Nie godzę się

I głośno krzyczę, że chciałabym, by było spokojnie i żyło się normalnie, bezpiecznie i ze świadomością, że ktoś o nas dba, że nie podoba mi się odbieranie prawa wyboru, kobietom, mężczyznom i rodzinie. Że nie można bezprawnie odbierać wolności. Że kraj nasz zamienia się w jakiś chory świat, w którym strach żyć i w którym zaczynam się martwić o przyszłość mojego dziecka i kiedyś jego rodziny. Że w tak osobiste sprawy mieszają się kościół i rządzący.

Na manifestacji protestujących było wielu, czy jednak te głosy zostaną wzięte pod uwagę? Czy ktoś tam na górze w końcu się obudzi? Czy wreszcie naszym krajem zacznie rządzić ktoś, kto ma na uwadze dobro ludzi tu żyjących?

Wulgaryzmy przez gardło mi nie przeszły i nie wszystkie okrzyki popierałam. Bo ja wcale nie chcę wojny, wręcz przeciwnie, chcę pokoju, spokoju i wolności wyboru, w każdej kwestii. Na przekór wszystkiemu lubię ten kraj, tu jest mój dom, moja rodzina i chciałabym, by i mój syn tutaj został i mógł godnie żyć..

Trochę

To „trochę” z lepszą energią nie trwało zbyt długo. Dookoła smutne wieści, u bliskich mi osób wirus w rodzinie, u koleżanki brat odchodzący za tęczowy most, któremu już pomóc nie można i tylko pożegnanie zostaje. Rodzice moi coraz bardziej zestresowani, tracący siły na siedzeniu w domu i słuchaniu tych wszystkich ciężkich wiadomości (teraz jeszcze ataki we Francji, jakby wirusa było mało). Od czasu do czasu Tata jedzie w sprawie pracy, albo na zakupy się wybiorą . Mama dzwoni codziennie z zapytaniem, czy jesteśmy zdrowi, jak się czujemy. Słychać stres i troskę.

Tymczasem jakoś się trzymamy, życie toczy się dalej, trzeba do sklepu pojechać, kurtkę na zimę kupić, apteczkę zaopatrzyć. Mały drugi cały miesiąc chodził do przedszkola (aż szok) – choć nauczycielki zaczynają coś mówić o zamknięciu i tego przybytku. Mąż na razie pracuje jednozmianowo, ale i tu są słuchy, że zmiany może wejdą i trzy. Jak to wszystko się potoczy, czas pokaże. A na razie staram się łapać najdrobniejsze choć chwile spokoju, lekką książkę, czy choćby tworzenie w kuchni, przy serialu. Gotowanie sprawia mi coraz większą przyjemność i chętniej chce mi się sięgać po nowe przepisy. Tym razem przemycałam otrzymaną od Zosi dynię w napojach z sokowirówki, z mandarynką i jabłkiem i w zapiekance makaronowej, z której i tak moje chłopaki jej kawałki wyławiali. Jakby normalnie czujnik przeciw-warzywny posiadali.

Dziś jedziemy na cmentarz do moich Dziadków, a na jutrzejszy wieczór zapowiadana kolejna manifestacja kobiet, do której planuję się przyłączyć wraz z koleżankami. Obawy o wirusa są, ale w słusznej sprawie trzeba walczyć i nie wolno pozwolić na ograniczanie ludziom wolności wyboru. To co się ostatnio wyczynia w naszym kraju przechodzi ludzkie pojęcie.

Na Zingsy i w las

Korzystając jeszcze ze swobody przemieszczania się pojechaliśmy do Zosi i na groby od strony rodziny Męża. Od mojej strony ruszymy w tym tygodniu, lepiej teraz niż w nadchodzący weekend. Podjechaliśmy też na wystawę ulubionych Super Zingsów, by zrobić Małemu niespodziankę, już taką w ramach nadchodzących urodzin. Modele tych stworków można było oglądać na dużej przestrzeni sklepu, na szczęście przy bardzo małej ilości odwiedzających. Syn przeszczęśliwy, na zakończenie zadania odnalezienia wszystkich figur dostał w prezencie nowego zingsa i wracał dumny pochwalić się nim Babci.

