W ogrodzie

Zazdroszczę wszystkim, którzy mogą w obecnym czasie wyjść do ogrodu. Mogą się w nim poruszać bez stresu i spędzić czas z najbliższą osobą, bez patrzenia na zakazy trzymania odległości. Nie mówiąc już o radości, jaką w ogrodzie mają dzieci. Mogą szaleć do woli, ogranicza ich tylko powierzchnia terenu. Do tego kojące widoki, wiosenne rośliny i namiastka wolności..

Tymczasem pozostaje nam balkon, na który teraz nawet wyjść się nie chce. Zima ruszyła do ataku, częstuje nas jakimiś gradami, śniegiem i ochłodzeniem. Może i dobrze, bo nie kusi spacerowiczów, ale uziemia już całkiem i nerw człowieka na te ograniczenia bierze. Ponoć etap buntu jest teraz czymś normalnym, potem jest szansa na pogodzenie się z rzeczywistością i ułożenie sobie trybu życia na nowo. Niektórzy już to zrobili i świetnie sobie radzą, jak np Ania z bloga „Żyj pięknie”. Ja jeszcze trochę się motam, ale idzie coraz lepiej. Po szaleństwie domowych porządków, wyciągnęłam z zakamarków wszystkie gry planszowe, jakie mamy. I jestem pozytywnie zaskoczona, jak Mały szybko rozpracował warcaby, czy fantastyczną grę „Trio” dla 7 latków. Układamy też domino, gramy w grzybobranie, w ślimaka na planszy, czy w „Zgadnij kto” z ulubionym kiedyś McQueen’em. Mężuś nauczył syna grania w piłkę nożną rysowaną długopisami na kartce w kratkę, a ja złożyłam zamówienie na dwie kolejne gry – z nadzieją przyszłych podróży – w wersji turystycznej. Czekamy więc na dostawę „Ubongo” polecanego przez Ervi tyle, że karcianego i na „Pędzące żółwie” również w tym mniejszym wydaniu. A że słowa „mamo baw się ze mną” i „mamo, nudzi mi się” przeplatają się wzajemnie, dołożyłam też książki o „Nudzimisiach” i kilka z zadaniami dla przedszkolaków. Żeby już nikomu się nie nudziło. Choć akurat nuda to ostatnie, co teraz mi grozi. Bardziej się obawiam dzisiejszego wyjścia do Lidla, które niesamowicie zaczęło mnie stresować. Po dziewięciu dniach jednak już trzeba, brakuje nam warzyw, owoców i jogurtów dla dziecka. Także strój kosmity i ruszam, ale jeszcze rzut oka na relaksującą moc ogrodu i chwila odstresowania po tych wszystkich strasznych wieściach..

W lesie

Złapaliśmy trochę oddechu, po siedzeniu kilka dni w domu takie wyjście do lasu jest jak wyjście na wolność. Wolność, w której jednak nie oddycha się pełną piersią. Tylko z myślą, z tyłu głowy, czy aby na pewno to jest dobry pomysł. Jednak dla duszy i ciała, taki spacer to teraz niesamowita odskocznia..

Mały nareszcie wybiegany i kiedy patrzyłam jak szaleje, śmieje się i biega za piłką, to aż łzy w oczach miałam, że nie ma tak na co dzień. Koleżanka wychodzi z dziećmi codziennie, a to na piłkę, a to na rower. Mieszkają koło lasu i mówi, że niewiele osób zagląda w ich rejony. My musimy wsiąść w samochód, podjechać w okolicę, albo udać się do Zosi, bo jednak do lasu na piechotę nie dotrzemy.

Sobota okazała się łaskawa z pogodą, niedziela już z deszczem i gradem. Miałam więc czas by zająć się porządnie zadaniami z angielskiego i zrobiłam ich naprawdę dużo. Łącznie z testem kończącym kilka rozdziałów w książce. Napisałam też maila do naszej prowadzącej, żeby wyjaśniła mi kilka zawiłości. Bo naprawdę stosowanie „a”, „the” czy nie używanie owych przedrostków nadal stanowi dla mnie zagadkę. Ale cóż, w każdym języku gramatyka nie należy do najłatwiejszych. W naszym też jest dużo wyjątków i reguł rządzących się swoimi prawami.

