Kasztany, grzyby i tylko ryb brak.

Po kasztany pojechaliśmy w polecane miejsce. Jakoś późno zaczęły spadać w tym roku i wcześniej trzeba było patykiem porzucać, żeby spadło cokolwiek. Teraz wyszliśmy z niezłym dorobkiem, prawie 5 kilogramów. Zebrane na kolejną dostawę do szkoły i zaliczone do punktów zaangażowania.

Grzybów na razie niewiele widziałam, jedyne, jakie złapaliśmy to kanie od rodziców. A i oni dostali je od koleżanki znad jeziora, sami już nie mają sił na długie wędrówki po lesie. Kanie sprawdzone, z ruchomymi pierścieniami i pustą nóżką. Zjedzone w formie kotletów panierowanych, ale chyba więcej się na nie nie skusimy. Jakoś zawsze mam stres przed jedzeniem grzybów. Znam osobiście przypadek śmiertelny, gdzie od zatrucia zginął młody chłopak i zawsze mi się to przypomina. Także najbardziej lubię się z pieczarkami (PaniKa coś w tym jest;)), ale jakoś te kanie szkoda było wyrzucić.. Choć i tak drugą część zaniosłam sąsiadom, zjedli i na szczęście są cali i zdrowi.

Weekend słoneczny był, z małymi tylko przerwami na deszcz, więc udało się skorzystać z kolejnych atrakcji organizowanych dla mieszkańców i trochę pobyć też w domu. Ale o tym następnym razem, bo pora na sen już najwyższa..

Mama

I tak to, dziś urodziny mojej Mamy. Różne miałyśmy etapy naszych relacji, poprzez dziecięcą i bliską, potem buntowniczą i gniewną, praktycznie pozamykaną w osobnych pokojach i na zasadzie „daj mi święty spokój”. Po uświadomienie sobie ogromu miłości, potrzebę jak najczęstszych spotkań i codziennych telefonów. Różnimy się od siebie bardzo. Charakterem, podejściem do ludzi, do prezentów, nowych sukienek (ja uwielbiam, mama nie potrzebuje), uśmiechu do świata, do poznawania nowych miejsc (mnie nosi, mama najchętniej w domu), wydawania pieniędzy, gotowania, biżuterii, makijażu. A mimo wszystko, choć tak różne, to jednak połączone. Na zawsze. I daj Boże, żeby jak najdłużej żyła w zdrowiu na tym świecie, bo świata bez niej sobie nie wyobrażam..

Także wieczorem rodzinne świętowanie, a na razie szybkie pichcenie naleśników, żeby cokolwiek na obiad było. Poranne zakupy, pranie i poszukiwanie butów zmiennych na dodatkowe zajęcia dla Małego. Ceny tak skoczyły w górę, że za głowę się łapię. I żeby choć z ceną jakość butów poszła w górę – a to te same trampki, tylko rok temu płaciłam za nie połowę mniej. Wyszliśmy z galerii mocno zniesmaczeni, na szczęście na pocieszenie trafiłam ciepłą bluzę dla siebie (w promocji, teraz tylko tak). Przyda się na zimne poranki. Kwiaty do domu, od „pani działkowej”, też się przydadzą i trochę optymizmu wniosą..

Do syta

Na fali chęci, wypróbowaliśmy jeszcze przepis na pizzę bez drożdży. Nie jest to wprawdzie spód jak z tradycyjnej pizzy, ale duży plus, że robi się szybko i po nałożeniu ulubionych składników najeść się można do syta 👍

Nasyciłam się też weekendem w pełni. Postraszono deszczem, a w żaden dzień nie spadła ani jedna kropla. Były więc spacery, był plac zabaw z Małym, który to coraz więcej dzieci z osiedla poznaje. Było też spotkanie z rodzicami i z moimi dziewczynami na rodzinnym festynie, gdzie dzieci mogły poskakać w dmuchanym zamku, pobiegać za piłką i stworzyć wielkie bańki mydlane. Potem spacer z rodzicami do Amfiteatru, żeby i oni obejrzeli go po remoncie, a na zakończenie lody w dużym gronie. Po obiedzie zajrzeliśmy jeszcze nad Odrę i weekend minął jak sen jaki złoty..

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Rzutem na taśmę

Ostatnim rzutem na taśmę złapaliśmy dzień pięknej pogody. U nas lało, brat zrezygnował z wyprawy nad jezioro, bo i tam deszcze, tymczasem niedaleko nas w prognozie widać było słońce i temperaturę 26 stopni. Pojechaliśmy po rodziców, Brat wraz ze swoją rodzinką w drugim aucie i całą ferajną – nad morze:) Prognoza się sprawdziła, uciekliśmy z deszczu w fantastyczny nadmorski dzień.. i to z kąpielami w Bałtyku! Co jak wiadomo, nie jest oczywiste, a wręcz mocno zaskakujące. Rodzice od kilku lat nad morzem nie byli, a Bratanek zachwycony był dużą wodą i piaskownicą z nieograniczoną ilością piasku..

