Morsy inaczej

Wprawdzie już po śniegu śladu nie ma i temperatury na plusie, ale powspominać można.. Kolejna część zimowego pleneru napotkała nas w lesie i nad małym, zamarzniętym po części, jeziorem. Spotkaliśmy się z Rodzicami i rodziną Brata na naszym cotygodniowym spacerze. Spacery w lesie i w śniegu, z dwójką dzieci, to jednak niezłe wyzwanie. Zwłaszcza przy Bratanku, który wybiera swoje szlaki, robi co chwilę przystanki, by pobawić się w chowanego i ma chęć pospacerować po trzeszczącej tafli;) Także cała ekipa musi mieć oczy dookoła głowy i robić przystanki wraz z nim. Droga, którą byśmy przeszli w pół godziny, wydłuża się do dwóch, ale dzięki temu spędzamy więcej czasu na świeżym powietrzu. Naszego Małego jednak łatwiej ogarnąć na sankach i z wyjaśnianiem, że lód warto pooglądać z brzegu..

Nie wszyscy jednak ów brzeg wolą, jak i ubranie po zęby w kurtki, ciepłe szale i zimowe puchate czapy. O „suchych” morsach z Babiej Góry ciężko pisać, bo aż nerwy biorą na brak odpowiedzialności. Ale i niektórzy na nizinach na ten przykład wybierają pozowanie w bieliźnie, ku radości fotografa i oburzeniu pewnej części spacerowiczów. Z jednej strony nie mam nic przeciwko, bo przecież mamy wolność i pani jednak nago nie śmigała. Z drugiej trochę dziwnie obserwowało się reakcję własnych rodziców, dla których ten świat po prostu już do reszty zwariował;) Co by jednak nie mówić, hart ciała i ducha trza mieć, ale wybieram te ciepłe kurtki i spacery przy brzegu, w zimowych butach od stania na lodzie w skarpetkach. Brr.

Poświątecznie

Nie ma to, jak wyjechać na cztery dni i wrócić po dziewięciu. Tak to nam się przedłużyło świętowanie u Zosi. Mieliśmy wracać przed Sylwestrem, ale znajomym, z którymi miało być spotkanie, zmieniły się plany rodzinne i zostaliśmy. Miało to swoje plusy, kompletny luz, odpoczynek od gotowania, filmy, czytanie i trochę swobody dla nas, gdy Babcia zajmowała się Małym. Czas wypełniony spacerami po lesie i po miasteczku..

Trafiła się też podróż sentymentalna na odnowiony dworzec, z którego Mąż przez ponad rok kursował do mnie. I na który ja, jak na skrzydłach dojeżdżałam, by wpaść w jego ramiona. Nacieszyliśmy się obecnością Zosi, a i wspólny, domowy Sylwester był całkiem sympatyczny. Sałatka meksykańska, pomimo braku niektórych przypraw, teściowej smakowała. Udało się potańczyć z Mężem i z Małym, który w swej wytrwałości mógłby bez problemu przetańczyć nas do rana. Było pierwsze, wspólne z nim, oglądanie fajerwerków i po porządnym odespaniu powrót do domu, za którym zdążyliśmy się stęsknić.

A w domu za to stęsknione podlewania kwiaty, rybki, których jakoś więcej się zrobiło. I nie wiadomo skąd warstwy kurzu, od razu mobilizujące do działania. O praniu nawet nie wspominam, bo jestem już po czwartym. Ale do tego dołożyło się dzisiejsze szaleństwo na śniegu, którego wreszcie się doczekaliśmy. Zaczęło się nieśmiało, od drobinek na roślinach..

A skończyło na sankach i pierwszych zjazdach z pobliskich górek. Nadrobiliśmy też spotkanie z rodzicami i rodziną Brata, wędrując ponad 1.5 godziny wśród padających płatków śniegu. Także Nowy Rok przywitany pozytywnie i fajnie by było, gdyby ciąg dalszy miał podobny klimat..

Opłatek na ławce

Weekend faktycznie był spokojny, rodzinny, spacerowy i ze świątecznymi filmami. Mały wziął udział w Jasełkach, których w tym roku nie można było obejrzeć na żywo. Dobrze, że choć film jest i dużo zdjęć na pamiątkę zrobionych. Moja wizyta u dermatologa zakończona sukcesem, kremy i szampon już przynoszą efekty. Uszczupliły wprawdzie mocno portfel, ale było warto. Mężuś w piątek odkurzył całe mieszkanie, ogarnęłam zakątki, zrobiłam dwa prania i tyle będzie naszego przedświątecznego sprzątania. Potem to już tylko relaks..

