Morza szum

Nareszcie. Ten dzień był jak spełnienie marzeń. Czekałam na niego całą, długą zimę. Z rana do auta, koc spakowany, jakieś przekąski i zabawki dla Małego. Strój kąpielowy pod koszulką z krótkim rękawem i z braku wprawy niestety długie spodnie. Nie spodziewałam się aż takiego upału, ale nauczona doświadczeniem wzięłam dziecku kąpielówki. I dobrze. Ile słychać dookoła napomnień, nie zamocz się bo nie mamy galotów na zmianę! Nasz wprawdzie po kostki, ale do wody wskakiwał, uciekał przed nielicznymi falami i turlał się swobodnie po piasku. Poznał jakąś dziewczynkę i na dwie godziny mieliśmy dziecię z głowy. Maluchy w ogóle czuły się jak wypuszczone z klatki na wolność, biegały, szalały i widać było taką radość, że są nad wodą, na plaży. A woda była spokojna, jak nad jeziorem i słońce przypiekało tak, że szybko nabraliśmy indiańskich kolorów:)

Byłoby jeszcze piękniej, gdyby pół miasta nie wpadło na ten sam pomysł, ale co tu się dziwić.. każdy już spragniony słońca, swobody i przestrzeni. Poza tym wybraliśmy jednak miejsce ludne, a nie jakąś zatoczkę na uboczu. Dystans na plaży był zachowany, ale już maseczek nie miał nikt, ani nad wodą, ani w miasteczku. Aż się dziwnie czułam, gdy po plażowaniu poszłam pooglądać kolorowe sklepiki i tylko ja w masce. Jeszcze w kolejce do baru, wydającego posiłki na wynos, co któraś osoba miała zasłonięte usta (nos niekoniecznie). Reszta już bez ograniczeń i ogólnie nad morzem całkowity high life. Może i niesłusznie, ale ponoć przeprowadzono statystyki (nie mam pojęcia jak) że w plenerze może się zarazić jedna osoba na tysiąc. Zresztą za cztery dni i tak na zewnątrz maski nie będą obowiązywać, więc nie ma się co czepiać. Zjedliśmy obiad na ławce, był spacer i amerykańskie lody na deser, wieczorem w auto i do domu. A ja już poczułam wakacyjny klimat i tęsknotę. Chciałabym tego lata jeszcze nie raz nad morze wrócić..

Skok w lato

Nie ma, jak te nasze skoki temperaturowe. Z 9 stopni na 26.

W jeden dzień jesień, w drugi lato i słońce. Idzie się zakręcić, zdrowotnie i ubraniowo. Kozaki wprawdzie już dawno pochowałam, ale wysokie botki (i kalosze) pół maja w użyciu były. Czyżby pora na trampki, czy może od razu wskakiwać w sandały? Nie żebym miała coś przeciwko. Wręcz naprzeciwnie. Cieszę się z każdego ciepłego dnia. Niezmiernie:) Ostatni weekend nad jeziorem, na ten przykład, prezentował się tak..

Najbliższe powinny wyglądać już całkiem inaczej. Dajmy na to jak te wakacyjne, tyle że roślinność jeszcze nie tak bardzo wybujałą można sobie w myślach domalować. Trochę na nią poczekamy, ale już bliżej, niż dalej. Za to rodzice nie czekali i na urlop się wybrali. Zahartowani, ale i tak z ciepłymi kurtkami, dresami i całym ekwipunkiem. Także teraz, żeby ich spotkać, należy dołączyć, a nawet nastawić się, że niedługo chyba całkiem nam się z miasta wyprowadzą. Tacie bardzo by pasował taki scenariusz, Mamie nie do końca, bo jednak w domu trochę pobyć lubi. Ja też lubię, ale ostatnie pobywanie było zdecydowanie za długie. Ostatnio nawet Mały stwierdził, że ta zima mogła by się wreszcie skończyć, bo ileż można. Także zimie, jesieni i tym wszystkim chłodom mówimy zdecydowane PA i zapraszamy morza szum, ptaków śpiew i zieleń drzew. Miłej niedzieli:)

