Pomysły

Kolorowy zawrót głowy trwa, kolejne wyzwanie to czeskie przebranie. Dokładnie za flagę Czech, jakąś znaną tam postać (kojarzę jedynie p. Havel’a, Škodę i Vondráčková) lub bajkowego bohatera. Także czuję, że zaroi się od Krecików i Sąsiadów. Wybrałyśmy z koleżanką Pata i Mata, bo wykonanie najprostsze z możliwych i koszulki z dżinsami posiadamy. Dorzucimy jakieś narzędzia z tych mniej niebezpiecznych i jedynie czapeczki trzeba będzie wymyślić.

Mały to by najchętniej za rycerza się przebrał, po ostatnich przeżyciach. Zwłaszcza, że został zaopatrzony w Krakowie w drewniany miecz, a na Święcie Gryfa w profesjonalną tarczę z godłem. Na miecze jednak wychowawczyni się nie zgadza, już prędzej na karetę, którą też na Zamku widzieliśmy. Nie byle jaka to była kareta, oprócz wieści historycznych zawierała w swym wnętrzu gry komputerowe, także młodych do siebie przyciągała. Takie to teraz sposoby..

Tymczasem obchodzimy Dzień Chłopaka i moim kochanym mężczyznom też coś miłego chciałam przygotować. A jak wiadomo, z pomysłami dla chłopaków, dla brata, czy taty, u mnie ciężej. Jakoś kobietom o wiele łatwiej zrobić prezent i coś wymyślić, mają więcej potrzeb i marzeń, czy to kosmetycznych, biżuteryjnych, czy w kierunku drobiazgów domowych lub ozdób. Nic to, główka pracuje i coś się wykombinuje:) Miłego weekendu

Święto Gryfa

W piątek zawsze warto przejrzeć stronę swojego miasta, można bowiem trafić darmowe perełki w postaci festynów, targów i różnych innych akcji. Mały wydobrzał mogliśmy więc skorzystać z plenerowych atrakcji i na pierwszy ogień wybraliśmy podróż w czasy dawne. Kiedy to na Zamku Książąt Pomorskich Gryfici mieszkali, a obecni fascynaci owych czasów odtwarzali ich życie codzienne, pieczenie podpłomyków, rozwój instrumentów, namiotów, strojów i rycerskiego świata.

Dużo ciekawostek, historii i występów, połączonych z nauką tańca z chorągwiami i władania mieczem.

Świetna sprawa, Mały zachwycony tak, że jechaliśmy na Zamek dwa razy, ale po drodze i na inne pokazy trafiliśmy. Zupełnie z innej bajki i w innych strojach, które to w kolejnym odcinku do obejrzenia.

Dobry czas

Dałam radę w skórzanej kurtce, ale nie obeszło się bez ocieplanej bluzy. I kaptur się przydał i kalosze. Ale te nie non stop, bo i słońce wychodziło i spacery po lesie się trafiły..

Pojechaliśmy do Zosi i dobrze było znowu poczuć się w trasie. Patrzeć na mijane krajobrazy, momentami przypominające jeszcze letnie, ale już jednak coraz bardziej jesienne.. W ogrodzie dojrzały winogrona, załapałam się na słonecznik, odpoczęłam i wyciszyłam początkowy wrześniowy pęd. Jak zwykle czas przy dobrym jedzonku, cieple z opalanej drzewem kuchni (oby tego drzewa nie zabrakło), bajkach dla Małego i pogaduchach do nocy. To był dobry czas, a weekendy mogłaby wolniej upływać, żeby trwał trochę dłużej..

