W hotelowym „apartamencie”

Podróże to świetna sprawa, uwielbiam poznawać nowe rejony, a i w te odwiedzane wcześniej lubię wracać. Zwłaszcza po kilku latach, kiedy widać jak się miasta i okolice zmieniają..

Są jednak i minusy. Jak choćby spanie nie w swoim łóżku, po którym zawsze wracam z bolącymi plecami. Teraz nie jest tak źle, bo były tylko 3 noclegi, ale już po tygodniu maść przeciwbólowa i mata do akupresury idą w ruch. Od jakiegoś też czasu (po tym jak przez bakterie trafiłam do szpitala) mam fioła na punkcie czystej łazienki. Jeżdżę z własnym preparatem do mycia i dezynfekcji i na dzień dobry szoruję prysznic, wc, zlew i przecieram wszystkie półki zanim położę tam ubrania. Jeśli na dokładkę trafi się pokój w już starszym budynku (na hotele i apartamenty sobie nie pozwalamy, szukamy pokoi z własną łazienką ale w pensjonatach czy domach gościnnych), z włascicielem po którym również lata widać i brak sił do ogarniania przestrzeni, to najchętniej i własną pościel bym woziła i odkurzacz do materacy.

Oczywiście nie popadajmy w paranoję, w końcu wśród bakterii żyjemy, tych dobrych i tych złych. Ale fakt, że kiedyś na wyjazdach w ogóle sobie nimi głowy nie zawracałam. Teraz za to muszę się pilnować, żeby się płynem dezynfekującym przed wejściem do pokoju nie spryskiwać i kadzideł odkażających nie wozić;) Mimo wszystko jeździć będę, kiedy tylko okazja po temu i fundusze, bo dla tych wszystkich widoków i przeżyć – warto.

Na Śnieżkę bez śniegu

W sobotni poranek niebo bez jednej chmurki, powoli rozkręcało się ciepło, więc idealne warunki, żeby ruszyć na wyciąg i powspinać się na szczyty. Może i niskie (1602m npm), ale dla miastowych, takich jak my, stanowiące niezłe wyzwanie. Wyciągiem jechałam już kilka razy, ale za każdym jestem pod wrażeniem przestrzeni i mimo wszystko w lekkim stresie, czy się to całe ustrojstwo nie zatrzyma w locie (o spadaniu wolę nie myśleć).

Po szczęśliwym dojechaniu na wysokość 1377 m oczom ukazuje się taki oto widok, w którym punkt pierwszy wędrówki stanowi mały, żółty domek po prawej. Mały z daleka, z bliska Dom Śląski mieści wielu wędrowców i sklepik, w którym dla naszego wędrowca nabyliśmy medal zdobycia śnieżkowego szczytu.

Podejścia na ów szczyt są dwa, niższe łagodne, dłuższe i bez kamiennych schodów, drugie z łańcuchami, z zadyszką i bardziej ekstremalne. Wybraliśmy wersję hard, która to kiedyś przyprawiła mnie o łzy wykończenia – ale to ze względu na zdobywanie szczytu od samego dołu góry (ok 4 godziny wspinaczki) i z nieodpowiednim człowiekiem u boku. Tym razem było męcząco, ale wyciągiem i ze wsparciem kochanego Męża, który pomocną dłoń podawał i czekał, gdy musiałam przystanąć dla złapania tchu. Mały za to prawie wskakiwał po kamieniach, wyprzedzał nas i gdyby mógł, to biegiem by się na tę „górkę” dostał. Po wdrapaniu się, dla nas mega radość i satysfakcja:)

I w nagrodę zachwycające widoki, którymi nasycić się nie można.. Bezbrzeżna zieleń, wzgórza, szlaki, domki jak zabawkowe i ludziki wielkości mrówek. W takich miejscach nabiera się dystansu do problemów i dopiero widzi, jakim malutkim pyłkiem jesteśmy względem całego świata i natury..

A wisienką na torcie staje się przekroczenie granicy i stąpnięcie jedną nogą w Polsce, drugą po czeskiej stronie. I jak tu nie pokochać gór? No nie ma mocnych:)

Górskie klimaty

Zrobiliśmy sobie jeszcze jeden, wielki i wspólny prezent – wyjazd w góry, ku spełnieniu tak naprawdę marzenia syna, o wdrapaniu się wreszcie na Śnieżkowy szczyt. Nie udało się zimą 2020r, na Kopie sypało wtedy śniegiem po oczach i silny wiatr utrudniał oddychanie. Dziś wiemy, że dobrze się stało, bo w życiu byśmy w takich warunkach (i bez dobrego obuwia) nie dotarli. Ale zanim na szczyt, zrobiliśmy w czwartek małą zaprawę wędrując po Karpaczu..

