Tryb spacerowy

Nawiązując jeszcze do poprzedniego kreatywnego wpisu podrzucam pomysł na zrobienie WŁASNEJ ZAKŁADKI DO KSIĄŻKI. Motyw przewodni można oczywiście zmienić, zrobić jednorożca, pandę, czy jakąkolwiek postać z bajki. Mały jest dumny ze swojej, teraz książki tylko tą zakładką zaznaczać można i nie ma zmiłuj, na dzisiejszy powrót do przedszkola zabrał swoje dzieło ku prezentacji.

A tymczasem po pracach domowych przyszedł czas na weekendowe spacerowanie, spotkanie z koleżanką i jej wnuczkami, jazdy na rowerze, zwiedzanie nabrzeża i łapanie tych promyków, które łaskawe były zza chmur się wychylić. A łaskawość owa objawiła się i w sobotę, na rodzinnym dreptaniu nad stawami i w niedzielę, jedynie trochę z wietrznym zapleczem nad Odrą..

Zaskoczyło mnie, w obecnym wirusowym czasie, rozkładanie diabelskiego młyna i szykowanie się chyba do letniego szaleństwa z wesołym miasteczkiem. Pojawił się również plan koncertowy na lipiec i sierpień, z Anią Dąbrowską i Kwiatem Jabłoni, których to chętnie bym posłuchała na żywo. Beatka z Danii zakupiła już nawet bilety na sierpniowy koncert Kamp. A mnie tak dziwnie, bo w tym natłoku wieści trudnych i chorobowych, jakoś nie dociera, że faktycznie będą koncerty (?), że da się na wakacje wyjechać (?), że życie poza spacerami i domowym zaciszem może się latem rozkręcić.. Jak to optymistycznie montowane koło..

Rodzinnie

Urodziny Bratanka trafiły na dzień z dobrą pogodą. Taką przy której można poszaleć na placu zabaw, pospacerować w lesie i załapać się na gofry pod gołym niebem. Jedyny minus, że na ten sam pomysł spędzania czasu wpada wówczas pół miasta. Nic dziwnego, każdy już ciepłej wiosny spragniony.

A gdy chłodniej się robi, znów zmykamy w cztery ściany i szukamy pomysłów, jak tu przy dziecku, w kolejnym tygodniu bez przedszkola, nie zwariować. Tym razem padło na wspólne pieczenie babeczek i intensywne dekorowanie ich lukrem z kolorową posypką.

Ku uciesze chłopaków i mej zgryzocie, jak odrobinę zjeść ale żeby w boczki nie poszło;) Co do boczków, to obrany kierunek powoli daje efekty. Dopięłam się ostatnio w spodnie, w które już dawno nie wchodziłam, a w ulubionej koszuli zrobiło się troszkę luźniej. Byle to utrzymać, najlepiej na stałe, dołożyć do tego spacery, trochę ruchu i będzie dobrze. Kiedy zrobi się cieplej, łatwiej będzie umykać od pokus i spędzać jeszcze więcej czasu poza domem.

Tu przy trzech orłach, w wersji mniejszej.

Dzień dobry

Dwa miesiące temu spotkałam wraz z Małym KAMIEŃ Z PRZESŁANIEM. Niedawno trafiliśmy na kolejny i chciałabym, żeby to przesłanie każdego dnia mogło dotyczyć..

Ostatnie dni zresztą takie były. Wielkanoc spędzona u Zosi, wśród smakołyków świątecznych, ale jedzonych w miarę ostrożnie. Sałatka jarzynowa i bigos to jednak sycące potrawy, a żołądek trochę mniejszy i tyle, co kiedyś, nie zjem. I o to chodzi. Jeśli do tego dołoży się spacery po lesie, dużo powietrza w ogrodzie, święcenie pokarmów przed kościołem, śmigus o poranku w lany poniedziałek i czas z moimi chłopakami, to jest na plus. Jedyny minus to brak świąt spędzonych z całą rodziną, ale mam nadzieję, że kolejne będą już pełne. Może nawet te grudniowe, kiedy rodzice będą po dwóch dawkach szczepień, a może i my się szybciej na szczepienia załapiemy. Trzeba być dobrej myśli..

