Harry

Tematyką konkursu była scena z książki angielskiego autora lub autorki. Wśród wymienionych pani Rowling, a co za tym idzie Harry Potter wyszedł na prowadzenie. Zwłaszcza, że Małemu przypadł do gustu bardzo, zachwycił się trzema pierwszymi częściami filmu (kolejne dozowane z racji stresujących momentów) i koniecznym stało się narysowanie jakiegoś kadru. Praca wspólna, na konkurs wreszcie oddana.

Cieszę się tą dziecięcą fascynacją i mam nadzieję, że nie minie, bo ozdobny zestaw książek o Harry’m czeka na odpowiedni moment wręczenia. I dobrze, że kupiony w tamtym roku – jego cena wzrosła obecnie o trzydzieści procent. Szkoda, że i w inne rzeczy człek się nie zaopatrzył, ale któż mógł przewidzieć takie podwyżki, wojnę tuż obok i szalejącą inflację.

Pozostaje cieszyć się tym, co tu i teraz, a teraz wiosna w rozkwicie i lato coraz bliżej. Wprawdzie zamknęli mi Orsay’a, w którym to w sukienki na lato się zaopatrywałam. Ale na szczęście mam ich jeszcze kilka i tylko w pasie do nich po zimie dopasować się należy;) Rozpoczęłam więc kijkowe wędrówki w dużym tempie (tak po 7 tysięcy kroków) oraz większe ilości zjadanych warzyw i owoców, w miejsce zimowych posiłków. Do tego porządki w czapkach, szalikach, swetrach – wyciąganie krótkich koszulek, spódnic, spodenek, zakup kremu z filtrem mineralnym i można do lata się szykować.

Blask

Te wiosenno-letnie dni zaskakujące, z przeskokami z 27 stopni na 15, więc i my przeskakujemy ze spódnic w spodnie i skórzane kurtki. Najważniejsze, że już nie zimowe, na niebie słońce błyszczy i że nadchodzący weekend też zapowiada się przyjemnie. A tydzień dodał nam trochę roboty, przy sprzątaniu balkonu, który po cięciu tam kafli i desek wyglądał jak magazyn budowlany z zakurzonymi skrzynkami i podłogą całą w pyle. Naszorowałam się parapetów, kafli po trzy razy mopem i jeszcze okna zostały do pełnego szlifu. Skrzynki czekają na kwiaty, stolik odświeżony, a i krzesła z piwnicy Mężuś przytargał. Mały tak zachwycony nową przestrzenią, że i śniadania chce jeść na balkonie i kolacje. Ja może dołączę, jak się z maty do akupresury zwlokę. Zwłaszcza, że do sił pora wracać, bo szafki w kuchni na czyszczenie czekają. Tak – etap meblowy wreszcie zakończony! Wszystko pomontowane, przykręcone i nawet listwa oświetleniowa blasku dodaje. Choć do szczęścia brakuje jeszcze silikonów przy łączeniu kafli z szafkami i odmalowania ścian, za co już Mężu planuje się zabrać. Tak, czy inaczej powoli można się do kuchni wprowadzać. Nareszcie..

Gotowanie też już powoli rozkręcone, zupy opanowane – pomimo lodówki i składników w salonie, a i pierwsza zapiekanka (makaronowa z kurczakiem i brokułami) w nowym piekarniku upieczona. Najwięcej radości przynosi na razie zmywarka i nacieszyć się nią nie mogę, pakując wszystko, co się da do środka i wciskając guzik Start. Instrukcję piekarnika czytam, poznaję możliwości i ustawienia. Cieszę się tymi nowymi sprzętami, jak dziecko:)

A skoro o dziecku mowa, to ostatnia z prac konkursowych do szkoły tworzy się intensywnie. Mam nadzieję, że już w czerwcu nie będą nas męczyć. W planach występy na zakończenie roku i Mały ma dużo tekstu do opanowania – dostał główną rolę, w parze z koleżanką – i jestem z niego mega dumna. Uwierzyć nie mogę, że niedługo zakończy pierwszą klasę, dopiero co ją zaczynał. Znowu łapię się na tym, jak ten czas szybko leci..