Ślubne plany

Zajęcia domowe ogarnięte, nawet z dodatkami w postaci zamówionych rolet do kuchni. Tak niefortunnie mamy ustawienie okien, że sąsiedzi zaglądają nam do salonu i przy zapalonym świetle widzą nas jak na dłoni. W dzień nie ma z tym problemy, ale skoro mamy się tu kiedyś przenosić, trzeba mieć trochę swobody i intymności. Ruszyłam też wreszcie do fryzjera, korzystając na szybko z otwarcia salonów i z myślą o nadchodzących wspaniałych okazjach, na które to trzeba cuś z włosami zrobić. Jako, że z moimi zrobić się wiele nie da, podcięłam na tradycyjnego boba i na majowy ślub długość będzie w sam raz. Na czerwcowy jeszcze da się je ułożyć przy pomocy suszarko-lokówki, a na sierpniowy zobaczymy. Zależy jaka będzie wówczas długość i jaką sukienkę założę. Tak to się bowiem złożyło, że na ten rok trzy wspaniałe śluby rodzinne i przyjacielskie nam się trafiły. I nawet przepiękne zaproszenia już otrzymaliśmy.

Z czego niezmiernie się cieszę i tylko o zdrowie się modlę dla nas, Młodych Par i wszystkich gości. A że czas mamy, jaki mamy, przemyślałam wszystkie za i przeciw i pokonując lęki szczepionkowe (ze wsparciem i racjonalnym tłumaczeniem) zapisałam nas na Pfizera. Przez chwilę chciałam skorzystać z opcji jednorazowej dawki J&J w punkcie ustawionym na majówkę, ale kolejki były tak ogromne i potwornie wiało, co zamiast zdrowiem mogło zakończyć się przeziębieniem z wychłodzenia. Także szczepienia moje i Męża za dwa tygodnie, z drugą dawką zdążymy i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. W maju jest nawet szansa, że zostaną otwarte restauracje na świeżym powietrzu i Brat będzie mógł zaprosić rodzinę na obiad, a na pozostałe terminy jest już zielone światło by gości przyjąć w sali weselnej. Wiadomo, że wszystko z zachowaniem sanitarnych zaleceń, ale jakaś iskierka się pojawiła, a i pogoda może wreszcie się też zlituje. Dla osłody na obecne chłody, makowe ślimaczki i czekamy niecierpliwie na ciepłą wiosnę i ślubne spotkania.

Dzień dobry

Dwa miesiące temu spotkałam wraz z Małym KAMIEŃ Z PRZESŁANIEM. Niedawno trafiliśmy na kolejny i chciałabym, żeby to przesłanie każdego dnia mogło dotyczyć..

Ostatnie dni zresztą takie były. Wielkanoc spędzona u Zosi, wśród smakołyków świątecznych, ale jedzonych w miarę ostrożnie. Sałatka jarzynowa i bigos to jednak sycące potrawy, a żołądek trochę mniejszy i tyle, co kiedyś, nie zjem. I o to chodzi. Jeśli do tego dołoży się spacery po lesie, dużo powietrza w ogrodzie, święcenie pokarmów przed kościołem, śmigus o poranku w lany poniedziałek i czas z moimi chłopakami, to jest na plus. Jedyny minus to brak świąt spędzonych z całą rodziną, ale mam nadzieję, że kolejne będą już pełne. Może nawet te grudniowe, kiedy rodzice będą po dwóch dawkach szczepień, a może i my się szybciej na szczepienia załapiemy. Trzeba być dobrej myśli..

Tysiąc

Wyskoczyła mi wiadomość, że tysięczny wpis został popełniony. I to przy ostatnich kulinarnych podbojach. Człek tak pisze od lat, pisze i wcale tego nie liczy. Za to czuje, że to pisanie sprawia ogromną przyjemność, dodaje energii i otwiera oczy na nowe. Na sympatyczne znajomości, ciekawe blogi do czytania, pomysły na pyszne potrawy, ciasta i zdrowszy styl życia. Mobilizuje do działania, bo często bywa tak, że jak już zapisane, że coś się zrobi, głupio było by nie dotrzymać:)

