Zakupowy zawrót głowy

Mama z nowym tuszem, rozjaśnionym włosem i pełna energii szykuje się do występów chóru. Kobiety dodatkowo nakręcone są zakupem nowych kostiumów i próbami, których ostatnio jest coraz więcej. Tak to już jest, że większość kobiet lubi zakupy i szafy pełne fajnych ciuchów, żeby można było po jej otwarciu zamiast standardowego „nie mam się w co ubrać!” rzec – ta sukienka będzie na dziś idealna 😉

 

 

W ramach dążenia do ostatniego stwierdzenia, powoli zaczynam polować na modowe rarytasy. Polowanie jest tym przyjemniejsze, że zbliżają się moje urodziny i Monż zadowolony, że sama wybieram prezent, staje dzielnie do kasy. Tym sposobem stałam się posiadaczką letniej sukienki w kolorze żółtym w drobne kwiatki. Pierwszy raz w życiu nabyłam żółtą sukienkę, ale jak w nią wskoczyłam była po prostu jak na mnie uszyta, a i kolor pasował. Kolejne cuda to dwie spódniczki, jedna zielona, druga malinowa, do której to od razu zapragnęłam pomalować paznokcie w tym samym kolorze. Tak dawno nie malowałam, że wyszłam z wprawy.. ale grunt, że nikt z lupą nie chodzi i na pierwszy rzut oka nie widać niedociągnięć. Dobrze też, że przed pomysłem malowania machnęłam gotowanie żurku i robienie sałatki z tortelini. W piaskownicy też zdążyłam zasiąść jeszcze bez zdobień i ogólnie plan jest taki, by malinowy zestaw dotrwał do zaprezentowania na niedzielne spotkanie.

 

 

Z nowości, nareszcie mam stolik na balkonie! Po kilku latach jęczenia, że fajnie by było takowy mieć.. nareszcie jest. Mąż upolował go z samego rana na promocji w Jysku (dzień po tym jak napisałam na blogu, że przydałby się stolik zobaczyłam go w reklamie o połowę tańszy niż standardowe tego typu stoły) otrzymując bonusowo kołdrę, która przyda nam się dla Syna, jak już urośnie do jej rozmiarów. Zaskoczenie w pełni, bo rzadko teraz dają w sklepach takie prezenty 🙂

 

A skoro stolik to koniecznie kwiaty.. pelargonie czekając więc już tylko na posadzenie do skrzynek. Oczywiście trudno wyjść do sklepu, żeby nie zahaczyć o dział dziecięcy, tym bardziej że zbliża się Dzień Dziecka. Mały stał się tym sposobem posiadaczem swojego pierwszego telefonu – wprawdzie na grające przyciski ale musi mu na razie zastąpić dotykowe wynalazki. Przy telefonach zapadła decyzja, że całkowicie przerzucam się na smartfona i po kilku dniach próby na starym sprzęcie, przeglądania modeli w necie i decyzji czy ma być czarny czy biały, zamówiłam prezent na dzień dziecka i dla siebie. A niech tam, raz się żyje, będzie biały. Zdecydowanie idzie nowe.

 

 

Na pocieszenie dla Syna ruszyliśmy obejrzeć wystawę modeli pociągów i torów w rozmiarach mini. Zafascynowani tematem dorośli faceci, z błyskiem w oku, przekazywali wiedzę o montowaniu torów, tworzeniu makiet i kierowaniu ruchem. Trzeba przyznać, że wykonanie i detale owych makiet były o wiele piękniejsze niż stan naszego pkp. Można było się zachwycić wagonami z malutkimi kanapami, dróżnikiem, semaforami, szlabanami, a nawet rowerem stojącym koło budki w rozmiarze 1 cm. Coś niesamowitego, że człek potrafi robić takie cacka.. 

 

 

 

 

mini pkp

 

 

 

 

Dzisiaj jeszcze w planach spacer i podziwianie występów grup tanecznych. Łapiemy po drodze moją Mamę, gdyż chce zobaczyć swoją koleżankę tańczącą na scenie. Być może na rowerach dojadą też Sylwia z Tomkiem i Beata z synem. Niech tylko pogoda się utrzyma, bo słońce przyświeca nam od samego rana. Miłej niedzieli i ruszamy na balkon tworzyć nasz mały ogród przydomowy 🙂

 

 

 

 

pod platanami

Mama..

