W plenerze

Wyjazd nad jezioro pozwolił odetchnąć od masek, od miasta i tej całej nagonki. I to nic, że spędzony w kaloszach, w nich też fajnie, bo można włazić do jeziora i wędrować po mokrej trawie. Z czego intensywnie całą sobotę korzystaliśmy. Mały wybiegał się za piłką, pospacerował ze swoim kuzynem, pograł ze mną i z Babcią w bule. Zjedliśmy kupiony w barze obiad i ruszaliśmy nad wodę i w las. Grzybów jadalnych z owym lesie już coraz mniej, za to te niechciane ale sympatycznie wyglądające można spotkać na każdym kroku.

Sympatyczne były też konie napotkane u sąsiada – leśniczego, które chętnie jadły jabłko prosto z ręki i dały się pogłaskać. Leśniczy powiększył im wybieg i dostęp do wyższej trawy, a maluchom nieograniczony widok na te niesamowite zwierzęta. Aż szkoda było wracać, tym bardziej, że rodzinka na nocleg, w ogrzewanych domkach, zostawała i na wieczór szykowała jeszcze ognisko..

Miłość w czasie zarazy

W poprzednim wpisie ulało się trochę strachu i rozgoryczenia po ostatnich wiadomościach, atakujących z każdej strony. Unikam ich, nie oglądam, staram się nie czytać. Choć uszu zatkać się nie da, a rozmowy o wirusie krążą w każdym towarzystwie i miejscu. Nawet na naszym czwartkowym, babskim spotkaniu nie udało się ich pominąć, choć na szczęście tematy pozawirusowe też nas zaprzątały. I to miłe tematy. Miłosne. U jednej z koleżanek od niedawna kwitnie bowiem miłość jak z bajki. Książę wprawdzie po rozwodzie, ale za to z dobrym sercem, cierpliwy i dobrze zapowiadający się na przyszłość. Z całego serca życzę tej parze radości, spełnienia marzeń i mam nadzieję, że będą szczęśliwi 🙂

Kolejne wieści to takie, że może i mój własny Brat stanie wreszcie na ślubnym kobiercu, gdyż od pojawienia się dziecka temat zalegalizowania rodziny powrócił. Trochę wprawdzie w niefortunnym czasie, ale może latem będzie już lepiej? Ogromnie na to liczę, bo oprócz zapowiadającej się rodzinnej uroczystości, dostaliśmy zaproszenie i na ślub sierpniowy. Co jest równie radosną wieścią i za tę parę trzymam kciuki tak samo mocno! 🙂

Nadal niepewne jest jednak wesele kuzynki Męża, to listopadowe. Młodzi są zdecydowani, że ślubu w kościele już nie przekładają. Ale co będzie z weselem, okaże się dopiero na dwa tygodnie przed uroczystością. Dobrze byłoby wiedzieć wcześniej, bo Zosia ma przyjechać do nas na urodziny Małego i zostać aż do ślubu swojej bratanicy. A że wraz z Zosią przybywają zwierzaki, trzeba będzie to zaplanować logistycznie. Zdecydować gdzie zostają na świąteczny dzień, kto podjedzie je wyprowadzić i tak dalej. No ale zanim weselne sprawy, powoli zaczynam ogarniać temat urodzin Synka. Bawialnie stają na razie pod znakiem zapytania, a i organizowanie większych spędów w żółtej strefie robi się problematyczne. Jeśli nie uda się spotkanie jesienią, przełożymy je nad jezioro, wiosną. Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie, nie będę martwić się na zapas, tylko biorę głębszy oddech i ruszamy w las. W lesie teraz bezpieczniej..

Na słońce

Urodziny u koleżanki były zaskakującym i sympatycznym wydarzeniem. Zaskakującym, gdyż nie mogłam się doliczyć ilości gości, kiedy wszyscy zaczęli się schodzić. Do końca nie byłam pewna, czy było nas 15 czy 19 osób. Część krążyła między pokojem, a kuchnią, część po północy odpłynęła na górze w sen, a palący wychodzili na korytarz w okolice okna. Impreza momentami przenosiła się do łazienki na wspólne malowanie, a gdy zaczęły się tańce dookoła stołu, to już w ogóle wszystko się mieszało. Smakołyki różniste, pyszne ciasta, pogaduchy wśród otwartych i wyluzowanych starych i nowych znajomych. Hulańce do różnych stylów muzycznych, poprzez elektro, rock’a, moje kawałki podłogi, aż do tańczącej rudej 😉 Było wesoło i tak przyjacielsko, jakby się ich wszystkich sto lat znało.. a że tym razem wypiłam tylko lampkę wina to niedzielny poranek okazał się łaskawy..

