ROD-os

Etap bohaterów z bajek wchodzi na nowy poziom, wcześniej był Bing, Psi Patrol, była Pepa teraz rządzą Spider-Man i Avengersi (w kolejce ustawia się Minecraft). Rządzą na kąpielówkach, czapkach, koszulkach, poduszkach, zabawkach, ołówkach, długopisach i nawet na basenie. Ten ostatni przydał nam się bardzo w trakcie wyjazdu na ROD-os, do rodzinnego ogródka działkowego u Zosi, gdy upały sięgały 30 stopni. Wprawdzie słońce kryło się za chmurami, ale to dobrze, bo inaczej i do 40 by doszło. Mały już opalony, pomimo stosowania 50tki, my bardziej w cień się chowamy. Jakoś tak po szczepieniu, ale i w ramach ochrony skóry. Do wody jednak ciągnie nieustannie, tylko coś ona z wiekiem coraz zimniejsza i zanurzać się trudniej. O kąpieli w lodowatym Bałtyku zapomnieć mogę, ale liczę, że w te wakacje jeszcze w jeziorze popływam..

ROD-os, oprócz możliwości rozłożenia basenu, ma jeszcze jeden wielki plus – daje pyszne i zdrowe warzywa i nawet kawałek wiśni, za którymi jednak nie przepadam, woląc czereśnie. Ale że słodkiego galaretkowca i słodkich lodów było dużo, mogłam zajadać się do woli pysznymi ogórkami i świeżą fasolką dodawaną do obiadu. Przy okazji podglądałam na jakim etapie są moje słoneczniki. Wyhodowane z małych sadzonek przerosły mnie już o głowę.

Teraz, po podróżnym ogarnianiu, praniu, gotowaniu i trzech wyjściach na zakupy, można ruszyć na spotkania z dziewczynami. Na razie na naszym ulubionym placu zabaw, gdzie maluchy szalały wczoraj do późnego wieczora. Z snem do fryzjera, a po nim znowu zabawa i nasze pogaduchy, co na dziś i na jutro też planujemy. Jak wakacje, to wakacje.

Smakowicie

Mąż zostający sam w domu, potrafi zaskoczyć kulinarnie, a to plus i szansa na powtórkę gdy już rodzina w komplecie. Kiedyś, jeszcze jako chłopiec, upiekł sam od podstaw ciasto-murzynka. Tym razem, wzorując się na naukach Kurta Schellera z Hells Kitchen, upichcił jajka poszetowe w panierce. I wszyscy w pozytywnym szoku. Chyba częściej musi zostawać sam w domu;)

Weekend spędziliśmy u Zosi, też wśród smakołyków, choć innego asortymentu. Naszło ją bowiem na galaretkowca, do którego tworzenia przystąpiłyśmy jeszcze w piątek wieczorem. Na drugi dzień krojenie kolorowych galaretek, ubijanie kremówki, dodawanie żelatyny i układanie masy na herbatnikach. Całość do lodówki na kilka godzin i po obiedzie deser gotowy. Uległam też namowom Małego (i internetowego boom wokół Ekipy) i kupiłam na spróbowanie owej ekipy lody. Szału nie było, ot wodne lody ze strzelającą warstwą ale syn opakowania kazał zachować ku potomności (nie wiem po co, ale niech ma, może z czasem mu przejdzie) 😉

W półpełni

Skorzystaliśmy z wolnego domku i gdy Mężu wrócił do pracy, mnie i Małemu wakacje się rozkręciły. Zostaliśmy na kilka dni, rodzice w domku obok. Wspólne ogniska, plażowanie, spacery po lesie z uciekaniem od komarów. Mały nie oswojony z owadami chował się przed nimi nieustannie. Trzeba go trochę w tym temacie uodparniać i częściej jeździć w takie leśne rejony. Pod koniec już przynajmniej muchy mu nie przeszkadzały;) Ale komary i gzy nam dokuczyły i nie pomogły żadne offy i przeciwkomarowe bransoletki na rękę. Pomagał jedynie fenistil. Już po.

