Streetdance

I faktycznie jest przyjemnie, kiedy w dzień słońce przygrzewa i można wyskoczyć jeszcze w krótkim rękawie. Weekend więc, z racji pogody, trochę plenerowy, ale też i domowy i towarzyski. Zaliczyliśmy spotkanie u chrzestnej Małego, która przyjęła nas deserem z kolorowych galaretek. Był obiad w restauracji, dla odmiany po domowej kuchni i były spacery, na nabrzeże, na Wały Chrobrego i do parku..

Znalazłam czas na uzupełnianie śpiewnika o nowe piosenki z chwytami gitarowymi, a zostało mi ich jeszcze dużo do wpisania. Pograłam trochę i wypróbowałam świąteczne przeboje, choć do świąt jeszcze daleko. Podjechaliśmy też na Międzynarodowy Festiwal Tańca Streetdance, gdzie w jury zasiadali specjaliści od różnych stylów tanecznych. Przeważały wygibasy hip hopowe i breakdance. Nie są to moje ulubione style, zdecydowanie wolę pokazy tańca towarzyskiego, ale wybraliśmy się ze względu na Małego. Podobają mu się tańce zespołowe, synchroniczne układy, a w domu sam próbuje tańczyć i niektóre jego skoki i kręcioły pod breakdance można podciągnąć. Kto wie, może pójdzie tą drogą, bo widać że muzyka i taniec go porywają..

Plaża, czy grzyby?

Nie wiadomo co wybrać, bo nowy sezon uraczył i tym i tym. Pogoda iście letnia, ale w końcu kalendarzowe lato jeszcze w toku. Nie spodziewałam się jednak aż takich upałów i powrotu do sandałów..

A te przydałyby się nad jeziorem, na które wybraliśmy się w sobotę, na spotkanie z rodzinką. I na świętowanie urodzin Mamy, do której przybyłam z prezentami. Ucieszyła się z książki o pani Kwiatkowskiej i z kremu do twarzy, coraz bardziej wymagającej, choć jak dla mnie nadal młodej.. Na plaży błogo, leniwie, ale Mały nie odpuszczał i za piłką też trzeba było trochę polatać. Bratanek dzielnie w tym uczestniczył i fajnie tak popatrzeć na obu naszych małych chłopaków, trzymających się za rękę. Rodzice od czwartku na wyjeździe, po leśnych wędrówkach i niewielkich grzybowych zbiorach..

Brat dojechał w piątek i z racji pięknej pogody przedłużył pobyt do wczoraj, a my po urodzinowym obiedzie zwinęliśmy żagle, by kolejny dzień spędzić już nad innym jeziorem. W planach było morze, ale jednak wietrzniej tam było w niedzielę i chłodniej, wolałam zostać na miejscu i przy okazji uniknąć nadmorskich korków. Trzeba korzystać, póki Mały zdrowy i katary na razie odpuściły..

Uwolnić szafę

Jak wiadomo czyste przestrzenie i zakamarki uwalniają nie tylko powierzchnie płaskie ale i głowę. Przy okazji w takim domu od razu lepiej się oddycha, jest bardziej świeżo i pachnąco. A na dokładkę porządek robi się i we mnie. Porządkuję myśli, wyciszam się i mam niesamowitą satysfakcję, z efektu końcowego. Tym razem po przeczytaniu owej książki

poczułam zew, by zabrać się za szafę. Szafa duża, pojemna, mieszcząca (oprócz kurtek) rzeczy na wszystkie sezony. Idąc za radą autorki, wywaliłam wszystkie ciuchy na środek pokoju, umyłam wnętrze szafy, przymierzyłam każdą rzecz i rozpoczęłam selekcję pod hasłem..

  • odłożyć wszystko, co za małe, za duże, niewygodne i niemodne
  • pozbyć się tego, co nie noszone od dwóch lat
  • nie patrzeć na sentymenty, sprzedać i kupić coś nowego

I idąc tym tropem uwolniłam siedem wieszaków, odddzieliłam 26 rzeczy, których nie tylko przez dwa ale i przez siedem lat nie nosiłam. Dałam dla córki koleżanki fajne koszulki, w które się nie mieszczę. Odkopałam dwa nowe swetry. A potem z zamiarem sprzedaży tego, co jest w idealnym stanie próbowałam posiłować się z aplikacją Vinted, ale że nie przypadliśmy sobie do gustu powróciłam na olx. Wystawiłam też wreszcie na sprzedaż suknię balową! Która o dziwo poszła w mig, dla sympatycznej pani do szkoły tańca, zapraszającej nas do siebie gdybyśmy czasem w jej okolice zawitali 🙂