W piątek odwiedzając Zaporę na Łomnicy, która latem i w słońcu ma więcej uroku..

Stamtąd odważyliśmy się wreszcie wspiąć na Karpatkę, skąd widok na góry bajeczny i wysiłek nagrodzony zachwytami..

Większe jednak zachwyty wzbudziły widoki ze Śnieżki, ale tam ruszyliśmy dopiero w sobotę – pilnie obserwując pogodę i poziom zachmurzenia. O tym za dwa dni, jak już się trochę po podróży ogarnę..

Prezenty

Przesympatyczny to był dzień, kiedyś jednak inaczej odbierałam świętowanie kolejnego roku życia. Teraz to jak pocieszenie pod hasłem – już tyle na liczniku – warto uczcić i korzystać z okazji, póki trwa;) A jak wiadomo prezenty na pocieszenie są mile widziane. Zwłaszcza takie od serca, od wysłuchania o czym się marzy, ale i te osobiście wyszukane, bo już od lat i sama sobie jakiś prezent z okazji urodzin robię.

Z samego rana Synek poleciał do szafy, gdzie miał ukrytą bransoletkę – wprawdzie wcześniej ją wypatrzyłam, ale to on poszedł z Tatą i kupił za swoją kasę, skrupulatnie odkładaną i liczoną. Dumny od razu przykazał założyć i najlepiej cały dzień w błyskotce chodzić. Dzień wcześniej dostałam wieści, że w paczkomacie czeka kolejna niespodzianka, ale odebrać mogę dopiero w dniu urodzin – poleciałam w mig. Zupełne zaskoczenie i radość niezmierna:) Jak tu nie dziękować, za pamięć, za przepiękne życzenia ubrane w słowa, które aż wzruszyły i za bardzo przydatne dodatki do nowej kuchni (ta rękawica silkonowa, bajer!). Była jeszcze koszulka, akurat robiłam w niej zdjęcie i znalazło się też coś fajnego dla Małego – za co i on serdecznie dziękuje:)

A potem przybył Mężu z buziakami, perfumami i kartą na kosmetyki – która niezmiernie cieszy. Po południu pojechaliśmy po rodziców, by spotkać się z nimi, oraz z rodziną Brata na lodowych słodkościach. Wskoczyłam z tej okazji w spódnicę, pazurki przybrały malinowy odcień i spędziłam fajne chwile z bliskimi. Takie dni to ja lubię i to nie koniec atrakcji, bo dłuższy weekend się rozpoczął. Niech świętuje i odpoczywa, kto tylko może.

Spiżowa i Urodzinowa

I tak to, kolejny rok po ślubie za nami. Ósma rocznica, z nazwy brązowa lub spiżowa. Ponoć po siódmej – tej niby kryzysowej, mamy co świętować i cieszyć się, że przetrwaliśmy etap chęci zmian lub ucieczki. Nie było ani jednego, ani drugiego, czyli widać dobrze nam razem:) Mężuś rano przywitał mnie pięknymi życzeniami, w kuchni słodką niespodzianką z wyznaniem miłości, a po pracy bukietem czerwonych róż. Po takich rarytasach przyszła chęć zrobienia i dla niego czegoś słodkiego – wybrałam deser piankowo-galaretkowo-truskawkowy. Łatwy w przygotowaniu, smaczny i wizualnie na plus. A, że coraz więcej nowych przepisów nabyłam sobie w prezencie zeszyt, ozdobiłam go na słodko i niedługo zaczynam wpisywać różności z poprzedniego – tylko te, które osobiście zrobię i przetestuję.

Zanim jednak deser, najpierw obiad w restauracji ku uczczeniu naszej rocznicy, która to miała być bez gotowania i relaksacyjna. Podobny dzień, a może nawet lepszy, zapowiada się dzisiaj, z racji już tylko mojego święta 🙂 Świętowanie urodzin rozpoczęłam życzeniami, prezentami od Synka i przemiłą niespodzianką w paczkomacie, od Paulinki (dziękuję Ci serdecznie!:)) Ale o szczegółach w kolejnym odcinku, bo dziś jeszcze tradycyjne spotkanie z rodzinką, na słodkościach i pogaduchach. Szybko lecą te lata, tym bardziej doceniam takie wspólne chwile i cieszę się, że mam wokół siebie życzliwe dusze.. Dziękuję!

Landszafty

Na razie podziwialiśmy krajobrazy z podróży do Zosi. Rzepak zastąpiły maki i choć też krótko bywają, to choć na tę chwilę oczy cieszą..

