Na Nowy Rok

Po narciarskich wyczynach odezwały się zakwasy, więc żeby je rozruszać powędrowaliśmy na Krucze Skały. Niedaleko od naszego ciepłego pokoju, ale i tak nie była to łatwa wspinaczka, bo część leśna i skalna trochę oblodzone po wieczornej mżawce. Poza tym „miastowe” bez górskiej zaprawy z zadyszką też problemy miewa. Ale nic to, dzielnie dotarli na sam szczyt i z owego widoki podziwiali. Powrót drugą stroną, kończył się na Skwerze Radiowej Trójki, gdzie Duch Gór pozdrawia turystów.

Najmłodszy turysta nie byłby oczywiście sobą, gdyby i do klocków Lego nie ciągnął. Takie jego prawo dzieciństwa i uszanować trzeba, a z dziecięcej energii nic tylko i dla siebie czerpać. Także po obiedzie na wystawę jeszcze podreptali i bajkowym światem się nasycili.

I takiego kolorowego Nowego Roku wszystkim życzę. By był radosny, by się chciało tak, jak czasem się nie chce. By znalazła się chwila i na relaks, na plażę, góry, karuzelę, kino, czy co kto lubi. Żeby nie brakowało odpoczynku po pracy i by zdrowie dopisywało, żeby się tym światem i życiem móc cieszyć. Ale i z refleksją nad losem potrzebujących, z pomocną dłonią, z rozwojem dla siebie i sercem dla bliskich..

Szczęśliwego Nowego 2022 Roku! 🎉

Górskie zaskoczenia

Jako, że bon turystyczny był do wykorzystania, kilka dni wolnego u Męża, to długo się nie zastanawialiśmy i w bliskie góry wybraliśmy. Nawiązując do ostatniego wpisu – śnieg mile widziany.. Tak. Zwłaszcza w górach! Tymczasem na wyjeździe od Zosi biało i -17’C, a w najbliższych Karkonoszach +2 i śnieg tylko na szczytach. Taka oto niespodzianka na dzień dobry. A nawet się w porządne śniegowce zaopatrzyłam i spodnie narciarskie z Mężem nabyliśmy. Swoją drogą, przydały się w kolejny dzień, też z zaskoczenia:)

Pierwszy dzień tradycyjnie najpierw na obiad (ceny u Ducha gór – dwukrotnie wyższe niż nad morzem! i zaskoczenie, bo wszędzie płatność tylko gotówką), potem długi spacer głównym deptakiem, dla odświeżenia pamięci – 8 lat nas w Szklarskiej Porębie nie było.. A że szybko ciemności nastają, kolejny dzień od rana wyciągiem na Szrenicę. Przynajmniej taki był plan, silny wiatr pozwolił skorzystać z trasy do połowy. Dobre i to, zwłaszcza dla Młodego, który przejażdżką wyciągiem krzesełkowym zachwycony.

Na powrocie z wysokości dziecię nasze naszła chęć przeogromna popróbować zjazdu na nartach. W dzieciństwie ze dwa razy narty na nogach miałam, wspominałam dość dobrze, chętnie więc i ja się do tych życzeń przyłączyłam. Zaskoczenie kolejne, pędem do wypożyczalni, po karnet i na wyciąg taśmowy dla dzieci i talerzowy dla mnie. Mąż działał w kwestiach technicznych i asekuracyjnych, a te się bardzo przydały dla nas, zielonych w te klocki. Podpatrując instruktorów i idąc śladem instynktu samozachowawczego udały się Młodemu pierwsze zjazdy na małej górce. Załapał dość szybko i frajdę miał na nartach ogromną:) Ja trochę ze strachem w oczach, z wywrotką tylko przy łapaniu talerza, pozjeżdżałam sobie stylem hamującym i nieco rozpaczliwym, z większej wysokości. Do dziś czuję mięśnie, o których dawno zapomniałam. Ale było warto i może kolejny wyjazd w góry zaplanujemy głównie pod kątem narciarskim i z lepszym przygotowaniem;)