Wolność, dzień Dziadków i fikająca foka

Wczoraj wreszcie odzyskaliśmy wolność, całą rodziną. Kwarantanna dla zdrowego dziecka to zuo. Nawet jeśli wrócą lekcje zdalne, liczę, że uziemienie już nas ominie. Młody wypuszczony w plenery skakał jak pasikonik. Pasikonik z zadyszką. Tak mu kondycja siadła. Dla mnie wyczynem było wyjście na kijki z koleżanką i 1,5 godzinna przebieżka w dużym tempie. Wróciłam wykończona, ale z szalejącymi endorfinami i radością, że wreszcie możemy też wyjść na spacer z rodzicami. Młody sprezentował babci ręcznie robiony świecznik, a dziadkowi łyżeczkę do kawy z dedykacją. I dołożył laurkę, gdzie sam mógł wypisać wyuczonymi już literami, wiersz dla dziadków. Oni w podzięce zaprosili na gofry i tylko szkoda, że drugiego wnuczka zabrakło, biedny znów przeziębiony. Wyszedł z ospy, wrócił do przedszkola na trzy dni i apiać gorączka. Nie ma lekko, teraz my kciuki trzymamy, żeby nasz w tym tygodniu niczego nie złapał i żeby nikogo z wirusem w klasie nie było.

Wolność poza domem uczciliśmy też wyjściem do pizzerii, graniem w planszówki, pomiędzy dwoma spacerami i wreszcie naszym wieczorem we dwoje- gdyż syn po zrobieniu 11 tysięcy kroków (na kwarantannie miał 3tyś.) zasnął snem mocnym po 21szej. Ostatni tydzień bez zmęczenia i wybiegania zasypiał około 23-24 (pomimo pobudki o 7), więc i my padaliśmy. Mamy tyle filmów do nadrobienia i praktycznie zero czasu na oglądanie.. A teraz jeszcze za szafki kuchenne się wzięłam, powoli robię czystkę, wyrzucając nieużywane naczynia, jakieś pokrywki, starocie i inne przydasie, więc czasu za dnia będzie jeszcze mniej. Plus, że synek wrócił do szkoły i trochę swobody w domu odzyskałam. Za to po szkole od razu praca domowa i czytanki. Widzę, że tempo nauki wzrasta i coraz trudniejsze teksty maluchy dostają. Dla przykładu Foka Fryderyka – polecam 🙂

Ka(rna)wał

Przez kwarantannę przepadła nam wizyta u alergologa-laryngologa. Czekaliśmy na nią trzy miesiące. Poczekamy jeszcze dwa, a co tam. Być może sterydów już nie potrzeba, ale teleporada tego nie określi. Babka w rejestracji mówiła, że kwarantanny dezorganizują pracę w przychodni, co i rusz przekładają terminy. Nam też zdezorganizowały życie, nic nie można zaplanować, a siedzenie w domu doprowadza do szału. Mały wygląda jak zombie, oczy czerwone, podkrążone, blady jak ściana. Po 4 – 5 godzin przed ekranem, z przerwami 10-15 minutowymi. Ja często siedzę z nim, kondycja siada nam do zera i znowu zaczyna boleć mnie kręgosłup. Na ćwiczenia nie mam czasu i brak mi mobilizacji. Ledwo wdrapuję się po schodach, które kiedyś pokonywałam w podskokach. Wychodzę dopiero, gdy Mężu wraca z pracy (a ostatnio ma nadgodziny), jest już ciemno i nieprzyjemnie spacerować po osiedlu. Także szybka przebieżka, zakupy, a wczoraj jakieś takie męty snuły się w centrum, że żeby upolować kurtkę zimową dla Młodego na następny rok, wolałam podjechać autobusem niż wędrować w ciemnościach.

Pociesza fakt, że synowi nauka idzie bardzo dobrze, ma wspaniałe oceny opisowe na pierwszy semestr i jesteśmy z niego bardzo dumni. Coraz lepiej czyta i liczy, jest empatyczny, nie sprawia kłopotów, panie go chwalą, cóż innego nam pozostaje:) Tylko nad tym zdrowiem zapanować i dalej być przy nim, kiedy tego potrzebuje. No i ratować się spacerami na balkonie, modlić, żeby żadnej więcej kwarantanny nie było (że o wirusie nie wspomnę). I dostarczać witamin, w ilościach hurtowych.

