Poimieninowo

W imieninowy poranek Mały przywitał mnie laurką, którą już od tygodnia ukrywał w swojej szufladzie. Wyściskał, wycałował i trzeba było lecieć do przedszkola.

Za to po powrocie miałam czas na pieczenie ciacha i szykowanie deseru lodowego z galaretką i bitą śmietaną dla moich domowych łasuchów, ze mną włącznie. Za to obiecałam sobie, że od nowego tygodnia ograniczam słodkie do minimum i jeśli tylko się uda, przechodzę na potrawy mniej mięsne. Nie wiem czy dam radę, ale próbować będę!

Jeden z prezentów od Męża jeszcze przede mną, gdyż karta podarunkowa do kosmetycznego ma długą datę przydatności. Ale znając siebie ruszę w regały jeszcze w tym tygodniu. Po pierwsze dlatego, że ten cały Black Week przyciąga promocjami, po drugie, bo uwielbiam kosmetyki. Testować, używać i kupować (albo choć oglądać na półkach). Zresztą nie tylko kosmetyki, przez te zniżki szalone – tym razem nie udawane, bo wiele sklepów musiało pozbyć się towaru z zamkniętych galerii – nabyłam dodatkowe dwie pary butów, o których już od roku marzyłam. Niby miałam tej zimy nic nie kupować, ale jak tu nie skorzystać. Zresztą nie da się nic nie nabyć, kiedy Mikołaj tuż tuż, a i pod choinkę Bratankowi prezent trzeba zrobić. Dla Małego drobiazgi do buta już są, na Święta jeszcze jakieś klocki by się przydały. Niby galerie już otwierają, ale na razie się tam nie wybieram. Wybieramy za to spacer z rodzicami na weekend, oczywiście w maskach i z dystansem. Ale choć na trochę, żeby wnuczek po dwóch miesiącach dziadków zobaczył i ich nie zapomniał. Miłego weekendu..

Od Męża.. with love..

Sześciolatek

Dużo szczęścia Synku, radości na każdy dzień, spokojnych kolejnych lat, w zdrowiu przede wszystkim i wśród kochających i bliskich Ci osób. Niech życie będzie dla Ciebie dobre i niech spełniają Ci się marzenia, te małe i duże 🤗

Świętowaliśmy w bardzo małym gronie. Nie sądziłam, że niewielkie sale zabaw jeszcze funkcjonują, a do takiej właśnie trafiliśmy. Rodzinnej, przytulnej, podzielonej na kącik kawiarniany i na kulki, wspinaczki i trampoliny. Właściciele byli po poradzie prawnej żeby móc działać, a na cały lokal była tylko piątka dzieci. Radość dla maluchów niesamowita, a i my we trzy zadowolone ze spotkania, smakołyków, dobrej kawy, herbaty i pogaduch.

Wczoraj natomiast odwiedzili nas brat i sąsiadka z dwójką dzieci, także też niewielkie grono, za to fajna zabawa, niesamowite prezenty i łączenie się online z dziadkami. Oczywiście wszyscy byli świadomi, że możemy się zarazić, ale do tego może dojść i w przedszkolu wśród 120 dzieci bez masek, w sklepie, w autobusie, u Męża w pracy i w każdym miejscu. Żeby więc odczarować koronę i od nas ją odegnać zrobiłam sałatkę meksykańską z koroną naczosów i sosem czosnkowym – zdrowym wzmacniaczem.

Było wesoło i smakowicie, a na koniec maluchy miały jeszcze atrakcję w postaci pieska sąsiadki, który odwiedził nas żeby dzieci ucieszyć. Nieprędko pewnie będzie okazja na jakiekolwiek spotkania, jeśli kwarantanna obejmie cały kraj..

Na Zingsy i w las

Korzystając jeszcze ze swobody przemieszczania się pojechaliśmy do Zosi i na groby od strony rodziny Męża. Od mojej strony ruszymy w tym tygodniu, lepiej teraz niż w nadchodzący weekend. Podjechaliśmy też na wystawę ulubionych Super Zingsów, by zrobić Małemu niespodziankę, już taką w ramach nadchodzących urodzin. Modele tych stworków można było oglądać na dużej przestrzeni sklepu, na szczęście przy bardzo małej ilości odwiedzających. Syn przeszczęśliwy, na zakończenie zadania odnalezienia wszystkich figur dostał w prezencie nowego zingsa i wracał dumny pochwalić się nim Babci.