Głowa przewietrzona i rozruszana, podjechaliśmy jeszcze zawieźć rodzicom ważną fakturę. Najpierw był plan wrzucić dokument tylko do skrzynki na listy, ale Mama nie wytrzymała i chciała się zobaczyć z córką choć na sekundę. Wizyta przez drzwi i na odległość dwóch rąk trzymających papier. Przykre przeżycie i bardzo wymowny moment. Nie można się przytulić, wyściskać, a odległość staje się koniecznością. Mam wrażenie, że rzeczywiste relacje międzyludzkie już nie będą tak swobodne. Uścisk na niedźwiedzia, zwykłe podanie dłoni.. I nie chodzi mi o rodziny, ale o młodych ludzi, którzy dopiero w ten świat zaczną wchodzić i będą próbowali odnaleźć w nim miłość i poczucie bliskości.. Oby mimo wszystko kiedyś znaleźli..

Na balkonie

Mieszkanie odkurzone, kurze wszędzie powycierane, umyta łazienka, nawet szafki od wewnątrz, w kuchni. Malowanki z Małym zaliczone, puzzle przerobione od najstarszych, do najnowszych. Sudoku dla dzieci, literkowe zabawy i trenowanie pisania. Gotujemy razem obiady, jest zabawa przy wsypywaniu makaronu, krojeniu marchewki. Kolejne książki przeczytane. Z racji niedostępności kina i najnowszych filmów wzięłam się za „Małe kobietki” i jestem książką zachwycona. Czytam wprawdzie po nocach, ale każdego dnia kilka stron się udaje. Mały już nie wie co ma ze sobą zrobić, nudzą go samochodziki, klocków nie chce układać. Pozostaje jeszcze zabawa na balkonie, nasza odskocznia od domowej izolacji. Trochę jeżdżenia zdalnie sterowanym autem, siedzenie na krześle i liczenie samochodów na parkingu.. A ja liczę nowe roślinki pojawiające się powoli w skrzynkach..

Wiosna się rozkręca, chłodzi jeszcze nocami, ale w dzień kusi słońcem. Chciałoby się nie myśleć o wstrętnym wirusie, który pozbawia nas tylu wspaniałych przeżyć. Przez którego większość spędzi Wielkanoc w odosobnieniu, oglądając się przez ekran (jeśli jest możliwość), albo dzwoniąc do siebie z życzeniami, pomimo odległości dziesięciu minut jazdy. A co mają powiedzieć rodziny rozdzielone zagranicznymi odległościami. Koleżanka, u której dopiero co byliśmy na ślubie, wyleciała z dzieckiem i mamą do Stanów, jeszcze zanim rozkręciła się epidemia. Mąż ze względu na pracę został w kraju. Wstępny termin powrotu mają na połowę maja, ale co będzie w maju? Nie wiadomo. Część lotów jest poodwoływana, poza tym strach teraz samolotami latać, pomijając już fakt kwarantanny po powrocie. Dzwoniła do mnie, że zakupy wyglądają u nich podobnie, w rękawiczkach jednorazowych, z tą różnicą, że częściej przeprowadzana jest dezynfekcja powierzchni i wózków, po każdym kliencie. Gorzej, że prowadząc własną szkołę tańca, straciła wszystkie kontrakty i nie ma już pracy. O stracie pracy słyszeliśmy też od kolegi Męża. Jego żona była przedszkolanką w prywatnym przedszkolu. Pracodawca oznajmił, że nie będzie płacił zusów za siedzenie w domu i to nie wiadomo przez ile miesięcy. Zwolnił wszystkie pracownice, z wiadomością, że kiedyś będą mogły wrócić. Kiedyś.. A co do tej pory? Nasi mężowie też pracują w prywatnej firmie. Bez możliwości zdalnej pracy z domu. Pytania o to, co będzie dalej i jak to wszystko długo potrwa, coraz bardziej zaprzątają głowę. Idę się przewietrzyć, złapać trochę oddechu. Na razie na balkon, w weekend koniecznie do lasu. Na długi spacer, gdzieś w odludziach..

Zapasy

Cieszę się, że przed ogłoszeniem epidemii u nas, zrobiłam zapasy kosmetyczne, teraz już moja ulubiona drogeria zamknięta. Dobrze, że mamy produkty sypkie, zamrożone mięso (gdzieniegdzie mocno podrożało) koncentrat pomidorowy do zup, czy sosów. Mrożonki (dzięki Ervi za przypomnienie :)), przyprawy i papier, który nabyłam jeszcze w promocji przed całym tym koszmarem. Teraz z tych zapasów można kombinować różne potrawy i to tak, by niczego nie wyrzucać i wykorzystać każdą kruszynkę.

Na ten przykład gdy się ugotuje za dużo makaronu można zrobić zapiekankę z brokułami, mięskiem jakimkolwiek posiadanym (lub bez mięsa, jak kto woli), odrobiną sera i nawet resztką ziemniaków z wczorajszego obiadu. Do tego Mężuś wyprodukował sos czosnkowy i na dwa dni był pyszny obiad.

