Drepcedesem

Piątkowe popołudnie spędziłam z Małym u koleżanki. Wśród dziecięcych zabaw, z pogaduchami aż do kolacji i przy zielonej herbacie (ze słodyczy jedna czekoladka Merci). W kolejny dzień weekendu odskocznia od domu, od sprzątania i spacery drepcedesem na prawie 12 tysięcy kroków..

Spacery dwa, poranny z rodzicami, z hulajnogą i poobiedni na nowym rowerze Małego. Nowym-używanym, ale w dobrym stanie i najważniejsze, że bardziej pasującym do rosnącego wzwyż dziecka. Dziecię na rowerze generowało szybsze tempo dreptających za nim rodziców, także sobotę zaliczam do niezłego treningu.

Trening ów zapisany w aplikacji naliczającej trasę, kalorie i kilometry. A później podliczony też wagowo na nowej wadze, łącznie z pomiarem tkanki mięśniowej, kostnej i ilości wody. Ciekawa sprawa i kolejna mobilizacja do działania. Chociaż po niedzieli raczej na wadze wzrost przyjdzie odnotować, bo dzisiejsze smakołyki dla nas i dla gości zapewne zostaną odzwierciedlone. Ale o gościach później, a na razie pora odpocząć po intensywnym czasie wolnym.

Wiosenny zew

Powrót do codziennego trybu od razu pomaga i przywraca równowagę, przynajmniej w temacie menu, bo w temacie wirusowym kolejna fala co energię umniejsza. Za to przerwy w posiłkach uregulowane, mniej dostępnych słodyczy, więcej zajęć i ruchu w domu. Chociaż robot odkurzający działa na pełnych obrotach, to i tak trzeba swoje ogarniać. Kurzy z mebli nie zetrze, prania nie zrobi – a to wreszcie na dwór wywieszone – bo nie ma jak zapach prania zdjętego ze słońca i świeżego powietrza. Na niedzielę zapowiadają się znajomi, którzy już rodzinnie covida przechorowali. Chcę jeszcze łazienkę wypucować i kupić kwiaty, żeby wiosnę i w pokoju oglądać. Poza domem też trochę ganiania, zakupy jedzeniowe porobione, a i małe nadprogramowe wyskoczyły. Pierwsze wyjście z naszą rekonwalescentką, którą wiozłam do szpitala na badania kontrolne, a że wyniki dobre to podjechałyśmy do sklepu ku uczczeniu tej wieści. Ona poszalała, obkupując się w sprzęty AGD i korzystając z poczwórnej promocji, ja na razie rozeznaję rynek. We mnie zresztą też obudził się zew, przeglądanie szaf i garderoby, chęć do wymiany staroci, np zepsutej wagi łazienkowej, czy nie działającej gofrownicy.

Rozglądałam się za tymi cudami przy drugich małych zakupach, tym razem z Mężem. Przy okazji szukając zestawu salaterek, lub półmisków z przegródkami do serwowania przekąsek typu oliwki, orzechy. Teraz jest taki wybór różności do domu, że tylko przebierać i wybierać. Na balkon też by się przydały nowe skrzynki, większe i ładniejsze od naszego starego plastikowego badziewia. Na balustradę już rdza wlazła od haków, a przecież istnieją skrzynki nakładane, bez przykręcania. Nic tylko ziemię kupować i sadzić cebulki zimujące, żeby na wiosnę cieszyć oko małym kwietnikiem balkonowym. Trzeba mieć jakieś zaplecze, jakby nas obostrzenia znowu w domu pozamykały. A tu krokusy już z ziemi wyłażą i wiosna z całą energią do przodu rusza, po raz kolejny za nic sobie mając wirusa..

