Trzydniówka?

Weekend poza domem byłby wspaniałą odskocznią po ostatnich przeżyciach z podwyższoną temperaturą. Jednak nie do końca okazał się dobry, gdyż temperatura powróciła. Mieliśmy więc zamienne stosowanie leków przeciwgorączkowych z przeciwzapalnymi, marudzenie malucha (dobrze, że z przerwami na trochę uśmiechu i aktywności) i jedną noc zupełnie w kratkę. Całość zakończyła się wysypką, malutkimi kropeczkami i zdecydowanie wygląda na trzydniówkę – czyli rumień nagły. Oprócz zbijania temperatury nic więcej tutaj zrobić się nie dało. Lekarka podejrzewała jakąś infekcję, ale prócz zaczerwienionego gardła wyniki badań były prawidłowe. Temperatura zniknęła równie nagle, jak się pojawiła. Zobaczymy, czy wysypka zacznie jutro mijać, jeśli nie, czeka nas kolejna wizyta u lekarza.

 

Plusem na weekend było wsparcie Zosi, nie musiałam gotować, zajmować się szykowaniem śniadań czy kolacji. Do tego zabawiała Wnuka, dawała chwile oddechu i jeszcze przy okazji dorobiła część szalika, który okazał się zbyt krótki. A do tego dostaliśmy słoik bigosu, dotację na pieluchy i mięsko na poniedziałkowy obiad. Można powiedzieć, że trafiła mi się dobra Teściowa 🙂 Mam nadzieję, że i Mężu na swoją nie narzeka.. szkoda tylko, że moja Mama jednak już starsza i sił ma mniej, ze swoim chorym kręgosłupem. 


Przez te dwa dni udało nam się raz wyskoczyć na krótki spacer, zajrzeć nad jezioro, znad którego mam miłe wspomnienia i zdjęcie zdobiące ramkę w domu. Na drzewach w pobliżu tegoż jeziora zawisły ceramiczne serducha. Myślę, że to jeszcze pozostałość z ozdób świątecznych, a może i stałe przyozdobienie. Tak czy inaczej, pasuje do otoczenia, choć wiosną i latem będzie się prezentowało jeszcze ładniej..

 

 

 

 

serducho

 


 

 

Miałam czas przeczytać „Kobietę trzydziestoletnią” Balzaca i rozpocząć „Daleko od szosy” – akurat nie oglądałam tego serialu, więc dla mnie to nowość. Zacznę od książki, a kiedyś może znajdzie się czas i na serial. Załączam z niego scenkę czereśniową, którą polecił mi Mąż dla uśmiechu i na pocieszenie, że ta jesienna zima – która ponoć obdaruje nas jeszcze śniegiem na Wielkanoc – kiedyś się wreszcie skończy..

 

 

 

 


Temperatura

Faktycznie coś w to lotto ostatnio zaprzestaliśmy grać.. czyli pozostajemy, jak na razie, przy używanych, wieloletnich samochodach, za małym mieszkaniu i marzeniach 😉 W sumie i tak raczej nie liczyłam na łut szczęścia w grze, tylko na codzienne zapracowanie na swoje, byle by tylko ta praca była.. Teraz akurat dobrze, że w niej nie jestem i że wybrałam wychowawczy. Mały przechodzi etap wyrastania nowych zębów. Kolejne dwie czwórki, tym razem na dole, próbują się przebić na świat i ciężko im to idzie. Najpierw pojawiło się marudzenie, potem gorączka, a na koniec załapał infekcję. Sytuacja jest już opanowana, ale nie obyło się bez wizyty na nocnym dyżurze. Tak to się jakoś dzieje, że kiedy już się coś większego kroi to z reguły w weekend, albo późnym wieczorem. 

 

Na szczęście kiedyś te wszystkie zęby w końcu wyrosną? 😉 Nastawiam się tylko na związane z tym atrakcje.. Dobrze, że drzemki się utrzymały i pora zasypiania. W ramach realizacji filmowego planu udało mi się obejrzeć „Perswazje” na podstawie powieści Jane Austen – trochę rozczarowała mnie główna bohaterka, ale klimat filmu mi się podobał. Choć oczywiście, gdzież mu do książki! Z tym, że oglądałam wersję z 2007r, a z tego co widzę po recenzjach lepsza jest z 1995r , ale tą zostawię sobie na później..

