I wyciszenie

Po ekspresowym tygodniu nadszedł czas na relaksacyjny weekend. Taki w pełni, bez gotowania, szaleństw domowych i zadań specjalnych. Z widokami w podróży do Zosi i z powrotem..

Z leniuchowaniem u niej na kanapie – co dla moich pleców ostatnio zbawieniem. Z czytaniem książki – zabrałam się wreszcie za cykl „Kobiety z ulicy Grodzkiej” i przepadłam z kretesem. Zaliczyłam też wizytę na ryneczku, ale z racji padającego deszczu niewiele udało się zobaczyć. Za to wieczorem wyruszyliśmy na naszą randkę we dwoje – do kina – na film „Teściowie” i choć to tragikomedia, bawiliśmy się przednio. Świetna gra aktorska, atmosfera pseudoweselna (można powiedzieć czwarte wesele w tym roku;)), dużo śmiechu i odstresowanie. A dla nas też czas po kinie na rozmowy, przegadanie tematów czekających w kolejce – tych ważnych i tych mniej. I dużo czułości, która po ostatnich zdrowotnych przeżyciach, odżyła na nowo.. Słoneczna niedziela w ogrodzie, to już tylko dopełnienie spokojnego weekendu. Zabawy z piłką dla Młodego, zajadanie świeżego słonecznika i zbieranie winogron, których tyle dostaliśmy do domu, że teraz obdzielam jeszcze rodziców i koleżanki. Po takim doładowaniu i odpoczynku, można z powrotem ruszać w tempo nowego tygodnia.

Łaskawy

Jak to człowiek powinien doceniać, że może wstać normalnie z krzesła (bez podpierania się stołu), poruszać się (prawie) swobodnie, pójść na spacer i nie tylko. Na ten przykład wybrać się wreszcie do okulisty i zamówić potrzebne okulary. Na razie tylko do czytania drobnego druku, plus 0,5 i niech tak zostanie jak najdłużej..

A potem zrobić zakupy, ugotować obiad na weekend i przejść się z dzieckiem na plac zabaw, by chłonąć jeszcze piękną pogodę. W sobotę ruszyć do parku, na lody i nad Odrę. Potem podrzucić koleżance ubranka, dla jej drugiego synka i znienacka zostać wciągniętym na domówkę, połączoną z kolacją i zaproszeniem na zimowe urodziny jej męża (jeśli tylko lokale będą w lutym czynne). Młody miał możliwość pograć w gry z kumplami, pobawić się i poszaleć do późna. Niedzielę za to spędzić ze szkolnym kolegą i kumpelą przedszkolną. Ja nagadałam się z dwiema mamuśkami, by później wskoczyć (raczej powoli) w letnią sukienkę i ruszyć z całą rodziną na świętowanie urodzin Mamy. W prezencie dostała bransoletkę z bursztynów, kupioną dla niej w sierpniu nad morzem i słynną książkę Luisy – Możesz uzdrowić swoje życie. Mam nadzieję, że wesprze ją tak, jak wielu potrzebujących wsparcia. Na urodzinach był pyszny obiad w czeskiej restauracji, były lody w parku i weekend naprawdę można uznać za łaskawy. Nawet grzybobranie się udało – choć trochę w innej, niż tradycyjna, wersji;)

Letni wrzesień

Początek września ciepły i słoneczny, momentami jest lepiej niż było w sierpniu.

Po stresach na rozpoczęcie roku przydał się weekend pełen relaksu i zaskakująco – plażowania. 22 stopnie w pełnym słońcu, Młody wędrujący brzegiem jeziora, zabawy w piasku i pyszna rybka z grilla na obiad. Zdecydowanie wakacyjny klimat..

Niedziela równie sympatyczna, choć już w większym towarzystwie. Zrobiliśmy dzieciom „zlot przedszkolaków”, na dużym placu zabaw. Zebrała się ich dziewiątka, rodzice też dopisali. Było szaleństwo z piłką, na karuzeli, huśtawkach i wspinaczka po drabinkach. Dla nas pogaduchy, relacje z rozpoczęcia szkoły i pierwsze stamtąd wrażenia. A gdy już część się rozeszła, piątka młodych poszła oglądać pokaz breakdance’a. Który to tak rozkręcił nam Młodego, że wyskoczył przed publikę i zatańczył wraz z kumplem! Ku naszemu zaskoczeniu, bo on raczej z tych nieśmiałych. Szczęki nam opadły jeszcze niżej, gdy postanowił wziąć udział w warsztatach i uczył się kroków wraz z innymi dziećmi pod dyktando właściciela szkoły tańca. A potem jak gdyby nic zapozował do zdjęcia z całą grupą. Teraz już mam pewność, że dobrze zrobiliśmy zapisując go na pozalekcyjne zajęcia taneczne. Za dwa tygodnie rozpoczynają się w naszej szkole i myślę, że będą fajną odskocznią od stresów i nauki.

