Pomysły

Kolorowy zawrót głowy trwa, kolejne wyzwanie to czeskie przebranie. Dokładnie za flagę Czech, jakąś znaną tam postać (kojarzę jedynie p. Havel’a, Škodę i Vondráčková) lub bajkowego bohatera. Także czuję, że zaroi się od Krecików i Sąsiadów. Wybrałyśmy z koleżanką Pata i Mata, bo wykonanie najprostsze z możliwych i koszulki z dżinsami posiadamy. Dorzucimy jakieś narzędzia z tych mniej niebezpiecznych i jedynie czapeczki trzeba będzie wymyślić.

Mały to by najchętniej za rycerza się przebrał, po ostatnich przeżyciach. Zwłaszcza, że został zaopatrzony w Krakowie w drewniany miecz, a na Święcie Gryfa w profesjonalną tarczę z godłem. Na miecze jednak wychowawczyni się nie zgadza, już prędzej na karetę, którą też na Zamku widzieliśmy. Nie byle jaka to była kareta, oprócz wieści historycznych zawierała w swym wnętrzu gry komputerowe, także młodych do siebie przyciągała. Takie to teraz sposoby..

Tymczasem obchodzimy Dzień Chłopaka i moim kochanym mężczyznom też coś miłego chciałam przygotować. A jak wiadomo, z pomysłami dla chłopaków, dla brata, czy taty, u mnie ciężej. Jakoś kobietom o wiele łatwiej zrobić prezent i coś wymyślić, mają więcej potrzeb i marzeń, czy to kosmetycznych, biżuteryjnych, czy w kierunku drobiazgów domowych lub ozdób. Nic to, główka pracuje i coś się wykombinuje:) Miłego weekendu

Latino i kolorowy zawrót głowy

Te inne klimaty, pomimo braku słońca, przywodziły na myśl Rio de Janeiro i były małą namiastką karnawału. Muzycznie trochę monotonnie, ale szkoła bębnowa samby tak właśnie brzmi.

Za to taniec i stroje pań tańczących kolorowe i kuszące. Sambę zawsze bardzo lubiłam, w mojej przygodzie z tańcem towarzyskim uczyłam się głównie kroków podstawowych i obrotów. Nie było to takie tempo, jak reprezentowali tancerze pod Pomnikiem Trzech Orłów, ale chętnie bym sobie jeszcze, choćby w skromniejszym wydaniu, potańczyła:)

Tymczasem od poniedziałku tańczę w kuchni, przy naszym kapuśniaku, łazankach, naleśnikach ze śliwkowymi powidłami i wśród latania z Małym do szkoły i odbierania go na czas. Po szkole za to jego tańce i dodatkowe zajęcia z angielskiego, które na szczęście bardzo mu się podobają. Zaczyna się też zbieranie kasztanów i szykowanie strojów na różniste wymyślne święta. Dziś na ten przykład Dzień Jabłka – zielone spodnie, czerwona koszulka, niedawno błękitny Dzień Warstwy Ozonowej. Strach się bać, co tam kolejnego nas czeka (chyba Dzień Kredki), ale już przeglądam szafy, czy na pewno mam dla syna ciuchy we wszystkich kolorach świata;) To co, jesień za oknem, a my na kolorowo i tańczymy.

https://www.youtube.com/watch?v=HAiHEQblKeQ

I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Wrzesień

Połowa minęła, a ja jeszcze nie wyszłam z wrześniowych opłat. Na radę rodziców poszło, na klasowe, na ryzę papieru i toner, na ubezpieczenie. Dziś na tańce i w następnym tygodniu na angielski. Nie mówiąc o opłatach stałych potrzebnych do życia i przyjemności np. by do internetu być podłączonym. To ostatnie w sumie już do życia potrzebne;) Mniej potrzebny jest np. taki Dzień Kropki i wszystkie kolejne święta szkolne, a i te trochę zachodu i (kosztów) generują..

Jeszcze z resztek ciepłej pogody wczoraj skorzystaliśmy, dziś już chłód, zimny wiatr i ciepła chusta na szyję. Zastanawiam się, czy już pora na płaszcz, czy jeszcze w skórze ten weekend pociągnę. Tak czy inaczej miłego życzę!