Babcia zresztą też już obdarowała go prezentami, ponieważ nie przyjedzie do nas w dniu urodzin. Świętowaliśmy w ogóle podwójną okazję, wraz z imieninami Męża. Był pyszny obiad, na deser ciacho, a na kolację sałatka jarzynowa, która zawsze stanowi dla mnie rarytas. Po tych smakołykach to już nic, tylko do lasu wybywać na długi spacer. Żeby nic się nie odłożyło i żeby się potem przed ekranem nie zasiedzieć.

Pogoda bajkowa, zbieranie grzybów i kilometry w nogach, dodające energii. Na rynku trafiłam dla siebie ocieplane legginsy. Choć na razie plusy w temperaturach, zapewne w listopadzie się to zmieni i wtedy się przydadzą. Małemu upolowałam kozaki, nie za grube, bo i śniegu znowu możemy nie zobaczyć, a i coroczny wyjazd w góry raczej do skutku nie dojdzie. Po podróży już się ogarnęłam, pranie jeszcze na balkon wywiesiłam i nowy tydzień czas zacząć.. Ze wspomnieniami miłych chwil i po ostatnich nerwach z naładowaniem lepszą energią. Przynajmniej na trochę..

Miłość w czasie zarazy

W poprzednim wpisie ulało się trochę strachu i rozgoryczenia po ostatnich wiadomościach, atakujących z każdej strony. Unikam ich, nie oglądam, staram się nie czytać. Choć uszu zatkać się nie da, a rozmowy o wirusie krążą w każdym towarzystwie i miejscu. Nawet na naszym czwartkowym, babskim spotkaniu nie udało się ich pominąć, choć na szczęście tematy pozawirusowe też nas zaprzątały. I to miłe tematy. Miłosne. U jednej z koleżanek od niedawna kwitnie bowiem miłość jak z bajki. Książę wprawdzie po rozwodzie, ale za to z dobrym sercem, cierpliwy i dobrze zapowiadający się na przyszłość. Z całego serca życzę tej parze radości, spełnienia marzeń i mam nadzieję, że będą szczęśliwi 🙂

Kolejne wieści to takie, że może i mój własny Brat stanie wreszcie na ślubnym kobiercu, gdyż od pojawienia się dziecka temat zalegalizowania rodziny powrócił. Trochę wprawdzie w niefortunnym czasie, ale może latem będzie już lepiej? Ogromnie na to liczę, bo oprócz zapowiadającej się rodzinnej uroczystości, dostaliśmy zaproszenie i na ślub sierpniowy. Co jest równie radosną wieścią i za tę parę trzymam kciuki tak samo mocno! 🙂

Nadal niepewne jest jednak wesele kuzynki Męża, to listopadowe. Młodzi są zdecydowani, że ślubu w kościele już nie przekładają. Ale co będzie z weselem, okaże się dopiero na dwa tygodnie przed uroczystością. Dobrze byłoby wiedzieć wcześniej, bo Zosia ma przyjechać do nas na urodziny Małego i zostać aż do ślubu swojej bratanicy. A że wraz z Zosią przybywają zwierzaki, trzeba będzie to zaplanować logistycznie. Zdecydować gdzie zostają na świąteczny dzień, kto podjedzie je wyprowadzić i tak dalej. No ale zanim weselne sprawy, powoli zaczynam ogarniać temat urodzin Synka. Bawialnie stają na razie pod znakiem zapytania, a i organizowanie większych spędów w żółtej strefie robi się problematyczne. Jeśli nie uda się spotkanie jesienią, przełożymy je nad jezioro, wiosną. Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie, nie będę martwić się na zapas, tylko biorę głębszy oddech i ruszamy w las. W lesie teraz bezpieczniej..

Na słońce

Urodziny u koleżanki były zaskakującym i sympatycznym wydarzeniem. Zaskakującym, gdyż nie mogłam się doliczyć ilości gości, kiedy wszyscy zaczęli się schodzić. Do końca nie byłam pewna, czy było nas 15 czy 19 osób. Część krążyła między pokojem, a kuchnią, część po północy odpłynęła na górze w sen, a palący wychodzili na korytarz w okolice okna. Impreza momentami przenosiła się do łazienki na wspólne malowanie, a gdy zaczęły się tańce dookoła stołu, to już w ogóle wszystko się mieszało. Smakołyki różniste, pyszne ciasta, pogaduchy wśród otwartych i wyluzowanych starych i nowych znajomych. Hulańce do różnych stylów muzycznych, poprzez elektro, rock’a, moje kawałki podłogi, aż do tańczącej rudej 😉 Było wesoło i tak przyjacielsko, jakby się ich wszystkich sto lat znało.. a że tym razem wypiłam tylko lampkę wina to niedzielny poranek okazał się łaskawy..

Łaskawa była też pogoda, dzięki której można było złapać długi spacer nad wodą. Nacieszyć oko widokami i choć w kurtkach, to powygrzewać się jeszcze na molo, siedząc w promieniach słońca.