Pamiętam, kiedy jeszcze z dzieckiem pod sercem czekałam na moment aż stanę się MAMĄ.. Próbowałam sobie wyobrazić ten ogrom uczuć, ten stan świadomości. Kiedy podano mi Maluszka do ucałowania i przytulenia czułam ulgę, że już jest na świecie i że jest zdrowy. Ale byłam wtedy w takim szoku, że nawet nie sprawdzałam czy ma wszystkie palce u rąk i nóg, jak to czyni wiele mam 😉 Później były pierwsze miesiące, w których głównie pamięta się nieprzespane noce, cogodzinne karmienie, przewijania, fontanny, ulewania, potem kolki, płacze.. Ta miłość rodziła się powoli, kiedy patrzyłam na śpiącą kruszynkę, kiedy tuliłam go w ramionach, kiedy wyciągnął do mnie rękę już świadomy że chce mnie dotknąć. Teraz gdy patrzy mi tak czujnie w oczy, odczytując mój nastrój lub reakcję na jego czyny, to aż serce mięknie. Ostatnio łapie mnie za włosy i przebiera w nich palcami, przytula głowę do ramienia i zagaduje jakby prowadził poważną rozmowę 🙂 Mam też frajdę, kiedy wychodzimy na place zabaw i widzę jaka to dla niego radość. To wszystko razem i uśmiech dziecka, to najpiękniejsze prezenty na Dzień Mamy..

 

 

A mama jak to mama, oprócz zajmowania się swoim Skarbem, rusza do boju z domowym perpetum mobile..  Łazienka umyta, zlew w kuchni, kurze na parapetach i półkach wytarte, kuchenka lśni – przynajmniej na kilka dni – Mąż odkurzył mieszkanie, na obiad upiekłam karkówkę do tego ziemniaki, buraki i można było wreszcie na trochę odetchnąć. Z niespodzianek – Mężulek oświadczył oficjalnie, że kończy granie w Plemiona! Doceniam 🙂 choć oczywiście już pojawiła się nowa gra, jednak mniej czasochłonna. Dzięki temu zakupione krzesła są już skręcone, sufit, który wymagał pomalowania też prawie dokończony. Krzesła balkonowe stoją tam gdzie powinny i już się cieszę na weekend i zakup kwiatów do skrzynek, może i stolik uda się znaleźć..

 

 

A dziś jadę z Małym do mojej Mamy – myślę, że bardzo ucieszy się z prezentu, bo oprócz wiosennej koszulki, farby do włosów w jej ulubionym kolorze i drobiazgów kremowych, mam dla niej.. tusz do rzęs w kamieniu!

 

 

 

tusz tuż

 

 

 

 

Tyle razy mówiła mi, że nie lubi teraźniejszych tuszy i okrągłych szczoteczek, że tysiąc razy lepiej malowało jej się rzęsy szczoteczką maczaną w tuszu z pudełka, że była przyzwyczajona, że tak lepiej.. A ja jakoś myślałam, że tusz w kamieniu jest już kompletnie niedostępny, nie widziałam go w żadnej drogerii i przyjęłam to za fakt. Tymczasem na allegro, jak widać, można dostać wszystko! szkoda, że dopiero teraz mnie olśniło, ale grunt że tusz w kamieniu mam i sprawię dziś Mamie dużą radość 🙂 Jest mi tak bardzo bliska, kocham ją z całego serca i mam nadzieję, że Syn będzie mnie kochał równie mocno..

Kalicińska z Czubaszek

W piątek miałam trochę czasu dla siebie.. na to by pojechać do gienia, przebadać się po ponad półrocznym czasie od porodu. Na to by zrobić małe zakupy na weekend i popatrzeć za ciuchami – w sumie na tym się skończyło, bo choć marzy mi się już jakaś nowość z garderoby, to wolę mieć ustaloną sylwetkę po karmieniu. W rossmanie za to załapałam się na promocję z okazji Dnia Mamy, 40% rabatu to nie lada gratka, więc mój krem do twarzy mogłam nabyć w dużo niższej cenie.

 

 

Sobota zaczęła się deszczowo, ale na szczęście na czas się rozjaśniło i mogłyśmy z Beatą ruszyć na spotkania – najpierw z przesympatyczną panią Małgorzatą Kalicińską, która opowiadała o swoim dzieciństwie, o tym jak zaczęła pisać, jak powstawały „Dom nad Rozlewiskiem” i inne jej książki, podarowała książkę dla pani Czubaszek, a na koniec podziękowała przybyłym za to, że dzięki czytelnikom zaistniała w literackim świecie. Po wywiadzie był czas na zdjęcia i autografy, z czego oczywiście skorzystałam z ogromną przyjemnością..