A dla ratowania własnej psyche, jakieś wyjście do kina i nieśmiała propozycja spotkania karnawałowego pod hasłem – zasiądziemy przy stoliku na piwko, bo potańczyć i tak się nie da. Lokale zamknięte. Na żadne piwko nie mam chęci. Najnowszy film Woody’ego Allena zobaczę z przyjemnością, ale od imprez w lokalach wybieram spacery, plenery i oby, spotkanie z rodziną. Taki to teraz karnawał mi się marzy i pomyśleć, że kiedyś nie wyobrażałam sobie życia bez tańców w tym noworocznym czasie;)

Ciśnienie

Papiery papierami, ale nerw o wiele większy wziął mnie w piątek o 11. Wtedy to wpakowano nam dziecię i nas po części też, na kolejną kwarantannę. Dziecko podwójnie zaszczepione (my potrójnie), zdrowe, po negatywnym teście na covid. Nosz. Weekend rozpoczęty więc z podwyższonym ciśnieniem, ale co zrobić, przetrwać trzeba..

Jako, że dwie koleżanki nie mogły w trybie natychmiastowym zerwać się z pracy, odbierałam dwójkę dodatkową i przez kilka godzin miałam w domu plac zabaw połączony z opróżnianiem lodówki (potrzebny większy zapas kabanosów na takie okazje) i przekąsek z szafek. Nie narzekam, bo było wesoło i dzieci zabawą zachwycone do siebie wracać nie chciały. Ale jednak Młody znowu zamknięty w domu, bez normalnego trybu szkoły, bez wybiegania, kumpli, bez porządnego dotlenienia, które to odporność ma wzmacniać – gdy tymczasem siedzenie 8 dni w zamknięciu raczej ją osłabia. A od poniedziałku przykucie do ekranu, na kilka godzin dziennie, przez cały tydzień.

Zaplanowane spacery, spotkanie z dziadkami, poszukiwanie kafli i obiad poza domem, wzięły w łeb. Wychodzimy na zmianę z Mężem, osobno do sklepu, osobno na spacer i jedyny plus, że wspólnego czasu w domu nie brakuje. Także gry planszowe poszły w ruch, znowu w większym natężeniu. Do tego klocki, zingsy, puzzle i słuchanie jak Młody czyta – zalecenie 15 minut dziennie, z podpisem po zakończeniu czytania. I oczywiście prace plastyczne, oraz wszelkie kreatywne (niech nie zwiodą kolorowe słodziaki, to wojownicze AmongUs-y i zombie z Minecrafta (czy kiedykolwiek mogłam przypuszczać z czym się wiąże bycie mamą syna?;) ))

Tak czy inaczej trzeba zapełniać ten czas zamknięcia, czymś atrakcyjnym, żeby nie utknąć przy bajkach, na kanapie. Jakieś pomysły na niedzielę i kolejne dni?

Bezstresowo

Zdalne idą już sprawniej, ale moja obecność często jest wymagana (dobrze, że w poniedziałek już stacjonarne!). Czuję się jakbym wróciła do szkoły i o ile przydaje się przypominanie słówek z angielskiego czy niemieckiego, to na polskim czy matematyce nuuda. Obiady gotuję z doskoku, prania i prasowanie na szczęście zakończone, a wczorajszy wolny dzień bardzo się przydał dla relaksu i odstresowania Młodego.

Podjechaliśmy sobie do Trzebieży. Gdyby nie wiatr spacer byłby przyjemniejszy, bo po ostatnich pochmurnych dniach wczoraj wyszło piękne słońce. Ale taka przebieżka na mrozie dobrze nam zrobiła. Potem jeszcze spacer z rodzicami i obiad na mieście.

A przy tym obiedzie scenka rodzajowa – synek (lat ok 4), przy stoliku obok, zażyczył sobie mięso z sosem, jego tata zdążył zamówić, a syn w tym czasie zmienił zdanie i krzyczał że chce bez sosu. Niestety za późno i dostał pod nos talerz z sosem. I tu zaczęła się histeria. Ale jaka! Taka, że uszy puchły! Wrzaski, ryki, on chce bez sosu! Tupanie nogami, rozdzierający płacz i jazda jakiej dawno nie widziałam. Doprecyzuję, że dziecię plakało, ale miało czas rozejrzeć się jaki całość daje efekt. Miało przerwy na złapanie tchu i wzmocnienie ryku. Co zrobili rodzice? Nic. Kompletnie nic, choć rozumiem, że to mogło być zamierzone (wywrzeszczy się i przestanie (albo i nie)). Nie uspokajali, nie uciszali. Nie prosili o spokój, ani np. nie wyprowadzili synka na zewnątrz żeby mu wytłumaczyć co i jak, lub może żeby się trochę opanował. Nie, wrzask trwał, nasz Młody uszy zatykał, inni się oglądali. A po wielu minutach pani wpadła na pomysł.. żeby może kupić jeszcze jedną porcję?- bez sosu. Serio?