Silna wola

Jak tę słabą silną wolę trenować, kiedy to jest się zapraszanym na babskie pogaduchy i to na dokładkę w dziecięcym gronie, które bez słodkiego się nie obejdzie. Na stół wjeżdżają ciasta i ptysie z kremem, zbliża się pora kolacji, a głód daje o sobie znać coraz bardziej;) Dwa małe kawałki poszły, ale powstrzymałam się przed większą dokładką. Drugie pogaduchy z koleżanką odbywały się już w plenerze, jedyny minus, że mało w tym było ruchu (oprócz intensywnej i sympatycznej wymiany zdań). Ale już najtrudniejszą próbą była weekendowa wizyta u Zosi i świętowanie jej urodzin. W otoczeniu podarunkowych bombonierek, ciasta i różnych innych słodkości. Poprzedzonych krokietami, rosołem i pysznym niedzielnym obiadem z mięsem oczywiście. Po którym to zapada się w sen, jeszcze zimowy, przy rozgrzanym piecu i z pełnym brzuchem..

Na szczęście pogoda dopisała, weekend cały w skowronkach i w słońcu skąpany. Aż kusił lżejszą kurtką, spacerami i świeżym powietrzem. Niby zima ma powrócić i postraszyć trochę chłodami, ale gdy marzec coraz bliżej, dni są dłuższe i jaśniejsze, zdecydowanie czuć już wiosnę..

Ostatki

Sankowe szaleństwo w weekend było chyba ostatnim tej zimy, za dnia już u nas na plusie a i deszcz od rana leje się strumieniami. Choć jeszcze w nocy z poniedziałku, na wtorek porządnie śniegiem sypnęło..

Chociaż nie raz człek mocno zmarzł, to jednak dla dziecka w takim śniegu zabawa była najlepsza. Dlatego cieszę się, że na prawdziwą zimę w tym roku się załapaliśmy. Wyjazd w góry odpadł, ale mogliśmy przynajmniej na naszej parkowej górze pośmigać..

Rodzice spędzili niedzielę w lesie świętując przez trzy godziny, przy okazji spotkania ze znajomymi, Ostatki. Ponoć były nawet tańce, których ich grupie tanecznej bardzo już brakuje. Czacza czy samba w śniegu może nie miały warunków do rozwinięcia się, ale dla chcącego nic trudnego. Na sankach tancerze nie zjeżdżali, ale mogli sobie przy okazji pooglądać zimę w pełni..

Potańczyli, pośpiewali i pora rozpoczynać okres wielkiego postu. Mama z tej okazji wzięła się za dietę, ograniczyła pieczywo, tłuste jedzenie i słodkości, od których i ja trochę uwolnić się muszę. Będzie teraz większa mobilizacja i na pewno przyda się na czas letni, pod planowane sukienki i dwa śluby (czy wesela, zależy od wirusowych obostrzeń). Na razie jem mniej mięsa, wędlin i żółtego sera, zamieniłam go na twaróg i mozzarellę. Do smarowania chleba częściej hummus, gotuję różne kasze, lekkie zupy, na śniadanie jem owsiankę lub kaszę manną z płatkami, orzechami czy ziarnami słonecznika. Planuję jeść buraki, fasolkę – ostatnio przeze mnie zapomniane, a zamiast słodyczy, owoce. Zobaczymy, jak długo wytrwam, choć docelowo chciałabym, by lżejsze menu stało się częścią codzienności, a nie tylko zrywem od czasu do czasu. Ćwiczenia na kręgosłup wykonuję już kilka razy w tygodniu i wręcz czuję różnicę, gdy przestaję je robić. Także wiem, że można się zmobilizować do zdrowszego trybu życia, zarówno w menu, jak i w ćwiczeniach. Trzeba tylko mocno chcieć i swoją (słabą) silną wolę nagiąć do postawionego sobie celu.

Gołąbki

Dwa pączki w czwartek szczęściu dopomogły i już nie siedzimy jako te styrgnięte na lodzie gołębie.

Ciepło w kaloryfery wróciło, a i z kranu nareszcie wrzątkiem źródło bije. Auto śmiga, jakby w ogóle nie chciało mnie przymrożonym zaciskiem hamulcowym wykończyć. A i ogólnie nastrój lepszy i słońce po śnieżnej burzy wyjrzało. Jak to w życiu, raz w dołku, raz na emocjonalnych wyżynach.