 

 

 

 

M. Kalicińska

 

 

 

 

Później przybyła pani Maria Czubaszek i zanim jeszcze zasiadła w fotelu poprosiłyśmy o zdjęcie i autograf poza sceną.

 

 

 

 

autograf

 

 

 

 

Coś niesamowitego jakie poczucie humoru ma ta kobieta! Jaki dystans do siebie i ile zabawnych anegdot w pamięci – 76 lat i taki lotny umysł.  Rozbawiała towarzystwo swoim ciętym humorkiem i właściwie facet przeprowadzający z nią wywiad był tam zbędny 😉 I szczerze, nie mają dla mnie znaczenia kontrowersje wokół postaci tej znanej satyryczki, dla mnie jest to postać artystyczna i tylko tak ją postrzegam.

 

 

 

 

M. Czubaszek 

 

 

 

 

Mężulek w tym czasie, gdy ja oddawałam się atrakcjom kulturalnym, wybrał się do kumpli z pracy na grilla i opijanie nowej altanki działkowej u jednego z nich. Obawiałam się efektów „po” – na szczęście, mimo iż toasty wznoszone weselną za pępkowe, za urodziny i za kilka innych okazji – powrót był spokojny i wręcz stęskniony 🙂

 

Natomiast niedziela w połowie poszła na odsypianie tych sobotnich wyjść i regenerację po nocnych pobudkach. Idzie bowiem drugi ząb! Zbliża się już wielkimi krokami i dziś siedzi już tuż pod dziąsłem. Wczoraj jeszcze nie było go widać i na spacerze z Kasią i Darkiem kompletnie nie umieliśmy stwierdzić dlaczego Mały tak rozpaczliwie płacze. Wprawdzie obudziły go nasze debaty – o Kasi podyplomówce, o Darka perypetiach osobistych, o wyborach prezydenckich na które jechaliśmy pod wieczór, o nastrojach i oczywiście o dzieciach – to jednak nawet po takich pobudkach nie było wcześniej takiej reakcji. Dziś już wiadomo – ząb był głównym winowajcą. Spacer jednak się udał, pogoda była upalna, dużo ludzi w lesie, ogniska, kiełbaski, wszędzie klimat wręcz wczasowy. Aż przysiedliśmy w słońcu i wracać się nie chciało. Zadzwoniła jednak moja Mama zapraszając na lody, już z okazji zbliżającego się jej święta. Brat przywiózł kwiaty i sercową bombonierkę, a ja z racji, że jechaliśmy prosto z pleneru postanowiłam prezenty podarować Mamie w tygodniu. Teraz to będzie też i moje święto, ale jeszcze poczekam, aż Synek będzie na tyle duży by samemu zmajstrować mamie laurkę 🙂

 

 

 

 

w ogrodzie

Rewolucje

Nasze akwarium przeszło gruntowną odmianę, praktycznie wystrój został stworzony od nowa (starsza wersja tutaj). Z ustawieniem korzeni i jasnym piaskiem (prezentem od żony, ucieszonej że nie trzeba go było podbierać dzieciom z piaskownicy 😉 ) zamiast czarnego żwirku. Bojowniki z racji swej bojowej natury, po pożarciu moich gupików z pięknymi ogonami, zostały wydane jakiemuś pasjonatowi – na zdrowie. Zrobiło się tak jasno w tym akwarystycznym kątku.. Jak dla mnie o wiele ładniej, a ponieważ rośliny zostały przycięte, to nareszcie widać ryby. Z czasem urośnie gąszcz, ale dzięki piaskowi możemy mieć ryby, które nie mogły być przy żwirku. Już jesteśmy na etapie wybierania nowych mieszkańców..

 

 

 

 

nju akwa

 

 

 

 

Urodzinowe popołudnie spędziliśmy w parku, przy deserach lodowych z bitą śmietaną. Mąż z prezentów baardzo zadowolony, oprócz piasku dostał wymarzony telefon, a ja postanowiłam przejąć jego stary. Dla mnie to duża rewolucja, bo od lat posługiwałam się telefonami z klawiaturą, a tu tymczasem przyszła pora na dotykowy. Nie wiem czy mi to podejdzie, ale ruszam z postępem 😉 Czytnik jakoś ogarnęłam to i ze smartfonem mam nadzieję, że sobie poradzę..