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Do pionu

Jestem w miarę ustawiona. I jakże doceniam, że mogę siadać i wstawać bez podpierania i bez bólu! Założyć samodzielnie buty, posmarować Małego oliwką, co ostatnio sam musiał czynić (z różnym skutkiem). I nawet podniosę już coś z podłogi. Wprawdzie kucając, bo schylanie jeszcze odpada, ale zawsze. W ramach wsparcia, w najgorszym czasie, nabyłam nawet chwytak do podnoszenia różności. Takie to czasy nastały niepokojące..

Były też etapy leżenia plackiem, które to wykorzystałam na odsypianie porannych pobudek i nieprzespanych przez ból nocy. I na czytanie, dzięki czemu nadrobiłam książkowe zaległości. Nawet na zebraniu szkolnym wysiedziałam, na niskim dziecięcym krześle. Także idzie ku dobremu, co mam nadzieję potwierdzi jutrzejsza wizyta u fizjoterapeuty.

Wrześniowe wydatki przez te moje niedomagania zwiększone, ale i na dodatkowy angielski synek już zapisany i na wieści o tańcach czekamy. W międzyczasie wywołałam zdjęcia do albumów i zajęłam się ich opisywaniem i segregowaniem. Obiecywałam sobie, że będę to robiła częściej, tymczasem znowu nazbierało się 300 sztuk i z trzy dni zajmie cała robota. Ale ta akurat do przyjemnych należy i powoli sobie wszystko ułożę. Nowy rozkład dnia, według lekcji, też sobie ułożyć muszę. I ogarnąć (po swojemu) domową rzeczywistość, która na mój pion czekała prowadzona ręką kochanych dwóch M (Męża i Małego). No to siup, wracam do działania. Ostrożnego jeszcze, ale byle na długo w formie..

Witaj szkoło

Dla relaksu, jeszcze z głową w wakacjach i przed początkiem całego szkolnego kołowrotka wybrałam się z dziewczynami na komedię „A oni dalej grzeszą, dobry Boże”, prawdziwie pełną śmiechu, którą można polecać w ciemno. Nawet dla tych, co nie widzieli pierwszych części, albo je widzieli, ale obawiają się, że kolejna będzie słaba. Nie była. Była świetna. Kino pełne, śmiechu masa i od początku do końca wszystkim się podobało. Polecam:)

A tymczasem już plany lekcji na nowy rok szkolny rozdane. Spotkanie z eleganckimi drugoklasistami zaliczone. Pani zadowolona i zaskoczona, jak wszyscy urośli. A my od razu z głową pełną pytań, o dokupienie rzeczy do wyprawki, o jutrzejszą mszę na rozpoczęcie, o koszty na radę rodziców i klasową. I o zajęcia dodatkowe, bo już wiem, że bez wsparcia w angielskim się nie obędzie. Znajomi namawiają nas jeszcze na basen, ale najpierw trzeba się z planem zapoznać i spojrzeć, w który dzień będzie najwygodniej. Nie chcę zarzucić Małego, żeby czasu na naukę nie zabrakło.

Weekend intensywny

Przez tę pogodę i plany się pozmieniały i pranie dłużej schnie. Niebo całe w chmurach, ale na szczęście i słońce przez nie drogę znajduje. Także jest nadzieja, że za dzień, czy dwa nadejdzie upragnione ocieplenie.

I w sumie nie ma tego złego, bo dzięki chmurom przełożono działkowe urodziny koleżanki Małego i część dzieci załapała się na trampolinowe szaleństwo. My też. A po trampolinach na lody i wesołą ferajną na ucieczkę przed ulewą. Dzieci naprawdę potrafią cieszyć się ze wszystkiego. A nam udziela się ich radość.