Z racji Walentynek, ale i bez okazji próbowałam nawet ciasto upiec – miał być sernik, wyszedł serowy naleśnik 😉 Choć czymże są kulinarne niepowodzenia (spowodowane felernym piekarnikiem), gdy wokoło bliscy wracają do zdrowia, znajomi zaprosili na dziecięce urodziny, a ukochany Mąż odciążył żonę w sprzątaniu, zamawiając cudo odkurzacz, samojeżdżący i samoodkurzający, z opcją mopowania. Skarb! I Mąż i odkurzacz. Spacer z Rodzicami też zaliczony, a święto romantyczne miło spędzone. Ze śniadaniem zrobionym przez Męża, z drobnym upominkiem i kartką walentynkową. Do tego szaleństwo na sankach, więc i Mały szczęśliwy, czegóż chcieć więcej. Może jedynie tego, żeby tak dobrze zostało na dłużej..

Ironia losu

Ilekroć zdarza się taki czas, jak ten, od razu w uszach dźwięczy mi utwór „IRONIC”. Jakże adekwatny w swej wymowie. Gdy marzy się o prawdziwej zimie, a ona i owszem przybywa, ale szokując znienacka do -12 w nocy, zasypując śniegiem po kolana i powodując w mym aucie przymrożenie tylnego zacisku przy zaciągniętym hamulcu ręcznym. Oczywiście wtedy, gdy umówiona jest ważna podwózka do szpitala. Gdy jedzie się po śliskiej nawierzchni, nie mając pojęcia o tym, że koło się nie kręci. I gdy po jakimś czasie trąbią wszyscy dookoła powodując, że nogi zaczynają się trząść na pedale gazu i hamulca. Najlepsza była rada taksówkarza – niech pani złapie jakiś kawałek czystego asfaltu. A że wszystkie asfalty w okolicy zasypane 20 cm warstwą śniegu, to już pikuś. Pan Pikuś. Cud, że dojechałyśmy! I drugi, że niedaleko szpitala był serwis samochodowy, w którego bramę po prostu ślizgiem wpłynęłam.

Po całej akcji kolejna miła niespodzianka, tym razem w domu. Zimne kaloryfery i lodowata woda w kranie, na skutek awarii w elektrociepłowni. I tak już trzeci dzień z rzędu, z tą zmianą, że woda już cieplejsza, a kaloryfery lekko grzeją. Tak do 18 stopni. Mało komfortowe, gdy wraca się z przemoczonym i zamarzniętym dziecięciem z szaleństwa na sankach i gdy posiada się dla niego tylko jedne narciarki pasujące rozmiarem. Ale nic to, ratują wełniane skarpety, swetry, koce i gorąca herbata ,wypijana litrami. Jest (nie)wesoło:)

Mniej wesoło było za to dzisiaj, kiedy to pojechałam do Lidla odebranym (po sowitej opłacie) autem, odstawiłam go. I zapomniałam o bilecie parkingowym! Nosz. Jak się chodzi tam ciągle piechotą i raz się wreszcie zdecyduje na odciążenie ramion bagażnikiem, to co się dziwić o takim zapominalstwie. Leciałam z tobołami i duszą na ramieniu, ale biletu żadnego za wycieraczką nie było. Czy ktoś się orientuje, czy spisują po numerach rejestracyjnych, czy jednak jakiś kwitek jest zostawiany?

Już nawet nie wspominam o czarnej telewizji, głuchym radiu i czarnym humorze nawiedzającym ostatnio nasz kraj. O zaciętym dziś zamku w kurtce. Czy kluczykach do auta, tkwiących w kieszeni, gdy leci się właśnie po nie z powrotem do domu, pokonując po raz kolejny kilka pięter schodami. Ale już wiem, gdzie tkwi przyczyna! Jest południe, a ja jeszcze nie zjadłam ani jednego pączka. Nic dziwnego, że słyszę chichot losu za plecami. Pora nadrobić to niedopatrzenie i pomóc szczęściu. Smacznego 🙂