Babcia zresztą też już obdarowała go prezentami, ponieważ nie przyjedzie do nas w dniu urodzin. Świętowaliśmy w ogóle podwójną okazję, wraz z imieninami Męża. Był pyszny obiad, na deser ciacho, a na kolację sałatka jarzynowa, która zawsze stanowi dla mnie rarytas. Po tych smakołykach to już nic, tylko do lasu wybywać na długi spacer. Żeby nic się nie odłożyło i żeby się potem przed ekranem nie zasiedzieć.

Pogoda bajkowa, zbieranie grzybów i kilometry w nogach, dodające energii. Na rynku trafiłam dla siebie ocieplane legginsy. Choć na razie plusy w temperaturach, zapewne w listopadzie się to zmieni i wtedy się przydadzą. Małemu upolowałam kozaki, nie za grube, bo i śniegu znowu możemy nie zobaczyć, a i coroczny wyjazd w góry raczej do skutku nie dojdzie. Po podróży już się ogarnęłam, pranie jeszcze na balkon wywiesiłam i nowy tydzień czas zacząć.. Ze wspomnieniami miłych chwil i po ostatnich nerwach z naładowaniem lepszą energią. Przynajmniej na trochę..

Świat zamknięty

Coś promyki nadziei na razie przyćmione i to coraz bardziej. Już nie ma mowy o setkach zakażonych, ilości idą w tysiące, a choroba jest coraz bliżej. U koleżanki w pracy na posterunku zostały dwie osoby, reszta załogi chora. Część zrobiła test – wynik pozytywny, część twierdzi, że to bez sensu skoro i tak nie ma lekarstwa, ani miejsca w szpitalu. Wielu nawet nie dzwoni do przychodni, ratują się paracetamolem i witaminami. I tylko cud, jeśli objawy są łagodne i da się to wyleżeć w domu..

Kolejne obostrzenia wprowadzane od jutra, czerwona strefa wisząca nad całym krajem, zamknięte szkoły, baseny, siłownie, lokale gastronomiczne. Zakaz zgromadzeń i spotkań towarzyskich, seniorzy po 70 pozamykani w domu, dzieci poza domem tylko pod opieką. W międzyczasie łamane prawa kobiet i wykorzystywanie władzy do łamania konstytucji. Nie wiem już gdzie my żyjemy i w jaką stronę zmierza ten świat. Z najbliższego otoczenia wyczuwa się wzrost paniki i stresu, a to nic dobrego i raczej odporności nie sprzyja.

Tymczasem Mały rozpłakał się dziś o poranku, że chce iść do przedszkola, choć miał możliwość zostać w domu (a tak liczyłam na dłuższy sen). Życie dla niego toczy się normalnie, niedawno miał bal przebierańców, bawi się w najlepsze i póki w przedszkolu nie zostanie zarządzona kwarantanna, póki nie zamkną firmy Męża, codzienność idzie nam utartym trybem. Jedynie urodziny Małego szykowane na większą ilość gości trzeba będzie podzielić na trzy małe spotkania, żeby nie robić kumulacji. Ze względu też na zakazy zgromadzeń Kuzynka odwołała ślub i wesele, przekładając termin za rok lub za dwa, w zależności od sytuacji. A my czekamy jeszcze na wiadomość, czy znowu zostanie wprowadzony zakaz przemieszczania się między województwami. Pozostaje obserwować rozwój wydarzeń, uzbroić się w cierpliwość i uciekać w przyrodę, bo tylko tam można jeszcze trochę odetchnąć..

