ale to z racji, że wszystkim pasował termin. Brat też przyjechał, Mama częstowała lodami, truskawkami i pierwszymi czereśniami.. Z dwóch koszulek, które jej sprezentowałam, jedna pasuje idealnie, druga jednak trochę przyciasna, a zwrócić nie ma jak. Najlepiej by było przymierzyć, ale cóż skoro nie ma możliwości. Postanowiłam, że następnym razem zapakuję Mamę do auta i zaciągnę ją do sklepu. Nie będzie niespodzianki, ale przynajmniej wybierze sobie coś sama i dopasuje. Choć akurat moją ukochaną rodzicielkę ciężko wyciągnąć na ciuchy. Jest jedyną kobietą, jaką znam, która nie lubi kupować ubrań dla siebie. Jedzenie i owszem, ale tylko to i polując na promocje. Natomiast ja uwielbiam nowe ubrania, fasony i wzory. Może właśnie z okazji dzisiejszego święta wykorzystam kupon do sklepu i nabędę jakąś elegancką bluzkę. Mam już upatrzoną i tylko czasu brak.. Największym jednak prezentem jest dla mnie Synek, a radość dziecka jest najpiękniejszą radością! Ostatnio cieszył się choćby na widok ciasteczek z żurawiną, które wreszcie upiekłam. A jeszcze bardziej na ich smak, bo łasuch z niego taki jak i ja.. Tak mocno kocha się swoje dziecko, tak mocno, że aż się tego opisać nie da..

 

 

 

ciacha 

 

 

Życzenia najlepsze dla wszystkich MAM 🙂

Szczęście

Ech i tańczyć mi się odechciało na smutną wiadomość o Zbigniewie Wodeckim.. Odszedł tak wspaniały muzyk i przyjazna dusza. Pełen humoru i radości, prowadzący koncert tak, że wszyscy śpiewali, a do tego potrafił rozbawić tłum zabawnymi kawałami. Cieszę się, że miałam możliwość uczestniczyć w takim zaczarowanym koncercie i bardzo żałuję, że tylko w jednym..

 

Wzruszenia dostarczył jeszcze francuski film „Jutro będziemy szczęśliwi”, ze świetnym aktorem z „Nietykalnych”. Pełna ciepła i humoru opowieść o miłości do dziecka, o nieodpowiedzialności dorosłych i ulotności życia. Piękny film.. Obejrzany w gronie sześciu koleżanek, z których każda na koniec potrzebowała chusteczki, albo choć łzę rękawem ocierała..

 

 

 

 

 

Nowy tydzień trochę więc zamyślony, ale codzienne zajęcia wykonać trzeba. Pranie już zwinięte, sterta prasowania czeka na swoją kolej i mój wolny czas.. Ostatnie spacery, z Moniką i Igorem, w słońcu i też na placu zabaw. Auto po podróży umyte, zostało odkurzanie, na które z kolei Mąż musi znaleźć trochę czasu. A teraz po pracy rozpoczął ćwiczenia na wzmocnienie pleców i wraca wypompowany.. Zabieram dziś więc najmłodszego do dziadków, żeby mógł trochę odpocząć. Ale jednak po relaksie to odkurzanie by się przydało.. Piaskownica znowu po części zostaje przeniesiona do domu i nie pomaga wytrzepanie butów przed. Zawsze znajdą się ziarenka w kieszeniach, czy zawiniętych nogawkach. Taki urok, ale przecież szczęście dziecka najważniejsze 🙂 

Tańce i potrzeby

Pogoda bywa ostatnio zaskakująca. W czwartek i piątek upały ekstremalne, plażowanie, babki z piasku i relaks nad wodą. A potem przeskok z 30 stopni na 18. Taka akcja potrafi wytrącić z równowagi, a i zakłócić „perfekcyjnie” spakowany zestaw ubrań dla najmłodszego. Wprawdzie nie przydał się zapas krótkich spodenek i pluszowa, ciepła bluza, ale za to ubieranie na cebulkę mamy dopracowane. Weekend spędziliśmy u Zosi, świętując teraz u niej urodziny i imieniny moich chłopaków. Ostatnim rzutem na taśmę, mechanik wyczyścił zawór od e-czegośtam i odebraliśmy strzałę, tuż przed wylotem. Zawór prędzej czy później będzie do wymiany, co oczywiście pociągnie większe koszty. Ale bezcenna jest świadomość, że jednak później.