Dywany

I są. Kwieciste, kolorowe, pachnące. Nasze parkowe dywany krokusowe. Pojechaliśmy podziwiać je dwa razy, przy pogodzie mniej słonecznej i przy tej już całkiem wiosennej, która na dwa dni skusiła wszystkich do wyjścia z domu.

To wyjście stało się wręcz niebezpieczne, bo sceny dantejskie w parku się działy. Tłumy na kocykach, tłumy spacerujących. Dzieci pozbawione szkół i przedszkoli wyległy w plenery, bez masek, z piłkami, paletkami i freesby. Na dokładkę dwie dziewczyny przebrane za kurczaki, z przenośnym głośnikiem zrobiły dla nich show z tańcami i wygibasami. Widok był aż nierzeczywisty, bo z jednej strony oglądane dopiero co wiadomości o 35 tysiącach zarażonych, a z drugiej impreza na całego i bezmaskowa swoboda. Już sobie wyobrażam, co to się latem będzie działo..

Mimo wszystko w krokusy ruszyłam, by nacieszyć nimi oczy i po krótkiej zabawie z piłką zwiewaliśmy w mniej ludne tereny. Nad Odrą też ich trochę wysiano, ale wiatr od wody zniechęcał do dłuższych spacerów.

Za to gdy temperatury podskoczyły do 20 stopni, nie dało się już dziecka w domu utrzymać. Poszliśmy na spacer z hulajnogą, w towarzystwie sąsiadki z synami, potem na pusty plac zabaw z drugą koleżanką i jej dziećmi. A potem przyjechali jeszcze do nas na osiedle rodzice, pograć w piłkę z Małym, by osobiście złożyć życzenia i przekazać wnuczkowi drobiazgi od Zajączka. W Wielkanoc zobaczymy się online, co kompletnie podłamuje moją Mamę, aż do stwierdzenia, że ma gdzieś te wszystkie święta, jest obrażona na los i ogłasza świąteczny strajk.

Gdy po południu wyległa większa ekipa wracaliśmy już na obiad. Te obiady mam teraz lżejsze (dzięki poradom Paulinki) i już zaczynam czuć się swobodniej. Choć jeszcze brakuje mi wprawy i dostosowania się do rad wszystkich, bo niestety na ten przykład makaron razowy u nas nie przejdzie, jak i kompletna rezygnacja z soli. Ale używam jej już mniej i reszta też powoli zaczyna się układać. Myślę, że z wiosną łatwiej będzie o mobilizację do dbania o sylwetkę. Choć jak znam życie, to dopiero po Wielkanocy, z okazji której życzenia jeszcze później pisać będę. Na razie krokusy w pełni i wracam do zajęć z Małym. Nie ma mowy, by odpuścił kolejne prace przy szlaczkach, pisankach i zalecanych zabaw z zającem:)

Bez stresu

Chciałam w weekend zabrać się za te kwiatki, ale na wymianie pościeli, praniu materaca (sodą oczyszczoną) i odżywce do włosów się skończyło. Dziękuję Wam dziewczyny za porady odnośnie włosów reanimacji:) 🌺 Pogoda była w kratkę, więc nie dało się swobodnie spędzić większości czasu poza domem. Ale jakieś chwile w słońcu się trafiły..