Łaskawa była też pogoda, dzięki której można było złapać długi spacer nad wodą. Nacieszyć oko widokami i choć w kurtkach, to powygrzewać się jeszcze na molo, siedząc w promieniach słońca.

Szkoda było tracić czas na gotowanie, obiad więc w naszym ulubionym barze, jedynym w okolicy miasta, gdzie można zjeść w niedzielę tanio, ale smacznie. Potem spalanie kalorii w wędrówce, by nadrobić je lodowym deserem z dużą ilością owoców. Tak naprawdę przewagą owoców nad lodami, bo jednak witaminy jesienią warto dostarczać w każdej dawce. Suplementację zresztą też włączyłam nam i Małemu i mam nadzieję, że jakoś tę jesień w zdrowiu przetrwamy..

Wina dajcie

Rybki i zdjęcia musiały poczekać, na nas bowiem czekała Zosia. I przyznam szczerze, że usłyszeć od teściowej zachwyt i słowa pod hasłem – schudłaś – bezcenne. Choć owe schudnięcie na razie mikre, to idzie w dobrą stronę. Wystarczyła wakacyjna zmiana w menu, nad jeziorem bowiem przerwy w jedzeniu wychodziły czterogodzinne, do sklepu było daleko przez co ilość posiłków (i podjadania) okrojona. Poczułam trochę luzu w garderobie i postanowiłam utrzymać ten styl. Trzy, cztery godziny przerwy i mniej słodyczy – przynajmniej w domu 😉

U Zosi już z tym trudniej, gdyż odbywało się świętowanie zakończenia jej pracy. Na stałe i z ogromną ulgą. Było ciacho w dwóch odsłonach, lampka wina i przegryzanie całości najpyszniejszymi na świecie winogronami prosto z ogrodu..

Swoją drogą ten widok przypomina mi grecką restaurację obrośniętą winogronami pod sam sufit. Jedynie temperatury inne i obecne ilości deszczu. Ale deszcz nic, a nic nie przeszkadzał w świętowaniu. Wręcz robił nastrój i dobrze się potem spało przy dźwiękach kropel. Na wynos dostaliśmy ogórki kiszone, słoik miodu, fasolkę szparagową w zalewie, syrop sosnowy i winogrona w zapasie. Będzie smacznie i zdrowo..

Streetdance

I faktycznie jest przyjemnie, kiedy w dzień słońce przygrzewa i można wyskoczyć jeszcze w krótkim rękawie. Weekend więc, z racji pogody, trochę plenerowy, ale też i domowy i towarzyski. Zaliczyliśmy spotkanie u chrzestnej Małego, która przyjęła nas deserem z kolorowych galaretek. Był obiad w restauracji, dla odmiany po domowej kuchni i były spacery, na nabrzeże, na Wały Chrobrego i do parku..

Znalazłam czas na uzupełnianie śpiewnika o nowe piosenki z chwytami gitarowymi, a zostało mi ich jeszcze dużo do wpisania. Pograłam trochę i wypróbowałam świąteczne przeboje, choć do świąt jeszcze daleko. Podjechaliśmy też na Międzynarodowy Festiwal Tańca Streetdance, gdzie w jury zasiadali specjaliści od różnych stylów tanecznych. Przeważały wygibasy hip hopowe i breakdance. Nie są to moje ulubione style, zdecydowanie wolę pokazy tańca towarzyskiego, ale wybraliśmy się ze względu na Małego. Podobają mu się tańce zespołowe, synchroniczne układy, a w domu sam próbuje tańczyć i niektóre jego skoki i kręcioły pod breakdance można podciągnąć. Kto wie, może pójdzie tą drogą, bo widać że muzyka i taniec go porywają..