Niestety pomimo posiadanych zapasów, najszybciej brakuje świeżych warzyw i pieczywa, gdyż jeszcze nie posiadłam zdolności jego pieczenia. Na razie zbieram przepisy na chleb z drożdżami i chleb bez drożdży (dzięki Ani i Lucii), ale póki sklepy otwarte, poszłam na polowanie. Po ponad tygodniu wybrałam się wczoraj do Lidla. Wrażenie z owej wyprawy zostanie ze mną na długo. Czułam się, jak w jakimś filmie since-fiction. Linie oddzielające od kas, pleksi przed klientem. Maski na twarzach, rękawice jednorazowe, szale ponaciągane na nosy, a i u tych odważnych, co szli na żywioł, przestrach w oczach. Nikt się nie uśmiecha, każdy z powagą wpatrzony w półki i tylko myśl, co jeszcze zabrać, żeby wystarczyło na dłużej. Wyszłam objuczona jak wielbłąd, z warzywami, owocami, jogurtami. Złapałam dużo pieczywa do zamrożenia. I za nic w świecie nie chcę tam chodzić częściej, niż to całkowicie konieczne. Zwłaszcza teraz, gdy na ulicach mogą pojawić się patrole dopytujące, gdzie to się obywatel wybiera. Z jednej strony wkurza taki brak wolności, z drugiej może to jedyne rozwiązanie by zmniejszyć rozprzestrzenianie się tego wirusiska.

Co by nie mówić, chyba przyroda postawiła na swoim. Od tak dawna ją niszczymy, że wreszcie się wkurzyła i postanowiła choć na trochę odetchnąć od ludzi, ton samochodów i spalin. Od razu powietrze czystsze, mniej turystów zaśmieca różne piękne zakątki, spadek CO2. Woda w Wenecji ponoć od ponad stu lat nie była taka klarowna i nawet powróciły do niej ryby. Tak jak to powiedział ostatnio mój Mąż.. ziemia daje znak, że bez człowieka sobie poradzi. Człowiek bez ziemi nie.

Niedostępna wiosna

Pierwszy dzień wiosny kiedyś napawał ogromną radością. Pochody z Marzanną, śmiech dzieci na ulicach. Teraz pustka i cisza. Przynajmniej gdzieniegdzie i jednak oby u większości. Część osób poważnie podeszła do akcji „zostań w domu”, część nie. Patrząc jednak na statystyki i rosnącą ilość zarażonych warto w tym domu zostać.. Przynajmniej na jakiś czas, tyle ile trzeba. Wiosna może i nie poczeka, ale życie i zdrowie są bezcenne i od niej ważniejsze..

zdjęcie sprzed tygodnia..

Słońce od rana kusi widokami, ale wiatr i ochłodzenie trzymają nas w domu. Powoli stajemy już na głowie, żeby zapewniać dziecku atrakcje. Kombinujemy rozkład dnia, żeby i mały spacer na balkonie zaliczyć. Widzę, że nie tylko my praktykujemy tę formę. Niektórzy nawet myją już przy niej okna. W tych temperaturach nie czuję się jeszcze zmobilizowana, za to w ciągu dnia podlewam już, nowo wyrośnięte roślinki. Kilka sztuk przetrwało zimę i mam nadzieję, że zostanie z nami na dłużej. Zakwitła też pelargonia schowana na czas zimy do kuchni. Jeśli koniec maja zrobi się ciepły, wystawię skrzynkę na balkon. Tymczasem czekam aż dziecię zaśnie, by nadrobić filmowe zaległości. Ale coś się nie spieszy, wypoczęte po domowym weekendzie. Szkoda tylko, że ja, mimo siedzenia w domu, jakoś wypoczęta się nie czuję. Wiosną zdecydowanie bardziej wypoczywam w plenerze. Cóż, plener musi poczekać. Izolacja wskazana.

Dane od Lucii, na życzenie Ani i ku jasności obrazu.

