Gołąbki

Dwa pączki w czwartek szczęściu dopomogły i już nie siedzimy jako te styrgnięte na lodzie gołębie.

Ciepło w kaloryfery wróciło, a i z kranu nareszcie wrzątkiem źródło bije. Auto śmiga, jakby w ogóle nie chciało mnie przymrożonym zaciskiem hamulcowym wykończyć. A i ogólnie nastrój lepszy i słońce po śnieżnej burzy wyjrzało. Jak to w życiu, raz w dołku, raz na emocjonalnych wyżynach.

Z racji Walentynek, ale i bez okazji próbowałam nawet ciasto upiec – miał być sernik, wyszedł serowy naleśnik 😉 Choć czymże są kulinarne niepowodzenia (spowodowane felernym piekarnikiem), gdy wokoło bliscy wracają do zdrowia, znajomi zaprosili na dziecięce urodziny, a ukochany Mąż odciążył żonę w sprzątaniu, zamawiając cudo odkurzacz, samojeżdżący i samoodkurzający, z opcją mopowania. Skarb! I Mąż i odkurzacz. Spacer z Rodzicami też zaliczony, a święto romantyczne miło spędzone. Ze śniadaniem zrobionym przez Męża, z drobnym upominkiem i kartką walentynkową. Do tego szaleństwo na sankach, więc i Mały szczęśliwy, czegóż chcieć więcej. Może jedynie tego, żeby tak dobrze zostało na dłużej..

Wybielony

Na przekór wszelkim brudom tego świata, czasem pojawia się na nim niesamowita biel, przykrywająca puchową kołdrą wszystkie problemy. Wtedy i na duszy jaśniej się robi i wraz z dziecięcym śmiechem nadzieja się w serca wlewa.

Nadzieja pod postacią młodych, walczących, dbających i kochających. W piątek jeden taki do mnie wraz z sąsiadką przybył i spędziłyśmy czas na pogaduchach i z nim zabawach. Mały za to był po występach na dzień dziadków, elegancki w białej koszuli, roztańczony w układzie z kapeluszem. Z głową pełną wierszy i piosenek, pojechał prosto do babci recytować i obdarować ją naszyjnikiem z malowanego na kolorowo makaronu. Zosi było w nim nawet do twarzy i oficjalnie, gdyby nie kruchość tworzywa, mogłaby się na przyjęciach prezentować. Tych przyjęć wprawdzie ostatnio niewiele, ale choć dzieci z wnukiem przyjadą i babcię rozruszają.

Siebie też, na codziennych wędrówkach po lesie, na sankowych zjazdach, śnieżynkach i lepieniu bałwana. Może mikrego, ale z wielkim przesłaniem, że w końcu zima, jak należy nadejszła. Nosy i nogi wymarzły, ale pod kurtką człek rozgrzany i wyszalany. Dobrze było później napić się gorącej herbaty, zjeść smaczny obiad, a wieczorem poczytać książkę i odpłynąć szybko z zimowymi obrazami pod powieką..

Śniegowo

Cóż to był za weekend. Pełen plenerów, sanek, zjazdów, spacerów i śniegowego szaleństwa. Pierwszą część spędziliśmy w parku, na co wpadła też połowa mieszkańców. Tutaj bowiem śnieg dobrze się utrzymywał, był ubity i można było na tych sankach pojeździć. Nie spadło go zbyt wiele, ale mroźne temperatury zrobiły co trzeba, żeby dziecię mogło poczuć wreszcie trochę zimy. Na dokładkę popołudniami świeciło słońce, dodając całości uroku..

Na naszym najwyższym szczycie można też było poczuć się odrobinę, jak w górach. Tu na szczęście Mężu wykazał się odwagą i zjeżdżał razem z dzieckiem, asekurując i zwalniając tempo jazdy, żeby było bezpiecznie i żeby na niczym, ani na nikim nie wylądować. Mały miał masę radości, wrócił zgrzany, oblepiony śniegiem i w mokrych rękawiczkach. Także potem gorąca herbata, „Gdzie jest Nemo” i próba pieczenia gofrów – zakończona naleśnikami z ciasta gofrowego, ale z ubitą osobiście śmietaną. Zdecydowanie musimy zaopatrzyć się w gofrownicę z prawdziwego zdarzenia, bo wymienne wkładki przy niskiej mocy nie dają rady. Mimo wszystko dzień w nizinnych górach był fajną odskocznią od ciepłej zimy..