 

 


 

 

Wczoraj natomiast pochłonął mnie kolejny Woody Allen i jego „Tajemnica morderstwa na Manhattanie” , film pełen dialogów, tradycyjnie filozofowania. Trochę zabawny, trochę straszny, ale niezmiennie interesujący. Ubawiła mnie moda lat 90’tych i kreacje Diane Keaton, a już ten nasz odważny „mały-wielki” Woody.. 😉 Zagrane świetnie..

 

 

 

 


 

 

 

 

A dziś ruszamy do Zosi, niedawno miała urodziny, prezent czeka na wręczenie, a i Wnuczka dawno nie widziała i nie może się doczekać, kiedy zobaczy jak nasz smyk sam już chodzi. Musimy zabrać mu trochę zabawek, kaszki, jedzonko, kosmetyki do kąpieli i ubrania. Tak szczerze powiedziawszy dla Małego trzeba wziąć o wiele więcej rzeczy niż dla siebie. Choćby to była najkrótsza wizyta.. Najważniejsze tylko, żeby zdrówko mu dopisywało, bo wiem, że z wizyty u babci i zabaw z psem i kotem bardzo się ucieszy 🙂 Udanego weekendu!

Rewizyta

Lodówka zapełniona, przynajmniej na kilka dni spokój.. a może i do weekendu jakoś dociągniemy. Z racji trzymania się za kieszeń należy trzymać się i z dala od lodówki 😉 I uprawiać dużo spacerów, w dużej odległości od sklepów wszelakich.. łącznie z kupciuszkiem.

W ramach ustalania dziennego grafiku i przestawiania drzemki Syna na wcześniejszą porę, zaczęłam nastawiać budzik na godzinę 8.15. Jakoś sama 8 wydała mi się zbyt zdecydowana i drastyczna, więc te 15 minut to tak w ramach pocieszenia. Trzeba było powrócić do budzikowego budzenia, gdyż Mały potrafi sobie rano pospać nawet do dziesiątej (a ja oczywiście wraz z nim)! Potem dwugodzinna drzemka kończy się o 16 i nie było spania aż do 24. W życiu nie sądziłam, że małe dziecię może nie spać tak długo. Ileż to mocy w tym szkrabie, to podziw. Po kilku dniach stosowania metody doszliśmy do drzemki kończącej się o 14 i do zasypiania ok 22. Dużo tych godzinowych dywagacji, ale wszyscy rodzice wiedzą jakie to istotne..

Dzisiaj to już w ogóle święto, choć okupione lekkim stanem podgorączkowym na skutek wyrastającego kolejnego zęba. Synek odpłynął o godzinie 21,15 i tym sposobem mogę tu zasiąść i na spokojnie sobie popisać.


 

Po odwiedzinach u nas, zawitaliśmy do Julek. Mieszkanko małe, ale przytulne. Termin był jedyny słuszny, gdyż tata Julki przebywał akurat w podróży do Danii. Gdyby był na miejscu, mielibyśmy problem z pomieszczeniem się w ich M2, z kuchnią przerobioną na maluśki pokój dziecka i korytarzem przerobionym na jeszcze mniejszą kuchnię. Całość 38m2.. Przyznam, że jestem pod wrażeniem, jak sobie zagospodarowali tę niewielką przestrzeń, ale jednak nie zazdroszczę. Przyzwyczaiłam się do osobnej kuchni z oknem, sypialni i salonu. Choć jeśli nie będzie innej możliwości, to i u nas trzeba będzie kiedyś salon pomniejszyć. Wydzielić w nim miejsce na wyrko ścianką, a sypialnię oddać we władanie Małemu. Opcja ta mnie niestety nie cieszy i nie chodzi o to, że żałuję dziecku pokoju 😉 Wręcz przeciwnie, bardzo chcę żeby go miał. Ale po prostu uwielbiam naszą sypialnię. Łącznie z jej rozmiarami, umeblowaniem, kolorami i przytulnością.. W wydzielonej klitce, mieszczącej tylko łóżko, to już nie byłoby to samo. No cóż, może kiedyś będzie szansa na powiększenie metrażu (np ktoś by się chciał zamienić z trzech pokoi na dwa). Zobaczymy co los przyniesie. Grunt, że mamy gdzie mieszkać. A i nasze nowe znajome się z tego cieszą (po cichu też marząc o nowym, większym, mieszkaniu). 