I ogólnie humor po ostatnich nerwach powrócił, a szafa zyskała odświeżony i poukładany look. Teraz pora nauczyć się postępowania z własnym, nowym wymiarem, przede wszystkim nie kupowania za dużo i byle z rozmysłem. A tak naprawdę pora zacząć nosić rzeczy, które są świetne i w tej szafie czekają, wyprzedzane ciągle przez te same, opatrzone już zestawy. I choć jeszcze słońce za oknem to botki-kalosze na jesień przygotowane, nowe swetry też, można rozpocząć kolejny sezon. Gdzieś pomiędzy figurą klepsydry i jabłka..

Szalone

Plastuś przypadł Małemu do gustu, a ja dzięki temu przypomniałam sobie przygody małego ludka nie tylko w książce, ale i w bajce. W necie to jednak można znaleźć wszystko. Nawet moje „Przyjaciółki”, które już po wakacjach nadrabiam. Po przedszkolnym zebraniu trzeba było też nadrobić płatności i to wcale niemałe. Wyprawka, książki, rada rodziców, ubezpieczenie.. i oby tylko nie zamknęli wszystkiego, by dzieci z dobrodziejstw owych mogły skorzystać.

My natomiast skorzystaliśmy z opieki chrzestnej Małego i mogliśmy wybrać się do teatru. Najpierw jednak wysprzątaliśmy całe mieszkanie, upiekłam dwa ciasta i zrobiłam deser budyniowo-herbatnikowy według przepisu naszej Ani Piszącej.

Mały został pod dobrą opieką, a my w maseczki i po podpisaniu oświadczeń o wirusowym zagrożeniu, mogliśmy wraz ze znajomymi obejrzeć sztukę.

„Szalone nożyczki” to komedia kryminalna, która gdyby była odgrywana tylko przez aktorów bardzo by mnie zachwyciła. Od połowy prowadzona jednak była wraz z publicznością, widzowie mogli zadawać pytania podejrzanym, ingerować w to, co się działo na scenie. Retrospekcja zdarzeń wydłużyła całość, a niektórzy widzowie zadawali żenujące pytania przez co trochę siadły emocje. Bardziej podobała nam się pierwsza sztuka Teatru Dramatycznego z Koszalina – „Związek otwarty” – szybka akcja, dużo śmiechu i mimo iż grały tylko dwie osoby, perełka.

Za to po teatrze humor wrócił na całego, za sprawą zaproszenia na domowe party. Mężuś musiał wracać i odwieźć ciocię, a ja dotarłam na pogaduchy w ośmioosobowej ekipie. Wytańczyłam się, pojadłam smacznych sałatek, orzechów. I po intensywnej degustacji białego, półsłodkiego wina, po północy padłam w ramiona Męża. Także niedziela po tych szaleństwach przyda się wyciszona, spokojna i przeznaczona na regenerację..

Na wesoło

Zanim rozpoczęcie zerówki, zakończyliśmy te wakacje z przytupem odwiedzając duże wesołe miasteczko, które od lipca zawitało w naszym mieście. Obiecaliśmy Małemu, że w te wakacje tam dotrzemy.

W lipcu padało, pogoda nie sprzyjała karuzelom i skokom na trampolinie, za to upalny sierpień wyganiał nas z miasta. Dotarliśmy tam prawie na ostatni gwizdek i szał ciał opętał moich chłopaków. Było zjeżdżanie na wielkiej zjeżdżalni, karuzela, rollercoaster, autodrom oczywiście dwukrotny, bo przecież jazda autem i zderzanie się z innymi to taka frajda. Do komnat grozy Mały nie zdecydował się wstąpić, za to było przejście przez przeszkody w czteropiętrowej konstrukcji. W której to podłoga się ruszała, turlały jakieś rurki, wspinaczka była ruchoma, a na koniec trzeba było skakać po wystających z wody słupkach. Dawno nie widziałam tak roześmianego Męża, a syn gdyby mógł spędziłby tam na wesoło cały tydzień.

