Miara

Miara się przebrała. Kolejny dzień siedzę od rana w domu i czekam na fachowców. Dziś miała być dostawa nowego blatu i desek bocznych, obiecywano rano telefon, o której dojadą. Jest 14ta, nie było ani wiadomości, ani dostawy. Szlag mnie po prostu jasny trafił. Zadzwoniłam do szefa, z pytaniem czy w ogóle wie, co tu się dzieje. Jak działają jego pracownicy? Otóż trochę wie, że moja wina bo mi się wymiany zachciało i teraz to potrwa. Tia.. Tylko to wszystko trwa od 6 marca. Jestem bez kuchni, z bajzlem w domu, z niesłownymi, olewającymi pracownikami i mam tego dość. Czy naprawdę tak muszą wyglądać u nas remonty? Nie można normalnie? Słownie. Zaczynać pracę od 9, kończyć o 14 i w 5 dni kuchnię zrobić?

Żeby za lekko nie było, wiadomość ze szkoły, że Młody wymiotuje i natychmiast mam go odebrać. Leży teraz bidulek z miską przy głowie i odpoczywa, czekając żeby się napić rumianku. A w szkole chyba jakiś wirus, bo w jednej z klas tylko 5 dzieci na stanie, wczoraj córka koleżanki z gorączką i bólem ucha została odesłana. Ogólnie wiosenny pogrom.

Także ten.. fajny dzień.

Wiosenne przesilenie

Czasu na odpoczynek nie zabrakło, jednak wytchnienia wystarczyło na dwa dni. Od wczoraj Młody z gorączką i kaszlący na mokro. Zdążyliśmy spędzić fajny piątek na placu zabaw z koleżanką i sobotę pełną spacerów i odwiedzania naszych ulubionych zakątków (9 km zrobione).

I nie wiadomo, czy to przez zdradliwą zimno-ciepłą pogodę, czy przez kaszlące i smarkające wszędzie dzieci, ale trzeba było Młodego zostawić na niedzielę w domu. Także plany na ten dzień wzięły w łeb, udało się tylko babskie spotkanie z mamą i żoną brata. Ich syn też kaszlący i z katarem, także nie ma lekko. Musimy jakoś przetrwać wiosenne przesilenie. Dziś stan podgorączkowy trwa, szkoła poszła w odstawkę, ale nadrabiamy przysłany już cały zestaw zadań. Dużo tego, niby tylko 5 lekcji, a masa ćwiczeń i czytania do przerobienia.

Na plus niespodzianka z firmy meblarskiej. Przyjechał monter, by zawiesić kolejne korpusy i choć czekamy na blat i deski boczne, to prace trwają 👍

Wytchnienie

Dąb sonoma poszedł w zapomnienie. Utwierdziła mnie w decyzji widziana wczoraj kuchnia u koleżanki. Z krechami wszędzie ale, że w zacienionym aneksie, to mniej widocznymi. U nas okno niedaleko mebli i te kreski wręcz na biało świeciły. Po godzinie przeglądania desek nowy blat wybrany i mam nadzieję, że spełni oczekiwania. Choć przyjdzie poczekać kolejny tydzień na dostawę i pewnie kolejny na montaż całości. Ale cóż, taki lajf.

Tymczasem dość marudzenia, płaczu i załamywania rąk. Wiosna dodaje trochę energii (jeszcze nadziei by się przydało), od poniedziałku zdejmujemy maski i gdyby nie dramaty tego świata, można by było zacząć cieszyć się życiem. W tym na razie przoduje Młody, śmigając w cieńszej kurtce na plac zabaw. Spotykając się z kolegami i koleżankami (dzięki temu i ja mam więcej spotkań ze znajomymi), mobilizując nas do ruchu i przekazując szczerbate uśmiechy. Wczoraj wypadł mu kolejny ząb! Dopiero co przeżywałam ich wyrastanie, a tu już trzeba przetrwać wymianę uzębienia (plus wydatki na wróżkę):)