Sądny dzień

Niedziela po części była relaksująca, odsypiałam nocne harce, poszliśmy na pchli targ, a później dotarliśmy na Wały by obejrzeć stoiska podczas Pikniku nad Odrą. Wystawców w tym roku było dużo, ale ludzi jeszcze więcej. Nie wyglądało, by ktokolwiek się pandemią, epidemią, czy choćby przeziębieniem przejmował. Tłumy wędrowały sobie spacerkiem, zajadały smakołyki, brały udział w konkursach i odwiedzały podstawione zabytkowe autobusy. My też, choć nie byliśmy tam długo, mimo ładnej pogody..

Mały zresztą z katarem, lepiej więc było zmykać w spokojniejsze rejony. W przedszkolu już większość dzieci kicha i prycha, ale tak wyglądał każdy wrzesień, więc panie nie podnoszą alarmu. Mają tylko obowiązek informowania rodziców o gorączce przekraczającej 37 stopni. Odpukać u nas tylko katar, szybko ogarnięty inhalacjami i kroplami i oby się na nim skończyło..

Jeden wyciek opanowaliśmy, drugi jeszcze w toku, gdyż przeciekające wc trudniej ogarnąć. Mężu zamienił się wczoraj w hydraulika i walczył dzielnie. Oczywiście całość rozkręciła się w chwili, gdy miała przyjść do mnie koleżanka na kawkę. Tia.. wiadomo jak wygląda mieszkanie przy armagedonie. Skrzynki, narzędzia, części i śrubki różne, w tym spłuczki stare, nowe, miski i ścierki. Idealna aranżacja na babskie spotkanie 😉 Na szczęście wizyta przeniosła się do koleżanki i tam mogłam odsapnąć. Nie na długo, jak się okazało.

Po południu miałam spotkanie z inną kumpelą, na pogaduchy podczas spaceru. Szłyśmy sobie spokojnie, dzień jasny, słoneczny, ulica pusta, a po drugiej stronie dwóch chłopaków – jak się później okazało – lat 13, z procą w ręku i durnowatym pomysłem wycelowania w naszą stronę. Oberwałam w głowę! Nie wiadomo czym, patykiem, orzechem, na szczęście nie był to kamień. Do tej pory w szoku jesteśmy, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce! Chłopaki pobiegli za róg i nie spodziewali się, że w ogóle za nimi pójdziemy. Po drodze spotkali kolegę, ale jak nas zauważyli zaczęli uciekać. Ten kolega jednak nieświadomy o co chodzi wpadł w nasze sidła. Na spokojnie wyłożyłyśmy mu, że nie warto z takimi kumplami trzymać. Wyśpiewał ich nazwiska, podał do której szkoły chodzą i był tak wystraszony, że prawie się rozpłakał. Obiecałyśmy, że go nie wydamy, że zrzucimy na monitoring. Miałam dylemat czy zgłaszać temat do szkoły, czy nie, ale dotarło do mnie, że takiego huligaństwa nie można zostawić bezkarnie! Że jeśli teraz nie zastopuje się takich durnych zachowań, to szybko pójdą w gorszym kierunku. Sprawę do szkoły zgłosiłam. Pedagog była bardzo przejęta i poważnie podeszła do tematu, trafiłam na czas lekcji wychowawczej, od razu postanowiła działać. Chłopaki zostaną porządnie nastraszeni konsekwencjami i poinformowani będą ich rodzice. Dziękowano mi za interwencję, ale przyznaję, że cała jestem zestresowana. Dla rozładowania negatywnych emocji zabieram się za sprzątanie i ciąg dalszy robienia mega porządków w szafie.

Leśne i morskie

Oprócz leśnych zbiorów spotkaliśmy i zwierzaki na swej drodze. Była wiewiórka, codziennie słyszalne stukanie dzięcioła, widzieliśmy pliszkę, a Mężuś na powrocie do domu napotkał lisa..

Nad morzem natomiast Mały wypatrzył.. kraba. I o ile oglądałam te stwory w akwariach dużych oceanariów, czy na ekranie telewizora. Tak na żywo i tuż pod nogami jeszcze nie spotkałam. Swoją drogą nawet nie sądziłam, że w Bałtyku żyją kraby. Wydawało mi się, że nasze morze jest dla nich za zimne. Tymczasem czytam, że i amerykańskie kraby do nas dotarły i azjatyckie. Nie wiem jaki był nasz, na początku tak naprawdę przypominał żabę. Był mały i trochę za bardzo zlewał się z otoczeniem, ale otoczenie potwierdziło, to był i jest krab.