Przygodę z blogowaniem zaczęłam w 2011 roku. Pierwszego bloga musiałam ukryć, gdyż zawiodłam się na „przyjaciółce”, która miała dostęp, a nie chciałam by dalej czytała o naszych sprawach. Drugiego dwa lata temu zamknął blox, co wprawiło piszących w niemały popłoch. Strasznie byłoby stracić masę zapisanych wspomnień, w końcu to nasz pamiętnik, do którego nie raz wracam i przeglądać lubię. Na szczęście wpisy uratowane i teraz Myszka odnalazła swe miejsce w sieci, mając nadzieję, że będzie mogła zostać tu na dłużej.

Także zdrowia, pod ten tysiąc i miłego pisania dla wszystkich kronikarzy 🙂

Gołąbki

Dwa pączki w czwartek szczęściu dopomogły i już nie siedzimy jako te styrgnięte na lodzie gołębie.

Ciepło w kaloryfery wróciło, a i z kranu nareszcie wrzątkiem źródło bije. Auto śmiga, jakby w ogóle nie chciało mnie przymrożonym zaciskiem hamulcowym wykończyć. A i ogólnie nastrój lepszy i słońce po śnieżnej burzy wyjrzało. Jak to w życiu, raz w dołku, raz na emocjonalnych wyżynach.

Z racji Walentynek, ale i bez okazji próbowałam nawet ciasto upiec – miał być sernik, wyszedł serowy naleśnik 😉 Choć czymże są kulinarne niepowodzenia (spowodowane felernym piekarnikiem), gdy wokoło bliscy wracają do zdrowia, znajomi zaprosili na dziecięce urodziny, a ukochany Mąż odciążył żonę w sprzątaniu, zamawiając cudo odkurzacz, samojeżdżący i samoodkurzający, z opcją mopowania. Skarb! I Mąż i odkurzacz. Spacer z Rodzicami też zaliczony, a święto romantyczne miło spędzone. Ze śniadaniem zrobionym przez Męża, z drobnym upominkiem i kartką walentynkową. Do tego szaleństwo na sankach, więc i Mały szczęśliwy, czegóż chcieć więcej. Może jedynie tego, żeby tak dobrze zostało na dłużej..

Wybielony

Na przekór wszelkim brudom tego świata, czasem pojawia się na nim niesamowita biel, przykrywająca puchową kołdrą wszystkie problemy. Wtedy i na duszy jaśniej się robi i wraz z dziecięcym śmiechem nadzieja się w serca wlewa.

Nadzieja pod postacią młodych, walczących, dbających i kochających. W piątek jeden taki do mnie wraz z sąsiadką przybył i spędziłyśmy czas na pogaduchach i z nim zabawach. Mały za to był po występach na dzień dziadków, elegancki w białej koszuli, roztańczony w układzie z kapeluszem. Z głową pełną wierszy i piosenek, pojechał prosto do babci recytować i obdarować ją naszyjnikiem z malowanego na kolorowo makaronu. Zosi było w nim nawet do twarzy i oficjalnie, gdyby nie kruchość tworzywa, mogłaby się na przyjęciach prezentować. Tych przyjęć wprawdzie ostatnio niewiele, ale choć dzieci z wnukiem przyjadą i babcię rozruszają.

Siebie też, na codziennych wędrówkach po lesie, na sankowych zjazdach, śnieżynkach i lepieniu bałwana. Może mikrego, ale z wielkim przesłaniem, że w końcu zima, jak należy nadejszła. Nosy i nogi wymarzły, ale pod kurtką człek rozgrzany i wyszalany. Dobrze było później napić się gorącej herbaty, zjeść smaczny obiad, a wieczorem poczytać książkę i odpłynąć szybko z zimowymi obrazami pod powieką..

Śniegowo

Cóż to był za weekend. Pełen plenerów, sanek, zjazdów, spacerów i śniegowego szaleństwa. Pierwszą część spędziliśmy w parku, na co wpadła też połowa mieszkańców. Tutaj bowiem śnieg dobrze się utrzymywał, był ubity i można było na tych sankach pojeździć. Nie spadło go zbyt wiele, ale mroźne temperatury zrobiły co trzeba, żeby dziecię mogło poczuć wreszcie trochę zimy. Na dokładkę popołudniami świeciło słońce, dodając całości uroku..