Po powrocie, szybki obiad i pędem na kolejne spotkanie, tym razem na hulajnogi. Kiedy już dziecięcia odmówiły jazdy, padłyśmy z koleżanką przy placu zabaw, by chwilę odsapnąć. Po powrocie do domu jeszcze nasza gra strategiczna, a że Mężuś poszedł na spotkanie z kumplami z pracy, to z Małym dłużej sobie posiedziałam, poczytaliśmy książki i pogadałam z nim o potrzebie czasu dla siebie.. Nie mam go bowiem ostatnio w ogóle, od rana jestem zajęta domem, dzieckiem, spotkaniami i wyszukiwaniem mu atrakcji. I absolutnie nie narzekam, bo kocham to nasze wspólne istnienie, ale jednak trochę tego oddechu dla siebie (dla nas we dwoje też) brakuje.

W niedzielę tyle, co zdążyliśmy się wyspać i jechaliśmy już na spacer z rodzinką. Potem obiad na mieście, a po nim do kina na Minionki, by Mały miał radość i by ukryć się przed chłodnym wiatrem. Bajka świetna, dużo śmiechu, jeszcze wieczorna planszówka i cały weekend zleciał w mig. Nowy tydzień zapowiada się równie ciekawie, tylko tym razem słońce i ładna pogoda potrzebne i mile widziane:)

Wakacyjny początek

Zanim kolejne podróże, to najpierw zakończenie roku u naszego pierwszoklasisty. Całkiem przyjemne, w formie wesołego przestawienia, a nie nudnego apelu, jak u mnie bywało. Dzieci poprzebierane za postaci z bajek, piosenki, wzruszający wiersz dla taty i wychowawczyni dziękująca za współpracę i pomoc. Było naprawdę sympatycznie, tym bardziej cieszyłam się z Małym, że i moi rodzice dotarli i Mężowi udało się wyrwać z pracy. Na koniec kwiaty, prezenty i świadectwa z opisami, od których duma rośnie z własnego dziecka:)

Potem lody z dziadkami, drobny prezent dla, już prawie, drugoklasisty, wakacyjne przekąski na balkonie..

i.. wieczorna gorączka 38.3, żeby za wesoło nie było;) Nie wiadomo, czy to z emocji, czy ktoś z licznych gości na występie jakiegoś wirusa Małemu sprzedał grunt, że uziemiła nas w domu na kolejny dzień. Miały być urodziny koleżanki syna, w ogrodzie, z basenem i różowym tortem. Były dwie gry w Catana, który to rozbudował swoją wersję w kupieckim kierunku. Na szczęście gorączka już nie wróciła, za to humor, moce i energia jak najbardziej. Także niedzielny, rodzinny spacer, na imieniny mego Taty mógł się odbyć, a popołudnie nad rzeką dopełniło radości. I tym akcentem, przy 30 stopniowych upałach, rozpoczęliśmy wytęsknione wakacje 🙂 🏝

Dziecięca radość

Drugi semestr niedługo się kończy, z tej okazji zebranie w szkole, gdzie pani bardzo Małego chwaliła. Nie tylko za wyniki w nauce, ale i za wygraną w turnieju szachowym – z pierwszoklasistami i z drugoklasitą (we wrześniu będzie z trzecio). Jak tu nie być dumną z syna, kiedy sam się do tego przykłada:) Oby tylko na kolejne lata tak zostało, w kwestii nauki, to będzie można być o niego spokojnym.

Na fali dobrego humoru wyjście do kina na „Boskich” – kobiecą komedię o męskiej rywalizacji, z Penelope Cruz i Antonio Banderas’em. Film z pazurem, właściwie komediodramat – obśmiewający świat celebrytów, ciekawy, choć dla niektórych może być nudny, ale z dobrą grą aktorską głównych bohaterów i wysokimi notami na festiwalu w Wenecji.

A dziś u Małego festyn z okazji Dnia Dziecka, bez lekcji, z watą cukrową, lodami, frytkami i innymi smakołykami. Zabawy i konkursy przez cztery godziny, szaleństwo z kumplami i jeszcze jeden prezent czekający w domu – na fali zachwytu Harrym Potterem. Nie mogłam się powstrzymać na widok takiego cacka w sklepie, a syn już zapowiedział, że jego Harry będzie z nim w piątek oglądać kolejny odcinek swoich przygód. Figurka dołącza do kolekcji innych, znanych z filmów postaci i może dziecię zrobi sobie kiedyś wystawę we własnym pokoju:)

Dużo dziecięcej radości życzę!