 

A skoro idzie nowe, to nareszcie wybrałam krzesła do kuchni – zdecydowanie powoli i opornie szło nam wykańczanie mieszkania. Człek tylko oszczędza i oszczędza, a zamiast sprzętów zawsze stawiałam na wyjazdy i zwiedzanie. Stąd dopiero po kilku latach zdecydowaliśmy się na komodę i na dokupienie krzeseł do kuchennego stołu. Dostawa wkrótce, a ja cieszę się że wreszcie dwa krzesła balkonowe trafią na balkon, gdzie ich miejsce. Jeszcze tylko stolik trzeba dobrać, co jak się okazuje nie jest takie hop siup, bo albo są za niskie, albo za duże. Trzeba będzie zrobić objazd po castoramie i leroju, bo to akurat czas ogrodowych klimatów. Może w weekend przy okazji, pomiędzy spotkaniem z p. Kalicińską i Czubaszek, oraz niedzielnym piknikiem, uda się nabyć pelargonie, ziemię i posadzić mieszankę kwiatową z nasion.

 

Synek ostatnio nieświadomie wymawia słowa „chata, chata”, czyli coś jest na rzeczy -trzeba się tą chatą zająć 😉 Dziś nawet w ramach zajmowania było odkurzanie, wycieranie mebli i porządki na półkach z butami, bo jeszcze mi tam kozaki zalegały.. a tu już niedługo przyjdzie pora na sandały!

 


Zmykam, bo zbliża się czas kąpieli Malucha. Jeszcze tylko odrobinę muzycznie.. Choć tytuł tej piosenki kompletnie nie pasuje do stanu mych uczuć, bom zakochana i w Mężu i w Synku po uszy, to jednak i The Cure w sercu nadal mi tkwi.. swego czasu słuchałam ich płyt codziennie przez 3 lata. zakochując się w tekstach, w tej muzyce i w koncertowych wydaniach (Katowice x 2). Dziś w połączeniu z Crystal Castles – Robert Smith.. Miłego zbliżającego się weekendu 🙂

 

 

 

 

Z serca

Ten tydzień rozpoczął się od smutnej wieści o Helence.. nie mogę przestać myśleć, o tej malutkiej istotce, która odeszła z tego świata pozostawiając po sobie rozpacz rodziców i żal całej rodziny. Nie powinno tak się dziać… nie powinno.. Rozpamiętuję to każdego dnia. Przytulam Syna mocno i drżę na myśl o innych rodzicach, którzy cierpią przez tak dotkliwą stratę. Niewyobrażalną..

 

Dzień leci za dniem, gotuję, spaceruję, ogarniam codzienność, ale gdzieś z tyłu głowy czai się smutek.. Nawet nie mam jak pomóc, jak pocieszyć.. A życie toczy się przecież dalej i ci młodzi ludzie, którzy mieli się teraz cieszyć dzieciątkiem muszą żyć z takim bólem. Współczuję im z całego serca…

 

Mój Szkrabek nieświadom jeszcze tego świata i jego lęków. Budzi się z uśmiechem, ufnie wyciąga ręce. Poznaje otoczenie, rozgląda się po mieszkaniu, po osiedlu, łapie Dziadka za brodę i Babcię za policzki, oswaja się z nowymi miejscami. Macha nogami z radości na widok dzieci w piaskownicy, jakby już sam chciał w niej zasiąść z łopatką i bawić się do wieczora. Oprócz marchewki od dwóch dni próbuje kleik ryżowy i widzę, że nie będzie żadnych problemów z podawaniem mu jedzeniowych nowości. Jest ciekawy tego, co mu się podsuwa i wręcz doczekać się nie może kiedy łyżka dotrze do buzi. Mniej fajne natomiast zrobiło się to, co po tym jedzeniu znajdujemy w pieluszce.. ale wiadomo, im gęstsze jedzenie, tym grubsza sprawa..

 

 

Brat już na ostatnim odcinku podróży, Tajlandią, Birmą i w ogóle całą podróżą jest zachwycony..

 

 

 

podróż

 

 

 

Poznał nowych ludzi, zwiedził kawał tamtejszych rejonów. Na rejsie po jeziorze Inle wypstrykał baterie do cna.

 

 

 

 

JEZIORO

 

 

 

 

Załapał się też na elektryczny skuter i widoki z góry..