Po plażowaniu rodzinny obiad, potem lody i rodzice zabrali się do domu z synem, a my mogliśmy jeszcze pobuszować po sklepikach. Bransoletka z muszelek trafiona, Mały szaleje dalej z kartami Pokemonów, Mężu szukał okularów przeciwsłonecznych na następne lato, ale już koniec sezonu, więc większość przebrana. A szkoda, bo ceny wyprzedażowe, sama chętnie bym nowy strój kąpielowy upolowała (mój powoli dokańcza żywota) i może jakąś bluzę, choć niekoniecznie w kotwice;)

Wróciliśmy późno, komedia na dobry sen, a w niedzielę wyprawa na wystawę makiet z pociągami i malutkimi ludzikami do kompletu.

Komplety mega drogie, także tylko oglądanie, podziwianie wykonania i pasji, dzięki której dorośli i dzieci mają tyle zabawy.

Zjedliśmy tam obiad i z racji handlowej niedzieli kupiliśmy Małemu teczkę do plecaka – wymaganą na szkolne dokumenty. Szkoła coraz bliżej, znamy już godzinę rozpoczęcia i tylko zaskoczenie, że dzieci mają je bez rodziców. Myślałam, że zobaczę przywitanie kumpli, że udzieli mi się ten podniosły nastrój powakacyjnego spotkania. Ale nic to, odprowadzę dziecię na miejsce, pogadam chwilę z koleżankami i pora będzie rozpocząć codzienność w szkolnym wymiarze.

Wakacyjny finisz

Wakacje już na końcówce i aż wierzyć się nie chce, że za tydzień dzieci wracają do szkoły.. Ale, że Mężu miał jeszcze kilka dni wolnego, a Zakopane odjechało w siną dal, to skorzystaliśmy z upalnej pogody u Zosi. Trochę w ogrodzie, na spacerach, ale i na wyjazdach nad jeziora. Było ponad 30 stopni, więc kąpiele mile widziane, nowe okolice zwiedzone i nawet obiad w Strzelcach Krajeńskich zjedzony.

Po Męża urlopie mieliśmy wracać do domu, ale nastąpił zwrot akcji – domek u Brata się zwolnił i mogłam znowu zakotwiczyć z Małym nad jeziorem u rodziców. Szkoda było dziecię trzymać w murach podczas mega upałów, więc trochę leśnych przygód, pływania, pieczenia kiełbasek przy ognisku i leniuchowania na plaży jeszcze zaliczyliśmy. Było fantastycznie, do tego powrót pociągiem, więc radość dla dziecięcia dodatkowa, a na dworcu czekał na nas stęskniony tatuś i mąż (w jednej osobie).

Jakby pogoda wyczuła, że zakończyliśmy podróżowanie, temperatury spadły, trochę pokropiło i chmury zasłoniły niebo. Co nie oznacza, że zasiedliśmy w domu na kanapie, trafiły nam się bowiem Żagle2022, zwiedzanie okrętu ORP Toruń i długi spacer na Wałach..

Do tego wspaniałe spotkanie z Beatką, która z Danii przybyła na nasze Męskie Granie, pogaduchy z nią i odprowadzanie się tak, by jak najdłużej ze sobą pobyć w tym życiowym pędzie. Potem plac zabaw i spacery z koleżanką i jej wnuczkami, a pomiędzy tym wszystkim ogarnianie mieszkania, szop pracz nieustanny, zapełnianie lodówki (matko, co za drożyzna!) i próby gotowania, od którego po trzech tygodniach zdążyłam się odzwyczaić. Czuje się, że to już finisz wakacyjnej swobody, ale weekend przed nami i słońce też się jeszcze trochę uśmiecha. Łapiemy więc te uśmiechy na zapas i lecimy w plener. Miłego!

Północ – Południe

Po koncertowych atrakcjach i dwóch dniach na złapanie oddechu, po Trójmieście i Helu, przyszedł czas na długo planowaną wyprawę do.. Krakowa!

Już od dwóch, czy trzech lat wspominałam Mężowi, że fajnie by było w te piękne rejony zawitać. Odświeżyć moje wspomnienia po 17 latach i utworzyć nasze wspólne, gdyż on i syn jeszcze tam nigdy nie byli. Gdyby nie Paulinka z naszego blogowego świata, pewnie jeszcze kilka lat byśmy się do wyjazdu krakowskiego zbierali;) Tymczasem była i mobilizacja i ogromna chęć sprawienia jej radości w postaci urodzinowego spotkania. Przyjemność była obustronna, przyjęcie bardzo sympatyczne, a Kraków dzięki naszemu spotkaniu i poznaniu Twojej kochanej rodziny zyskał jeszcze więcej uroku:)

Udało się idealnie spasować termin, znaleźć hostel blisko Starego Miasta i połączyć zaproszenie urodzinowe ze zwiedzaniem przepięknego miasta. Nic tylko łapać i doceniać takie szczęśliwe chwile. Relacje z podróży i przeżyć, w kolejnych wpisach..