Za to na plaży syn czuje się jak ryba w wodzie i z tej wody może cały dzień nie wychodzić. Usta fioletowe, trzęsie się, ale nie ma opcji, on jeszcze musi popływać! A tu nabiera trochę wprawy i odwagi, czekam więc z utęsknieniem, aż go na basen zapiszemy i zacznie się porządnie uczyć pływania. Niedługo idzie na urodziny koleżanki, które właśnie na basenie będą się odbywały i jeszcze musimy skorzytać z pływaczek lub kapoka.

Pogoda dopisała, były momenty deszczowe, ale albo z samego rana, albo w nocy, także w dzień wszystko wysychało i słońce zaczynało prażyć. Wspaniały czas. Jedynie Mąż stęskniony, odliczał dni do naszego powrotu, bo mu pusto w domu było i za cicho, nawet przy włączonym tv. U nas za to dużo się działo, więc czas leciał jak szalony i cieszę się już na takie wspólne urlopowanie, bo i miejsce cudowne i warunki idealne. Zwłaszcza, gdy słońce świeci. Tymczasem dziś świeci w mieście, 28 stopni za oknem i odczuwa się różnicę powietrza nad wodą, w lesie, a tu.. Mały tworzy wakacyjny obrazek i wspomina wakacyjne widoki. Pozostaje przeczekać gorące południe w domu i wyjść w plenery. Plus, że komarów mniej..

Wakacje prawie w pełni

Nareszcie są takie, jakie dla dziecka być powinny. W zdrowiu, wśród atrakcji i na spędzaniu czasu w wakacyjnym klimacie. Mogliśmy zabrać Małego wreszcie do kina, wybierając przepiękną bajkę o przyjaźni, odwadze i byciu sobą. „Luca” to animacja o niesamowitej kolorystyce i estetyce, wyszłam oczarowana i nawet na koniec trochę wzruszona. Pozytywnie.

Mogliśmy zjeść obiad poza domem i popołudnie spędzić na wesołym miasteczku. Choć jeszcze nie w takim wymiarze, w jakim jest planowane. Lepiej wybrać się tam w tygodniu, a nie w weekend, kiedy są tłumy i kolejki do wszystkich zabaw. Mimo wszystko syn zadowolony, że działo się dużo i fajnie. A my przy okazji jego zabaw w taki oto miły sposób świętowaliśmy naszą kolejną rocznicę oświadczyn:)

Niedziela dopisała też pogodowo, więc z rana po Mamę, by dołączyć do reszty rodziny, która już od dwóch dni nad jeziorem koczowała. Plażowanie, kąpiele i testowanie nowego kapoka, zakupionego po kątem przyszłego wędkowania, z dziadkiem na łódce. A po drodze znów letnie widoki i rozmarzenie już o wspólnym urlopie, kiedy i Mąż będzie miał wolne..

Imprezy w plenerze

Zanim kinowe spotkanie, działo się w weekend mocno imprezowo i wyjazdowo. Pierwsze były urodziny koleżanki Małego, świętowane w ogrodzie, na działce. Tam oto zamieszkał syn mojej koleżanki, wraz z żoną i dwoma córkami. Dom całoroczny, a latem idealne miejsce wakacyjne. Gdzie można rozłożyć basen i szaleć od rana, do wieczora na dworze. Wśród własnych warzyw, drzewek i kwiatów. Dzieci były zachwycone i niespodzianka się udała, bo jedna z jubilatek nie wiedziała, że przyjedzie jej ulubiony kolega. Druga za mała, by cokolwiek jeszcze kojarzyć, ale gdy oswoiła się z gośćmi rozbawiła się i ona.

Pani domu nastawiona na zdrowe żywienie sama zrobiła pyszny tort, naszykowała sałatkę brokułową z migdałami, upiekła udka z ziołami, zrobiła lemoniadę ze świeżych owoców i postawiła trochę słodkości. W tym warstwową galaretkę, w słoiczkach, która znikała w ekspresowym tempie.