Weekend przed nami, wprawdzie w zmiennych temperaturach, ale niech da wszystkim trochę wytchnienia i czasu na odpoczynek 🌷

foto od koleżanki, zapewne gdzieś z sieci

Do łez

Tak jak myślałam, koncert w Łodzi przyprawił mnie o łzy i nie dałam rady obejrzeć i wysłuchać go do końca. O łzy przyprawiają mnie nadal wiadomości z Ukrainy, dlatego też ograniczyłam je do minimum. To prawda, że oprócz pomocy nie mogę zrobić nic. To się dzieje, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Pozostaje modlić się o zakończenie tego koszmaru, bo jak na razie nic nie przynosi efektów. Postanowiłam powrócić do swego optymizmu, ale bardzo mi to utrudniają i nasze działania domowo-kuchenne. W mieszkaniu armagedon i bajzel nie do opisania. Montaż mebli idzie jak po grudzie, z racji spóźniających się fachowców. Mówią, że będą o 9, przyjeżdżają o 12 na dwie godzinki. Albo wpadają jak po ogień mierząc kolejne fragmenty i lecą na magazyn (lub do innej roboty, kto ich tam wie). A dziś już szczytem wszystkiego okazał się blat, w którym zamiast pięknej kolorystyki – jak na próbce, zobaczyłam takie kwiatki..

I ja wiem, że dąb sonoma miewa różne wybarwienia i słoje, ale nie sądziłam, że nasz będzie miał krechy w takiej ilości. Jeszcze mnie główny projektant zapewniał, że na blacie takich kresek nie ma, tylko na deskach bocznych od szafek. Tymczasem byłam dziś na wizji lokalnej i ma. Dużo! Praktycznie co dwa centymetry, bardzo widoczne, jakby go kto nożem pociachał i patrzeć się na to nie da. Także ten.. wszystko przesuwa się na nieokreśloną przyszłość (z torbami pójdziemy przez obiady w barze), bo trzeba wybrać nowy kolor, blat i od nowa wszystko docinać. Wrr..

Dla pocieszenia za oknem piękna wiosna, dziś +18 stopni i aż chce się lecieć na dwór i podziwiać inne kwiatki, dla oka przyjemniejsze..

Przytłumione

Zieleni coraz więcej, ale tej nadziei jakoś niezbyt wiele. Niby żyjemy normalnie, spacerujemy z rodziną po pięknie kwitnącym parku. Śmiejemy się do dzieci gdy Młody gra w piłkę ze swoim ciotecznym Bratem, żeby dzieci nie odczuwały zmartwień. Idziemy z nimi na lody, bawimy w berka na trawie, pod wiosennym słońcem..

Spacerujemy wreszcie z rodzicami, jemy obiad w restauracji, jedziemy do Castoramy oglądać glazurę i żyrandole. Nawet do kina dziś się wybraliśmy, na bajkę „To nie wypanda”, by umilić Młodemu niedzielę i by spędzić razem czas. Ale z tyłu głowy ciągle strach, że wojna tak blisko, że ceny coraz wyższe, że nie wiadomo co przyniesie przyszłość..

Zaraz koncert charytatywny w Łodzi, niech niesie nadzieję i ukojenie. Już sam gest mnie wzrusza, muzyka będzie jeszcze bardziej..

Zakątek

Ikea musi poczekać, bo meble swej formy jeszcze nie zmieniły. Pod górę idzie nam z tą kuchnią. Covid przedłużył czekanie na dostawy elementów, potem głównodowodzący złamał nogę i kuśtyka o kulach, ze śrubami w kostce. A gdy już radośnie przywieźli wszystko do domu rozchorował się drugi montażysta. Całkiem możliwe, że złapał od nas, bo i Zosia dała znać, że po naszym wyjeździe na drugą stronę ją wywróciło.

Także artystyczny nieład trwa, a ja tęsknię już za domowym jedzonkiem i doczekać się nie mogę prób pieczenia, gotowania i zmywania naczyń w nowych sprzętach. Najbardziej jednak za porządkiem i odgruzowaniem przestrzeni z kartonów i poupychanych wszędzie rzeczy. Już tylko jeden zakątek został w nienaruszonym stanie – kanapa i ława przy niej.

Dlatego jak najczęściej uciekamy z domu, wczoraj na plac zabaw z sąsiadką i jej dziećmi, dziś na spacer i do koleżanki Młodego w ramach opieki, żeby jej mama mogła na wiosnę z nowymi pazurkami wystąpić. Moje obecnie w pastelowej zieleni, by i wiosnę przyciągać i nadzieję..

W ferworze

Weekend zupełnie niespodziewanie zmienił nasze plany na spędzanie czasu u Zosi. Pojechaliśmy by się zrelaksować, oderwać od remontowego klimatu i spędzić chwile z drugą babcią. Tymczasem jelitówka dołożyła jej roboty w postaci prania dwóch zmian pościeli, a mi nieprzespanej i stresującej nocy. Najgorzej jednak i tak miał Młody, przeżywając koszmar wymiatania co dwie godziny. Na szczęście w niedzielę nastąpiła poprawa, można było z nim wyjść na spacer, zjeść lekki obiad i trochę odetchnąć.