Świątecznie

Wigilijny cud rozciągnął swe działanie na całe Święta. Sprawił, że wskoczyłam w kozaki do sukienki, by na uroczystą kolację dobrnąć w śniegu. A był to wspaniały wieczór, w rodzinnym gronie – które to grono jeszcze bardziej doceniam, słuchając jak dookoła rozpadają się małżeństwa, czy odchodzą powoli rodzice i bliscy. Mam za co dziękować, dochowaliśmy się z bratem dzieci (oboje późno, ale najważniejsze, że są, bo upragnione były bardzo), nasi rodzice wspierają nas i starają się, pomimo wieku, byśmy wszyscy mogli spotkać się u nich. Co doceniam jeszcze bardziej, bo taka Wigilia jaką pamiętam z dzieciństwa może być tylko z nimi, z pysznościami, jakie tylko oni potrafią przyrządzić. Także dziękuję, że są i daj im Boże jak najlepsze zdrowie i jak najdłuższe życie, nie tylko ze względu na Święta.

Ale te są takim szczególnym czasem.. I tym razem też było przytulnie, ciepło, z kolędami i moimi próbami grania Cichej nocy na gitarze (trzeba jednak wcześniej zacząć próby, a nie tydzień przed;)). Było wzruszająco przy życzeniach i zabawnie, z naszymi maluchami, które to raz się czubią i wyrywają sobie zabawki, a raz lubią i trzymając za rękę na krok siebie nie odstępują. Młody po takich emocjach zasnął po 23ciej, a potem ciężko było go dobudzić, gdy już w trasę do Zosi się szykowaliśmy, na dalsze świętowanie. A trasa była jak z bajki.. Widoki poza miastem, niesamowite i aż szkoda, że już odwilż zapowiadana, bo takiej zimy mi brakowało.

U Zosi też smakowicie, z kolejnymi prezentami i nową grą (Super Farmer na początku wydaje się skomplikowany, po kilku rundach do ogarnięcia). Z mroźnymi spacerami (w niedzielę rano -17’C!) w skrzypiącym śniegu. Z Listami do M, bajkami dla wnuczka i jego czytaniem pierwszej książki. Nareszcie i ja miałam czas poczytać („Imię Twoje” p. Nurowskiej wciągające od pierwszej strony) i wyspać się, nie tylko w nocy, ale i po południu przy rozgrzanym piecu kaflowym. Modlę się, by za rok dane nam były znowu takie Święta i za kolejny i jeszcze jeden i jeszcze.. I nie musi być śniegu, byle były w tym samym składzie. Choć i śnieg mile widziany ❄

Wigilijny cud

Od kilku lat marzyliśmy o białej Wigilii, świątecznym klimacie nie tylko w domu ale i na zewnątrz. Oczywiście też o zdrowiu, by móc się tym cieszyć. Marzyliśmy o śniegu, by z rana Młody Książę mógł poszaleć na sankach i nacieszyć się zimą. I jest! Jest śnieg (zdrowie odpukać też) :)❄ Padał od wczoraj i całą noc, także już chłopaki śmigają z górek.

A ja życzę wszystkim takich małych cudów, nie tylko w Wigilię. Spełnienia marzeń, zdrowia, które teraz jeszcze bardziej upragnione i potrzebne. Spokoju ducha i spokoju w życiu, by nie zakłócały go żadne przykre zdarzenia. By dużo dobrego się działo i ludzie, których spotykamy okazywali serce i przyjaźń..

Miłych i radosnych Świąt! 🌲

Efekty specjalne

Lekcje zdalne to śmiech przez łzy. Widok dziecka tańczącego w ramach wf-u przy biurku, czy modlącego się na religii przed ekranem – bezcenny. Ale bezapelacyjnie wygrywa lekcja basenu u syna koleżanki. Crowl na sucho i machanie rękami przy biurku, by nadążyć za rytmem.. I to z efektem specjalnym – widokiem wody i fal na tapecie. Bareja miałby gotowy materiał na kolejną komedię.