 

A u Zosi, sympatyczny czas.. Połączony z tortem, prezentami i życzeniami. Do tego ogród, bańki mydlane i ślizgawka w okolicy. Na rynek oczywiście się wybrałam, tym razem z myślą o Dniu Mamy i ładnej bluzce na jej święto. Miałam też nadzieję, na upatrzone wcześniej, beżowe czółenka. Jednak ktoś zakupił dwa różne rozmiary, jednej pary. A jakoś tak niefortunnie, nie jestem posiadaczką jednej stopy dłuższej od drugiej. Na pocieszenie nabyłam dziecięciu niebieską piłkę. Co i u mnie wywołało radość, równoważącą smutek przez tylko jeden pasujący but.


Za to na sobotnią imprezę, miałam tak wygodne buty, że przebiłam w tańcu młodocianych (w przykrótkich spodniach pod tytułem „mam wodę w piwnicy”) i męczące się na szpilkach piękności. Wysokie traperki dały radę przez cały set DJ-a Matysa, który zagościł za konsolą. I choć festiwale Sunrise to nie moje klimaty muzyczne (mimo iż w latach 90-tych i tego się słuchało, wśród DM, The Cure, U2, Prodigy, rocka, punka i innych, łagodniejszych) to wpadłam w taki trans, że ani na chwilę nie przestawałam tańczyć. Gdy Mężu i Damian już wymiękali, u mnie nastąpił przyrost mocy, a Matys zaczął grać dopiero o 1 w nocy. Tak to czasem bywa, jak się matka wyrwie na parkiet 😉 

 

Niestety, na drugi dzień, lekko owa matka nie ma.. W kolanie coś strzyka, biodro daje się we znaki i człowiek tylko marzy, żeby zalec i nie ruszać się przez całą niedzielę. A tu dziecię wyspane, radosne i domagające się zabaw. Do tego pilnowanie, by przeszło „suchą nogą” przez kolejne chwile odstawiania od pieluchy.

Mija pierwszy tydzień tego ważnego etapu i postępy są widoczne, aczkolwiek jeszcze nie do końca opanowane. Potrzeby owszem są zaznaczane, ale bywa, że po fakcie. Najważniejsze jednak, że krok po kroku idziemy w wyznaczonym, łazienkowym, kierunku.

I z tej okazji let’s dance, bo czemuż by nie 🙂

 

 

Skromnie

Weekend pełen gości zleciał w moment. Dziecię zyskało gry dla trzylatków, trochę jeszcze za skomplikowane i mało skromną koszulkę o przystojniakach. Myślę, że jednak do noszenia w domu, bo towarzystwo z piaskownicy może pomyśleć, że zadzieramy nosa 😉 Nie wszyscy mają poczucie humoru, luz i dystans, nawet do napisów na dziecięcych koszulkach..

 

 

 

skromnie ;)

 

 

 

 

Panowie moi poczuli się jednak w obowiązku dostosować do wymogów i odwiedzili fryzjera. Włosy teraz krótkie i akurat w sam raz na czas upałów. Mężu dostał wyczekiwane nowe spodnie w urodzinowym prezencie i przy okazji przymierzył swoje krótkie, z tamtego roku. Lato bowiem rozkręciło się w pełni, („zimna Zośka” okazała się łaskawa). Słońce i wysokie temperatury zaskoczyły nas za to bez sandałów dla dziecka. Są jedynie wysokie trampki, pozostałe z rytmiki. Trzeba będzie na szybko rozpocząć poszukiwania, a jak wiadomo temat butów do łatwych nie należy.. Okazało się, że o wiele łatwiej przystosować się do jazdy na hulajnodze, nawet w skarpetkach. Dziś pierwszy raz przetestujemy sprzęt od dziadków w plenerze.