Cukiernia kusi

Przymroziło

I to fest, tak jak dawniej bywało. Ale na weekend śniegiem nie sypnęło, dopiero dziś prószyć zaczęło. Z racji tych chłodów (do -9), spacery były krótkie ale mimo wszystko trochę z rodzinką i z koleżanką połaziłam. Więcej jednak w domu się siedziało, także jest ekstra ogarnięte, pościel wymieniona i już na kaloryferze wyprana się suszy. Kaloryfer w najzimniejszym pokoju non stop odkręcony, a pamiętam zimy, gdy wyłączony był całkowicie. Dla rozgrzania odbyło się też spotkanie przy gorącej herbacie, w babskim gronie, z naszą rekonwalescentką. Która już na nogi stanęła i wręcz zalecone ma kręcenie się po domu i powolne wychodzenie na dwór. Jutro jadę z nią do szpitala na zdjęcie szwów i oby szło już tylko w dobrą stronę..

Część weekendu spędziłam z nosem w książkach i nie mam na myśli tradycyjnego czytania przed snem (choć i to miejsce miało), a przebieranie tytułów z wielkiego daru od rodziców. Wzięli się oni za swoje zacne zbiory, wydzielając bajki oraz lektury na szkolny czas dla Małego. Oddając beletrystykę dla mnie i dla Zosi i upłynniając książki, do których już raczej nikt nie zajrzy. Od kiedy przeszłam na czytnik, dawno do książek papierowych nie zaglądałam. Ale kilka sobie upatrzyłam i na czas wakacyjny zostawiam. Przy plażowym piasku bezpieczniej jednak bez elektroniki. Zresztą plażowanie jeszcze kawałek przed nami, a to zagraniczne w sobotę w biurze podróży wreszcie dokumentami anulowane. Ale to co się działo w galerii, gdzie biuro się mieści, przechodziło najśmielsze oczekiwania. Kolejki ogromne, polowanie na wyprzedaże w toku i jakoś większość o dystansie zapomniała. Albo zmęczona ciągłym pilnowaniem się (kto zresztą nie ma już dość), cisnęła jeden obok drugiego w długiej kolejce. Duża część z maseczką opuszczoną pod nosem. Po szybkim załatwieniu sprawy umknęliśmy więc w plener, który mocno wyślizgany w spacerowych alejkach, ale przy takich temperaturowych okolicznościach, jeszcze się śniegiem przysypie..

Szlachetne zdrowie

Zanim bliżej lub dalej, jesteśmy tu i teraz. Z wieści mniej przyjemnych, odebrałam niedawno bliską znajomą ze szpitala. I żaden tam covid. Winna była – suszona morela. Tak. Jak widać suszone owoce mogą być przyczyną poważnej operacji, połączonej z usunięciem kawałka jelita. Nieprzetrawiony skrawek (może też być pestka z winogron lub czereśni) dostaje się dalej, przykleja do ścianki, tworzy zator i puchnie. Nawet do wielkości piłki ping-pongowej. Koszmar, leczenie wielkiej rany i długi powrót do formy.

Do formy natomiast nie wróci już pewien bezdomny. I tym razem nie owoc, a choroby wewnętrzne, brak dbania o zdrowie, higieny, lekarskiej opieki i zapewne też zimna. Pozostały po nim znicze, na murze. W miejscu, gdzie siadywał od wielu lat. Ponoć od dwudziestu. Człowiek, który kiedyś miał dobre życie. Wysoki, postawny, pracujący za młodu jako rehabilitant sportowców. Była żona, córka. I niestety, do kompletu z tym wszystkim cholerny alkohol. Niszczący po drodze niejedno już życie i niejedną rodzinę. Przechodząc obok zawsze się go trochę obawiałam, choć nikogo nie zaczepiał i krzywdy nikomu nie robił. Starzy znajomi to z nim wypili, to dali na bułkę, przywitali się, pogadali. Był człowiek i nie ma człowieka. Niestety została po nim dawno już rozbita rodzina i dziecko (co z tego, że dorosłe), które do końca życia będzie nosić w sobie wspomnienie pijanego ojca. I te znicze na murze, takie wymowne..