W sobotę wybraliśmy się z bliskimi na spacer. Rodzice i Brat z rodziną przynieśli już prezenty dla nas i dla Małego. Wymieniliśmy się nimi, po części potajemnie, żeby dzieci nie widziały. Mama przyniosła opłatek i jakże znamienne było dzielenie się nim na dworze, w maskach i na dystans, bez przytulania. Może niektórzy przytulać się z rodziną nie lubią, mnie brakuje tego bardzo. Dla Mamy te święta będą jednymi ze smutniejszych, będą wprawdzie we dwoje z Tatą, ale widzę jak przeżywa to, że z dziećmi ich nie spędzi. Miała łzy w oczach i złość na wirusy wszelakie, na obostrzenia, które i w Sylwestra nie pozwolą nam się spotkać. Jakoś trzeba będzie to przetrwać i trzymać kciuki za lepszy, nowy rok. Po spacerze i obiedzie na wynos – na chińszczyznę i odetchnięcie od gotowania też nachodzi czasem chęć – ruszyliśmy ponownie w miasto, oświetlone już, z racji ciemnego popołudnia..

Niedziela natomiast zupełnie inna w klimacie, rozświetlona słońcem, z wędrówką nad rzekę. Z podziwianiem pływających morsów i Małego biegającego po piasku bez wytchnienia. Mogę patrzeć na jego radość nieustannie i słuchać śmiechu dźwięczącego jeszcze dziecięcym głosem. Tak bardzo cieszę się, że mamy dziecko, że dane mi było zostać mamą i poczuć całym sercem ogrom miłości. Bezwarunkowej.

Z tej miłości po powrocie zrobiliśmy obiecaną masę placków ziemniaczanych. Z cukrem dla Małego, z gzikiem (twarogiem ze śmietaną i cebulą) dla Męża, z twarogiem na słodko dla mnie, wersję na słono i z samą śmietanką też. Raz nie zawsze, po ostatnim pilnowaniu menu można zrobić czasami taki kaloryczny obiad. Następna wyżerka będzie już świąteczna, ale wiadomo, że nie ona tu najważniejsza. A my sami, wraz z bliskimi i znajomymi, z którymi spotkać się można by przekazać im choć trochę naszej dobroci..

Szczerbatek

W następnym roku przewiduję wzrost opłat za energię. Iluminacje bowiem sięgnęły nie tylko salonu, ale kuchni i sypialni również. I planuję niezmienność wystroju co najmniej do końca stycznia. Chyba potrzeba ocieplenia przestrzeni i dodania jej kolorów dopadła większość. Mnie w każdym razie intensywniej niż rok temu. Choinka też już ubrana i jak co roku walczyliśmy z częścią lampek, dokupując nowe, żeby jednak oświetlona była całość, a nie tylko po kawałku. Mały ponawieszał swoje prace ręczne, a ja postanowiłam dokupić trochę czerwonych dodatków. Kiedyś czerwony nie pasował do naszych brzoskwiniowych ścian, teraz szare aż się o to proszą.

Święta zapowiadają się zupełnie inne niż wszystkie, co nie znaczy przecież, że gorsze. Choć największym ich minusem będzie fakt, że nie da rady spędzić ich z całą rodziną. Cóż, mam nadzieję, że za rok się uda, a tymczasem grunt, że w ogóle będą i że będziemy razem. Razem przeżywaliśmy też wzniosłą chwilę w życiu Małego Księcia, który obecnie stał się księciem szczerbatym. Pierwszy ząb opuścił szczęśliwie jego szczękę i dumny Szczerbatek wrócił z przedszkola z zapakowanym szczelnie pakunkiem owiniętym chustką i gumką. Albowiem pakunek bezcenny, włożony pod poduszkę, przyniósł od Wróżki Zębuszki kasę – oby w przyszłości nie na aparat korekcyjny. Wypadnięcie było bezbolesne, proste i uprzejmie proszę żeby nowe zęby były łaskawe również prosto rosnąć.

Tymczasem w weekend delektowaliśmy się, oprócz ubierania choinki, wspólnym oglądaniem dwóch części Listów do M, które i synka momentami rozbawiały. Spacerem z całą rodziną, przy ściganiu Bratanka śmigającego na rowerku i Małego na hulajnodze. Zajadaniem się rybą domowej roboty, z kapustą kiszoną i chińszczyzną na wynos. Trafił się jeszcze niespodziankowy Jarmark Bożonarodzeniowy, którego miało nie być, a jednak był. Ale relacja z owego kolejnym razem. Teraz pora ogarnąć poniedziałek, bo po weekendzie zawsze jakoś się tak wszystkiego nazbiera.