Szkoda było tracić czas na gotowanie, obiad więc w naszym ulubionym barze, jedynym w okolicy miasta, gdzie można zjeść w niedzielę tanio, ale smacznie. Potem spalanie kalorii w wędrówce, by nadrobić je lodowym deserem z dużą ilością owoców. Tak naprawdę przewagą owoców nad lodami, bo jednak witaminy jesienią warto dostarczać w każdej dawce. Suplementację zresztą też włączyłam nam i Małemu i mam nadzieję, że jakoś tę jesień w zdrowiu przetrwamy..

Mały chemik

Jak to mówią, nie taki diabeł straszny.. Nawet, gdy ukrywa się pod postacią stresu tuż przed wystąpieniem, zabiera słowa, gdy trzeba się wykazać elokwencją i sieje pustkę w głowie, gdy trzeba wymyślić coś więcej. Ale jakoś poszło. Ubrana w biały fartuch i ochronne okulary opowiedziałam maluchom o samej chemii, ogólnie o właściwościach różnych tworzyw. Zaprezentowałam model cząsteczki z atomami i na bazie magnetycznej układanki pokazywałam, jak owe wiązania mogą się rozrywać i zmieniać strukturę całości. Od koleżanki pożyczyłam stojak z probówkami od zestawu małego chemika, druga poratowała mnie zlewką imitującą prawdziwą. Kupiłam kilka barwników, brokatów i zaopatrzyłam się w odpowiednie porcje klejów i jednorazowych kubków dla całej ferajny.

A dwa eksperymenty prezentowałam w słoikach, szkło laboratoryjne jakoś tak wyszło mi z obiegu. Lampa na bazie oleju słonecznikowego, wody i musujących witamin zrobiła furorę, a tańczące w gazowanym napoju rodzynki prezentowały możliwości dwutlenku węgla. Cała jednak zabawa zaczęła się, gdy 22 dzieciom rozdawałyśmy z przedszkolanką kubki, dzieliłyśmy po równo porcje kleju, wody, barwników, brokatów i płynu do prania. A powstający z owej mieszaniny slime (potocznie glutek) domowej roboty wzbudził największy entuzjazm! Ile było po tym wszystkim sprzątania, szorowania stolików, zlewania płynów i ratowania upapranych rąk i koszulek, to tylko ja i pani Helenka wiemy. Ale nic to, radość dzieci jest bezcenna i na wagę.. brokatowego slime’a 🙂

Tymczasem weekend za pasem, jestem po dwóch godzinach gotowania smakołyków na wolny czas, dziś ostatni dzień naszego Bohatera pod hasłem Spiderman – wraz z przebraniem za Spidera i pająkiem na baterie. Na jutro czekające pranie, rodzinny czas, a wieczorem urodziny koleżanki i domówka z tańcami. Myślę, że niedziela przyda się na zasłużony odpoczynek.. Czego i Wam życzę 🙂

Bohater

Dopiero co skończyła się jedna porcja winogron, a przybyła następna. Tym razem fioletowa, od sąsiadki.

I tak między jednym gronem, a drugim łamię sobie głowę nad jutrzejszym występem w przedszkolu. Albowiem od poniedziałku nasze dziecię jest Bohaterem!

Taaa.. Owe bohaterowanie polega na tym, że przez pięć dni może przynosić ze sobą ulubione zabawki. A w dwa dni, ktoś z rodziny ma odstawić jakiś pokaz lub zajęcia z maluchami. Opowiedzieć o pracy, czy np zrobić szkolenie – jak Dziadek Małego wczoraj. Dziadek z zawodu behapowiec nie miał z tym żadnego problemu, gdyż szkolenia to jego żywioł. Choć dla dzieci robił takowe po raz pierwszy. Było super, bo i z przesłaniem i na wesoło wśród zagadek i wyświetlanych na projektorze bajek o nieposłusznym nakazom Donaldzie.

Niektórzy rodzice podnoszą poprzeczkę wysoko, bo i tęczę robią i muffinki z dziećmi pieką, albo lepią gliniane stwory. Wszystkich pobił też klaun zabawiający ferajnę magicznymi sztuczkami, jazdą na jednokołowym rowerze i kręcący talerzami. Z racji, że mój Mąż z pracy się nie zerwie, drugą osobą do występów mam być ja. I tak to. Jako chemik z zawodu, mam zamiar trochę o tej chemii dzieciom poopowiadać. Wyciągnęłam nawet swój biały fartuch i ochronne okulary. A żeby było ciekawie, chcę też trochę poczarować, zaprezentować jakieś chemiczne reakcje, wyprodukować coś (próby trwają), co można ze sobą zabrać do domu i pobawić się trochę kolorami..