Mama

I tak to, dziś urodziny mojej Mamy. Różne miałyśmy etapy naszych relacji, poprzez dziecięcą i bliską, potem buntowniczą i gniewną, praktycznie pozamykaną w osobnych pokojach i na zasadzie „daj mi święty spokój”. Po uświadomienie sobie ogromu miłości, potrzebę jak najczęstszych spotkań i codziennych telefonów. Różnimy się od siebie bardzo. Charakterem, podejściem do ludzi, do prezentów, nowych sukienek (ja uwielbiam, mama nie potrzebuje), uśmiechu do świata, do poznawania nowych miejsc (mnie nosi, mama najchętniej w domu), wydawania pieniędzy, gotowania, biżuterii, makijażu. A mimo wszystko, choć tak różne, to jednak połączone. Na zawsze. I daj Boże, żeby jak najdłużej żyła w zdrowiu na tym świecie, bo świata bez niej sobie nie wyobrażam..

Także wieczorem rodzinne świętowanie, a na razie szybkie pichcenie naleśników, żeby cokolwiek na obiad było. Poranne zakupy, pranie i poszukiwanie butów zmiennych na dodatkowe zajęcia dla Małego. Ceny tak skoczyły w górę, że za głowę się łapię. I żeby choć z ceną jakość butów poszła w górę – a to te same trampki, tylko rok temu płaciłam za nie połowę mniej. Wyszliśmy z galerii mocno zniesmaczeni, na szczęście na pocieszenie trafiłam ciepłą bluzę dla siebie (w promocji, teraz tylko tak). Przyda się na zimne poranki. Kwiaty do domu, od „pani działkowej”, też się przydadzą i trochę optymizmu wniosą..

Witaj szkoło

Dla relaksu, jeszcze z głową w wakacjach i przed początkiem całego szkolnego kołowrotka wybrałam się z dziewczynami na komedię „A oni dalej grzeszą, dobry Boże”, prawdziwie pełną śmiechu, którą można polecać w ciemno. Nawet dla tych, co nie widzieli pierwszych części, albo je widzieli, ale obawiają się, że kolejna będzie słaba. Nie była. Była świetna. Kino pełne, śmiechu masa i od początku do końca wszystkim się podobało. Polecam:)

A tymczasem już plany lekcji na nowy rok szkolny rozdane. Spotkanie z eleganckimi drugoklasistami zaliczone. Pani zadowolona i zaskoczona, jak wszyscy urośli. A my od razu z głową pełną pytań, o dokupienie rzeczy do wyprawki, o jutrzejszą mszę na rozpoczęcie, o koszty na radę rodziców i klasową. I o zajęcia dodatkowe, bo już wiem, że bez wsparcia w angielskim się nie obędzie. Znajomi namawiają nas jeszcze na basen, ale najpierw trzeba się z planem zapoznać i spojrzeć, w który dzień będzie najwygodniej. Nie chcę zarzucić Małego, żeby czasu na naukę nie zabrakło.

Rzutem na taśmę

Ostatnim rzutem na taśmę złapaliśmy dzień pięknej pogody. U nas lało, brat zrezygnował z wyprawy nad jezioro, bo i tam deszcze, tymczasem niedaleko nas w prognozie widać było słońce i temperaturę 26 stopni. Pojechaliśmy po rodziców, Brat wraz ze swoją rodzinką w drugim aucie i całą ferajną – nad morze:) Prognoza się sprawdziła, uciekliśmy z deszczu w fantastyczny nadmorski dzień.. i to z kąpielami w Bałtyku! Co jak wiadomo, nie jest oczywiste, a wręcz mocno zaskakujące. Rodzice od kilku lat nad morzem nie byli, a Bratanek zachwycony był dużą wodą i piaskownicą z nieograniczoną ilością piasku..

Po plażowaniu rodzinny obiad, potem lody i rodzice zabrali się do domu z synem, a my mogliśmy jeszcze pobuszować po sklepikach. Bransoletka z muszelek trafiona, Mały szaleje dalej z kartami Pokemonów, Mężu szukał okularów przeciwsłonecznych na następne lato, ale już koniec sezonu, więc większość przebrana. A szkoda, bo ceny wyprzedażowe, sama chętnie bym nowy strój kąpielowy upolowała (mój powoli dokańcza żywota) i może jakąś bluzę, choć niekoniecznie w kotwice;)

Wróciliśmy późno, komedia na dobry sen, a w niedzielę wyprawa na wystawę makiet z pociągami i malutkimi ludzikami do kompletu.