Nie na długo niestety – po powrocie do domu, wieczorną porą dopadło Męża i męczy go do teraz. Ja natomiast upraszam wszelkie moce, żeby mnie te atrakcje ominęły, bo jak mnie wirus pokona to z tydzień nie wstanę..

A tu fachowcy w ferworze działań, kucie w ścianie pod kable i nowe gniazdo do przyłączenia okapu i elektrycznego piekarnika. Kolejna dawka pyłu do sprzątania i przyjazd mebli, które to rozłożyły się po całym mieszkaniu w formie desek i częściowo złożonych elementów. O sprzęcie do ich składania nie wspomnę, bo o skrzynie w korytarzu się potykam, a do balkonu dojścia w ogóle brak. To wszystko jednak nic, gdy coraz bliżej ku końcowi i już tylko wybór kafli na ścianę został (plus panelu szklanego ze wzorem – co najtrudniejsze), oraz wyprawa do Ikei po organizator do szuflady na sztućce. Domyślam się, że na tym się wyprawa nie zakończy, bo tam zawsze jakieś cuda oko przyciągną.

Wymiatam

Trzecia w nocy (już czwarta), a ja nie śpię. I wcale nie dlatego, że nie chcę. Bardzo chcę, ale dziecię właśnie po czwartej turze wymiatania. Wszystkiego z siebie, więc pilnuję, żeby się nie zakrztusiło i robię wszystko, żeby nie zasnąć. Jelitówka jak nic, rano odbierałam telefon od M, że jej syn takowe wymiatanie (po dwóch dniach) zakończył. Nasz od niego, lub od innych zgłaszających chwilę później podobne choróbsko, prezent przejął i oby też szybko do formy wrócił.

Tymczasem w kuchni praca od kilku dni wre. Kafelki ze ścian zerwane, na podłodze leżą już nowe i czekamy aż fuga wyschnie, by zaimpregnować całość.

Nowy piekarnik czeka w korytarzu, zmywarka w salonie przykryta poszewką od kołdry, a ja wśród tego bałaganu próbuję ogarniać codzienność. I polować na posiłki, to w jednym barze, to w drugim, korzystając też z obiadu u rodziców i wczoraj z dobroci u koleżanki. Przy okazji też wymiatam, tyle że biały pył, który pięknie zastępuje dywan na panelach. Zmywam go i zmywam, ale uparcie powraca. Na parapety i szafki już nawet nie patrzę, udając że owej dodatkowej warstwy nie ma. Czymże jest taki pył, pośród pyłu za granicą, o której ani na chwilę nie przestaję myśleć..

Aneks kuchenny

Pracowity to był weekend, wywożenie gruzu, znoszenie szafek w kawałkach i mycie podłogi z pyłu. Jeszcze dziś rano z drzwiczkami od szafki przed szkołą leciałam, została kuchenka gazowa do wyniesienia i odłączenie zlewu. Jutro wchodzi kafelkarz ze swoją robotą. Czas start.

Polubię się chyba z czajnikiem elektrycznym, gotowanie w mig i można mniejsze porcje dozować – w czajniku tradycyjnym nie widzę ile wody mam w środku. Choć właśnie prąd wyłączyli – więc bezpieczniej mieć dwa modele. Natomiast aneks kuchenny w salonie jakoś mało mnie kręci. Stół prezentuje się wyśmienicie, ale lodówka na tle balkonu i naczynia nad książkami już nie bardzo się komponują. Większość mieszkań teraz budowanych takowy aneks posiada. Ja jednak bardzo się cieszę, że mamy osobną kuchnię i możliwość zamknięcia drzwi przy gotowaniu. Zapachów mniej, oparów i widoku na brudne naczynia. Chociaż przy zmywarce, mam nadzieję, że i tego da się uniknąć.

W międzyczasie udało się spacerowanie, z mniej już zakatarzonym synkiem. Krokusy i inne kwiaty nieśmiało zakwitły i marzną teraz przy tych nocnych mrozach. Nie zapominam i o wojennym mrozie – budząc się codziennie z myślą, jak walczący i uchodźcy radzą sobie w tych temperaturach, czy miasta dały radę i czy prezydent Ukrainy przetrwał kolejną noc.. W dzień niewiele więcej ciepła, choć trochę słońca się przebija. Ten chłód zapowiadają do połowy marca, więc dobrze, że najcieplejszej kurtki nie schowałam. Koleżanka już siebie i dzieci w wiosenne zaopatrzyła, a tu się trzeba było z zimowymi przeprosić..