Domowy update

Po rozmowach z rodzinką stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy się teraz odwiedzać, ani nigdzie jeździć. Tata rozpoczął szkolenia przez wappa, Mama nie wychodzi nawet na spacer. Siedzimy w domu. Ci którzy mogą. Mężu musi chodzić do pracy, choć pojawiają się i tam przesłanki, że firma zostanie zamknięta. Ilość zarażonych rośnie i świadomość, że to wszystko jest tak blisko napawa wszystkich lękiem. Po tygodniu wyszłam tylko na zakupy, nie do dużego marketu, do małych sklepików (już nawet nie liczę ile przepłaciłam, zdrowie jest cenniejsze). W piekarni drzwi otwarte na oścież, żeby nie trzeba było łapać za klamkę. A przed sprzedawczynią szyba oddzielająca od klientów. W mięsnym, na wejściu, środek dezynfekujący i linia oddzielająca ludzi o metr od lady. Ludzie zresztą stojący poza sklepem w odstępach dwumetrowych. Kasjerki w rękawiczkach, pin pad owinięty przezroczystą folią..

To wszystko wygląda jak z jakiegoś filmu since fiction, ale fikcją nie jest. Niestety. Tymczasem trzeba jakoś funkcjonować, wymyślać zabawy dla malucha w domu, kombinować czas na ugotowanie obiadu

i na przykład wstawiać pranie podczas zajęć angielskiego. Kolejna lekcja online równie fajna. Za jakiś czas staną się te lekcje pewnie czymś normalnym, ale na razie są ciekawą odskocznią od domowej codzienności i mobilizują mnie do nauki. Przerabiam nowe zagadnienia, powtarzam czasy i różne konstrukcje zdaniowe. I zauważyłam, że przychodzi mi to już z większą łatwością. Po dwóch miesiącach pracy umysłowej głowa się rozruszała, polepszyła koncentracja, łatwiej się skupić na angielskim czytaniu i co ważne, szybciej zapamiętuję słówka. A może po prostu umysł wyciąga je z czeluści pamięci i otwiera dawno zamknięte szufladki.

Co do szufladek, nareszcie jest czas by i te domowe przejrzeć. Sytuacja mobilizuje do porządków wiosennych, przewietrzenia szaf, pozbycia się zimowego kurzu. Zrobiłam porządki w butach, wyrzucając trzy pary i znosząc do piwnicy za małe już kozaki Małego. Swoje też pochowałam, robi się coraz cieplej. I tylko szkoda, że wiosna na razie taka niedostępna..

Inaczej

Imieniny Mamy rozpoczęły się w tym roku od mycia i dezynfekcji rąk. Dziwne wrażenie nie móc się przytulić czy podać sobie dłoni na powitanie. O wyjściu do restauracji można zapomnieć, a po lody do sklepu strach iść. Tata nie daje sobie przemówić, że nie musimy mieć pełnego obiadu i deseru. On z tych, którzy pamiętają braki na stołach i czasy zdobywania produktów na zasadzie coś za coś. Zawsze starał się zapewnić rodzinie godny byt i nawet gdy padały w domu słowa – od jutra zęby w stół – to wiedziałam, że i tak skądś wytrzaśnie pomarańcze pod choinkę i skrzynkę bananów. A na patelni Mama wyczaruje karmelki i ukręci kogel-mogel w szklance. Teraz nawet strach jeść surowe jajko, za to Tata nie odpuścił i ciasto się na stole znalazło i piękne truskawki, myte wprawdzie dziesięć razy ale o dziwo już smaczne..

Trzymamy się razem, wspieramy, ale stresu się nie uniknie przy tych wszystkich strasznych wiadomościach. Na widok wpuszczania ludzi pojedynczo do sklepu czy na pocztę. Aptek, które pootwierały okna z nocnych dyżurów. Czy spotkania z koleżanką prowadzonego na odległość. Jedynie dzieci ciężko upilnować, bo na swój widok lecą i cieszą się, jak gdyby nigdy nic. Ciężko Małemu wytłumaczyć, że nie pójdziemy do Stasia, bo u nich duża rodzina i tata chodzący do pracy. Nasz wprawdzie też chodzi, ale wiem że mają o poranku badaną temperaturę i każde, nawet najmniejsze kichnięcie wyganiane jest do domu.

Zajęcia z angielskiego też inne. Prowadzone online i zaliczone jako ciekawe przeżycie. Pierwszy raz miałam taką konferencję w 7 osób, z wizją i naszym angielskim dialogiem. Pojawiały się czasami problemy na łączach, albo przesunięcie tekstu w czasie. Ale lekcja zaliczona i na następne już jesteśmy umówione. Będzie teraz więcej zadań domowych, a książkę mamy przerabiać w miarę możliwości do przodu. Zapowiada się ciekawie. Trudniej tylko o czas na te zadania i odrobinę spokoju, kiedy w domu maluch bez ustanku czegoś chce. Mimo wszystko w domu najbezpieczniej. I jeszcze czasem wieczorem trafią się takie widoki..