Dzieciaczki bawiły się super, Julka to spokojna dziewczynka, o temperamencie podobnym do naszego smyka. Też taki typ obserwatora, który najpierw musi się trochę oswoić z ludźmi i z miejscem, by dopiero potem się rozkręcić.

Dziś spotkałyśmy się na spacerze i przyznam, że miło nam się rozmawia. Aga pełna równowagi wewnętrznej, przyjazna i otwarta. Dużo opowiedziała mi o sobie, perypetiach z byłymi facetami i poznaniem męża na sympatii 🙂 Można powiedzieć, że mamy na osiedlu drugą koleżankę, choć na razie spokojnie do tego podchodzę. 

 

Z wieści zaskakujących – brat, po wielu latach pracy mógł sobie pozwolić wreszcie na zmianę auta i zaproponował nam sprezentowanie swojego obecnego. Przyznam, że to pierwszy jego taki gest. Kusząca jest opcja wymiany 20 letniego auta (które niedługo zmieniłoby charakter na zabytkowy) na prawie 14 letnie z przystępnym przebiegiem i po wizycie u mechanika. Z jednej strony jest się z czego cieszyć. Ale z drugiej to smutne, że człek nie może sobie po prostu, pewnego pięknego dnia, wejść do salonu i wyjechać zeń „nówką nieśmiganą” 😉

Chyba, że to lotto? Nadzieję zawsze warto mieć. 

 

„I have the same choises as You do”

 

 


Rubik rządzi

Minął weekend wypełniony oglądaniem zawodów speedcubingu. Trochę jak dla mnie miejsce było nietrafione, bo w galerii handlowej i w przejściu, gdzie momentami robiło się tłoczno. Ale dało się pokibicować układającym, więc nie ma co narzekać. Mężu mógł sobie na żywo obejrzeć zawodników podziwianych do tej pory w necie. Wśród nich był debeściak Michał Pleskowicz, mistrz świata z 2011r w układaniu rubika na czas, z rekordem 8,65 sekundy! Od tego czasu rekord został już pobity, ale nasz rodak i trzeba go chwalić 🙂 Wygrał wczorajsze zawody bezapelacyjnie, zarządził w układaniu kostki jedną ręką i w ogóle klasa.

(tu niedawno odkryty filmik o powstaniu kostki Rubika )

 

 

 

 


 

 

 

 

Udało się też zobaczyć konkurencję układania z zamkniętymi oczami, niestety nie trafiliśmy z czasem na układanie stopami – co jak dla mnie w ogóle jest zdolnością kosmiczną, ale jak widać możliwą do realizacji. 

 

Przy okazji mogliśmy podziwiać dwie mozaiki, ułożone z kostek. W pierwszy dzień ekipa RubiART stworzyła Minionka z 4000 kostek Rubika

 

 

 

 

mozaikowy Minionek

 

 

 

w drugi powstał obraz z podobizną Lewandowskiego, do którego użyto 4070 kostek – bijąc tym samym rekord Polski w tego typu dziełach 🙂

 

 

 

 

mozaikowy Lewandowski

 

 

 

 

Mały oprócz bicia brawo i mieszania kostki Taty, trenował też chodzenie po sklepowych kaflach. Na szczęście nie zabrakło wcześniejszych spacerów – żeby nie było, że taki niedotleniony przed dwa dni 😉

 

Obiady jedliśmy na miejscu, ku mojej radości, gdyż nie musiałam gotować. Co zaowocowało odrobiną czasu i w porze jednej z drzemek obejrzałam „Pannę Julię” , dramat uczuciowy na troje aktorów z Colinem Farrellem w roli uwodzonego i uwodzącego lokaja. Film dość męczący jak dla mnie, za długi, ale dobrze zagrany. Nakręcony na podstawie dzieła szwedzkiego dramaturga Augusta Strindberga. Domyślam się, że w formie pisanej bardziej by mi się podobało, bo z reguły wolę książki od filmów. Ale akurat przy moim codziennym czytaniu nadrabiam i ekranowe zaległości. „Nieracjonalnego mężczyznę” też wreszcie dokończyłam i tu filozoficzne dywagacje Woody’ego Allena na temat uczuć, życia i śmierci znalazły moje uznanie. Idąc więc za ciosem ustawiam sobie na kolejny seans „Tajemnicę morderstwa na Manhattanie”, kostiumowego „Huzara” z Juliette Binoche, „Perswazje” ekranizację Jane Austen i „Upiora w operze”. Oczywiście to na razie w planach i zapewne po kawałku, ale jak to się mówi – dla chcącego nic trudnego 😉

 

Tymczasem przyziemna sprawa zapełnienia pustej lodówki wygania mnie do sklepu, a i przyda się dokupić coś słodkiego na kawę dla chrzestnej Synka, która odwiedzi nas na dniach. Nowy tydzień jak widać już się powoli rozkręca.. Have a nice day!