Tymczasem w domu już o stworach się zapomina, za to rusza w wir spotkań i nadrabiania relacji towarzyskich. Były pogaduchy u koleżanki, wizyta u niej w domu, było spotkanie Małego z Tymkiem, dziś szykuje się kolejne. A nad jeziorem synek zaprzyjaźnił się z Bartkiem, 15 letnim kumplem, który od swoich trzecich urodzin wychowywany jest w gronie kilku maluchów. Jego mama otworzyła w domu punkt przedszkolny i cała rodzina ma niesamowite podejście do dzieci. Bartek więc z ogromną dawką cierpliwości grywał z Małym w piłkę, chodził z nim na pomost oglądać połowy, grał w gry na telefonie i siedział przy ognisku, gdy byłam zajęta grą na gitarze. Tak się zaprzyjaźnili, że kiedy wczoraj odwiedziliśmy ich w domu, nie odstępował go na krok. Rodzina Bartka podzieliła się z nami grami i zabawkami, z których ten już wyrósł. Dostaliśmy też śpiwór z motywem znanego, bajkowego auta i plecak do pierwszej klasy. Naprawdę sympatyczni ludzie, przyjaźni i pełni dobroci. Mam nadzieję, że często będziemy się z nimi widywali nad jeziorem lub na osiedlu, bo na nasze szczęście mieszkają blisko nas.

Żeby nie było tak różowo w ostatniej codzienności, po trzech tygodniach nieużywania, moje auto odmówiło współpracy, z racji sparciałej i pozbawionej powietrza opony. Pompowanie nic by nie pomogło, także konieczna wymiana sprawiła, że jestem już przygotowana do zimy. Na letnie opony nie było sensu wymieniać, a że jesień za pasem pora i do niej się przygotować. Z przedszkolem, cieplejszymi butami i długimi rękawami..

Nowy wymiar

Do tej pory, na palcach dwóch rąk mogłam policzyć noce, kiedy nie byliśmy razem. Cztery, gdy po porodzie leżałam z Małym w szpitalu, ale codziennie się z Mężem widziałam. Dwie, gdy pojechał rok po roku, na firmową wigilię nad morze. I jedną, gdy pomagał Zosi w trudnej chwili. Nie jest to więc dla nas coś normalnego, że się wyjeżdża osobno i osobno spędza czas. Nawet do tej pory nie mieliśmy ani takich możliwości, ani chęci. Z tymi chęciami to nadal nie do końca, bo po prostu lubimy być razem. Jednak gdy trwają upalne wakacje, Mężowi kończy się urlop, a jest dostępny wolny domek.. to grzech nie skorzystać. Zwłaszcza, że Mały tak bardzo lubi spędzać czas nad wodą, jak i ja.

Pojechaliśmy więc na jeden dzień razem, a potem Mężuś wrócił do domu i zostałam na tydzień z synem nad naszym jeziorem. Nie sama, bo rodzice w domku obok, ale to dobrze. Mały miał czas z dziadkami, ja z rodzicami, a i bezpieczniej w środku lasu, w razie gdyby coś się działo i np trzeba jechać do lekarza, czy po prostu na zakupy do miasta. Część rzeczy została po poprzednim wyjeździe, nie musiałam targać pościeli, kaloszy i ciepłych bluz, które praktycznie się nie przydały. Dni były upalne, wieczory często też, codzienne kąpiele od rana, zabawy w piasku i wygłupy na plaży. Pierwsze próby pływania i nurkowania, łowienie ryb z dziadkiem, mały rejs na łódce i opalanie, po którym wyglądam jak mulatka. Relaks prawie całkowity, gdyby nie trzeba było gotować obiadów 😉

W domu bez nas było pusto i cicho, więc odwiedziny mieliśmy już po dwóch dniach. Ku mej radości i jak balsam dla serca. Przy okazji, w ten dzień, załapaliśmy się na spotkanie z przyjaciółmi rodziców. Impreza na całego, przy śpiewach, gitarze i wesołych anegdotach z dawnych lat. Przyjaciele owi jeździli nad to jezioro razem z nami, jeszcze pod namioty. Najedliśmy się pieczonego szczupaka i innych smakołyków, były zawody w strzelaniu z wiatrówki do tarczy, nawet Mały mógł spróbować, przy asekuracji Taty.