Absolutnie nie jestem za klapsami, za krzyczeniem na dzieci. Wiadomo, że opanowanie jest w takiej chwili bezcenne. Ale bezstresowe wychowanie w tym przypadku chyba nie zda egzaminu. Spokojnego weekendu życzę, bez hiterii;)

Efekty specjalne

Lekcje zdalne to śmiech przez łzy. Widok dziecka tańczącego w ramach wf-u przy biurku, czy modlącego się na religii przed ekranem – bezcenny. Ale bezapelacyjnie wygrywa lekcja basenu u syna koleżanki. Crowl na sucho i machanie rękami przy biurku, by nadążyć za rytmem.. I to z efektem specjalnym – widokiem wody i fal na tapecie. Bareja miałby gotowy materiał na kolejną komedię.

U nas dwa dni dobre, jeden z problemami technicznymi (trzy różne spotkania w tym samym łączeniu, czy pogłos w mikrofonie nauczycielki). Do tego godzinny brak prądu i brak internetu od dwóch dni (efekt wymiany modemu, na „lepszy „, przez dostawcę neta). Tu przydaje się zapas gigabajtów w telefonie, do udostępniania dziecku przez hot-spot. Także ze zdalnymi nie do końca, ale plus, że można się wyspać, a w przerwie lekcyjnej potańczyć. Ostatnio próbowaliśmy figur z tego oto filmiku przedstawiającego, jak się zmieniał styl taneczny na przestrzeni lat. Polecam, chłopaki dają radę:)

Szczepienie Młodego za nami. Poszło bardzo dobrze, ból ręki do zniesienia i bez płaczu. Obyło się bez gorączki i żadnych innych efektów ubocznych. Odetchnęłam więc, a skoro ochrona zwiększona toteż spokojniejsza wybrałam się na spotkanie z dziewczynami. We trzy spędziłyśmy fajny czas na pogaduchach, a nasze pociechy w ilości sztuk pięć, na zabawach. I z taką pozytywną energią biorę dziś mopa pod pachę i lecę myć podłogi u rodziców. Żeby choć tak dołożyć się do świątecznego szykowania przestrzeni, na przyjęcie gości. Potem już tylko lepienie drożdżowych pierogów z Mamą i rach ciach, Wigilia..

Powrót do szkoły

Kwarantanny może już nas do Świąt ominą, ale zdalne chyba nie.. Odgórna decyzja od 20go grudnia, do 9 stycznia trochę wkurzająca. Ale może i bezpieczniej będzie, żeby dziecka nie uziemili tuż przed Wigilią. W sumie Młody ma trochę wolnego aż do Sylwestra, potem ten 6 stycznia, to jakoś przetrwamy, a i przerwa od ekranów w takie wolne dni się przyda.

Powrót do szkoły był dla niego mega radością, poszedł w mikołajowym przebraniu, z brodą i w czerwonej czapie. Zabrał wór ozdób, dziś jeszcze monety na Górę Grosza. Wrócił z nagrodą i dyplomem za pracę plastyczną i prezentami od Mikołaja. Na dokładkę złapał kolejną 6tkę za czytanie, do tego zabawy z kumplami i pełnia szczęścia. Dla mnie byłaby jeszcze większa, gdybyśmy mogli pojechać do rodziców, ale niestety Tata z kaszlem (test negatywny), teraz wiadomość, że Bratanek zaczyna gorączkować. Coraz większy stres, jak to wszystko będzie wyglądało za dwa tygodnie i czy uda nam się wszystkim spotkać.

Grudzień trochę mrozi i byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie zimny wiatr. Jeszcze jak śnieg spadł, chciało się wyjść w ten bajkowy świat. Teraz chętnie bym spod koca nie wychodziła..