Planeta że ho ho

Nie dość, że się udało wyjść, to na dokładkę było.. WYŚMIENICIE! :))

 

Dzień zaczął się miło od buziaka i śpiącego malucha w poprzek naszych poduszek. Później dostałam walentynkę i miałam czas na relaksującą kąpiel w pianie. Chłopaki poszli na spacer, potem drzemka i chwila na przytulanki..

 

 

 

 

miło :)

 

 

 

 

Obiad w domu i wyrobiliśmy się przed czasem. Mały odwieziony do Dziadków od razu zaczął tam szaleć, a ja po cichu przekazałam Mamie jedzonko dla niego, deser owocowy i sok. W wygodne dresy przebrałyśmy go jeszcze w korytarzu, a potem siup do auta. Mąż już czekał, silnik odpalony i mogliśmy ruszyć na nasz wolny czas. Zdążyliśmy odebrać bilety i jeszcze zjeść kolację przed filmem. W kinie ludzi pełno! Nasza sala wypełniona po brzegi, zostały jakieś pojedyncze miejsca w ilości kilku sztuk. Gdybyśmy wcześniej tej rezerwacji nie mieli, byłoby krucho.. A tak można było się wygodnie rozsiąść, przytulić i obejrzeć.. no właśnie. Nastawiłam się na tradycyjną, lekką komedyjkę o romantycznym zabarwieniu. Nie czytałam wcześniej żadnych recenzji, więc myślałam, że będzie tak sobie, a tu niesamowita niespodzianka! 

 

 

 

 

 

 

 

„Planeta singli” okazała się rewelacyjnym filmem! 🙂 Dawno się tak nie śmiałam w kinie, ale była też głębia, były i wzruszenia. Łezka mi poleciała, a i Mężu nie był od tego daleki. Fantastycznie się bawiłam, cała widownia rozbawiona i na pewno kiedyś jeszcze raz z chęcią ten film obejrzymy. Nawet i trzy razy, a co.. lepsze było niż „Listy do M”, dużo lepsze. Humor świetny, piękne zdjęcia, Maciek Stuhr dawał z siebie wszystko i jak zwykle pierwsza klasa, a niektóre sukienki Ani – jak marzenie.. Aż mi szkoda było, że tak szybko minęły te dwie godziny – trzeba mieć „Planetę..” nagraną, jest dobra na poprawę nastroju. Polecam..

 

Korzystając z drzemki Syna ruszam do Balzaca, pochłonął mnie „Bal w Sceaux” i uczuciowe perypetie pewnej wybrednej szlachcianki. Ten romantyzm ciągle mi w duszy gra.. tego się chyba nawet z wiekiem nie da pozbyć 😉

Filmowe przedWalentynki

Zaczęło się wprawdzie niefortunnie – film ustawiony, Mały pięknie drzemie, zasiadam sobie z paczką słonecznika do chrupania i.. już mam rozpocząć oglądanie „Nieracjonalnego mężczyzny” Woody’ego Allena 

 

 

 

 

 

a tu dzwoni Mama na pogaduszki. Bardzo często rozmawiamy, prawie codziennie i zawsze jest o czym, więc ponad dwadzieścia minut drzemki minęło. Wracam do filmu, po 15 minutach, kiedy to nawet akcja się nie rozkręciła spoglądam w wyciszony telefon, a tu pięć połączeń nieodebranych i sms z wykrzyknikami – zaraz będzie u Was kurier!! Nosz! Lecę zdjąć słuchawkę z domofonu, ale nic to nie dało.. intensywny dzwonek budzi śpiącego królewicza i zaczyna się płacz i zgrzytanie zębami 😉 No cóż.. dziękujemy wujkowi Jackowi, za miłą niespodziankę. Samochód bardzo fajny i to nic, że dziecię będzie się mogło nim pobawić dopiero, jak skończy trzy lata – nawet na opakowaniu jak byk napisane – w razie czego, my już możemy. A film dokończę sobie w następnym tygodniu. Uznam, że taka była długa przerwa na reklamę 😉