Ja z przyjemnością takie miejsca odwiedzam, ale że wszelkie kręcenie, wirowanie i wzbijanie się w powietrze mi nie służy, robię za widza i uwieczniam fajne chwile. Tym bardziej, że takich chwil będzie teraz mniej, choć liczę że te jesienne i zimowe też zaliczymy do udanych. Jakoś przecież trzeba przetrwać do kolejnej wiosny 😉

Nowy wymiar

Do tej pory, na palcach dwóch rąk mogłam policzyć noce, kiedy nie byliśmy razem. Cztery, gdy po porodzie leżałam z Małym w szpitalu, ale codziennie się z Mężem widziałam. Dwie, gdy pojechał rok po roku, na firmową wigilię nad morze. I jedną, gdy pomagał Zosi w trudnej chwili. Nie jest to więc dla nas coś normalnego, że się wyjeżdża osobno i osobno spędza czas. Nawet do tej pory nie mieliśmy ani takich możliwości, ani chęci. Z tymi chęciami to nadal nie do końca, bo po prostu lubimy być razem. Jednak gdy trwają upalne wakacje, Mężowi kończy się urlop, a jest dostępny wolny domek.. to grzech nie skorzystać. Zwłaszcza, że Mały tak bardzo lubi spędzać czas nad wodą, jak i ja.

Pojechaliśmy więc na jeden dzień razem, a potem Mężuś wrócił do domu i zostałam na tydzień z synem nad naszym jeziorem. Nie sama, bo rodzice w domku obok, ale to dobrze. Mały miał czas z dziadkami, ja z rodzicami, a i bezpieczniej w środku lasu, w razie gdyby coś się działo i np trzeba jechać do lekarza, czy po prostu na zakupy do miasta. Część rzeczy została po poprzednim wyjeździe, nie musiałam targać pościeli, kaloszy i ciepłych bluz, które praktycznie się nie przydały. Dni były upalne, wieczory często też, codzienne kąpiele od rana, zabawy w piasku i wygłupy na plaży. Pierwsze próby pływania i nurkowania, łowienie ryb z dziadkiem, mały rejs na łódce i opalanie, po którym wyglądam jak mulatka. Relaks prawie całkowity, gdyby nie trzeba było gotować obiadów 😉

W domu bez nas było pusto i cicho, więc odwiedziny mieliśmy już po dwóch dniach. Ku mej radości i jak balsam dla serca. Przy okazji, w ten dzień, załapaliśmy się na spotkanie z przyjaciółmi rodziców. Impreza na całego, przy śpiewach, gitarze i wesołych anegdotach z dawnych lat. Przyjaciele owi jeździli nad to jezioro razem z nami, jeszcze pod namioty. Najedliśmy się pieczonego szczupaka i innych smakołyków, były zawody w strzelaniu z wiatrówki do tarczy, nawet Mały mógł spróbować, przy asekuracji Taty.

Kolejne dni nabrały stałego rytmu, śniadanie, plaża i pływanie, aż do obiadu, potem spacery, gry w karty, w piłkę, rakietki różniste i wyprawy do lasu. Wieczorem na pomost podziwiać kolory na jeziorze, a potem ognisko, gitara, pogaduchy, czytanie książki i zasypianie po północy. Wakacje, jak wymarzone, a i za Mężem i za domem zatęskniłam..

Świat mini

Kiedyś z Mężem byłam w parku, w którym wyrosła wieża Eiffla, gdzie można było podziwiać Sfinksa i turecki meczet Hagia Sofia (widziałam life, miałam porównanie). Tym razem zrobiliśmy wyprawę do Parku Miniatur i Kolejek

W którym to oprócz podziwiania latarni morskich z różnych miast naszego wybrzeża, można było przejechać się małą kolejką stukającą po torach jak prawdziwa. Dla dzieci super frajda, ale i my z przyjemnością zaliczyliśmy przejażdżkę. Choć przyznaję, że budowle i niesamowite ich odwzorowanie wzbudzały mój większy podziw..

Można było, za jednym zamachem, stanąć przed latarnią w Świnoujściu, w Sopocie, czy na Helu. Albo odwiedzić znowu Gdańsk, chociaż tak 🙂 Pogoda nadal upalna, wakacje trwają w pełni i to w nowym wymiarze, ale o tym w następnym odcinku..

Morze nasze morze

Znad jeziora wrócili, pranie porobili, walizki przepakowali i nad morze ruszyli.

