Młynek

Cichosza odeszła już w siną dal, od poniedziałku młynek się kręci, a ja w nim. W pracy próbny zakończony, umowa na rok podpisana i obowiązków coraz więcej. Cieszy mnie to i nadal przeraża, bo jeszcze jako to dziecko we mgle jestem i dużo nauki przede mną. A po pracy wygląda czasem tak.. zamawianie opon, pędem po MK, gotowanie ziemniaków, odgrzewanie kotletów od Zosi (dobrze dostać gotowca na obiad!), wstawianie prania i lecę na zebranie w szkole. Tam duma rozpiera, gdy chwalą syna, który wśród 8 dzieci najlepiej uczących się (na 28 w klasie). Po zebraniu do sklepu, Mężuś pranie rozwiesza i kolację szykuje, ja po powrocie rosół gotuję. O 21 padam na twarz, ale jeszcze rzeczy do szkoły i do pracy, siebie ogarnąć i choć z pół godzinki filmu złapać („Enola Holmes” obecnie) i książkę poczytać (saga bałkańska p. Walczak-Chojeckiej).

Kolejne młynki w podobnym tempie – pędem po MK, obiad, Mały na angielski, Mężu opony wymienia i ekoport ze zwrotem starych opon zalicza, potem zadania domowe z synem, trochę zabawy klockami, kolacja i po dniu. Wczoraj po dziecię, z nim do rodziców, tam obiad, pogaduchy, lekcje, syna do domu odstawiam, sama na duże zakupy lecę, które Mąż potem na górę targa, kolacja, opłaty na luty, chwila filmu, blogi poczytać i w kimono (23.30). Dziś pędem po Małego, jeden obiad grzany na już, drugi od razu gotowany na jutro. I lecę do koleżanki pomóc jej w Excelu, po naukach kolacja, kawałek „Enoli i TU, by wygadać to tempo i wyrazić, jak bardzo się cieszę, że jutro już piątek! 🙂 Sypiam max po 5 godzin.. I tęsknię za wolnymi dniami, czasem dla siebie i spokojnym, długim snem..

Poproszę sen, w cenie jakości..

Reklama

Spokojnie niespokojnie

Z ostatnich nowości – przecięłam oponę zahaczając o wystający, ostry, krawężnik. Chwała temu, kto wymyślił mobilną wulkanizację, bo choć Mąż mógł mnie poratować, to jednak nie od razu i na dokładkę po dziecko musiał jechać do szkoły. Przyjechał więc pan z lewarkiem pneumatycznym i w 10 minut temat był załatwiony. Czeka mnie teraz zakup i wymiana opon i tylko nie wiadomo czy na zimowe jeszcze jest sens, czy może od razu w letnie wskoczyć;) Za oknem chłodek, ale gdy słońce zaświeci to już wiosenne klimaty czuję..

Mimo wszystko trwa jeszcze karnawał, rodzice śmigają na imprezę, Mały po balu w pirackim stroju, a i tworzenie karnawałowej maski zaliczone (jak co roku, od pięciu lat)..

My jednak bardziej pracowicie, domowo i szkolnie obecnie żyjemy. U syna kończymy pierwszy semestr, ocena opisowa wystawiona i w sumie już pięć szóstek i jedna piątka na drugi semestr wpadły do dziennika. MK tak nas przyzwyczaił do ładnych ocen, że jak dostanie kiedyś 4 będzie płacz i zgrzytanie zębami;) Ale na razie weekend przed nami, relaks, odstresowanie po pracy, może jakieś kino i snu jak najwięcej. Miłego więc..

Do you like ice skating?

Coś ostatnio u Małego w szkole deficyt lekcji i nauczycieli angielskiego. Pojawiła się trzecia pani i jak wszystkie poprzednie, po kilku zajęciach zniknęła. Dzieci tracą cenny czas na naukę, a my wychwalamy pod niebiosa decyzję o zapisaniu syna na prywatny kurs. Szkoda, że tylko raz w tygodniu, ale lepsze to, niż nic..