A w niedzielę od rana małe pakowanie nad jezioro i cały dzień świętowanie imienin mojego Taty. Rozpoczęte na plaży, tym razem w cieniu – bo po drugiej dawce szczepienia. Pfizer był w miarę łaskawy, u mnie zero efektów ubocznych, u Męża wieczorne dreszcze i gorączka, ale na drugi dzień już wszystko ok. Załapaliśmy się na obiad z dwóch dań i desery, przeplatane zabawami z Bratankiem, graniem w piłkę z Małym i partie szachów – w drewnianej odsłonie, które przy okazji syn załapał w prezencie od dziadków. Szachy wiekowe, rzeźbione, pamiętam jak sama uczyłam się na nich zasad. Teraz nie ma zmiłuj, nowy tydzień szachami rozpoczęty i tyle dobrego, że choć raz Mały dał mi wygrać. Dosłownie i łaskawie 🙂 Powrót z podróży to podziwianie letnich krajobrazów i sycenie oczu słonecznymi widokami (zdjęcie zza szyby samochodu, mało ostre, ale klimat z trasy złapany)..

Weselicho

Kumulacja świętowania nam się zrobiła. Najpierw nasza rocznica, potem moje urodziny, z rodzinką wśród kwiatów i w kawiarni na pysznych lodowych deserach. Potem na spacerze w parku, gdzie dwuletni Bratanek też zrobił mi prezent pierwszy raz mówiąc do mnie – ciocia 🙂 Także ciocia zadowolona, obsypana kwiatami i prezentami w postaci karty do drogerii i świetnym zestawem garnków i brytfanną z Ambition. Przydadzą się pod te moje ostanie kulinarne próby, a i kosmetycznie będę mogła zaszaleć:)

Dwa dni później, już spakowani, czekaliśmy na przyjazd Zosi by ruszyć w upalną podróż na wesele kuzynki Męża. Auto w balonach, przystrojony kościół i odświętni Młodzi, piękni w swej miłości i radości (wreszcie doczekali się ślubu).

Wesele przygotowane z pompą, pierwszy taniec w białych chmurach, suknia jak z bajki. Duży wybór jedzenia, a na dworze park z leżakami, fontanną i podświetlanym sercem. Miejsce idealne do świętowania. Wreszcie się wytańczyliśmy, Mały poszalał z balonami, ale o północy opadliśmy już z sił. I fajnie, że pod pretekstem położenia dziecka mogliśmy się wymknąć do naszego pokoju. Po takim dniu sen bardzo się przydał..

Nowy

A nowy tydzień to moc miłych życzeń już od wczoraj. Rozpoczyna się bowiem i nowy rok w naszym małżeństwie – już (albo dopiero) 7 rocznica. Świętowana wraz z Małym w lodziarni, na trampolinach i na kolacji poza domem.

I nowy rok w życiu – urodziny – ach te rok w rok 18te;). Mam nadzieję, że przyniesie dużo dobrego i jak najmniej przykrych tematów. Czas tak szybko umyka, że chciałoby się korzystać z uroków tego świata, póki się na nim jest.

Odreagowane

Odespane i to z nawiązką, bo nawet w dzień zdarzyło się oko przymknąć. Jednak stres ma nad nami wielką moc. Niby się nie przejmujemy, a organizm i tak swoje odreaguje. Ale poprawiaczy nastroju nie zabrakło, ostatni szoping (miał być z Bluberką, szkoda że nie wyszło) zakończony został zakupem fajnych koszulek z nadrukami i wygodnych sandałów. Sprzedawcy nie ukrywali radości ze zniesienia blokad i ograniczeń..

Owe sandały kupiłam z myślą o upalnych weselach, ale przydały się i na sobotnie urodziny koleżanki Małego. Maja cała w skowronkach gdy goście zaczęli się schodzić. Niespodziewanie z 6 osób zrobiło się 14, bo i bliskie sąsiadki zajrzały oraz przyjaciele i szef babci, wszyscy znani całej rodzinie. Dziadek jubilatki grał na akordeonie, zrobiło się wesoło i klimatycznie. I nawet tort kombinowany na szybko z herbatników i masy budyniowej miał uznanie, wyszedł smaczny i w towarzystwie innych przekąsek znikał z talerzy. W pierwotnym planie miało być przyjęcie plenerowe, ale pogoda popsuła szyki. W niedzielę było trochę lepiej, mogliśmy wybrać się na obiad do restauracji i mały spacer nad Odrą. Odetchnęłam i baterie naładowane, można wskakiwać w nowy tydzień.