 

 

 

 

z góry

 

 

 

Zostało jeszcze Mandalay i dłuugi powrót do naszego kraju. A w kraju zamieszanie wyborcze i debaty polityczne. U nas Urząd Miasta, który przeniósł się do budynku po filharmonii i przyjmuje petentów w sali, gdzie odbywały się koncerty. Brak możliwości zrobienia zdjęcia dowodowego dziecku – bo jeszcze nie siedzi. I jak zwykle dużo do góry nogami. Dobrze chociaż, że ostatnią szczepionkę na pneumokoki udało mi się zakupić, po zamówieniach telefonicznych, bo jak się okazuje i to nie było łatwe i oczywiste. Chciałoby się zabrać rodzinkę w plecak i ruszyć przed siebie, zobaczyć kawałek tego świata, pozwiedzać ciekawe miejsca i oderwać się choć na trochę.. Dobrze, że lato przed nami..

Książkowy i marchewkowy zawrót głowy

Czy można mieć zakwasy od książek? Oj można.. i to potężne! Takie, że ledwo chodzę.. Kiermasz książki przeczytanej jak zwykle okazał się świetnym pomysłem, choć miałam już wizję, że nie będę w stanie się na nim zjawić. Wieczór wcześniej bowiem dostałam wysokiej gorączki i bólu brzucha – wirusówka mnie dopadła jak nic. Zrobiło się groźnie, bo obawiałam się o utratę mleka, na szczęście wszystko działa poprawnie i Mały je ze smakiem 🙂 Na drugi dzień już mi przeszło, miałam energię, tyle, że trochę się przeforsowałam kucając z książkami do kartonu przy stole. Tak to jest, jak się nie trenuje niektórych partii mięśniowych. Na razie jedynie biceps ćwiczy podnoszenie naszej ponad ośmiokilowej „Kruszynki”..

 

 

 

 

 

książkowo

 

 


Na stoisku działałyśmy razem z Beatą, Mąż spacerował w okolicy z wózkiem, wymienialiśmy się na chwilę, było też karmienie w samochodzie. Jeszcze nie wybiła godzina otwarcia drzwi dla gości, a ja już trzy książki sprzedałam. Na początku były duże tłumy, książki rozchodziły się jak świeże bułeczki. No i ja sama musiałam się mocno pilnować, żeby nie wydać więcej, niż zarobiliśmy 😉 Oczywiście nie mówimy tu o dużych kwotach, książki chodziły po 2-5 zł, po 10 zł, a i za 1 zł nabyłam Synkowi kilka bajek. Najbardziej się cieszę z wierszy – Lokomotywa, Ptasie radio, Słoń Trąbalski itp.. piękne wydanie, bogato ilustrowane, za całe 5 zeta. 

 

 

 

 

 

bajki 

 

 

 

 

Po tak udanym przedpołudniu skoczyliśmy sobie na zasłużony obiad i kupiliśmy pierwsze słoiczki dla Malucha – marchewka, jabłko i marchewka z ziemniakiem. Jakoś nigdzie nie można było trafić samego ziemniaka, więc w tygodniu postaram się podjechać do babki, która ma uprawy bio. Startujemy ze słoiczka, bo jednak wolę by dostał na dzień dobry jedzenie przetestowane i przeznaczone tylko dla dzieci. Po pierwszych smakach już zamierzam kupować, gotować i blendować papki samodzielnie. 

 

Oczywiście sam moment podawania marchewki z łyżeczki wycisnął ze mnie łzę wzruszenia.. uwieczniłam go na zdjęciach, na filmie i normalnie jakbyśmy w kosmos prawie lecieli taka była akcja 😉 Nie wiem, jak ja przeżyję jego pójście do żłobka czy pokaz występów przedszkolnych, będę wyła jak bóbr.

Dzieć umazał przepisowo buzię, śliniak, ręce, portki i kawał fotelika. Spodobało mu się bardzo, sięgał po łyżkę, mlaskał, trochę wypluwał, trochę połykał. Pomarańczowy kolor na jakiś czas zagości na nim i w kuchni. A skoro już zaczęliśmy rozszerzanie diety to może miłe koleżanki mi doradzą, kiedy wprowadzić kleik ryżowy? Czy to w tym samym czasie co marchewkę czy potem? Czy kaszkę rano, potem mleko, potem marchewka, potem znowu mleko.. jaka jest kolejność?