A żeby nie tylko szkoła i nauka, to dziś był bal karnawałowy i przebranie za pirata, a potem porwałam dziecię na łyżwy. W tygodniu, bo taniej i mniej ludzi. I przed feriami, z tych samych względów. Jestem dumna z Małego, że znów tak dzielnie jeździł, że próbował sam i nie poddawał się, gdy było blisko do upadku. Ambitnie, odważnie i z uśmiechem na twarzy:)

Aż serce rośnie, gdy widzę, jak wielu rzeczy już się nauczył od dnia narodzin. Jak bardzo się zmienił, jak staje się coraz starszy i zaskakuje swoją młodą mądrością..

Nastawienie taneczne

Spotkanie rodziny i przyjaciół rodziców miało miejsce w neorenesansowej willi. Willa klimatyczna, utrzymana w dawnym stylu, z zabytkowymi detalami i drobiazgami nawiązującymi do minionych czasów. Ale przy okazji z przytulnym wnętrzem i odrobiną nowoczesności.

Na parkiecie kolorowe światła, DJ grający nowe i starsze przeboje, a także na życzenie par wszelkie cza-cze, rumby i inne samby. Przyjaciele rodziców chodzili z nimi na kurs tańca towarzyskiego, więc mogli się wykazać. Parkiet był cały nasz, niewielki wprawdzie, ale za to z lekkim poślizgiem, więc sunęło się wyśmienicie. Dawno tyle nie tańcowałam z Mężem! Mały na początku onieśmielony, tak się później rozkręcił, że co chwilę mnie na parkiet wyciągał, skakał, kręcił się i szalał. Bratanek też fikał jak zajączek, niestety szybciej musiał się zwijać, bo po całym dniu zmęczenie dało się we znaki. Późny obiad jaki tam zjedliśmy, był po prostu mistrzostwem, ale już część przystawek średnio. Nie wszyscy lubią cebulę w sałatkach, tatara i śledzie (jak ja;)), ale większości smakowało. Balowaliśmy do północy, Tata i goście zadowoleni, a to najważniejsze.

Tymczasem ostatni tydzień mej wolności rozkręcony i rozpoczął się bardzo na plus – kawiarnianym wyjściem na imieniny Męża i wygraną w turnieju szachowym Syna. Wcześniej grał z uczniami klas 1-3, tym razem toczył walki i ze starszymi dziećmi. Ograł wszystkich i prowadząca stwierdziła, że nie ma co otwierać kółka szachowego w szkole (z nią zremisował). Jak się okazuje, nasze dziecię nie ma tam godnych sobie rywali;) Trzeba chyba pomyśleć o Pałacu Młodzieży, żeby mógł się kształcić i grać z lepszymi od siebie. Na razie jednak szkoła, tańce i dodatkowy angielski ważniejsze, a skoro dobrze mu idzie, mama może sobie wyjść spokojnie jeszcze na babskie spotkanie. Póki czas, siły i chęci są.

Pomysły

Kolorowy zawrót głowy trwa, kolejne wyzwanie to czeskie przebranie. Dokładnie za flagę Czech, jakąś znaną tam postać (kojarzę jedynie p. Havel’a, Škodę i Vondráčková) lub bajkowego bohatera. Także czuję, że zaroi się od Krecików i Sąsiadów. Wybrałyśmy z koleżanką Pata i Mata, bo wykonanie najprostsze z możliwych i koszulki z dżinsami posiadamy. Dorzucimy jakieś narzędzia z tych mniej niebezpiecznych i jedynie czapeczki trzeba będzie wymyślić.

Mały to by najchętniej za rycerza się przebrał, po ostatnich przeżyciach. Zwłaszcza, że został zaopatrzony w Krakowie w drewniany miecz, a na Święcie Gryfa w profesjonalną tarczę z godłem. Na miecze jednak wychowawczyni się nie zgadza, już prędzej na karetę, którą też na Zamku widzieliśmy. Nie byle jaka to była kareta, oprócz wieści historycznych zawierała w swym wnętrzu gry komputerowe, także młodych do siebie przyciągała. Takie to teraz sposoby..

Tymczasem obchodzimy Dzień Chłopaka i moim kochanym mężczyznom też coś miłego chciałam przygotować. A jak wiadomo, z pomysłami dla chłopaków, dla brata, czy taty, u mnie ciężej. Jakoś kobietom o wiele łatwiej zrobić prezent i coś wymyślić, mają więcej potrzeb i marzeń, czy to kosmetycznych, biżuteryjnych, czy w kierunku drobiazgów domowych lub ozdób. Nic to, główka pracuje i coś się wykombinuje:) Miłego weekendu

Latino i kolorowy zawrót głowy

Te inne klimaty, pomimo braku słońca, przywodziły na myśl Rio de Janeiro i były małą namiastką karnawału. Muzycznie trochę monotonnie, ale szkoła bębnowa samby tak właśnie brzmi.