Kolejne dni nabrały stałego rytmu, śniadanie, plaża i pływanie, aż do obiadu, potem spacery, gry w karty, w piłkę, rakietki różniste i wyprawy do lasu. Wieczorem na pomost podziwiać kolory na jeziorze, a potem ognisko, gitara, pogaduchy, czytanie książki i zasypianie po północy. Wakacje, jak wymarzone, a i za Mężem i za domem zatęskniłam..

Dary natury

Pakowanie na weekend mam już opanowane. Rach ciach, dwie zmiany ubrań, ładowarki, czytnik i gotowe. Kosmetyki w podwójnej wersji zawsze czekają w torbie, leki też. Tylko napoje na drogę i przekąski dokupujemy. Weekend u Zosi jak zawsze relaksujący. Trochę w domu, dużo w ogrodzie, spacer z hulajnogą, plac zabaw. Mały wybiegany na całego, śpi potem spokojnie i ma lepsze trawienie. Ja zachwycona ogrodowym światem, kwiatami i przede wszystkim świeżymi warzywami. Dawno nie jadłam ogórków prosto z krzaka, tak smacznej kalarepy i przepysznej fasolki z bułką tartą, którą się najeść nie mogłam. Żadne warzywa sklepowe, ani nawet z warzywniaka nie umywają się do tych, prosto z ogrodu..

Czekamy na borówkę, która pięknie owocuje ale jeszcze do granatowych kolorów jej kawałek..

I na najsłodsze winogrona, które jeszcze potrzebują słońca i czasu.. może pod koniec sierpnia będą gotowe, albo z początkiem września. Zosia za dwa miesiące kończy zawodową część życia, będziemy mogli przyjeżdżać kiedy tylko dusza zapragnie i kiedy tylko będziemy mieli chęć.. Miło 🙂

Zabawa i nauka

Mam wrażenie, że wróciłam do czasów dzieciństwa, tylko obecne place zabaw trzymają wyższy poziom. Na naszym była piaskownica i trzepak. Choć mimo wszystko bawiliśmy się tam świetnie. Nie było tylu zabawek, ale wyobraźnia działała i pomysłów nie brakowało. Teraz dzieci mają się gdzie wspinać, pokonywać sznurkowe przeszkody, różnej wysokości ślizgawki i możliwość jazdy na tyrolce. Naszą tyrolką był kiedyś sznurek, przyczepiony do gałęzi nad jeziorem. Teraz to nawet jest dostęp do płatnych lub darmowych zamków dmuchanych i dzieci naprawdę czasem nie wiedzą gdzie lecieć i co wybrać..

Pogoda dopisała i na spotkanie z wnuczką Hani, zakończone zresztą zabawami w domu i na nasz cotygodniowy babski wypad, który tym razem spędziłyśmy przy piątce dzieci. Było to jednak przesytem, bo przy takiej ilości trudniej o skupienie i spokojne pogaduchy. Następne planujemy w mniejszym gronie, tym dziecięcym, bo akurat kobiet przybywa.

Synek miał też dwa świetne dni ze swoimi najlepszymi kolegami. Jednym przedszkolnym, z którym nie widział się od marca i drugim z sąsiadem. Okazuje się, że ze Stasiem już się w przedszkolu nie spotka. Jego rodzice, posiadający 4 dzieci, postanowili przejść na nauczanie domowe. Uważając, że w szkole ich dzieci tracą czas, są narażone na zły wpływ niektórych łobuziaków, naciągane na gry, telefony i coraz to droższe zabawki. A na dokładkę, po próbach ostatniej nauki online, zniesmaczeni tym sposobem edukacji. Zadanie samodzielnej nauki na pewno do łatwych nie należy, ale kto wie.. może u nich się sprawdzi. Ja bym się tego chyba nie podjęła..

Mam jednak cichą nadzieję, że Tymek z góry, trafi za rok do tej samej szkoły co Mały. Byłoby im razem raźniej. Jeśli w ogóle szkoły będą działały w przedwirusowym wymiarze.. Oby. Na razie trwają wakacje i warto się nimi cieszyć. Miłego weekendu!