Zabezpieczenie

Po ostatniej rozmowie z rodzicami i przeżyciach ich znajomej, która dopiero co straciła partnera i została sama z dzieckiem na łasce adwokatów i jego poprzedniej rodziny, dotarło do mnie, że w życiu nie ma co patrzeć na wiek, czy na staż bycia razem. Trzeba zabezpieczać bliskich finansowo, nie czekać na podeszłe lata i zadbać o to, co ziemskie od razu. Zrobić upoważnienie do konta, napisać testament, nie ukrywać polisy na życie.

Znajoma rodziców została bez kasy, nie pracuje i najprawdopodobniej straci dom, w którym mieszkała z dzieckiem u konkubenta. Po śmierci ukochanego nie mogła nawet zadecydować o jego pogrzebie, dzieci z pierwszej rodziny odsunęły ją kategorycznie i powtórzyła się sytuacja, jaką i Zosia przeżyła. Plus, że ona akurat miała swoje mieszkanie i pracę, bo bez tego też zostałaby z niczym. U nas wprawdzie żadne majątki, ale mamy dziecko do wychowania, oboje jesteśmy za nie odpowiedzialni i oboje musimy zapewnić mu wszystko, co potrzebne do życia. I zabezpieczyć nas samych, zwłaszcza gdy takie choróbska po świecie krążą, a człek nie zna dnia ani godziny. Choć oczywiście nikt nie zakłada najgorszego i daj nam Boże wszystkim zdrowie i jak najdłuższe życie..

A że życie toczy się dalej i trochę nerwowe ostatnio się stało, wyciszyliśmy emocje i uciekliśmy od miasta, tym razem nad wodę. W lesie z drzew jeszcze kapało po wcześniejszym deszczu. Na spacerze ludzi niewielu, trochę morsów w lodowatych kąpielach, obiad w prawie pustej restauracji i Mały wybiegany na całego. Niedzielny spacer też nad wodą, choć już bliżej miasta, a słońce, wraz z tęczą po deszczu nam wyjrzały. Tego promyka nadziei potrzeba teraz każdego dnia..

Znaki

Spotkanie u rodziców zakończyło się decyzją o tymczasowym zawieszeniu odwiedzin, dla bezpieczeństwa, by ich chronić. Nie wiadomo tylko na jak długo.. U Męża w pracy dwie osoby zarażone. Jedna ma problemy z zatokami, u drugiej objawów brak, ale obie na chorobowym, a ich rodziny na kwarantannie. Mąż już po teście na wirusa, na szczęście zdrowy, tylko co będzie dalej? Korona coraz bliżej i raczej nikt nie chce jej nosić. Nawet jeśli ilości zakażonych są zawyżane to i tak już połowa tych cyfr szokuje. Obostrzenia pozbawiły kuzynkę Męża złudzeń, wesele się nie odbędzie. Z racji żółtej strefy może być do 20 osób i bez tańców, a jeśli wejdziemy w czerwoną, całkowity zakaz. U nas pod znakiem zapytania stanęło listopadowe spotkanie z okazji urodzin Małego. I w sumie bez względu na decyzje raczej żadnej większej imprezy wyprawiać nie będziemy. Ot zamówimy tort i spotkamy się w małym gronie. Oby wszyscy zdrowi..

Z reguły jestem optymistką i to taką często na wyrost. Szklanka u mnie do połowy pełna, słowa pocieszenia znajduję dla wszystkich i dla samej siebie też. Choć ostatnio trochę z tym trudniej, bo sytuacja zaczyna przerastać każdego. Jestem spod znaku Bliźniąt, z całym zapleczem cech pasujących do opisów tego znaku. Dwoistość natury, po części kochanej, dobrej i uśmiechniętej, ale gdy się wkurzy to i wybuchowej. Czasem trochę nerwowej, choć w większości do rany przyłóż, wrażliwej i z ogromną potrzebą pomagania i garnięcia się do ludzi. No tak już mam i nie zmieni tego fakt, że ponoć po astrologicznych zmianach w przestworzach, weszłam w znak Byka. Zresztą Byki też są fajne, mam jednego w domu i kocham go całym sercem, ze wszystkimi wadami i zaletami, jakie posiada. Jednak bez względu na znak zodiaku, wszystkie znaki na niebie i ziemi sprawiają, że radość na tym świecie się umniejszyła. Warto zacząć szukać jej obok siebie, w domu, wśród bliskich. Wśród swoich pasji, dobrych książek, filmów, zdjęć, różnych gier, zabaw z dziećmi jeśli są, czy rozwijania posiadanych już, lub czekających na naukę umiejętności. Trzymajmy się, spokojnego weekendu i zdrowia życzę wszystkim znakom 🙂