Na naszym najwyższym szczycie można też było poczuć się odrobinę, jak w górach. Tu na szczęście Mężu wykazał się odwagą i zjeżdżał razem z dzieckiem, asekurując i zwalniając tempo jazdy, żeby było bezpiecznie i żeby na niczym, ani na nikim nie wylądować. Mały miał masę radości, wrócił zgrzany, oblepiony śniegiem i w mokrych rękawiczkach. Także potem gorąca herbata, „Gdzie jest Nemo” i próba pieczenia gofrów – zakończona naleśnikami z ciasta gofrowego, ale z ubitą osobiście śmietaną. Zdecydowanie musimy zaopatrzyć się w gofrownicę z prawdziwego zdarzenia, bo wymienne wkładki przy niskiej mocy nie dają rady. Mimo wszystko dzień w nizinnych górach był fajną odskocznią od ciepłej zimy..

Ferie zaliczone

Można powiedzieć, że ferie mamy zaliczone, chociaż dopiero co się zaczęły. Był wyjazd, odpoczynek, był jeden dzień śniegu i sanki nawet były. Czekają teraz na kolejne opady, choć te zapowiadane na razie nadeszły w nikłym wymiarze. Po śniegu zostało raptem tyle i to w wietrznych zakątkach, gdzie jeszcze chłodem ciągnie.

Mały, z racji zerówki w przedszkolu, od poniedziałku śmiga na zajęcia. Cały w emocjach, bo i za kolegami zdążył się stęsknić i za ulubionymi nauczycielkami. Wczoraj trzy razy się dopytywał, czy na pewno wszystkie dzieci mają wolne. A dziś odbiera nagrody, które cała grupa dostała za listopadowy konkurs pieśni patriotycznej, więc absolutnie nie chciał dłużej zostawać w domu. Do naszej skrzynki pocztowej też zawitała niespodzianka dla Synka. Przyszedł list od Mikołaja! I to bez załączania znaczka zwrotnego, co bardzo nas zaskoczyło. Także podziw wielki dla ekipy ze Srebrnej Góry i podziękowania serdeczne za list, zdjęcie, świąteczne naklejki i gwiazdki zaczarowane, wysypujące się w trakcie otwierania. W następnym roku też tam wyślemy list, ale tym razem ze znaczkiem, żeby nie nadwyrężać mikołajowego budżetu:)

Mężu miał długi urlop i trafiły nam się nawet dwa przedpołudnia, tylko dla nas. Rarytas, patrząc na ostatnie 6 lat. Wykorzystaliśmy więc czas do ostatniej minuty. Był wypad na zakupy (z czekaniem na zakończenie pory dla seniorów- nadal o niej zapominamy), było nadrabianie filmów, odsypianie, przytulanie i czytanie. Za to wczorajszy już wspólny dzień, wykorzystaliśmy na gotowanie i spacer nad Odrą, póki nas deszczowe krople do powrotu nie nakłoniły..

Skok w Nowy Rok

Pamiętam zabawę z poprzedniego Sylwestra, na 140 osób, z orkiestrą i balowymi sukniami. Teraz wręcz nie do pomyślenia. I okazuje się, że wcale nie mam potrzeby tego powtarzać i szaleć na parkiecie do białego rana. Z przyjemnością piszę się na domówkę, na luzie i bez całej szalonej otoczki. Przygotuję sałatkę meksykańską, poustawiamy przekąski dla Małego, włączymy muzyczne show i może poskaczemy trochę tanecznym krokiem.

I jedyne czego pragnę, to powrotu normalności, mniej stresu i strachu o zdrowie najbliższych. Swobodnego wychodzenia z domu, bez maski. Powrotu bezpiecznych spotkań z rodziną i ze znajomymi. I zdrowia, zdrowia. Niby tak niewiele, a jednak to wszystko, czego można teraz życzyć sobie i innym na ten Nowy 2021 Rok. Także niech się spełnia! 🎉