Intensywnie

Niedziela była jak dodatkowy dzień dziecka dla Małego. Z racji mocno klimatyzowanej sali zabaw, w sobotę wieczorem pojawił się u niego niewielki katar, pomimo upału musieliśmy więc zrezygnować z wyjazdów nad wodę (a kusiło, oj kusiło!). Trzeba było ten dzień inaczej zagospodarować i padło na bulwary z bąbelkowym gofrem na przegryzkę. Potem na wycieczkę do Wieży Bismarcka, w której planowana jest budowa sali balowej i otwarcie oszklonej restauracji na górnym tarasie.

A po obiedzie przejazd w okolice Odry i zabawa w Toys Garden, gdzie można pograć w golfa, w duże szachy (ograł nas skubany i to bez forów), zrobić sobie grilla i poszaleć na dwóch dużych placach zabaw. Mały tak bardzo chciał tam iść, że zafundował bilety wstępu dla naszej trójki, z kasy otrzymanej od dziadków na dzień dziecka. I sam je kupił, podchodząc coraz pewniej do tematu zakupów. Był dumny, zachwycony grą w golfa do tego stopnia, że powtarzał dołki i przeszkody, gdy my padaliśmy już wyczerpani na bujanej ławce. Działo się dużo i wesoło, ale dziecięciu nadal było mało i wyciągnął nas jeszcze do parku, na piłkę. O matko i synku, litości;)

Energetycznie

Cztery dni wypełnione po brzegi od rana, do późnego wieczora. Intensywne wyjazdowo, nad jezioro do rodziców, z letnią pogodą w tle. Z moczeniem nóg, zabawą na plaży, puszczaniem samolotu i grą w piłkę. Spotkaniem ze znajomymi i ich dziećmi, którzy nad jeziorem zakotwiczyli na dłużej. Dzień wakacyjny, jak z bajki..

W piątek Mężu w pracy, a nas z Małym wzięło na porządki. Wycieranie kurzy, odkurzanie dywanu i wreszcie ruszenie zastałego pod książkami regału. Nawet nie wiedziałam ile ich się tam nazbierało. Część z nich poszła do piwnicy, część będzie na sprzedaż, część pójdzie w podarku dla Mamy i Zosi. Części absolutnie nie mogę się pozbyć, bo to moje skarby, nie do ruszenia (cała Chmielewska, Jeżycjada, L.M. Montgomery, Sienkiewicz, Nurowska, Kosmowska, Jane Austen, Grochola, Brown i dużo lektur). Ale i tak trochę miejsca, na pudełka z grami i klockami Małego, się odblokowało. Od razu luźniej na dywanie, ład większy w pokoju i lepsza dostępność do zabawek.

Sobota to 7 urodziny Tymka, sąsiada z góry, który całą ferajnę do wielkiej sali zabaw zaprosił. Zabawa bez limitu czasowego i gdyby nie nasz rozsądek, chłopaki szaleliby do zamknięcia lokalu. W ciągu czterech godzin zdążyli się wyskakać na trampolinach, pozjeżdżać na tyrolce, nurkować w kulkach, piankach i wspinać się do woli w małpim gaju. Dobrze, że w międzyczasie trafił się posiłek, a tort i słodycze na deser były mile widziane. Maluchy wyszły rozbawione, z mokrymi włosami i niedosytem, więc jeszcze lecieliśmy z Małym grać w piłkę w parku. Niedziela była podobna, pod względem intensywności, ale o niej w następnym wpisie. Na chwilę obecną Mały jeszcze nie śpi, a niedługo 22ga. Ma niewyczerpane pokłady energii. Młodość to jej niesamowite źródło.