  

Za to dziś, wprawdzie na dwie raty, ale obejrzeliśmy sympatyczny, lekki film – choć o głębszym przesłaniu – „Praktykant” z Robertem De Niro. O zabieganiu w dzisiejszych czasach, o mailach, które zastępują zwykłą rozmowę. O tym, że mężczyzna z klasą choć czasem powinien założyć marynarkę i nosić przy sobie chusteczkę, żeby dama miała w co uronić łzę. Może film nie okazał się komedią, ale fajnie się oglądało.

 

 

 

 

 

 

 

 

Później poszliśmy na słoneczny spacer nad jeziorko, zjedliśmy kolację na mieście i lody na deser. A jeśli wszystko dobrze pójdzie w nasze małe niedzielne święto, to zasiądziemy w kinie na „Planecie singli”. I nieważne, czy to będzie film wysokich lotów, czy nie. Chcę wyjść z Mężem na randkę, chcę by było sympatycznie, miło i przyjemnie.. Czy się uda? Zobaczymy 🙂  

Chodzik

Ponieważ jesteśmy na etapie prób chodzenia, więc temat chodzików, pchaczy, kapci profilaktycznych czy butów w teren, są teraz na porządku dziennym. Dziadek przypomniał sobie o chodziku wiklinowym, jaki my mieliśmy przy stawianiu pierwszych kroków

 

 

 

profesjonalny

fot. wiklina.net

 

 

i postanowił skonstruować takie cudo własnym nakładem 🙂 

Chodziki wiklinowe są już jednak mało popularne, a i cenowo drogie. Zamieniły je wszelkie pchacze z kółkami czy grające chodziki, w których się siedzi. Pchacze mają jednak to do siebie, że łatwo o kontuzję i dziecko idące niestabilnie szybko się przewraca z tymi plastikowymi kółkami. Te drugie z kolei nie wzmacniają nóg, bo cały ciężar ciała opiera się na siedzonku. Obecnie więc Mały trenuje u Dziadków w leszczynowej konstrukcji mocowanej taśmą 😉 i całkiem dobrze mu to idzie.. Jeszcze tylko trudno wyrobić zakręty, no i przeszkody są nie do pokonania. Sięganie po zabawkę też stało się utrudnione, ale za to jak się rozpędzi na prostej, to idzie stabilnie cały dumny i zadowolony z siebie. Dziadek też dumny, że się jego chodzik sprawdził w praktyce.

 

 

 

 

hand made

 

 

 

 

Ostatnie noce na szczęście zaliczamy do udanych, 10 ząb już się przebił i nareszcie zapanował błogi spokój. W poniedziałek odwiedziła nas Kasia, kiedy Mały zasnął miałyśmy czas na pogaduchy o sprawach firmowych, o poszukiwaniu przez nią pracy, jej rodzinie i marzeniach. Po południu natomiast skoczyliśmy wydać ostatni bon świąteczny, na zupełnie podstawowe zakupy. Złożyłam też zamówienie w internetowej aptece, by skorzystać z ostatniej wypłaty i zrobić sobie zapas kosmetyków i witamin na nadchodzące chude miesiące. Zaopatrzyłam się w szampon leczniczy do wymagających włosów i kremy do mojej mieszanej cery – ciągle nie mogę trafić na dobry specyfik, który będzie i nawilżający i matujący, a jednocześnie nie będę po nim miała różnych niespodzianek. Przy okazji zapas herbat na odporność dla Synka i kosmetyki dla Amelek, bo wiadomo, że razem łatwiej o brak opłat za dostawę. 

 

Wczoraj zawiozłam Rodziców na śledzika, a sama podskoczyłam z ciastkami do Hani córki, by podziękować za walentynkową rezerwację w kinie. Niby tyle jeszcze było czasu do 14-go, a tu już wyjście całkiem zaraz, bo w tą niedzielę. Ten czas mógłby się opamiętać, bo się człek nie zdąży obejrzeć, a już lato będzie..