 

 

Pojechaliśmy do Dziadków pochwalić się uwiecznionym sukcesem, Mąż wyszedł na spacer, a ja zasiadłam by moje obolałe nogi odpoczęły po dzisiejszym niesamowitym wysiłku, jakim było schodzenie i wchodzenie po schodach. Dobrej niedzieli wszystkim życzę i powodzenia na nowy tydzień..


 

p.s. i jeszcze się pochwalę Filharmonią (budynek budzi kontrowersje, jedni są zachwyceni, innym się nie podoba), choć to akurat nie moja zasługa 😉 

p.s.1 i tym, że znany jest już termin kolejnego Festiwalu książki słuchanej! Ha!

 


Nowy tydzień

i nowy miesiąc.. biała kartka do zapisania, opłaty do zrobienia, lodówka do zapełnienia – zakupy jedzeniowe poczynione – i dni do przeżycia pełną piersią. Na dokładkę pogoda iście letnia, ostatnio 22 stopnie C i słońce przy którym można już w krótkim rękawku śmigać. Wczoraj wyszłam na spacer ok 17 i prawie do 19 urzędowałam z Małym na świeżym powietrzu. Nie wiem doprawdy jak mam go ubierać, położna radziła zakładać jedną warstwę więcej niż sobie, a tu dłonie gorące i kark ciepły więc już nawet koc wózkowy tylko w nogach 🙂 Oby dalej tak pięknie..


Brat kawalerskie przetrwał, szczegółów jeszcze nie znamy, ale wnioskując ze zdjęcia na plaży, było wesoło i szampańsko.Kolega dołączył już do grona mężów, ślub nad morzem w rejonie Krabi i weselicho w hotelu przy basenie też się udały.

 

 

 

 

aż się chce..

 

 

 

Na kawalerskim dominowały kolory patriotyczne – czerwone spodnie, białe koszule i marynarki. Z wesela jeszcze nie ma fotek, na razie Brat rusza do Birmy w towarzystwie Filipińczyka, który jak się okazało też leci tam pozwiedzać.

 

 

 

 

jak marzenie..

 

 

 

Aż mi się zew podróżnika odzywa we mym wnętrzu! Na początek wybierzemy jednak pobliskie jezioro, a później może Chorwację i Włochy z własnym dojazdem – niech no tylko Dzieć podrośnie na tyle, żeby dało się z nim wędrować i podróżować dłużej niż dwie godzinki..

 

Obecnie szykujemy się do Kiermaszu Książki Przeczytanej. Beata dorzuciła 40 swoich książek, gdyż albowiem przed wyprowadzką do Danii robi czystkę na półkach. Wiadomo jak to jest z takimi czystkami, miało się odgruzować, a raptem tylko lekko się poluźniło. Od nas wyjedzie karton książek, wzbogacony jeszcze przez tatowe dzieła typu Archipelag Gułag czy Gargantua i Pantagruel. Czekam na wieści, czy dostaniemy na owym Kiermaszu stolik, bo termin coraz bliżej, a informacji brak. Bez stolika też jedziemy, ale wtedy bardziej z nastawieniem na wymianę i powrót z kolejnymi książkami do domu 😉 Na razie przed snem czytam lekki, zabawny kryminałek „Miłość, szkielet i spaghetti”, dla fanów pani Chmielewskiej, polecam, bo napisany w podobnych klimatach i z poczuciem humoru.  


Wzięłam się dziś za gotowanie, pomiędzy zabawianiem, karmieniem, przewijaniem, smarowaniem, podawaniem witamin i usypianiem Synka. Powstały z tego łazanki z kapustą i kiełbaską smażone i gotowane na raty. Na szczęście pod koniec można wszystko razem zamieszać, doprawić i gotowe. Gorzej, że zostały mi naczynia do umycia, a od tego wolę się już nie odrywać. Jak zacznę, trza skończyć.

 

Zelektryzowała mnie dziś wiadomość z Miejskiej Biblioteki o zbliżającym się spotkaniu z Małgorzatą Kalicińską i Marią Czubaszek! Już jestem podekscytowana i szykuję aparat oraz mój podręczny notes na autografy. Choć podejście bliżej może się nie udać, bo impreza odbywa się w plenerze parkowym, a tu jak wiadomo dojadą rowerzyści, tłum stworzą spacerowicze i chętnych będzie dużo. Mimo wszystko jestem dobrej myśli. Oby tylko pogoda dopisała, a już ja się postaram o bliskie spotkania trzeciego stopnia 😉