Tymczasem życie toczy się dalej, po podróży prania porobione, choinka i wszelkie świąteczne ozdoby do spakowania. Luty się rozkręca z minusową temperaturą, ale ponoć od połowy miesiąca powrót plusów. Galerie znowu otwarte, choć gdyby nie cynk o cennej roślinie do akwarium pewnie bym tam jeszcze nie zawitała, dopiero za tydzień na umówiony szoping. Akcja była szybka, żeby tłumów uniknąć, ale jednak po drodze złapałam kurtkę dla Małego na następną zimę. Wyprzedaże towaru trwają i teraz naprawdę mają wymiar prawdziwej wyprzedaży do 70%. Sklepy zawalone są towarem, który powinien zejść zanim wiosna nastanie. Ale zanim ona, trochę jeszcze zimy przed nami. Trzeba uważać na poślizgi, wskoczyć w ocieplane buty, nafutrować się witaminą C, probiotykami, owinąć szyję szalikiem i ruszyć w plenery, póki widoki niesamowite. Dużo zdrowia i spokojnego weekendu.

Przy piecu

U nas jeszcze śnieży, ale jednak zimowe obrazy u Zosi trochę inne niż w mieście, bardziej sielskie i leśne, z racji bliskości tegoż. Po dotlenieniu śpi się tam dobrze, a jeszcze gdy piec rozgrzany, to i noce cieplejsze. Fajnie też w ogień popatrzeć i czerwienią, po wielkiej bieli dla odskoczni się zachwycić.

Na dokładkę, oprócz syna i męża, do kota można się przytulić i z psem wyjść na spacer. Choć po śnieżnych szaleństwach, jakoś nikomu drugi raz w tę tonę ciuchów ubierać się nie chciały. Zresztą najpierw przy piecu wyschnąć musiały i mocy nabrać na dalsze spacery. Choćby te, po parapecie..

I tak coś czuję, że z podróży w tym roku wybierzemy Zosi rejony, do tego nasze jezioro, morze i jeśli noclegi zostaną odblokowane, może góry. Oby tylko zdrowie (nasze i otoczenia) pozwoliło spełnić te marzenia. A wycieczka do Bułgarii, poczeka na przyszły czas. Po telefonie do biura podróży, rozmowach o konieczności przeprowadzenia przed wylotem i po powrocie testów dla całej rodziny (koszty rosną o kilka tysięcy), rezygnujemy z zagranicznej wyprawy. Nie czuję żalu, a ulgę, bo na cóż się stresować zbiorowym transportem, być może kwarantanną po i tym, co się na miejscu zastanie. Przecież u nas też jest pięknie, widoków i zabytków nie brakuje. A przynajmniej rodzina blisko i jeśli tylko wirus odpuści, to na każdy weekend wakacji można coś wykombinować. Bliżej, lub dalej..

Wybielony

Na przekór wszelkim brudom tego świata, czasem pojawia się na nim niesamowita biel, przykrywająca puchową kołdrą wszystkie problemy. Wtedy i na duszy jaśniej się robi i wraz z dziecięcym śmiechem nadzieja się w serca wlewa.

Nadzieja pod postacią młodych, walczących, dbających i kochających. W piątek jeden taki do mnie wraz z sąsiadką przybył i spędziłyśmy czas na pogaduchach i z nim zabawach. Mały za to był po występach na dzień dziadków, elegancki w białej koszuli, roztańczony w układzie z kapeluszem. Z głową pełną wierszy i piosenek, pojechał prosto do babci recytować i obdarować ją naszyjnikiem z malowanego na kolorowo makaronu. Zosi było w nim nawet do twarzy i oficjalnie, gdyby nie kruchość tworzywa, mogłaby się na przyjęciach prezentować. Tych przyjęć wprawdzie ostatnio niewiele, ale choć dzieci z wnukiem przyjadą i babcię rozruszają.

Siebie też, na codziennych wędrówkach po lesie, na sankowych zjazdach, śnieżynkach i lepieniu bałwana. Może mikrego, ale z wielkim przesłaniem, że w końcu zima, jak należy nadejszła. Nosy i nogi wymarzły, ale pod kurtką człek rozgrzany i wyszalany. Dobrze było później napić się gorącej herbaty, zjeść smaczny obiad, a wieczorem poczytać książkę i odpłynąć szybko z zimowymi obrazami pod powieką..