U nas dwa dni dobre, jeden z problemami technicznymi (trzy różne spotkania w tym samym łączeniu, czy pogłos w mikrofonie nauczycielki). Do tego godzinny brak prądu i brak internetu od dwóch dni (efekt wymiany modemu, na „lepszy „, przez dostawcę neta). Tu przydaje się zapas gigabajtów w telefonie, do udostępniania dziecku przez hot-spot. Także ze zdalnymi nie do końca, ale plus, że można się wyspać, a w przerwie lekcyjnej potańczyć. Ostatnio próbowaliśmy figur z tego oto filmiku przedstawiającego, jak się zmieniał styl taneczny na przestrzeni lat. Polecam, chłopaki dają radę:)

Szczepienie Młodego za nami. Poszło bardzo dobrze, ból ręki do zniesienia i bez płaczu. Obyło się bez gorączki i żadnych innych efektów ubocznych. Odetchnęłam więc, a skoro ochrona zwiększona toteż spokojniejsza wybrałam się na spotkanie z dziewczynami. We trzy spędziłyśmy fajny czas na pogaduchach, a nasze pociechy w ilości sztuk pięć, na zabawach. I z taką pozytywną energią biorę dziś mopa pod pachę i lecę myć podłogi u rodziców. Żeby choć tak dołożyć się do świątecznego szykowania przestrzeni, na przyjęcie gości. Potem już tylko lepienie drożdżowych pierogów z Mamą i rach ciach, Wigilia..

Przedświątecznie

Niewiele znalazłam czasu na czytanie, jedynie późnymi wieczorami, przed snem. W piątek moi panowie wybrali się do fryzjera, ja w tym czasie na spacer i pogaduchy do kawiarni z koleżanką. Wymieniłyśmy się drobnymi świątecznymi upominkami, były życzenia i widzimy się w nowym roku. Sobota to odsypianie, pieczenie ryby, zakupy i powrót do domu z mopem parowym. Sprzęt poszedł w ruch i na pewno podłogi nam za to podziękują. A my za mniejszą na nich ilość bakterii i wreszcie dobry efekt mycia (wygodę też).

Popołudnie to logowanie w ZUSie i generowanie bonu turystycznego, o którym prawie zapomniałam, a przecież w marcu traci ważność i szkoda, gdyby się zmarnował. Choć z czasem dopiero się okaże czy uda się go wykorzystać – czy nie zostaną wprowadzone jakieś kolejne obostrzenia. Pożyjemy, zobaczymy.

Niedziela spacerowa podwójnie. Pierwsza tura z rodzicami, bratem i jego rodziną, druga po pysznym obiedzie w naszym gronie. Podjechaliśmy zobaczyć niewielki pomnik, słynnego z filmu, Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina – szefa wszystkich szefów. Każdy może się teraz w niego wcielić i na pewno przynosi uśmiech pozującym. A mnie kusi do przypomnienia sobie Poranku Kojota.

Ale na razie ważniejsze sprawy na głowie. Jutro Młody idzie na szczepienie antycovidowe i bardzo bym chciała, żeby dobrze je zniósł. Kciuki się przydadzą, paracetamol na stanie jest i altacet też, gdyby ręka bolała. Nasza trzecia dawka z początkiem stycznia, gdy tylko będą wygenerowane skierowania. Tymczasem Święta za cztery dni, więc oby wszyscy w zdrowiu do nich dotrwali..