Foto z pokazu

Mały Biały Domek

Fusilka wyściskała nas na powitanie i przyjęła smaczną kolacją, gdyż na wieczór do niej dotarliśmy. Było to zamierzone, żeby jej nie obciążać dodatkowym obiadem, który zjedliśmy jeszcze przy plaży w Brzeźnie. Goście są fajni, ale najlepiej, jak najmniej problemowi. I mam nadzieję, że do takich się zaliczyliśmy;) Z Fusilką zasiedliśmy sobie wieczorem na pogaduchy, przy nalewce ze śliwek i winku, dosładzanym miodową kompozycją – polecam każdemu, kto nie przepada za wytrawnym. Były ciastka z truskawkami wyrobu własnego, wspomnienia z Twojego Stylu, opowieści o budowaniu MBD- Małego Białego Domku, o rodzinie i znajomościach z blogowej sfery (Aniu Pisząca – wyściskanie przekazane, Wilmo – fajnie wiedzieć, że się odwiedzacie i ZielonaPiranio – przesyłka z drożdżami- duży plus:)). Przesympatyczny wieczór i spacer nad cudnym i ogromnym jeziorem, które Fusilla może oglądać codziennie i sycić oczy pięknymi wschodami i zachodami słońca..

Dostaliśmy we władanie piętro MBD, wygody więc były zapewnione i przemiłe ze strony właścicielki. Jak to ja, trochę czułam skrępowanie, że po takim najeździe, to i bałagan i pranie dodatkowe, ale w końcu gdyby możliwości i chęci nie było, Fusilka proponowałaby jakiś hotel, których w okolicy nie brakowało. Także miło nam było bardzo i po nocy, z nieśpiesznego rana ruszyliśmy wszyscy razem na zwiedzanie Chojnic – miasta, w którym byłam ze 20 lat temu i tylko jak przez mgłę pamiętałam. Były Planty ze spacerem, był Rynek z Ratuszem, była Brama Człuchowska i Amfiteatr w Fosie Miejskiej, który obecnie przechodzi remont, by w przyszłości można było tam koncertować i delektować się Nocami Poetów.

A potem powrót nad kaszubskie jezioro, z wietrznym i chmurnym już trochę spacerem przy porcie, kuszącym żeglarzy swoimi wodami. W środku lata, przy pięknej pogodzie, to miejsce na pewno tętni żeglarskim życiem. A i zaplecze dla łasuchów lubiących gofry i lody posiada. Jest też teren dla dzieci do zabawy i duża plaża. Są automaty do gry, gdzie moi panowie skorzystali z piłkarzyków i bilarda, by powrócić w domowe zacisze na pyszną kaczkę z buraczkami przygotowaną przez Panią Domu. Tak nasyceni i zaopatrzeni w przetwory na zimę ruszyliśmy już w trasę do domu, kończąc ten szalony i przedłużony weekend wakacji. Fusilko, dziękujemy serdecznie za gościnę! Cudownie było spotkać w realu wszystkie trzy kobietki – Fusillę, Basię i Lenę, a i wcześniejsze fantastyczne blogerki też – Bluberkę, Margę, Anię, Wilmę i Beatkę. Dziękujemy Wam za spotkania, ściskamy i jak kiedyś trasa przypasuje przybywajcie na pogaduchy i zwiedzanie u nas. Też mamy przystań jachtową w okolicy, choć czy aż tak okazałą, jak u Fusilki, trzeba przekonać się samemu:)

Kierunek-wesele w Gdańsku

Super było znowu ruszyć w trasę. Tym razem dalszą i z intensywnie rozpisanym grafikiem. Najpierw do Zosi, na wieczór, nocleg i szybkie śniadanie, bo od niej do Gdańska godzinę krócej.