Choć nie za długie, bo potem już deszcze i chmury ciemne. A skoro tak, oderwaliśmy się w podróże z Cejrowskim, trochę na Karaiby, potem do Tajlandii. Tak sobie myślę, że raczej w te rejony osobiście nie dotrzemy. Ale i nie ciągnie mnie tak, żebym to przeżywała. Spotkanie z rodzicami i spacer po ich osiedlu też jest cenny. Choć jednak widoki zupełnie inne.. Tym razem te kolejki przed szczepieniami widzieliśmy na oczy własne. I faktycznie zero dystansu, dużo starszych osób blisko siebie, zero reakcji policji, która już chyba nie ma mocy przemawiać innym do rozumu. Cóż.. Miej nas w swojej opiece.

Mały w domu zaopiekowany na czas bez przedszkola, nakupowaliśmy mu książeczek z zagadkami i z kodowaniem. Ma czytanki, a od wczoraj dopomina się już o sprawdzanie strony przedszkola w poszukiwaniu zadań na ten tydzień. Jest bardzo ambitny i lubi mieć zrobione od razu wszystko, co zalecane. Z jednej strony dobra cecha na szkolną przyszłość. Z drugiej mam nadzieję, że nie będzie zbyt nadgorliwy i przesadnie przejmujący się każdym zadaniem. Lepiej żeby się aż tak nie stresował. Już wystarczy, że ma mamę, która wszystkim się przejmuje 😉

Kwiecisty początek

Blokady blokadami, ale na szczęście z domu wychodzić można (jeszcze). Korzystamy więc w weekendy szukając wiosennych okazów. Dużo też okazów pływających w kąpielówkach, w rzece widzieliśmy, a pomiędzy nimi łabędzie jakże romantyczne. Spacery coraz dłuższe, choć to jeszcze niewskazane, kiedy tak wichrem po nosie wieje. Ale dla okazów kwiatowych, warto. Tym bardziej że w plenerach odetchnąć można i uciec od murów i masek.

W domu też bardziej wiosennie, tulipany w wazonach, a storczyki pełne kwiecia. Zakupiłam im nawet odżywkę, żeby wreszcie porządnie się o nie zatroszczyć. I siebie muszę przypilnować, żeby co tydzień kąpiele wodne im robić i nie zapominać..

Nie zapominam też o spacerach w tygodniu, zwłaszcza gdy trafiają się okazje spotkań z dziewczynami. A to na działce, przy podcinaniu rozrośniętego winogrona (po uprzednich naukach z jutuba), a to z wózkiem i świeżo ochrzczonym maluchem. Przy okazji pogaduchy na całego i dużo pozytywnej energii w oczekiwaniu na cieplejszy czas. Na działkę mamy zaproszenie latem, łącznie z basenem, który od roku czeka zwinięty. A z resztą ekipy planujemy widywać się nad jeziorem i kiedy tylko będzie większa swoboda. Ale zanim letnie plany, najpierw trzeba przetrwać lęk o rodziców, którzy dziś po pierwszej dawce astry zet. Z zaleceniem paracetamolu gdyby jakieś niepożądane objawy się pojawiły. Mam jednak nadzieję, że zniosą to dobrze i że od czerwca, po drugiej dawce, będziemy mogli się z nimi wreszcie częściej widywać..

Goście

W obecnym czasie uzasadniona rzadkość, a kiedyś przyjmowani bardzo często, z uśmiechem i otwartym sercem. Zawsze lubiłam, kiedy dom był gwarny, grała muzyka i toczyły się rozmowy wśród sympatycznych ludzi. Zostało mi tak chyba dzięki rodzicom, którzy chętnie zapraszali gości do naszego rodzinnego domu. Pamiętam tańce, dużo radości i smakołyki na stole podbierane, gdy nikt nie zwracał uwagi na maluchy. Mama zawsze wtedy się uśmiechała, była roztańczona, Tata sypał żartami, a my z bratem mogliśmy siedzieć do późnego wieczora.