Książkowe prezenty

Jarmark za nami, stacjonarna szkoła też – od poniedziałku trzy dni lekcji zdalnych i prawie dwa tygodnie wolnego. Ten czas bez problemu będzie można wypełnić czymś fajnym pod warunkiem, że pogoda dopisze i zdrowie. Do fajnych tematów zawsze zaliczam książki, choć czytanie idzie mi ostatnio znacznie wolniej. Zapadam w sen po kilku stronach, a w dzień jakoś trudno znaleźć czas. Zmobilizowała mnie do tego Beatka, przysyłając z Danii książkę w prezencie (dziękuję raz jeszcze:)). Wciągnęłam się po kilku stronach, we wspomnienia muzyczne lat 90’tych. W opowieści o U2, Nirvanie, Madonnie, REM i klimatach nowości wchodzących wtedy na rynek. Jest o modelkach, o problemach sławnych ludzi, też o serialach i filmach. W momencie, gdy opisywane jest tworzenie jakiegoś teledysku, od razu muszę go obejrzeć i posłuchać (np Freedom George’a Michael’a z modelkami z okładki Vogue’a, czy niszowy wtedy REM i „Losing My Religion”), także wzruszeniom i powrotom muzycznym nie ma końca. Czuję, że tę książkę będę czytać (i słuchać) jeszcze dłużej niż inne i dobrze mi z tym:)

A skoro już przy książkach jestem, skorzystaliśmy z dużych obniżek (120 zł taniej za komplet) i kupiliśmy Młodemu prezenty książkowe na przyszłość. Mam nadzieję, że po nie sięgnie i kiedyś z przyjemnością przeczyta. A jeśli nie, to na pewno zrobię to ja, bo na razie „Harry’ego Pottera” i „Opowieści z Narnii” widziałam tylko na ekranie. Dla chłopaka może to być jeszcze fajniejsza lektura, jeśli przypadnie mu styl i tematyka.

Na razie skończyliśmy obie części Plastusia, Nudzimisie i całą serię Muminków. Czytamy kolejny tom Mikołajka, a w kolejce Przygody dziesięciu skarpetek, Najpiękniejsza historia świata i Dzieci z Bullerbyn. W nowym roku planuję polowanie w bibliotece na polecaną przez Ms.Blond serię o małych detektywach, a w międzyczasie Młody trenuje samodzielne składanie liter na czytankach sylabowych z Elementarza, lub z serii Już czytam i Czytam Sam. Miłego czytania więc, jeśli tylko w weekend przedświąteczny znajdzie się na to czas..

Jarmark again

Kiedy zaglądam na wpisy z Jarmarków Bożonarodzeniowych, kusi mnie żeby wsiąść w auto i poodwiedzać te większe i bardziej kolorowe. U nas jakoś tak skromnie, ciasno i nie zmienia się co roku prawie nic. Może i w innych miastach każdy ma tak opatrzone ozdoby, sklepiki i właśnie warto zajrzeć na Jarmark gdzieś indziej, żeby znów poczuć zachwyt. Tylko coś termin mało sprzyjający wyjazdom, bo zaraz Święta i to w tym czasie będzie więcej wolnego. Także lądujemy wśród naszych klimatów, oglądamy te same wystawy, choinki i chyba tylko renifer się zmienia – bo nic, a nic się nie starzeje;)

Do tej pory największą atrakcją dla naszego malucha była duża karuzela wenecka, w tym roku widać upływ czasu i dojrzewanie dziecięcia. Owszem przejechał się nią, nawet dwa razy, ale raczej ze znudzoną miną i chyba z przeświadczeniem, że on już jest na to za duży! Tak. Łezka się w oku kręci, bo coraz więcej tych dziecięcych atrakcji przestaje być czymś fajnym dla dorastającego chłopaka. A mnie tak cieszyło przeżywanie razem z nim czegoś, co było dla niego nowe i nieznane. Żeby tradycji stało się zadość, zrobiłam sobie kolejne zdjęcie z synem w ozdobnej bombce (co roku takie mamy) i zmykaliśmy z tych tłumów ogrzać się w domu. Co by nie mówić, ja tam Jarmarki bardzo lubię (nic tam nie kupuję, nie jem, tylko chłonę atmosferę) i jeśli będzie możliwość, to za rok chciałabym odwiedzić ten w Berlinie, czy np poznański, lub wrocławski..