Komplety mega drogie, także tylko oglądanie, podziwianie wykonania i pasji, dzięki której dorośli i dzieci mają tyle zabawy.

Zjedliśmy tam obiad i z racji handlowej niedzieli kupiliśmy Małemu teczkę do plecaka – wymaganą na szkolne dokumenty. Szkoła coraz bliżej, znamy już godzinę rozpoczęcia i tylko zaskoczenie, że dzieci mają je bez rodziców. Myślałam, że zobaczę przywitanie kumpli, że udzieli mi się ten podniosły nastrój powakacyjnego spotkania. Ale nic to, odprowadzę dziecię na miejsce, pogadam chwilę z koleżankami i pora będzie rozpocząć codzienność w szkolnym wymiarze.

Wakacyjny finisz

Wakacje już na końcówce i aż wierzyć się nie chce, że za tydzień dzieci wracają do szkoły.. Ale, że Mężu miał jeszcze kilka dni wolnego, a Zakopane odjechało w siną dal, to skorzystaliśmy z upalnej pogody u Zosi. Trochę w ogrodzie, na spacerach, ale i na wyjazdach nad jeziora. Było ponad 30 stopni, więc kąpiele mile widziane, nowe okolice zwiedzone i nawet obiad w Strzelcach Krajeńskich zjedzony.

Po Męża urlopie mieliśmy wracać do domu, ale nastąpił zwrot akcji – domek u Brata się zwolnił i mogłam znowu zakotwiczyć z Małym nad jeziorem u rodziców. Szkoda było dziecię trzymać w murach podczas mega upałów, więc trochę leśnych przygód, pływania, pieczenia kiełbasek przy ognisku i leniuchowania na plaży jeszcze zaliczyliśmy. Było fantastycznie, do tego powrót pociągiem, więc radość dla dziecięcia dodatkowa, a na dworcu czekał na nas stęskniony tatuś i mąż (w jednej osobie).

Jakby pogoda wyczuła, że zakończyliśmy podróżowanie, temperatury spadły, trochę pokropiło i chmury zasłoniły niebo. Co nie oznacza, że zasiedliśmy w domu na kanapie, trafiły nam się bowiem Żagle2022, zwiedzanie okrętu ORP Toruń i długi spacer na Wałach..

Do tego wspaniałe spotkanie z Beatką, która z Danii przybyła na nasze Męskie Granie, pogaduchy z nią i odprowadzanie się tak, by jak najdłużej ze sobą pobyć w tym życiowym pędzie. Potem plac zabaw i spacery z koleżanką i jej wnuczkami, a pomiędzy tym wszystkim ogarnianie mieszkania, szop pracz nieustanny, zapełnianie lodówki (matko, co za drożyzna!) i próby gotowania, od którego po trzech tygodniach zdążyłam się odzwyczaić. Czuje się, że to już finisz wakacyjnej swobody, ale weekend przed nami i słońce też się jeszcze trochę uśmiecha. Łapiemy więc te uśmiechy na zapas i lecimy w plener. Miłego!

Kopiec, nie kreta, ale i zwierzęta były.

Skoro już spod ziemi wyjechali, należało odetchnąć świeżym powietrzem i wzbić się na wyżyny. Czyli kolejny punkt programu Kopiec Kościuszki – jeden z pięciu krakowskich kopców poświęcony panu Tadeuszowi, naszemu narodowemu bohaterowi. Usytuowany na Górze św. Bronisławy i pięknie eksponujący się na tle nieba. Tuż obok restauracja, z której można podziwiać panoramę Krakowa i nie omieszkaliśmy się tam wdrapać.