Większość moich znajomych, wraz z zakończeniem poprzedniego etapu życia, zniknęła w odmętach losu. Z dawnych lat dzieciństwa i pierwszej młodości pozostali ludzie poznani nad jeziorem, gdzie spędzałam z rodziną praktycznie całe wakacje pod namiotem. Spotkałam tam wiele fajnych osób i z garstką przyjaźnię się do dziś. Ale z nimi widujemy się wiosennie i wakacyjnie właśnie tam, pisząc przez resztę roku życzenia i przesyłając bieżące wiadomości. Nowe dusze zaczęły pojawiać się, od kiedy spotkałam się z moim Mężem (wtedy potencjalnym chłopakiem) na imprezie Andrzejkowej. Najpierw jego znajomi, a potem nowi przy budowaniu naszego wspólnego życia, wraz ze świetnymi ludźmi z bloga. Część nowych postaci poznanych też wspólnie nad jeziorem, wraz z nimi ich koledzy i koleżanki, którzy przyjęli nas jak swoich. Wiadomo, że nie od razu, że trwało to latami, od spotkania do spotkania, od świętowania razem urodzin, imienin, a potem narodzin dzieci. Ale też i od chwil kiedy była potrzebna pomoc, np przy przeprowadzce, czy gdy potrzebna jest teraz, przy szykowaniu całej wyprawki dla chłopczyka, który ma przyjść na świat w te wakacje. Właśnie przyszłych rodziców tego chłopczyka gościliśmy w niedzielę u nas, na kawie, cieście i przy sałatkach, z których część powędrowała do nich na wynos.

Selerowa z ananasem i kukurydzą, oraz makaronowa z odrobiną szynki, ogórkiem konserwowym, papryką i fetą. W tle Lech – bezprocentowy i oliwki z migdałami.

Dzięki mobilizacji mieszkanie lśni teraz blaskiem umytych podłóg, a w szafkach kuszą jeszcze pozostałości smakołyków. Przez ostatni, okropny wirusowy rok spotkania w domach można policzyć na palcach jednej ręki. Jedynie urodziny dla syna wyprawiliśmy, chociaż na raty i przy minimalnej ilości gości. Z sąsiadami widujemy się ostatnio na spacerze z hulajnogą po osiedlu, a z rodzicami tylko i wyłącznie poza domem i w maskach. Tak czy inaczej brakuje mi swobody domowych spotkań, bo choć nadal bardzo je lubię, to gdzieś z tyłu czai się stres, czy nikt się nie zarazi, nawet jeśli już część znajomych wirusa przechorowała. Także kolejni goście nieprędko, ale liczę bardzo na ciepłą wiosnę i nadchodzące lato, które raczej nie będzie wolne od wirusów, ale przynajmniej pozwoli na jakieś ognisko, spotkanie nad jeziorem, czy wypad nad morze. W plenerze, mimo wszystko, bezpieczniej..

Drepcedesem

Piątkowe popołudnie spędziłam z Małym u koleżanki. Wśród dziecięcych zabaw, z pogaduchami aż do kolacji i przy zielonej herbacie (ze słodyczy jedna czekoladka Merci). W kolejny dzień weekendu odskocznia od domu, od sprzątania i spacery drepcedesem na prawie 12 tysięcy kroków..

Spacery dwa, poranny z rodzicami, z hulajnogą i poobiedni na nowym rowerze Małego. Nowym-używanym, ale w dobrym stanie i najważniejsze, że bardziej pasującym do rosnącego wzwyż dziecka. Dziecię na rowerze generowało szybsze tempo dreptających za nim rodziców, także sobotę zaliczam do niezłego treningu.

Trening ów zapisany w aplikacji naliczającej trasę, kalorie i kilometry. A później podliczony też wagowo na nowej wadze, łącznie z pomiarem tkanki mięśniowej, kostnej i ilości wody. Ciekawa sprawa i kolejna mobilizacja do działania. Chociaż po niedzieli raczej na wadze wzrost przyjdzie odnotować, bo dzisiejsze smakołyki dla nas i dla gości zapewne zostaną odzwierciedlone. Ale o gościach później, a na razie pora odpocząć po intensywnym czasie wolnym.