Śniegowo

Przez to podjadanie ledwo dopięłam się w świeżo zakupione spodnie narciarskie! Zbrodnia w biały dzień i to taki pełen śniegu. Na szczęście jakoś się zapięłam (w kolejne dni zmniejszyłam menu- teraz idzie bez problemu) i można było ruszyć w te kilkucentymetrowe zaspy.

Dla dziecięcia radość bezcenna – sanki, bałwanki i turlanie się z górki. Dla mnie dodatkowe pranie i wszystkie kaloryfery obwieszone mokrymi ciuchami. Ale było warto, bo przecie nic tak nie cieszy mamy, jak szczęście potomka. Także w sobotę od rana powtórka z rozrywki, tym razem w towarzystwie kolegi z klasy i jego dwóch braci. Było więc intensywnie i robiliśmy z Mężem i z M. jako pomoc do lepienia bałwanów i za siłę pociągową do sanek. Gdyby nie nasze naciski maluchy spędzały by czas na śniegu do wieczora..

Choć w sumie wieczór teraz szybciej, więc o to nietrudno. Mimo wszystko jeść trzeba, obejrzeć jakąś świąteczną bajkę też fajnie, a i w domu przydaje się pobyć trochę razem. Tylko jak tu w domu siedzieć, gdy tyle atrakcji poza nim. Na przykład taki Jarmark Bożonarodzeniowy, który co roku ten sam, a jednak znowu dajemy się skusić. Ale o tym, w następnym odcinku. Teraz pora na nasz wieczór, skoro już rozbrykany Młody zasnął snem sprawiedliwym.

Apetyt

Śnieg powrócił, na razie temperatura na 0 i jeśli się utrzyma zapowiada się sankowe szaleństwo. Młody zaciera już ręce, opatulone w grube rękawice, a ja cieszę się, że nabyliśmy z Mężem narciarskie spodnie, bo do tej pory zawsze przy takich okazjach marzły mi nogi i przemakały portki. Ale zanim sanki, spełniam się ostatnio kulinarnie. Chyba na przekór tej mojej przedpotopowej kuchni. Piekarnik może i odpada, ale trzy palniki są na chodzie, można działać. Swoją drogą podjechaliśmy wczoraj do AGD oglądać płyty gazowe i mam z nimi największy problem (piekarnik i zmywarka już wybrane). Te ze stali szlachetnej mają opinię trudnych do utrzymania czystości – plamy i rysy na porządku dziennym. Te z gazem na czarnym szkle również nie bardzo, bo sama widziałam jakie tam są mazy od szmatki, gąbki, czy ślady palców i rysy od usuwania przypalonych wycieków. Z emaliowaną powierzchnią znaleźliśmy jedną sztukę, ale też jakościowo średnio i coś czuję, że jeszcze nie raz zatęsknię za moją starą kuchenką 😉 Także korzystam z jej górnej części i tworzę. Na pierwszy ogień poszły pierogi, które lepieliśmy całą rodzinką.

Potem razem z Młodym miałam zabawę przy mieszaniu i lepieniu leniwych, tych z twarogiem – choć u nas i na te i na takie z ziemniakami wszyscy mówią kopytka. Poszły w jedną chwilę, a dziecię zjadło dwie wielkie porcje. Za to wczoraj koleżanka natchnęła mnie na tagiatelle z kurczakiem, pomidorami i rukolą, w sosie śmietanowo-serowym. Fotka jeszcze przed ugotowaniem makaronu, ale już wiem, że przepis będzie u nas często gościł. Smakowało wyśmienicie i Mężuś domagał się większych ilości.

Mam wrażenie, że wraz z nadejściem zimy powiększają nam się żołądki. Ciągle chce się jeść, znów podjadam między posiłkami (ostatnio słonecznik lub zawijańce z ciasta francuskiego z masą krówkową) i jak tak dalej pójdzie, przed wiosną trzeba będzie założyć kłódkę na lodówkę:) Miłego weekendu.