Wichrowe niziny

Kolejny dzień już mniej był plenerowy, bo jesień rozpanoszyła się na dobre. Za oknem szaro, buro i ponuro, ciemne chmury i coraz zimniej. Pomiędzy ulewami wyskoczyliśmy na Wały podziwiać wielkiego wycieczkowca Hanseatic Inspiration, o długości 138 m z jego 9 pokładami i możliwością pomieszczenia ok 400 osób wraz z załogą. Nie powiem, na jego widok od razu skojarzenie z Titanic’iem i słynną sceną na dziobie.

Tylko raz płynęłam dużym statkiem, z Unity Line, bez sceny, ale za to docierając do Szwecji ledwo żywa, blada i niewyspana. Od tamtej pory obiecałam sobie, że nigdy więcej 😉

Na szczęście i w domu całkiem było fajnie, kiedy znalazł się czas by poczytać książkę, skorzystać z jajecznicy na śniadanie, zrobionej przez Męża, obejrzeć sobie film i pograć z Małym w pędzące żółwie. Gdy można było zjeść coś bez wychodzenia na wichry i ulewy, jak na ten przykład rollo kebab własnej roboty..

Nowy tydzień rozpoczęłam za to sprzedażą mojego wysłużonego opelka i ogarnianiem wnętrza w nowej bryce. Bryka owa też używana, ale przynajmniej młodsza i mam nadzieję, że na trochę posłuży. Pora zabrać się za urzędowe załatwianie zbycia samochodu i wypowiedzenie ubezpieczenia. To drugie pójdzie szybko, ciekawe natomiast ile czasu minie, zanim przestanę szukać opla na parkingu. Tymczasem pora zbierać się po synka i odwiedzić rodziców, którzy już w czterech ścianach zakotwiczyli. I tak, byle do wiosny..

W plenerze

Wyjazd nad jezioro pozwolił odetchnąć od masek, od miasta i tej całej nagonki. I to nic, że spędzony w kaloszach, w nich też fajnie, bo można włazić do jeziora i wędrować po mokrej trawie. Z czego intensywnie całą sobotę korzystaliśmy. Mały wybiegał się za piłką, pospacerował ze swoim kuzynem, pograł ze mną i z Babcią w bule. Zjedliśmy kupiony w barze obiad i ruszaliśmy nad wodę i w las. Grzybów jadalnych z owym lesie już coraz mniej, za to te niechciane ale sympatycznie wyglądające można spotkać na każdym kroku.

Sympatyczne były też konie napotkane u sąsiada – leśniczego, które chętnie jadły jabłko prosto z ręki i dały się pogłaskać. Leśniczy powiększył im wybieg i dostęp do wyższej trawy, a maluchom nieograniczony widok na te niesamowite zwierzęta. Aż szkoda było wracać, tym bardziej, że rodzinka na nocleg, w ogrzewanych domkach, zostawała i na wieczór szykowała jeszcze ognisko..