Tylko najpierw trzeba odholować auto do mechanika. Wrr. Tak to już bywa, że po większej naprawie, zaraz wyskakuje coś następnego. Tym razem wyskoczyła świecąca kontrolka silnika. A we mnie od razu urosło ciśnienie. Po cichu liczę, że załapiemy jakąś formę reklamacji, ale to pewnie złudne myśli. Co ma być to będzie.. Pocieszam się relaksem nad wodą, koc już przygotowany, a hulajnoga czeka w blokach startowych. Może nawet uda się spotkać z Moniką i jej chłopakami, bo dziś w piaskownicy obie snułyśmy takie marzenia. Mam nadzieję, że i weekend będzie w miarę pogodny, gdyż człek już spragniony letnich atrakcji 🙂

Nie fatamorgana

I proszę, oficjalne 21 stopni, słońce i upał znienacka! Przeskok niesamowity, ale jeszcze nie do końca stabilny, bo już zza winkla wyskakują chmury i straszą jakimiś deszczami. Na razie jednak cieszymy się słońcem i domowym świętowaniem zbliżających się imienin Smyka i urodzin Męża. Spotkałam się wcześniej z Hanią, Sylwią i Katariną. Miałam czas swobodnie pogadać, bo poszłam sama. Przy okazji dziewczyny obejrzały ubrania, które nowe i nieużywane zalegały mi w szafie. Sukienka plażowa i sweter na guziki spodobały się Katarinie, a za dużą na mnie marynarkę Hania wzięła do pracy i sprzedała koleżance z kadr. Jak to warto czasem pokazać nienoszone zasoby. Reszta poszła na PCK i planuję zrobić jeszcze jeden nalot na szafę. Żeby wreszcie się tam rozluźniło i przywróciło równowagę i dobrą energię. 

 

W sobotę wreszcie udało się dotrzeć Chrzestnej z rodziną, były prezenty, pogaduchy i zabawy. Fajnie było się z nimi zobaczyć i jesteśmy zaproszeni na rewizytę. A dziś od rana chłonęliśmy dobrą pogodę i możliwość skorzystania z wesołego miasteczka przy Pikniku nad Odrą. Mały jak tylko zobaczył karuzele, auta i ciuchcie, to już nie chciał zwiedzać okolicznych wyrobów naturalnych, budek z kwiatami i różnościami. I nie ma mu się co dziwić.

 

 

 

w.m. 

 

 

 

Za to wieczorem zawitają do nas moi Rodzice i Brat z dziewczyną. W menu raczej przystawkowo – koreczki z oliwkami, hummus, kabanosy, bagietki z masłem ziołowym, mozarella z pomidorem, jajka w majonezie i sałatka grecka z fetą. Na deser ciasto, muffinki z rodzynkami i żurawiną od Zosi, oraz lody z bitą śmietaną, bananem i borówkami. Czyli zaczęliśmy świętowanie, które prawdopodobnie zakończy się za tydzień imprezą w lokalu. Ale nauczeni doświadczeniem, nie wybiegajmy naprzód.. Teraz już, po powrocie do domu, ruszam nakrywać do stołu i czekamy na gości 🙂

 

 

 

 

oliwkowo

Wspomnienia przy praniu

Tydzień rozpoczął się pod znakiem prania.. mam wrażenie, że tylko w kółko obracam rzeczy na lewą stronę, segreguję białe od kolorów, rozwieszam, dosuszam na kaloryferach, zdejmuję i układam. I tak już trzecie pranie z rzędu, na szczęście ostatnie. Uff.. Przynajmniej na jakiś czas. Odkurzanie za nami i ogólny porządek zrobiony. Wniosek do przedszkola złożony, po którym zostaje oczekiwanie na czerwcowe wyniki rekrutacji.