Trasa słoneczna, z muzyką w tle i niecierpliwością, kiedy dotrzemy i czy na ślub zdążymy. Zwłaszcza, że jeszcze przed, mieliśmy umówione spotkanie z naszą blogową Basią! W pierwszej wersji zapowiadane na niedzielę, ze spacerem po starówce, z racji wyższej konieczności przełożone na miłą wizytę domową w sobotę. Basieńka (Dojrzała Kobieta – wyglądająca na dwadzieścia lat mniej niż posiada), przybiegła do nas z uśmiechem na ustach, wyściskała i w swoje przytulne gniazdko zaprosiła. Na ciasto już nie było czasu, a szkoda, bo domyślam się, że było pyszne.

Potem pędem jechaliśmy pod hotel, gdzie już wstępnie przystrojeni Panna Młoda, wraz z Narzeczonym przywitali nas z kluczami do pokoju. Poznałyśmy się tutaj, na blogu, może ze dwa lata temu.. a stała mi się bliska, jak przyjaciółka. Z tego samego znaku zodiaku, o podobnej energii, wrażliwości, muzycznej pasji i potrzebie dzielenia się codziennością. Po pół roku codziennego pisania z nią, dzielenia się przeżyciami, marzeniami i wspomnieniami.. Mężuś, widząc naszą zażyłość, zrobił mi pamiętną niespodziankę, wywożąc w nieznane – jak się okazało do Gdańska, do Leny i na zwiedzanie. I w życiu bym nie pomyślała, że nasza krótka znajomość zaowocuje zaproszeniem na ślub i wesele! I że z taką radością pojedziemy dzielić ten wyjątkowy dzień, razem z Młodymi i ich rodzinami.

Kochani dziękujemy Wam bardzo! 🙂

A dzień to był zaczarowany, w klimatach boho, ślicznej sukni i z wiankiem we włosach. Ślub w dużym Kościele Św. Trójcy, wesele w fantastycznie przystrojonej sali. Wśród lawendy, zbóż i tańców do muzyki jakże innej, od tradycyjnej weselnej. Wytańczyliśmy się, jak na najlepszej imprezie. Był pierwszy taniec do Somebody DM, były i lata 90’te i najnowsze przeboje z Zawiałow i Podsiadło w roli głównej. Było momentami rockowo, było energetycznie, a jak już zamówienie na disco polo padało, to DJ z klasą włączał taką wersję, że w bardziej dyskotekowe nuty uderzała. A w przerwie np U2 do pysznego menu i bajecznych ciast przygrywało. Lawendowy tort wjechał godzinę przed północą, zdążyliśmy więc go posmakować, a i obejrzeć muzyczny konkurs dla gości, w ramach oczepin. Po 24tej synek odmówił współpracy i trzeba było zmykać do hotelu, na szczęście mogliśmy się tam spokojnie wyspać, wypluskać i ruszyć w dalsze gdańskie rejony.

Po prostu WOW

Ten weekend przebił ostatnie o głowę, a nawet dwie głowy. Na dokładkę zakochane i na ślubnym kobiercu. Obie piękne, uśmiechnięte i w fantastycznych okolicznościach przyrody..

Do tego doszły jeszcze dwa wspaniałe! spotkania, a wszystko dzięki blogowi i poznanym tu przyjaznym duszom. Ale ponieważ dopiero dziecię zasnęło, a my dotarliśmy z podróży późno, wieści opiszę gdy tylko złapię trochę oddechu..

Karuzela

Niedziela nie odbiegała daleko od soboty, choć już pogoda trochę w kratkę i lekkie ochłodzenie. O poranku wybraliśmy się więc do kina, ale tym razem bajka średnia, niezbyt wciągająca z perspektywy rodzica (nie to co „Luca”). Dla Małego jednak w sam raz – „Wyrolowani” to historia Flumaków (z dziurką) walczących o docenienie własne i przetrwanie całego gatunku. My też jakoś przetrwaliśmy;) Potem obiad na mieście, spacer w parku, w którym niespodziewany jarmark z dmuchańcami i naturalnymi wyrobami. I przejazd na wesołe miasteczko, z racji pozostałych żetonów na to wirujące szaleństwo, gdzie mi od samego patrzenia błędnik wysiada.

Dziecię wyskakane, lody na deser, a wieczorem dla wyciszenia Kortez, śpiewający swym niesamowitym głosem. Tym zarazem tylko do posłuchania (ale za to całą rodziną), gdyż bilety na jego koncert wyprzedały się w trybie natychiastowym.