Ferie zaliczone

Można powiedzieć, że ferie mamy zaliczone, chociaż dopiero co się zaczęły. Był wyjazd, odpoczynek, był jeden dzień śniegu i sanki nawet były. Czekają teraz na kolejne opady, choć te zapowiadane na razie nadeszły w nikłym wymiarze. Po śniegu zostało raptem tyle i to w wietrznych zakątkach, gdzie jeszcze chłodem ciągnie.

Mały, z racji zerówki w przedszkolu, od poniedziałku śmiga na zajęcia. Cały w emocjach, bo i za kolegami zdążył się stęsknić i za ulubionymi nauczycielkami. Wczoraj trzy razy się dopytywał, czy na pewno wszystkie dzieci mają wolne. A dziś odbiera nagrody, które cała grupa dostała za listopadowy konkurs pieśni patriotycznej, więc absolutnie nie chciał dłużej zostawać w domu. Do naszej skrzynki pocztowej też zawitała niespodzianka dla Synka. Przyszedł list od Mikołaja! I to bez załączania znaczka zwrotnego, co bardzo nas zaskoczyło. Także podziw wielki dla ekipy ze Srebrnej Góry i podziękowania serdeczne za list, zdjęcie, świąteczne naklejki i gwiazdki zaczarowane, wysypujące się w trakcie otwierania. W następnym roku też tam wyślemy list, ale tym razem ze znaczkiem, żeby nie nadwyrężać mikołajowego budżetu:)

Mężu miał długi urlop i trafiły nam się nawet dwa przedpołudnia, tylko dla nas. Rarytas, patrząc na ostatnie 6 lat. Wykorzystaliśmy więc czas do ostatniej minuty. Był wypad na zakupy (z czekaniem na zakończenie pory dla seniorów- nadal o niej zapominamy), było nadrabianie filmów, odsypianie, przytulanie i czytanie. Za to wczorajszy już wspólny dzień, wykorzystaliśmy na gotowanie i spacer nad Odrą, póki nas deszczowe krople do powrotu nie nakłoniły..

Skok w Nowy Rok

Pamiętam zabawę z poprzedniego Sylwestra, na 140 osób, z orkiestrą i balowymi sukniami. Teraz wręcz nie do pomyślenia. I okazuje się, że wcale nie mam potrzeby tego powtarzać i szaleć na parkiecie do białego rana. Z przyjemnością piszę się na domówkę, na luzie i bez całej szalonej otoczki. Przygotuję sałatkę meksykańską, poustawiamy przekąski dla Małego, włączymy muzyczne show i może poskaczemy trochę tanecznym krokiem.

I jedyne czego pragnę, to powrotu normalności, mniej stresu i strachu o zdrowie najbliższych. Swobodnego wychodzenia z domu, bez maski. Powrotu bezpiecznych spotkań z rodziną i ze znajomymi. I zdrowia, zdrowia. Niby tak niewiele, a jednak to wszystko, czego można teraz życzyć sobie i innym na ten Nowy 2021 Rok. Także niech się spełnia! 🎉

I tak to

Właśnie dlatego lubię cały ten czas przed świętami. Ten właściwy mija zbyt ekspresowo. Sam klimat grudnia, strojenie domu, światła i ozdoby w mieście. Oczekiwanie.. Potem rach ciach, pogaduchy, kolędy, radość z prezentów, Kevin sam w domu, my na spacerach i pełno smakołyków, po których znowu muszę przejść na odwyk cukrowy.

Ciasta i w tym roku dostaliśmy od Taty, ale pojechały z nami do Zosi. Dzień wigilijny rozpoczęliśmy więc od podróży, która z jednej strony cieszyła, z drugiej smuciła brakiem rodziców i brata. Łączenie on-line nie zastąpi wspólnego świętowania, ale dobrze, że była choć taka namiastka widzenia się z częścią rodziny. U Zosi zresztą też czekały na nas cud, miód i bąbelki. Pod choinką 14 prezentów dla naszej skromnej czwórki, dodatkowe niespodzianki od chrzestnej Małego i masa śmiechu. Do tego same pyszności na stole i na szczęście, przy tym temacie, dobra pogoda za oknem. Spacery dwa razy dziennie, wyjazd do miasteczka obok, ku odskoczni i obowiązkowo las. Dużo lasu.