 A tu w głowie jeszcze obrazy z Wrocławia się przesuwają, Mały opowiada dziadkom o zwierzakach, zdjęcia oglądamy codziennie i wspominamy co jakiś czas tamte przeżycia.. 

 

 

 

wroc-zoo

 

 

 

Tymczasem Mężu już zapracowany, a po pracy śmiga na rehabilitacje. Ja gotuję i nadrabiam zaległości w pustej lodówce. Odwiedziła mnie Kasia do przymiarki ubrań, których mam trochę do oddania, po ostatniej rewolucji w szafie. Jeszcze marynarka do zwrotu dla Sylwii, z którą może po wizycie u rodziców, uda się spotkać u Hani.

Spacery z Moniką i Igorem powróciły, wczoraj z racji ciągłego deszczu odwiedziliśmy ich w domu. Chłopaki się pobawili, bałaganu narobili, a dziś już znowu gnało ich do piaskownicy. Dobrze, że jest szansa na jakieś ocieplenie.. Po „zimnej Zośce” zapowiadane nawet fatamorgany ze słońcem i 21 stopni. Asekuracyjnie jednak nabyłam Małemu parasol, choć już intensywnie wyciągamy szyje do tego wymarzonego słońca..

 

 

 

szyja

Wroc-Love

Poniosło nas, oj poniosło 🙂 I takie spontany, to ja lubię najbardziej.. Miało być kilka dni nad jeziorem, był jeden – bo choć słońce próbowało walczyć z wiatrem – wiatr wygrywał. A nocne zero stopni odstraszyło od spania w domkach z dykty. Grilla jednak zaliczyliśmy, dziecię się wybiegało, w zacisznej piaskownicy babek nastawiało, potem ewakuacja. Rodzice twardo zostali, 5 szczupaków na koncie Taty urosło. W przerwach międzydeszczowych i Mama korzystała z wędrówek z koleżankami. My natomiast po szybkim pakowaniu ruszyliśmy do Zosi. Stamtąd bowiem mamy bliżej wszędzie.. Choć nie tak blisko, jak bym chciała. Pierwotny plan obejmował Łódź, do której mam nadzieję kiedyś dojedziemy. Na razie jednak podróż byłaby zbyt długa dla najmłodszego. Wybraliśmy więc bliższą – ta da – do Wrocławia!

 

 

 

 

Wrocek

 


 

Radocha wielka, ekscytacja sięgała zenitu i aż mnie się łza w oku zakręciła, gdy dotarliśmy na Stary Rynek 🙂 Byłam tam wiele lat temu, Mężu natomiast po raz pierwszy. Wrażenie niezmiennie cudowne. Ratusz, kolorowe kamieniczki, pomnik Fredry, krasnale, restauracje i tętniące życiem uliczki (Taniu, mieszkasz w pięknym mieście). Festiwale na każdym kroku, fontanna z muzyką, Hala Stulecia i przeogromne Zoo. Frajda dla całej rodziny, zwierzaków masa, te żyrafy, zebry, słonie i nosorożce.. Dziecię biegało od misiów, lwów, strusiów do ryb.. i dobrze, że wzięliśmy wózek, bo 3,5 godziny na nogach nie dałoby rady. My ledwo daliśmy, a potem przecież dalej chciało się zwiedzać. Byliśmy tylko trzy dni, nocleg w hostelu załatwiany na ostatnią chwilę, pierwsza jazda Małego tramwajem, lody w bąbelkowym waflu i masa emocji w każdej chwili. Uwielbiam. I podróże i Wrocław i zwiedzanie i.. nic tylko chłonąć takie majówki każdą cząstką siebie.


Wróciliśmy do Zosi naładowani energią i z setkami zdjęć. Miało być jeszcze jezioro, choć na pół dnia.. ale już sił na kolejną podróż zabrakło, a i pogoda w kratkę zniechęcała. Plus, że we Wrocku padało tylko raz w nocy i na pożegnanie. A tak zdarzały się nawet przebłyski słońca. Czarodziejska to była podróż i takich poproszę więcej..

 

 

 

 

krasnal