A po weekendzie pełnym emocji, od poniedziałku karuzela domowa. Razem z Małym porządki całą parą, wycieranie kurzy (łącznie z wymrażaniem pluszaków), mycie łazienki, parapetów, balkonu i kuchni. Mężu odkurzył całe mieszkanie, a ja przy robieniu soków poszłam jeszcze o krok dalej i z rozpędu upiekłam ciasto marchewkowo-jabłkowe, z pozostałej po wyciskaniu masy. We wtorek duże zakupy i gotowanie, także początek tygodnia intensywny i zapracowany.

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)

Przetwory

Po dwóch tygodniach wyjazdów, szaleństwa nad morzem i jeziorem pozostało dużo do ogarniania. Dziś zrobiłam 5 ( słownie piąte!) pranie, w ciągu pięciu dni. Dobrze, że słońce mocno grzeje na balkonie i na drugi dzień oda razu można zdejmować suche. Siaty zakupów natargane na kilka rat, ogarnięte w mieszkaniu choć pobieżnie, a na dokładkę coś trzeba było zrobić z przyniesionymi przez sąsiadów śliwkami. Z jednej strony się ucieszyłam, bo zdrowe, a z drugiej nie za bardzo znam się na przerabianiu działkowych darów natury. Przejeść się tego nie da, zmarnować szkoda. Także cóż. Zakasałam rękawy, z części zrobiłam sok dla Małego, druga poszła na powidła. Mieszałam, studziłam, mieszałam i.. nawet się udało, aczkolwiek chyba przesadziłam z konsystencją, bo wyszło gęste i trochę zbyt suche, ale.. smaczne i zjadliwe. A to najważniejsze.

Spodobało mi się i idąc za ciosem zakupiłam gazetkę o przetworach, w sieci zresztą jest dużo przepisów i pomysłów, jak przerobić warzywa, czy owoce. Zawsze podziwiałam takie umiejętności, widzę jak wiele blogerek zbiera, pasteryzyje, gotuje, piecze, tak żeby było zdrowo i smacznie. Kto wie, może jeszcze się tego nauczę;)

Tymczasem po domowych zajęciach pora trochę odpocząć, a że pogoda dopisuje, to siup z Małym nad wodę, póki wakacje trwają. Wczorajszy dzień nad rzeką, z koleżanką i jej synem pokazał, że w okolicy miasta też może być fajnie. Weekend jeszcze kusi różnymi plenerami, jakieś iluminacje wieczorne się szykują, a i koncerty z letniego brzmienia trwają, warto korzystać. Miłego!

Grusza zamiast Jabłoni

Codzienne spotkania na placu zabaw zacieśniły trochę więzy wśród dzieci z osiedla. Na dokładkę przybyły moje dziewczyny ze swoimi pociechami, więc kolejnego dnia było jeszcze weselej. Ogólnie powroty do domu nam się mocno przesunęły, Mały zasypia teraz po 22 i ciężko coś z tym zrobić, kiedy tyle się dzieje, lato i jasno za oknem. Działo się i w sobotę, kiedy to pojechaliśmy na basenowe urodziny koleżanki syna. Godzinna zabawa w wodzie, z przedszkolnymi znajomymi, tort, smakołyki, jeszcze kulki i zjeżdżalnia z zawodami. Szał ciał i uprzęży. I to wcale nie koniec, po imprezie zostaliśmy zaproszeni na działkę do Jubilatki, już w mniejszym gronie.

A tam basenu ciąg dalszy, huśtanie na hamaku i trampolina wyskakana do samej nocy. Mieliśmy jechać na koncert Kwiatu Jabłoni, wylądowaliśmy pod gruszą. W fajnym towarzystwie, na grillu i z pogaduchami do nocy. Z zapewnieniem, że to nie jedyne takie spotkanie i właścicielki wraz z działką czekają na kolejne.

Słoneczna niedziela wyciągnęła nas nad jezioro, na plażowanie cały dzień i kąpiele. Wreszcie skusiłam się na wejście do wody, która ociepliła się po ostatnich upałach. Obiad zjedliśmy w towarzystwie rodziców, zakończony słodkościami z okazji rocznicy ich ślubu. Zabrakło tylko Brata z rodzinką, u której niestety szaleje jakaś infekcja, zmuszająca do antybiotyku i siedzenia w domu. Także prezent na imieniny Bratanka musi poczekać na następne spotkanie. A tymczasem życzenia najlepsze składam wszystkim Aniom z okazji ich święta:)