Odliczanie

Zdrowie to ja bym straciła, gdyby to zdalne dłużej potrwało. Młody cały w nerwach, hałas z klasy, jak ostatnio zadania nie dosłyszał i do pani się dokrzyczeć nie mógł, to i łzy poszły (jego kumplowi też) i do końca zajęć musiałam uspokajać i pilnować całej akcji. Na szczęście jeszcze tylko jutro i we wtorek wracają w szkolne mury. Oby już do Świąt spokojnie tam wytrwali (w nowym roku też, najlepiej całym!).

Na pocieszenie, że wychodzić nie mógł, zapewniliśmy mu dużo atrakcji na weekend, bo i gry planszowe, budowanie z klocków i ozdabianie domu było i ubieranie choinki. Wszędzie gdzie się dało pozapalałam światełka, świeczki i gwiazdki i od razu zrobiło się przytulniej..

Polepiliśmy pierogi na obiad, upiekliśmy ciastka z masą krówkową. Na dokładkę za oknem zrobiło się biało. Wprawdzie już po śniegu śladu nie ma, ale zimową atmosferę dało się poczuć. Dziś Młody wypucował buty i doczekać się nie może poranka. U nas tradycyjnie i do buta i pod poduszkę coś drobnego Mikołaj przyniesie. A po powrocie do szkoły mają być jeszcze tam atrakcje, przesunięte na 7 grudnia.

Dla mnie atrakcją było polowanie na torebkę, by mój Mikołaj dobrze z gustem trafił;) Wprawdzie miało być bez prezentów, ale żeby dziecię nie smuciło się, że dla nas nic pod choinką nie będzie, to po jakimś drobiazgu sobie wybierzemy. Z tych potrzebnych i przydatnych, żeby na bzdury nie wydawać. W sklepach szaleństwo, ale mnie tam ono nie przeszkadza, wręcz pozytywnie nakręca (oprócz wirusowych lęków) i chętnie jeszcze na Jarmark Świąteczny się wybiorę, ale już ten w plenerze i z chłopakami. Także odliczanie do Świąt rozpoczęte, niech tylko zdrowie dopisze i żadne więcej kwarantanny się nie przytrafiają.

Zdalnie

Grudzień będzie dobry, gdy nikt się nie zarazi i tego wstrętnego wirusiska nie złapie. Stres jest, bo krąg chorujących coraz bliższy, a ochronić się nie ma jak. Byliśmy akurat u rodziców z wizytą, kiedy przyszła wiadomość od wychowawczyni, że w naszej klasie u jednej z dziewczynek potwierdzony covid. W kilka sekund strach o dziecko, rodziców, Zosię i o siebie. Zresztą od weekendu mogliśmy wirusa przenosić wszystkim i wszędzie, tak jak i każdy, kto nie ma świadomości, że zetknął się z chorą osobą. Zaraz sms z sanepidu, kwarantanna i dziecko ma zakaz wychodzenia z domu, do poniedziałku włącznie. Ewakuowaliśmy się szybko, kontrola temperatury, a wieczorem testowanie połączenia w teams’ie i od wczoraj lekcje zdalne.

Plus, że nie trzeba się tak szybko zrywać o poranku. Wystarczy się ubrać, zjeść śniadanie, włączyć ekran i gotowe. Zęby umyć i łóżka można pościelić, w przerwie, pomiędzy lekcjami. A te do łatwych nie należą. Hałas z klasy, przesunięcia dźwiękowe, jakieś zawieszanie wyświetlanego przez panie obrazu. Choć na szczęście wszystko do ogarnięcia. Żeby jeszcze ten wirus był do opanowania, można by zacząć żyć spokojnie. Tymczasem to jakiś matrix, zaszczepionych ciągle za mało, nie ma ani leku na tę zarazę, ani żadnej pewności, jak to się przechoruje i czy może już się chorowało? Jeszcze informacja, że jesteśmy pod nadzorem policji i będą sprawdzać, czy dziecko siedzi w domu. Siedzi. Wpatrzone w ekran, gada do ekranu i przez ekran kolegów ogląda. No matrix. Ale cóż, trzeba, to trzeba. Najważniejsze, by przetrwać i zdrowia nie stracić. Spokojnego weekendu.

twojememy.pl