Miłość w czasie zarazy

W poprzednim wpisie ulało się trochę strachu i rozgoryczenia po ostatnich wiadomościach, atakujących z każdej strony. Unikam ich, nie oglądam, staram się nie czytać. Choć uszu zatkać się nie da, a rozmowy o wirusie krążą w każdym towarzystwie i miejscu. Nawet na naszym czwartkowym, babskim spotkaniu nie udało się ich pominąć, choć na szczęście tematy pozawirusowe też nas zaprzątały. I to miłe tematy. Miłosne. U jednej z koleżanek od niedawna kwitnie bowiem miłość jak z bajki. Książę wprawdzie po rozwodzie, ale za to z dobrym sercem, cierpliwy i dobrze zapowiadający się na przyszłość. Z całego serca życzę tej parze radości, spełnienia marzeń i mam nadzieję, że będą szczęśliwi 🙂

Kolejne wieści to takie, że może i mój własny Brat stanie wreszcie na ślubnym kobiercu, gdyż od pojawienia się dziecka temat zalegalizowania rodziny powrócił. Trochę wprawdzie w niefortunnym czasie, ale może latem będzie już lepiej? Ogromnie na to liczę, bo oprócz zapowiadającej się rodzinnej uroczystości, dostaliśmy zaproszenie i na ślub sierpniowy. Co jest równie radosną wieścią i za tę parę trzymam kciuki tak samo mocno! 🙂

Nadal niepewne jest jednak wesele kuzynki Męża, to listopadowe. Młodzi są zdecydowani, że ślubu w kościele już nie przekładają. Ale co będzie z weselem, okaże się dopiero na dwa tygodnie przed uroczystością. Dobrze byłoby wiedzieć wcześniej, bo Zosia ma przyjechać do nas na urodziny Małego i zostać aż do ślubu swojej bratanicy. A że wraz z Zosią przybywają zwierzaki, trzeba będzie to zaplanować logistycznie. Zdecydować gdzie zostają na świąteczny dzień, kto podjedzie je wyprowadzić i tak dalej. No ale zanim weselne sprawy, powoli zaczynam ogarniać temat urodzin Synka. Bawialnie stają na razie pod znakiem zapytania, a i organizowanie większych spędów w żółtej strefie robi się problematyczne. Jeśli nie uda się spotkanie jesienią, przełożymy je nad jezioro, wiosną. Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie, nie będę martwić się na zapas, tylko biorę głębszy oddech i ruszamy w las. W lesie teraz bezpieczniej..

Plandemia?

O to zdrowie to teraz strach największy. Coraz więcej wiadomości o znajomych znajomych, co to już wirusa złapali. Jedno małżeństwo, gdzie zachorował mąż, a żona zdrowa. W drugim odwrotnie. Lekarz przepisujący na covida witaminę C, wejście w żółtą strefę. Dziś wieści o siostrze koleżanki, która w Krakowie zmaga się z bólami gardła, kości i brzucha. Nie czuje smaku, zapachu i jest bardzo osłabiona. Wyniki testu jutro. Pytanie, na ile te testy są wiarygodne i czy faktycznie można im ufać. Już nie wiadomo w co wierzyć, a poziom stresu rośnie. Od soboty maseczki już nie tylko w zamkniętych pomieszczeniach, ale i na zewnątrz. Dobrze, że jeszcze w tamtą niedzielę załapaliśmy się na w miarę spokojny spacer..

W miarę, bo w parku trwała agitacja do strajku. Przeciwko..

I z jednej strony bardzo chciałoby się spełnienia każdego z tych postulatów. Gdyby nie fakt tysięcy zachorowań, nawet jeśli zawyżonych, to jednak w dużym stopniu istniejących. Bo cóż da takie Stop, kiedy wirus szaleje i zbiera żniwo. Kiedy każdy się boi, a świat staje do góry nogami. Niby wygląda normalnie, jak gdyby nigdy nic. Trwa sobie złota jesień, dopiero co byłam u znajomych, przedszkole działa, firmy otwarte, sklepy też. A jednak to nie jest już ten sam świat, w którym spokojnie można było wyjść do ludzi i na spacer. Wychodzi się, ale z zapalającą się lampką z tyłu głowy, że jednak ryzyko istnieje i to w każdej chwili. A tak by się chciało powrotu do tego pięknego świata..