Trafiały się i duże pola makowe, ale jednak dominowały samosiejki, tuż przy drogach. Pogoda niesamowicie dopisała, momentami w ogrodzie było zbyt gorąco i marzyłam o naszym małym basenie, tudzież o wypadzie nad jezioro, ku schłodzeniu. Mały latał z konewką oblewając siebie i nas zimną wodą i to za letni prysznic musiało wystarczyć.

W sobotę z rana skoczyłam tradycyjnie na rynek i znowu nie mogłam się oprzeć kwiecistej ofercie. Dokupiłam dalii, pelargonii, a dla Zosi werbenę, która mam nadzieję przyjmie jej się na działce. W podziękowaniu dostałam kwiatki i od niej, wykopane z ziemi w stanie już ukorzenionym. Teraz trzymać kciuki, żeby na naszym balkonie przetrwały.

Wieczorem uciekliśmy z upału w klimatyzowaną salę kinową. Na Top Gun: Maverick, który to zyskał nasze uznanie, jako film wspomnieniowo nawiązujący do Top Gun’a z 1986 roku i jako przyjemne kino akcji, dość realistycznie nagrane i zagrane. Tom Cruise może i ma krechę za sektę i złe traktowanie żony, ale trzeba przyznać zagrał świetnie i prezentował się również na plus. Naprawdę pozazdrościć, jak niektórym przybywające lata nie odejmują prezencji. U siebie z każdym rokiem dostrzegam zmiany, które choć próbuję opóźniać, to jednak nieubłaganie w lusterku widoczne. Nic to, po ostatniej wizycie u fryzjerki (jakoś się w końcu z nową dogadałam) fryzurka krótsza, odmładzająca i na lato do szybkiego wysychania, idealna.

Kuchnia w użyciu

Okazało się, że jednak truskawki z makaronem najbardziej dla mnie. Moi panowie nadal obstają przy kotletach i innych odmianach dań mięsnych. Także pieczone skrzydełka, pieczone na opcji grilla kiełbaski i tylko modlić się, by wybiegali cholesterol. Ale tak czy inaczej patelnię z wysokim rantem zakupiłam i może potrawki z warzywami uda się poddusić. Zwłaszcza te warzywa wszędzie przemycać próbuję tylko cóż, skoro słyszę potem od Męża mego kochanego – ta zapiekanka z makaronem byłaby idealna! Gdyby nie brokuły.

Mimo wszystko nowa kuchnia cieszy mnie ogromnie. Twórców zmywarek wychwalam pod niebiosa. Tu się myje, my w planszówki, mniejsze zmęczenie, wydajniejszy piekarnik, większa moc w palnikach i aż się gotować chce. Gorzej, gdy przyjdą rachunki za prąd;) Lampki podszafkowe, piekarnik elektryczny, zapalarka w płycie gazowej, no i zmywarka co drugi dzień swoje ciągnie. Nic to, na razie podołamy. Choć ceny paliw przerażają, wizja jeszcze rosnących cen jedzenia i wszelkich innych dóbr również. A wakacje za pasem i jednak nie chciałabym by dziecię dwa miesiące siedziało w domu i na placach zabaw z kumplami (ci znowu o stresy przyprawiają wyciągając Małego). Warto o jakichś landszaftach pomyśleć, coś zaplanować w terenie i tymi wakacjami się nacieszyć. Miłego weekendu!

Truskawkove love 🍓

A skoro lato, to i truskawki. W ilości takiej, na jaką portfel pozwala. I cud, że jeszcze one nie kosztują 35 zł za kg, nie mówiąc o 260. Także zajadamy, póki są i to już słodkie. W kuchni też się wprawiam, pierwsze ciasteczka maślane (przepis od Paulinki-dziękuję Ci:)) ciut za długo w naszym piekarniku posiedziały. Następnych będziemy bardziej pilnować, bo pyszne tak, że zniknęły w mig. Jeszcze by się przydała wersja na jakimś słodziku, moja Mama nie może jeść nic z cukrem, a dla niej też bym coś upiekła. O ile więcej trzeba dodać ksylitolu czy erytrytolu, żeby był słodki posmak?

Z mniej słodkich potraw pieczarki w ziołach pieczone w piekarniku, kotleciki drobiowe i mizeria ze śmietaną – robiona w uruchomionym wreszcie robocie. Szatkowanie i miksowanie mam już opanowane, brakuje mi jeszcze robota do wyrabiania ciast. A najchętniej bym to wszystko połączyła w jednym pomocniku tak, żeby pichcenie stało się całkowitą przyjemnością. Na razie dla przyjemności truskawkowe lody i na jutro wersja z makaronem, żeby i smacznie było i sycąco.