Mikołajkowo

Główne strojenie choinkowe i światełkowe przełożyliśmy na następny weekend. W ten bowiem postanowiliśmy pojechać do Zosi. Żeby poświętować Mikołajki i żeby odwiedzić ją teraz, gdyż nie wiadomo, co się będzie działo w dalszych terminach. Zawiozłam fioletowy stroik, który bardzo jej się podobał, dowieźliśmy karmę dla zwierzaków, gdyż sklep zoologiczny w okolicy zamknął podwoje i została możliwość zakupu tylko karmy z marketu. A wiadomo, że o jedzenie psiaków i kociaków też trzeba dbać. Zosia zadbała też o nasze smakołyki i aż na dwa dni odpuściłam sobie pilnowanie menu. Choć oczywiście starałam się trzymać przerwy i nie przesadzić ze słodyczami. Nie było łatwo, bo Mikołaj przyniósł Małemu masę słodkości i opędzać się od nich trzeba było. Mały wyczyścił dokładnie buty, a rano zerwał się i cud, że dał się namówić na ubranie, bo inaczej w piżamie już by leciał do korytarza. Ucieszył się z kolejnych figurek lego do kolekcji, nowego modelu na podobieństwo żółtej łodzi podwodnej Beatles’ów (kiedyś może doceni jej ponadczasowość ;)), z gazet z komiksami i zadaniami, a nawet z ciepłych skarpet w renifery.

Ja natomiast ucieszyłam się z pięknej pogody, słońca, ciepłego popołudnia i długich spacerów po lesie. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę było dotlenianie wśród igliwia, wędrówki z widokami pól, łapanie kropel roztopionego śniegu.

Biegi Synka, jego uśmiech i to poczucie wolności, bez maski i z pełnym oddechem. Wieczorem Lego Masters, budowle z klocków, głaskanie psa i kota, degustacja słonego karmelu z Zosią i pogaduchy o wszystkim i o niczym. Odpoczęliśmy, baterie naładowane, obiad z ogórkami własnej roboty, na wynos. I tak zaopatrzeni możemy ruszać w nowy tydzień.

Stroimy się

Zanim jednak nowy rok, to fajny miesiąc przed nami. Grudzień lubię prawie tak, jak czerwiec. Z pominięciem aury, jest klimat, są prezenty i smakołyki też będą. Na pewno nie w tradycyjnym wymiarze, ale jakieś się przecież wykombinuje. Do domu zawitały stroiki (ostatnie darmowe), a wraz z nimi zapach iglasty i wygląd przedchoinkowy. Z choinką poczekamy do połowy grudnia, choć gdyby ode mnie zależało, już bym ją stroiła i wieczornymi światełkami pokój ozdabiała.

Kalendarz adwentowy napoczęty i nadgryziony. Mały z zapałem otwiera kolejne okienka i pochłania czekoladę. Na szczęście po śniadaniu i przed myciem zębów. Choć gdyby mógł, zjadłby wszystkie 24 w jeden dzień i tyle by widzieli. Ja natomiast słodyczy zajadam mniej, trzymam się tego z racji zdrowotnej, więc dzięki temu jest łatwiej. Nabyłam za to kalendarz na 21 rok, przepisałam wszystkie ważne daty, terminy lekarskie, opłaty za auto, kończące się umowy i inne takie. Prezenty porobione, w większości już zapakowane, choć czekamy jeszcze na jeden zestaw lego dla Małego. List do Mikołaja wysłany, z prawdziwym znaczkiem i tym razem z polskim adresem w Srebrnej Górze. Ten do Laponii chyba nie dotarł, bo coś zero odzewu 😉 Mój list do Mikołaja wysłany mailem i czekam z niecierpliwością na realizację wymarzonych perełek. Zwłaszcza jednej, książkowej. Mały tymczasem szykuje się do Jasełek (powtarza rolę pastuszka – codziennie! o losie) i na jutrzejsze poszukiwanie prezentów w przedszkolu. Dzisiaj ucieszył się, a następnie rozczarował garstką śniegu.. „Mamuś, taki mały śnieg jest nudny! Nie można z niego nawet tyciego bałwana zbudować!”. I tak to. Może jeszcze odwiedzi nas nienudny śnieg, choć z prognozy wynikają jakieś dodatnie plusy temperaturowe i na razie się nie zapowiada. Spotkałam się więc z Mamą na mroźny jeszcze spacer i pogaduchy o naszych codziennościach i sprawach wagi większej również. Tak dotarło do mnie, że rodzice nigdy do końca nie wiedzą i wiedzieć nie będą, co się u ich dzieci dzieje. Dowiedzą się tylko tyle, ile im powiemy, chyba, że niektórzy czytają blogi latorośli, podglądają instagramy, bądź inne fejsbuki choć i tu wszystkiego się nie napisze. A jak jest u Was? Bliscy czytają Wasze blogi? Rodzice, partnerzy, znajomi? Mój Mąż czyta, ale rodzice, brat i większość znajomych nie wie, że piszę. Głównie wiedzą ci, zapoznani tutaj, których doceniam niezmiernie i cieszę się, że są! Miłego strojenia się, na grudzień 🙂