Choć na razie idzie zapowiadane ochłodzenie i z racji dzisiejszego porannego deszczu ruszyliśmy do Amelek na dziecięce zabawy. Widać jak nam szkraby szybko rosną, jak się zmienia ich wygląd i jak już poszły w górę.

 

Zaczęłyśmy rozmawiać o przedszkolu i przerażenie nas wzięło, że dopiero początek lutego, a tu już zero miejsc w naborze na ten rok!? A dyrektorka przedszkola mówiła (byłam osobiście), że dopiero w lutym się zaczyna zbieranie podań, to jak? To od kiedy trzeba składać papiery, żeby choć próbować się dostać? W starym roku, czy od stycznia, bo już jestem kompletnie zakręcona w tym temacie..

Lata lecą i ptaki lecą

Sąsiedzi bardzo zapracowani i niestety nie udało im się dotrzeć na wizytę, za to my byliśmy trochę u nich. Teraz Mały co wychodzimy z domu, to pokazuje ręką na ich drzwi i chce iść w odwiedziny do Lenki, albo jak twierdzi Mąż – do jej zabawek 😉 


Mały postawił już samodzielnie pierwsze kroki! Na razie pojedyncze, ale całkiem bez trzymania. Staje twardo na nogach, nie chwieje się i potrafi w tym samym czasie trzymać coś w rękach lub pokazywać na inne rzeczy. Także niedługo ruszy nam Synek przed się 🙂 Sam też potrafi już zsunąć się z łóżka, tak jak go uczyliśmy, z leżenia na brzuchu. Ale ma jeszcze zapędy, że pcha się głową w dół i trzeba go mocno pilnować. Rozpoczęłam właśnie wychowawczy – chciałabym by ten czas był wypełniony po brzegi i zabawą i nauką, choćby kolorów, kształtów i pierwszych słów. Od strony finansowej nie będzie lekko, ale muszę się nastawiać, że damy radę. Już wcześniej odłożyliśmy trochę na wakacje, żeby nie być całkowicie pozbawionym wyjazdu nad jeziorko czy choć kilka dni nad morzem. Tata zresztą zrobił nam już wstępną rezerwację, choć to jeszcze kawałek czasu do lata.


 

W piątek przyjechała do nas Babcia, pobawić się z Wnukiem i popilnować go, żeby mogła spokojnie ogarnąć kuchnię, naczynia i obiad. Potem pojechaliśmy do nich, żeby i Dziadek miał trochę radości przy naszym szkrabku. Fajny czas i ciągle chcę by takich chwil było jak najwięcej. Robię zdjęcia, nagrywam filmy, ale niestety czasu nie zatrzymam.. A upływ ten widać na każdym kroku, u siebie, czy na twarzach innych. Wczoraj na ten przykład obejrzeliśmy „Creed” z Sylvestrem Stallone i jakże mi się serce krajało, na widok tak fajnego aktora posuniętego już tak w latach.. Film nie do końca mi się podobał, słabe dialogi i trochę mało emocji, ale chcieliśmy zobaczyć, bo Rocky to jednak legenda..

 

 

 

 

 

 

A dzisiaj z racji pięknej, prawie wiosennej, pogody ruszyliśmy na spacer. Dawno nie dotarliśmy nad jezioro, a i jakoś kaczek w tym roku jeszcze nie widzieliśmy. Trzeba było to nadrobić i pokazać dziecku, które już bardziej świadomie rozgląda się po świecie i otoczeniu.

 

 

 

 

kwa

 

 

 

 

Było tak ciepło, że musiałam zdjąć sweter. Prawie 10 stopni i słońce od samego rana. Ciekawe czy jeszcze dopadnie nas mróz? Dzisiaj już było widać wracające ptaki, piękny klucz na niebie.. Na razie jest optymistycznie ale mimo plusowej temperatury lodowiska jeszcze trwają. Jak dobrze pójdzie pod wieczór wyskoczę na kolejne łyżwy 🙂 Miłej niedzieli..

 

 

 

 

błękit

Lenka i Witek

Temat pierwszych butów zaprząta mi teraz głowę. Polecane, usztywniane i profilaktyczne kapcie do nauki chodzenia będą chyba dobrym rozwiązaniem na początek. Ale czytałam też artykuł, że ta ich sztywność sprawia, że dziecko może się czuć tak jak my w butach narciarskich. Niby tylko zapiętek powinien być sztywny, więc już sama nie wiem. W ofercie lidela pojawiły się buciki, takie na pierwsze kroki – ani nie miały usztywnianego zapiętka, ani elastycznej podeszwy. Jedynym ich plusem była cena.. Nie skusiłam się. Trzeba chyba będzie jednak wysłupać coś więcej, by ta noga miała prawidłowy start. 