Była całkowita zmiana sposobu wypoczywania, otoczenia i krajobrazów. Ale przyznaję, że i tego mi brakowało. Uwielbiam nadmorskie klimaty, zwłaszcza, gdy pogoda dopisuje. A tej, przez drugi tydzień wspólnego urlopu, ani na chwilę nie brakowało. Nie brakowało też atrakcji, choć wybraliśmy mniejszą miejscowość. I to był duży plus. W pensjonacie tylko od czasu do czasu mijaliśmy sąsiadów, było spokojnie i bez większych kumulacji. Choć na plaży wydawało się, że jest dużo ludzi, to można było utrzymać dystans, a parawany nabrały nowego znaczenia – odizolowania się i zapewnienia sobie przestrzeni. Na promenadzie, w dzień, dało się swobodnie spacerować, wieczorem było już ciaśniej. Ale za to w barach ani razu nie zabrakło nam stolika (pilnowano dezynfekcji), dużo osób jednak zakładało maski na wejściu, a i w sklepach zakładaliśmy maseczki.

Z racji przełożonej na następny rok Bułgarii, postanowiliśmy nie trzymać się kurczowo za kieszeń i poszaleć trochę, by sprawić synkowi (i sobie) małe przyjemności. Były więc pyszne obiady, lody na deser, skoki na trampolinie, były gry na automatach (szaleństwo dla dzieci) i wygrane za nie zabawki. Mały próbował na każdym kroku naciągać nas na różne pierdółki. Ale i na moją wymarzoną, białą, plażową sukienkę wystarczyło, na słomkowy kapelusz i nowe okulary przeciwsłoneczne dla Męża.

Wróciliśmy opaleni, owiani morską bryzą, z kolejnym magnesem na lodówkę, toną zdjęć do przejrzenia i mam nadzieję, że zdrowi..

Jeziorne wakacje

Wróciliśmy. Po prawie tygodniu spędzonym nad jeziorem, w lesie, z daleka od ludzi. Kiedy to dni wypełnione były spacerami, powietrzem i wakacyjnym klimatem. Zdarzał się czas, że jezioro i plaża były całe dla nas. Ewentualnie dla kilku osób, które przyjechały po relaks i odpoczynek. Jak my. Na początku trochę się gubiliśmy. Mąż po ciągłej pracy i wyrwany z miasta nie mógł się odnaleźć w ciszy. Czasem ciężko się przestawić z pędu w całkowity spokój. Ale wystarczyły dwa dni, by każdy dzień nabrał nowego wymiaru.

Z ciągłym przebywaniem na powietrzu, z pływaniem w przezroczystej wodzie, zabawami na plaży i zmianą widoków. Bez bloków, spalin i samochodów. Choć przyznaję, że i do miasteczka na obiad, czy na lody się wyskoczyło. Ale coraz mniej chętnie i zdecydowanie rzadziej. Bo po co, skoro dookoła jest tak pięknie..

A jeszcze, gdy przyjechali rodzice, wypoczynek zmienił wymiar. Mały ganiał i do nich, bawił się z dziadkami w wodzie, śmigał do ich domku i grał z Babcią w ping ponga. Zrobiło się więcej czasu dla nas. Wieczorem ognisko, z biesiadnymi piosenkami i moim trenowaniem chwytów. Sama już widzę, że lepiej idzie granie i płynniej zmieniam akordy. Ale jeszcze długa droga, by grać i nie patrzeć do śpiewnika. Wieczorem za to spoglądaliśmy w gwiazdy. Nigdzie nie są tak piękne, jak z dala od miasta. I na gładką taflę wody, w którą można patrzeć bez końca..

Dary natury

Pakowanie na weekend mam już opanowane. Rach ciach, dwie zmiany ubrań, ładowarki, czytnik i gotowe. Kosmetyki w podwójnej wersji zawsze czekają w torbie, leki też. Tylko napoje na drogę i przekąski dokupujemy. Weekend u Zosi jak zawsze relaksujący. Trochę w domu, dużo w ogrodzie, spacer z hulajnogą, plac zabaw. Mały wybiegany na całego, śpi potem spokojnie i ma lepsze trawienie. Ja zachwycona ogrodowym światem, kwiatami i przede wszystkim świeżymi warzywami. Dawno nie jadłam ogórków prosto z krzaka, tak smacznej kalarepy i przepysznej fasolki z bułką tartą, którą się najeść nie mogłam. Żadne warzywa sklepowe, ani nawet z warzywniaka nie umywają się do tych, prosto z ogrodu..

Czekamy na borówkę, która pięknie owocuje ale jeszcze do granatowych kolorów jej kawałek..

I na najsłodsze winogrona, które jeszcze potrzebują słońca i czasu.. może pod koniec sierpnia będą gotowe, albo z początkiem września. Zosia za dwa miesiące kończy zawodową część życia, będziemy mogli przyjeżdżać kiedy tylko dusza zapragnie i kiedy tylko będziemy mieli chęć.. Miło 🙂