A że podczas tego wyjazdu postanowiliśmy pooglądać co się da w plenerowej odsłonie nie mogło zabraknąć krakowskiego ZOO. Tym bardziej, że Mały z poprzednich wyjazdów do zoo niewiele pamięta (a trochę tego było) i frajdę miał niesamowitą oglądając na żywo zwierzęta, nie widywanych na co dzień. Dla nas to też atrakcja, ale powiem szczerze, niektórych zwierzaczków bardzo mi szkoda. Większość pewnie wolałaby żyć na wolności (zwłaszcza ptaki), choć te stworki, co się w zoo urodziły może i chwalą sobie tamtejszą opiekę..

W dniu wyjazdu zrobiliśmy jeszcze spacer przy Sukiennicach i przeszliśmy się ulicą Grodzką, upolowałam tam nowy magnes na lodówkę, zaopatrzyliśmy się w słynne i smaczne obwarzanki i ruszyliśmy w dalszą trasę. Miało być do Zakopanego, ale z racji burz w tamtejszych rejonach i ostrzeżeń przed wędrówkami w góry zmieniliśmy kierunek na Wielkopolskę. Przez chwilę miałam plan zakotwiczenia w Częstochowie – ale termin był mocno oblegany przez pielgrzymów (15 sierpnia) i o noclegu można było pomarzyć. Nic to, co się odwlecze to nie uciecze, Zakopane, Częstochowę i Katowice wpisuję na listę kolejnych podróży:)

Posolone

Kraków bezapelacyjnie ma wiele do zaoferowania i zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia. Ale kiedy już tak daleko się zajechało, warto było nadłożyć jeszcze trochę drogi i podjechać do Kopalni Soli w Wieliczce..

Najlepiej z samego rana, tuż przed otwarciem, gdyż potem kolejki osiągają ogromne rozmiary, trudniej zaparkować w pobliżu i większy tłum w środku. A za to w środku ciekawe opowieści o powstaniu kopalni, o złożach soli, podziwianie solnych rzeźb i pomników.

Dla Małego niesamowite przeżycie, też odrobina strachu, ale i radości z widoków. Dla mnie to wszystko również i trochę zawrotów głowy, gdy pokonuje się 800 schodów w dół i na koniec ląduje 135 m pod ziemią. Mimo wszystko, warto, chociażby po to by po drodze nacieszyć oczy kaplicą św. Kingi, wspaniałymi w niej rzeźbami, żyrandolami z kryształami soli i dziełami sztuki.

Na dokładkę trafiały się podziemne jeziora, dodające całości klimatu, opowieści o locie balonem pod ziemią, historie o duchach i ogólnie wyjechaliśmy na górę zafascynowani wycieczką.

Krakowskie przeżycia

Kraków przywitał nas piękną pogodą, w ogóle podczas tego urlopu mieliśmy z tym niezłego farta. Słońce przyjeżdżało wszędzie razem z nami:) Dzięki temu i wieczorne spacery i wszelkie zaplanowane wycieczki bardzo się udały. Na pierwszy ogień poszły oczywiście Sukiennice, Rynek z bryczkami zaprzężonymi w pięknie przystrojone konie, oraz uliczki Starego Miasta pełne sklepików i pamiątek..

Była Bazylika Mariacka skrywająca w swym wnętrzu słynny ołtarz Wita Stwosza..

I spacer ul. Grodzką do Zamku Wawelskiego, zwiedzanie tam katedry z Dzwonem Zygmunta i miejsc pochówku znanych osobistości..

i oczywiście spacer do Smoka Wawelskiego, przy którym Mały miał masę radości. Zwłaszcza, gdy zaczynał ziać ogniem (smok, nie Mały;)).

Kazimierz, dzielnicę kultury żydowskiej i rozwijającą się intensywnie część Krakowa obejrzeliśmy tylko powierzchownie, z braku czasu i kolejnych zaplanowanych atrakcji.

Ogólnie zachwytom nie było końca i zdecydowanie pięć dni w Krakowie to za mało, by się nim nasycić, by obejrzeć choć część zabytków, ulic i stwierdzić, że poznało się to miasto. Ciąg dalszy opowieści nastąpi, gdy ogarnę się po kolejnej podróży.