Misiek

Oprócz moich imienin świętowaliśmy też Dzień Pluszowego Misia, choć tracący w przedszkolu na swej mocy, bo w dobie epiedemi nie można było przynosić pluszaków. Zabawa jednak się odbyła, misie były papierowe, a i dzieci za misie robiły biegając z uszami doczepionymi na opaskach. Wzięliśmy też udział w corocznym konkursie, w tamtym roku miś wylepiany był watą i malowany farbami. Niektóre dzieci przyklejały kaszę gryczaną, albo kulki kolorowej bibuły, Mały tym razem dostał do pracy styropian i taki oto cudaczek powstał.

Rodzinny spacer przełożyliśmy z niedzieli na sobotę, z racji zmieniającej się aury. I dobrze się stało, bo w niedzielę kropiło pół dnia. Sobota była całkiem przyjemna, maluchy mogły pośmigać na rowerze i hulajnodze. A my przez dwie godziny nagadać się, dotlenić i spędzić czas z rodzicami, bratem i jego rodziną. Fajny to był czas i takiego mi brakuje, z naszymi domowymi nasiadówkami, z przytuleniem na powitanie i bez masek. Ale cóż, trzeba się dostosować i chronić najbliższych. Nawet w lesie..

Dla wyładowania nagromadzonych emocji wzięłam się za dwa prania i sprzątanie kuchennych szuflad. Ileż tam skarbów człek trzyma, to głowa mała. Pozbyłam się części „przydasiów”, poukładałam wszystko na nowo i aż jestem pod wrażeniem, ile miejsca zyskałam. Będzie łatwiej znaleźć coś, co przy gotowaniu niezbędne. A po porządkach relaks, wieczór na grach w Rummikuba, Chińczyka, memo i Ubongo. Dla uśmiechu niezawodna „Bridget Jones”, a dla smaku naleśniki z powidłami. Na niedzielę zaplanowany był spacer już tylko w naszym gronie i cud, że udało się wśród deszczowych kropel cokolwiek dojrzeć. Ale o tym w następnym odcinku.

Sześciolatek

Dużo szczęścia Synku, radości na każdy dzień, spokojnych kolejnych lat, w zdrowiu przede wszystkim i wśród kochających i bliskich Ci osób. Niech życie będzie dla Ciebie dobre i niech spełniają Ci się marzenia, te małe i duże 🤗

Świętowaliśmy w bardzo małym gronie. Nie sądziłam, że niewielkie sale zabaw jeszcze funkcjonują, a do takiej właśnie trafiliśmy. Rodzinnej, przytulnej, podzielonej na kącik kawiarniany i na kulki, wspinaczki i trampoliny. Właściciele byli po poradzie prawnej żeby móc działać, a na cały lokal była tylko piątka dzieci. Radość dla maluchów niesamowita, a i my we trzy zadowolone ze spotkania, smakołyków, dobrej kawy, herbaty i pogaduch.

Wczoraj natomiast odwiedzili nas brat i sąsiadka z dwójką dzieci, także też niewielkie grono, za to fajna zabawa, niesamowite prezenty i łączenie się online z dziadkami. Oczywiście wszyscy byli świadomi, że możemy się zarazić, ale do tego może dojść i w przedszkolu wśród 120 dzieci bez masek, w sklepie, w autobusie, u Męża w pracy i w każdym miejscu. Żeby więc odczarować koronę i od nas ją odegnać zrobiłam sałatkę meksykańską z koroną naczosów i sosem czosnkowym – zdrowym wzmacniaczem.