Gdańsk, Gdynia i przyjemności

Miałam siadać i pisać, tymczasem dzieje się tyle, że normalnie nie mam kiedy. Po ogarnianiu walizek, spotkania z rodzinką, spacery, plac zabaw z koleżanką i jej maluchami, a na dokładkę koncertowo! Ale najpierw zapowiadane relacje podróżne:)

Z Trójmiasta wyciągnęliśmy tyle ile tylko było możliwe na te fantastyczne pięć dni. Na pierwszy ogień poszedł zaczarowany Gdańsk, z piękną Starówką, z Bulwarem, znanym Żurawiem i na dokładkę z Jarmarkiem Dominikańskim, na który po raz kolejny udało się trafić – a tam upolowana nowa gra planszowa dla Małego i drewniana łyżka, głęboka – zawsze Mężu narzekał, że takiej nam brak, no to jest. Gdańska:)

Niezmiennie jestem tym miastem zauroczona i coś czuję, że jeszcze nie raz tu zawitamy..

Kolejnym punktem programu była Gdynia, pełna turystów i problemów z zaparkowaniem samochodu. Gdy po czterech kółkach wokół Skweru Kościuszki udało się znaleźć miejsce, wrażenie bezcenne – jakby człek trafił w totka. Wiem wiem, powinniśmy jechać pociągiem lub SKMką, ale plan był jeszcze popołudniowy z prezentami i z bluzami do targania, ciężko bez auta. Tak czy inaczej był czas na spacer, podziwianie znanych statków (Dar Pomorza i do nas czasem zawita), Nautilusa, pomników – Żagli i marynisty Josepha Conrada,

czas na sklepiki, obiad i na plażowanie też. Wiem, że to tylko skrawek miasta, którego nie da się zwiedzić w pół dnia, ale cieszę się, że wreszcie tam dotarliśmy.

Po godzinie zero, kiedy to wiedzieliśmy już, że Lena wraz z Mężem dotarli po pracy do domu, ruszyliśmy na spotkanie. Sympatyczne, w wypielęgnowanym i kwiecistym ogródku, przy herbacie i słodkościach, na miłych pogaduchach trójmiejsko-szczecińskich i sesji zdjęciowej dzieła profesjonalnego Fotografa. Później podziwianie domowego królestwa i chwilowe zapoznanie z kociakami (Frania faktycznie nieśmiała, Filemon odważny, ale śpiący po nocnych harcach:)). Gdy już się ferajna nagadała, nie mogło się obejść bez wyprawy do Mechelinek. To taki mały raj, dla mieszkających w pobliżu i spragnionych wyciszenia mieszkańców..

Po spacerze i uściskach wracaliśmy do Krakersa, na odpoczynek i zbieranie mocy do kolejnych wypraw..

Wakacyjna okazja

Po atrakcjach przy otwarciu Amfiteatru, spakowaliśmy torbę plażową i z racji pięknej pogody pojechaliśmy nad jezioro do rodzinki. Rodzice i brat koczują tam od kilku dni, zatęskniło się więc do nich, za plażowaniem i kąpielami też..

A że Mężuś złapał wreszcie kilka dni wolnego, mogliśmy zaplanować wspólny wyjazd też w dalsze rejony naszego pięknego kraju. W trakcie rozważań nad kierunkiem podróży dostaliśmy mega propozycję od blogowej Leny (Okularnicy) – darmowego noclegu w Gdańskich rejonach, połączonego z opieką nad kotem – Krakersem:)

Okazja w idealnym momencie i grzechem było nie skorzystać. Zwłaszcza, że i Lenę wraz z Fotografem mogliśmy odwiedzić i wszystkie miasta w Trójmieście zaliczyć, nawet z extra bonusem. Ale, że już w domu i noc po ogarnianiu walizek, zakupach i praniu mnie zastała, to wojaże opiszę w kolejnych odcinkach.

Amfiteatr

Weekend rozpoczęliśmy wędrówką do biblioteki. I prócz kolejnych książek do listy Małego (przeczytał osobiście już 37) spotkała go niespodzianka w postaci ulubionej koleżanki z przedszkola. Natalka wkręciła nas w plac zabaw na trzy godziny i potem w tempie ekspresowym leciałam do sklepu i obiad też na szybko produkowałam. W sobotę panowie śmignęli na rowery, a ja ogarnęłam pranie i prasowanie, by później ze spokojną głową ruszyć w plener. Tym razem spacery powiodły nas na Wyspę Grodzką z miejską plażą i leżakami. Na lody w parku, oraz do świeżo wyremontowanego Amfiteatru, który wreszcie doczekał się zadaszenia i wymiany starych ławek. W okolicy pojawiły się nowe miejsca odpoczynku, huśtawki na drzewach i oświetlenie, a przy okazji nad Rusałką utworzono letnią strefę zabaw na wodzie..

W Amfiteatrze wszystko teraz pachnie nowością, ławki są wygodne, scena i dach podświetlane, więc będzie ciekawy efekt na koncertach. Można było wieczorem załapać się na iluminacje, ale że za późno przybyliśmy oglądaliśmy je tylko sprzed wejścia. Było zbyt wielu chętnych na otwarcie, choć i tak fajnie było wyjść z Małym, z koleżankami i chłonąć letni klimat przy muzyce Heleny Majdaniec, którą uczyniono patronką Amfiteatru..