Wiosenny zew

Powrót do codziennego trybu od razu pomaga i przywraca równowagę, przynajmniej w temacie menu, bo w temacie wirusowym kolejna fala co energię umniejsza. Za to przerwy w posiłkach uregulowane, mniej dostępnych słodyczy, więcej zajęć i ruchu w domu. Chociaż robot odkurzający działa na pełnych obrotach, to i tak trzeba swoje ogarniać. Kurzy z mebli nie zetrze, prania nie zrobi – a to wreszcie na dwór wywieszone – bo nie ma jak zapach prania zdjętego ze słońca i świeżego powietrza. Na niedzielę zapowiadają się znajomi, którzy już rodzinnie covida przechorowali. Chcę jeszcze łazienkę wypucować i kupić kwiaty, żeby wiosnę i w pokoju oglądać. Poza domem też trochę ganiania, zakupy jedzeniowe porobione, a i małe nadprogramowe wyskoczyły. Pierwsze wyjście z naszą rekonwalescentką, którą wiozłam do szpitala na badania kontrolne, a że wyniki dobre to podjechałyśmy do sklepu ku uczczeniu tej wieści. Ona poszalała, obkupując się w sprzęty AGD i korzystając z poczwórnej promocji, ja na razie rozeznaję rynek. We mnie zresztą też obudził się zew, przeglądanie szaf i garderoby, chęć do wymiany staroci, np zepsutej wagi łazienkowej, czy nie działającej gofrownicy.

Rozglądałam się za tymi cudami przy drugich małych zakupach, tym razem z Mężem. Przy okazji szukając zestawu salaterek, lub półmisków z przegródkami do serwowania przekąsek typu oliwki, orzechy. Teraz jest taki wybór różności do domu, że tylko przebierać i wybierać. Na balkon też by się przydały nowe skrzynki, większe i ładniejsze od naszego starego plastikowego badziewia. Na balustradę już rdza wlazła od haków, a przecież istnieją skrzynki nakładane, bez przykręcania. Nic tylko ziemię kupować i sadzić cebulki zimujące, żeby na wiosnę cieszyć oko małym kwietnikiem balkonowym. Trzeba mieć jakieś zaplecze, jakby nas obostrzenia znowu w domu pozamykały. A tu krokusy już z ziemi wyłażą i wiosna z całą energią do przodu rusza, po raz kolejny za nic sobie mając wirusa..

Silna wola

Jak tę słabą silną wolę trenować, kiedy to jest się zapraszanym na babskie pogaduchy i to na dokładkę w dziecięcym gronie, które bez słodkiego się nie obejdzie. Na stół wjeżdżają ciasta i ptysie z kremem, zbliża się pora kolacji, a głód daje o sobie znać coraz bardziej;) Dwa małe kawałki poszły, ale powstrzymałam się przed większą dokładką. Drugie pogaduchy z koleżanką odbywały się już w plenerze, jedyny minus, że mało w tym było ruchu (oprócz intensywnej i sympatycznej wymiany zdań). Ale już najtrudniejszą próbą była weekendowa wizyta u Zosi i świętowanie jej urodzin. W otoczeniu podarunkowych bombonierek, ciasta i różnych innych słodkości. Poprzedzonych krokietami, rosołem i pysznym niedzielnym obiadem z mięsem oczywiście. Po którym to zapada się w sen, jeszcze zimowy, przy rozgrzanym piecu i z pełnym brzuchem..

Na szczęście pogoda dopisała, weekend cały w skowronkach i w słońcu skąpany. Aż kusił lżejszą kurtką, spacerami i świeżym powietrzem. Niby zima ma powrócić i postraszyć trochę chłodami, ale gdy marzec coraz bliżej, dni są dłuższe i jaśniejsze, zdecydowanie czuć już wiosnę..