Było wesoło i smakowicie, a na koniec maluchy miały jeszcze atrakcję w postaci pieska sąsiadki, który odwiedził nas żeby dzieci ucieszyć. Nieprędko pewnie będzie okazja na jakiekolwiek spotkania, jeśli kwarantanna obejmie cały kraj..

Wiosenna jesień

Manifestacje trwają, wkurzenie nie mija i faktycznie trzeba szukać jakichś odskoczni, bo zwariować idzie. Weekend spędziliśmy bardziej domowo i przez te nasiadówki i brak ruchu zaczynają się znowu problemy z kręgosłupem. Mężu już po wizycie u lekarza, z zaleceniem rehabilitacji, którą strach teraz robić. Ja na razie wspomagam się lekami i powrotem do jogi, bo jak tak dalej pójdzie to schylić się nie będę mogła, by dziecku kurtkę zapiąć. Choć w sumie coraz większe to nasze kochane dziecię i mniej tej pomocy potrzebuje.

Żeby odreagować złe stany i emocje zaczęłam myśleć nad urodzinowym menu dla Małego. Zrobiłam już częściowe zakupy i rozesłałam zapytania, jak wyglądają chęci i nastawienie na jakieś małe spotkanie. Z rodziny zapowiada się tylko brat z narzeczoną, a ze znajomych najbliżsi sąsiedzi z którymi syn i tak ma kontakt przez cały ten rok. Z dziewczynami i ich maluchami jesteśmy umówione na niewielkiej sali zabaw, choć tutaj wszystko zależy od piątkowych decyzji. Zobaczymy, w którą stronę to się potoczy.. My zaś niedzielnie potoczyliśmy się na mały spacer w poszukiwaniu oznak jesieni. Ale coś ta jesień obecnie z wiosną zaczyna się kojarzyć, kiedy na ten przykład dziś na termometrach 20 stopni na plusie..

Zastanawiam się, czy zakupione kozaki przydadzą się Małemu tej zimy. Swoją najcieplejszą kurtkę wystawiłam na sprzedaż, zostawiając taką pośrednią. W styczniu, w górach była w sam raz, to i na naszych nizinach da radę. I nic już na zimę nie kupuję, mimo iż przydałyby się nowe botki czy brązowe trapery. Wydatków na ten miesiąc i tak bardzo dużo, opłaty, jedzenie, apteka, prezenty dla synka i trochę smakołyków by uczcić nadchodzące święto. Jutro idę zamówić tort (oczywiście z Zingsami po wierzchu) i na pogaduchy do koleżanki, której teraz bardzo przyda się pocieszenie i wsparcie. Jak chyba i nam wszystkim..

Na Zingsy i w las

Korzystając jeszcze ze swobody przemieszczania się pojechaliśmy do Zosi i na groby od strony rodziny Męża. Od mojej strony ruszymy w tym tygodniu, lepiej teraz niż w nadchodzący weekend. Podjechaliśmy też na wystawę ulubionych Super Zingsów, by zrobić Małemu niespodziankę, już taką w ramach nadchodzących urodzin. Modele tych stworków można było oglądać na dużej przestrzeni sklepu, na szczęście przy bardzo małej ilości odwiedzających. Syn przeszczęśliwy, na zakończenie zadania odnalezienia wszystkich figur dostał w prezencie nowego zingsa i wracał dumny pochwalić się nim Babci.

Babcia zresztą też już obdarowała go prezentami, ponieważ nie przyjedzie do nas w dniu urodzin. Świętowaliśmy w ogóle podwójną okazję, wraz z imieninami Męża. Był pyszny obiad, na deser ciacho, a na kolację sałatka jarzynowa, która zawsze stanowi dla mnie rarytas. Po tych smakołykach to już nic, tylko do lasu wybywać na długi spacer. Żeby nic się nie odłożyło i żeby się potem przed ekranem nie zasiedzieć.

Pogoda bajkowa, zbieranie grzybów i kilometry w nogach, dodające energii. Na rynku trafiłam dla siebie ocieplane legginsy. Choć na razie plusy w temperaturach, zapewne w listopadzie się to zmieni i wtedy się przydadzą. Małemu upolowałam kozaki, nie za grube, bo i śniegu znowu możemy nie zobaczyć, a i coroczny wyjazd w góry raczej do skutku nie dojdzie. Po podróży już się ogarnęłam, pranie jeszcze na balkon wywiesiłam i nowy tydzień czas zacząć.. Ze wspomnieniami miłych chwil i po ostatnich nerwach z naładowaniem lepszą energią. Przynajmniej na trochę..