Początek lata

Na szczęście w weekendy koledzy i koleżanki odpuszczają (przynajmniej na razie), bo czas to jeszcze rodzinny i głównie dla nas. A że festyny letnie wysypały się jak z rękawa, to po policyjnym trafiliśmy na Dni Chemika. Pokus w postaci lodów, waty cukrowej i frytek nie brakowało, ale tym razem na lodach i popcornie się skończyło. Mały natomiast nie mógł oderwać się od stoisk z zabawkami. Prym wiodły karty Pokémonów, które namiętnie zaczął zbierać i choć na jedno opakowanie naciągnął rodziców, to drugie kupił sobie z własnych oszczędności. Co oznacza, że faktycznie mu na nich zależało, gdyż do tej pory niechętnie ze swych funduszy korzystał. W tle pod to tłumne szaleństwo przygrywały postaci trochę znane, aczkolwiek nie w naszych klimatach muzycznych. Margaret i Damian Ukeje próbowali przyciągnąć trochę luda pod scenę, ale raczej z mizernym skutkiem.

Większe kolejki ustawiały się po autograf i zdjęcie do skoczków narciarskich. A tak naprawdę dziecię nasze najbardziej zafascynowane było rzutami piłką do celu i grą w piłkę nożną. Cóż, Kamil Stoch musi poczekać;)

Po takich atrakcjach i późnym powrocie, fajnie było spędzić całą niedzielę nad jeziorem u rodziców i brata. Pogoda zrobiła się w ten dzień iście wakacyjna, słońce w pełni, więc i opalanie i pierwsze kąpiele (MK, ja poczekam na cieplejszą wodę) doszły do skutku. Wróciliśmy pachnący lasem, słońcem i letnim powietrzem. Dla mnie to początek lata i to nic, że dziś trochę padało z rana. Pierwsze letnie wspomnienia, tego roku, zebrane 🌞

Samodzielność

Mały Harry towarzyszył przy oglądaniu ostatniego już odcinka serii. Aż żal, że za tydzień nie będzie ciągu dalszego, choć może i dobrze, bo przez te filmy Mały zasypia po 23. Dziś jednak zasypianie trwało kilka minut, bo dołożyło się zmęczenie po szaleństwach na Festynie Policyjnym. Dostaliśmy zaproszenie od sąsiadów (miło z ich strony) i mogliśmy wraz z nimi spędzić popołudnie, pooglądać służbowe auta, motory i doświadczyć prysznica z armatki wodnej, który – podbiegających bliżej – moczył na całego.

Dobrze, że pogoda dopisała i że sąsiadka doradziła zabrać koszulkę na zmianę dla syna. Właściwie tylko po to byliśmy „przydatni” i do załatwienia posiłków, resztę chłopaki ogarniali sobie sami. Nazbierali masę gadżetów i słodyczy, biegali po całym polu we dwóch i tylko od czasu do czasu zaglądali, czy rodzice na nich czekają.

Ta samodzielność przyprawia mnie na razie o stres i momenty przerażenia. O ile na tę dotyczącą dbania o higienę, radzenia sobie z ubieraniem, nauką, porządkami w zabawkach – jestem już gotowa, o tyle na samodzielne wychodzenie z domu, przechodzenie przez ulicę i zabawy na placu, bez naszego towarzystwa – absolutnie nie. Serce mi zamiera, gdy przychodzą koledzy i koleżanki po mego syna i pytają czy wyjdzie na dwór. Nie pozwolić, to smutek wielki dla niego (i obciach przed kumplami), pozwolić to strach dla nas. Były na razie trzy takie sytuacje, przy pierwszej i drugiej czuwałam nad dziećmi z odległości (jako ten szpieg z Krainy Deszczowców). Przy ostatniej dostałam zaproszenie do domu koleżanki (jej córka ganiała razem z Małym), która ma widok na plac zabaw z balkonu. Były nas tam 4 mamy i wszystkie na tym balkonie kwitłyśmy nie spuszczając oka z ferajny. Zrobiła nam się z tego sympatyczna posiadówka, ale mimo wszystko sen z powiek znika na myśl o dorastaniu i znikaniu z pola widzenia mojego małego chłopczyka. Ten maluch zmienia się przecież z dnia na dzień i za trzy lata będzie już początkującym nastolatkiem! Szok i niedowierzanie.. Ale cóż, trzeba się z tym pogodzić i jakoś to wszystko przetrwać, żeby nie zwariować;)