 

Początek tygodnia nie powitał dobrą pogodą i poniedziałek spędziłam z Małym w domu. Wiał taki wiatr, że głowę urywało, a po drzemce doszedł jeszcze deszcz więc zostaliśmy zmuszeni do siedzenia w czterech ścianach. Po tych 12 godzinach stwierdziłam, że nie ma tak. Coś trzeba wykombinować, żeby nie zwariować 😉 Na drugi dzień po spacerze zawędrowałam do sąsiadki. Usłyszałam, że ich córka wróciła już z przedszkola i daje koncert w domu. Jak zapukałam, to Kinga myślała, że przyszłam ich obsztorcować, że płacz Lenki budzi mi syna. Tymczasem ja przybyłam z odsieczą – i naszą obecnością na pocieszenie. Lenka ma 2,5 roku i od razu zaprowadziła nas do swojego małego pokoiku, do sterty swoich zabawek. Sąsiedzi wynajmują mieszkanie od znajomych, którzy wyemigrowali do Danii. Dorota mówiła, że jadą na rok.. okazuje się, że nie zamierzają wracać minimum przez 7 lat. A coś tak przeczuwam, że po tym czasie okaże się, że nie wracają wcale. Wprawdzie ich syn z wielkim bólem klimatyzuje się w nowym kraju, robi awantury, ucieka w sklepie i bije się z kolegami w przedszkolu. Ale liczą, że z czasem się w końcu oswoi. Tymczasem nasi nowi sąsiedzi cieszą się, że będą mogli tu zostać na tak długo, gdyż chwalą sobie i mieszkanie i okolice, a najchętniej zostaliby tutaj na stałe. Ja za to zadowolona, że się zapoznaliśmy i że Mały ma nową koleżankę. Po zabawach u nich, zaprosiłam ich do nas i jak tylko będzie czas to będą nas odwiedzać. 

 

Wczoraj na spacerze spotkałam się z kolejną nową znajomą – Agnieszką. Pracuje jako niania, u koleżanki i z jej synem Witkiem wychodzi czasem na plac zabaw. Zagadałam ją kiedyś, jak jeszcze nie miałam wychowawczego, czy zostałaby nianią naszego syna. Ale ona sama ma trzech synów i dodatkowy Witek w zupełności jej wystarcza 😉 Przy okazji znajomości obdarowała nas już trzema reklamówkami ubranek! Świetne ciuchy, w dobrym stanie, niektóre w ogóle nie używane. Rozmiary takie, że i na już i na kolejne lata mam zapas. Przyda się wszystko, więc miło z jej strony, a i było za co dziękować. Przy okazji zagadałam, czy by nie miała chęci trochę odsapnąć i przybyć z Witkiem do nas na zabawy i tak oto mieliśmy dziś wesoły poranek. Fajnie, że wreszcie pojawił się u nas jakiś chłopak, bo jak do tej pory to tylko koleżanki w zasięgu syna. Wprawdzie  letni Witek na początku był zestresowany, cichy i trochę płaczący, ale z czasem się rozkręcił. Pociąg i piłka poszły w ruch, było śpiewanie piosenek, zabawy samochodami i wyrywanie sobie klocków. 


 

Jeszcze jak dojdzie do skutku popołudniowa wizyta Lenki z rodzicami, to oby Mały dał radę zasnąć, po takim dniu pełnym emocji 🙂 Ja to się bardzo cieszę i będę zabiegać, by synek miał kontakt z innymi dziećmi, żeby czuł się swobodniej, kiedy pójdzie do przedszkola. Planujemy też wysłać go na jakąś rytmikę, czy inne zajęcia grupowe, bo jednak dzieci które były w żłobku szybciej się adaptują i odnajdują w grupie. Ale to dopiero jak skończy dwa lata, a teraz byle do wiosny! Wtedy więcej maluchów pojawi się na placach zabaw i dzieciaki same będą się ze sobą zapoznawać i bawić. 

 

 

 

A z chłopakami