Za to taniec i stroje pań tańczących kolorowe i kuszące. Sambę zawsze bardzo lubiłam, w mojej przygodzie z tańcem towarzyskim uczyłam się głównie kroków podstawowych i obrotów. Nie było to takie tempo, jak reprezentowali tancerze pod Pomnikiem Trzech Orłów, ale chętnie bym sobie jeszcze, choćby w skromniejszym wydaniu, potańczyła:)

Tymczasem od poniedziałku tańczę w kuchni, przy naszym kapuśniaku, łazankach, naleśnikach ze śliwkowymi powidłami i wśród latania z Małym do szkoły i odbierania go na czas. Po szkole za to jego tańce i dodatkowe zajęcia z angielskiego, które na szczęście bardzo mu się podobają. Zaczyna się też zbieranie kasztanów i szykowanie strojów na różniste wymyślne święta. Dziś na ten przykład Dzień Jabłka – zielone spodnie, czerwona koszulka, niedawno błękitny Dzień Warstwy Ozonowej. Strach się bać, co tam kolejnego nas czeka (chyba Dzień Kredki), ale już przeglądam szafy, czy na pewno mam dla syna ciuchy we wszystkich kolorach świata;) To co, jesień za oknem, a my na kolorowo i tańczymy.

https://www.youtube.com/watch?v=HAiHEQblKeQ

I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Wrzesień

Połowa minęła, a ja jeszcze nie wyszłam z wrześniowych opłat. Na radę rodziców poszło, na klasowe, na ryzę papieru i toner, na ubezpieczenie. Dziś na tańce i w następnym tygodniu na angielski. Nie mówiąc o opłatach stałych potrzebnych do życia i przyjemności np. by do internetu być podłączonym. To ostatnie w sumie już do życia potrzebne;) Mniej potrzebny jest np. taki Dzień Kropki i wszystkie kolejne święta szkolne, a i te trochę zachodu i (kosztów) generują..

Jeszcze z resztek ciepłej pogody wczoraj skorzystaliśmy, dziś już chłód, zimny wiatr i ciepła chusta na szyję. Zastanawiam się, czy już pora na płaszcz, czy jeszcze w skórze ten weekend pociągnę. Tak czy inaczej miłego życzę!

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Do pionu

Jestem w miarę ustawiona. I jakże doceniam, że mogę siadać i wstawać bez podpierania i bez bólu! Założyć samodzielnie buty, posmarować Małego oliwką, co ostatnio sam musiał czynić (z różnym skutkiem). I nawet podniosę już coś z podłogi. Wprawdzie kucając, bo schylanie jeszcze odpada, ale zawsze. W ramach wsparcia, w najgorszym czasie, nabyłam nawet chwytak do podnoszenia różności. Takie to czasy nastały niepokojące..

Były też etapy leżenia plackiem, które to wykorzystałam na odsypianie porannych pobudek i nieprzespanych przez ból nocy. I na czytanie, dzięki czemu nadrobiłam książkowe zaległości. Nawet na zebraniu szkolnym wysiedziałam, na niskim dziecięcym krześle. Także idzie ku dobremu, co mam nadzieję potwierdzi jutrzejsza wizyta u fizjoterapeuty.

Wrześniowe wydatki przez te moje niedomagania zwiększone, ale i na dodatkowy angielski synek już zapisany i na wieści o tańcach czekamy. W międzyczasie wywołałam zdjęcia do albumów i zajęłam się ich opisywaniem i segregowaniem. Obiecywałam sobie, że będę to robiła częściej, tymczasem znowu nazbierało się 300 sztuk i z trzy dni zajmie cała robota. Ale ta akurat do przyjemnych należy i powoli sobie wszystko ułożę. Nowy rozkład dnia, według lekcji, też sobie ułożyć muszę. I ogarnąć (po swojemu) domową rzeczywistość, która na mój pion czekała prowadzona ręką kochanych dwóch M (Męża i Małego). No to siup, wracam do działania. Ostrożnego jeszcze, ale byle na długo w formie..