żeby było medialnie i kusząco wizualnie..

Ale przyznaję, że stresa trochę mam, gdyż nie przepadam za publicznymi występami i nie zmienia tego fakt, że publiką będą dzieci 😉

Wina dajcie

Rybki i zdjęcia musiały poczekać, na nas bowiem czekała Zosia. I przyznam szczerze, że usłyszeć od teściowej zachwyt i słowa pod hasłem – schudłaś – bezcenne. Choć owe schudnięcie na razie mikre, to idzie w dobrą stronę. Wystarczyła wakacyjna zmiana w menu, nad jeziorem bowiem przerwy w jedzeniu wychodziły czterogodzinne, do sklepu było daleko przez co ilość posiłków (i podjadania) okrojona. Poczułam trochę luzu w garderobie i postanowiłam utrzymać ten styl. Trzy, cztery godziny przerwy i mniej słodyczy – przynajmniej w domu 😉

U Zosi już z tym trudniej, gdyż odbywało się świętowanie zakończenia jej pracy. Na stałe i z ogromną ulgą. Było ciacho w dwóch odsłonach, lampka wina i przegryzanie całości najpyszniejszymi na świecie winogronami prosto z ogrodu..

Swoją drogą ten widok przypomina mi grecką restaurację obrośniętą winogronami pod sam sufit. Jedynie temperatury inne i obecne ilości deszczu. Ale deszcz nic, a nic nie przeszkadzał w świętowaniu. Wręcz robił nastrój i dobrze się potem spało przy dźwiękach kropel. Na wynos dostaliśmy ogórki kiszone, słoik miodu, fasolkę szparagową w zalewie, syrop sosnowy i winogrona w zapasie. Będzie smacznie i zdrowo..

Streetdance

I faktycznie jest przyjemnie, kiedy w dzień słońce przygrzewa i można wyskoczyć jeszcze w krótkim rękawie. Weekend więc, z racji pogody, trochę plenerowy, ale też i domowy i towarzyski. Zaliczyliśmy spotkanie u chrzestnej Małego, która przyjęła nas deserem z kolorowych galaretek. Był obiad w restauracji, dla odmiany po domowej kuchni i były spacery, na nabrzeże, na Wały Chrobrego i do parku..

Znalazłam czas na uzupełnianie śpiewnika o nowe piosenki z chwytami gitarowymi, a zostało mi ich jeszcze dużo do wpisania. Pograłam trochę i wypróbowałam świąteczne przeboje, choć do świąt jeszcze daleko. Podjechaliśmy też na Międzynarodowy Festiwal Tańca Streetdance, gdzie w jury zasiadali specjaliści od różnych stylów tanecznych. Przeważały wygibasy hip hopowe i breakdance. Nie są to moje ulubione style, zdecydowanie wolę pokazy tańca towarzyskiego, ale wybraliśmy się ze względu na Małego. Podobają mu się tańce zespołowe, synchroniczne układy, a w domu sam próbuje tańczyć i niektóre jego skoki i kręcioły pod breakdance można podciągnąć. Kto wie, może pójdzie tą drogą, bo widać że muzyka i taniec go porywają..

Plaża, czy grzyby?

Nie wiadomo co wybrać, bo nowy sezon uraczył i tym i tym. Pogoda iście letnia, ale w końcu kalendarzowe lato jeszcze w toku. Nie spodziewałam się jednak aż takich upałów i powrotu do sandałów..

A te przydałyby się nad jeziorem, na które wybraliśmy się w sobotę, na spotkanie z rodzinką. I na świętowanie urodzin Mamy, do której przybyłam z prezentami. Ucieszyła się z książki o pani Kwiatkowskiej i z kremu do twarzy, coraz bardziej wymagającej, choć jak dla mnie nadal młodej.. Na plaży błogo, leniwie, ale Mały nie odpuszczał i za piłką też trzeba było trochę polatać. Bratanek dzielnie w tym uczestniczył i fajnie tak popatrzeć na obu naszych małych chłopaków, trzymających się za rękę. Rodzice od czwartku na wyjeździe, po leśnych wędrówkach i niewielkich grzybowych zbiorach..

Brat dojechał w piątek i z racji pięknej pogody przedłużył pobyt do wczoraj, a my po urodzinowym obiedzie zwinęliśmy żagle, by kolejny dzień spędzić już nad innym jeziorem. W planach było morze, ale jednak wietrzniej tam było w niedzielę i chłodniej, wolałam zostać na miejscu i przy okazji uniknąć nadmorskich korków. Trzeba korzystać, póki Mały zdrowy i katary na razie odpuściły..