Świątecznie

Spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia, wesołych na tyle, na ile mogą być. By przyniosły promyk nadziei, żeby już więcej nie trzeba było ich spędzać bez tych, których kochamy. Świąt niosących wytchnienie zapracowanym, gotującym i sprzątającym. Z rodzinnym ciepłem, bez udawania, z sercem na dłoni i miłymi prezentami pod choinką. I tym, co w Świętach najważniejsze, dla każdego..

Na jarmarku

Dużym zaskoczeniem był fakt, że Jarmark Bożonarodzeniowy został w ogóle przygotowany. Nie wiem na jakiej zasadzie wydano pozwolenie, ale widać było, że ludzie mimo obaw odwiedzali plac ze stoiskami. My zawitaliśmy tam tylko na chwilę i oczywiście w maskach. Zabrakło przepięknej karuzeli weneckiej i pociągu dla dzieci, ale to akurat dobrze. Za to, jak co roku stanęła na miejscu duża, oświetlona od góry do dołu choinka..

Były stoiska ze smakołykami, pierogami, bigosem, z gorącą herbatą czy grzanym winem, oczywiście na wynos, bez stolików. Było też dużo ozdób, świeczników, bombek i ozdobnych pierników. Światełka i choinki dodawały całości klimatu..

A we mnie ta namiastka świąteczna obudziła trochę radości. Wiem, że ta radość taka bardziej przytłumiona, bo o zachorowaniach nadal się pamięta, maski obowiązkowo nosi i odległość stara trzymać. Ale taka dająca nadzieję, że może za rok będzie lepiej, normalniej. Już tak bardzo każdy tego chce. I tęskni się za swobodą, za podróżowaniem i za spotkaniami w pełnym gronie, bez limitów. Zdrowie jednak najważniejsze, a to coś mnie ostatnio od strony okulistycznej i dermatologicznej dopada. Skierowania mam pobrane i zaskakująco dermatologa udało się umówić na ten piątek. Ale żeby nie było tak pięknie, okulista ma termin dopiero w sierpniu. Czeka mnie jeszcze rehabilitacja kręgosłupa, ale to na pewno w nowym roku. Także na razie skupiam się na tym, co już i dostępne, a świątecznego nastroju nie będę sobie umniejszać. Choinka rozświetlona, lampki wszędzie powłączane, ozdoby cieszą oko i odliczanie rozpoczęte.

Szczerbatek

W następnym roku przewiduję wzrost opłat za energię. Iluminacje bowiem sięgnęły nie tylko salonu, ale kuchni i sypialni również. I planuję niezmienność wystroju co najmniej do końca stycznia. Chyba potrzeba ocieplenia przestrzeni i dodania jej kolorów dopadła większość. Mnie w każdym razie intensywniej niż rok temu. Choinka też już ubrana i jak co roku walczyliśmy z częścią lampek, dokupując nowe, żeby jednak oświetlona była całość, a nie tylko po kawałku. Mały ponawieszał swoje prace ręczne, a ja postanowiłam dokupić trochę czerwonych dodatków. Kiedyś czerwony nie pasował do naszych brzoskwiniowych ścian, teraz szare aż się o to proszą.

Święta zapowiadają się zupełnie inne niż wszystkie, co nie znaczy przecież, że gorsze. Choć największym ich minusem będzie fakt, że nie da rady spędzić ich z całą rodziną. Cóż, mam nadzieję, że za rok się uda, a tymczasem grunt, że w ogóle będą i że będziemy razem. Razem przeżywaliśmy też wzniosłą chwilę w życiu Małego Księcia, który obecnie stał się księciem szczerbatym. Pierwszy ząb opuścił szczęśliwie jego szczękę i dumny Szczerbatek wrócił z przedszkola z zapakowanym szczelnie pakunkiem owiniętym chustką i gumką. Albowiem pakunek bezcenny, włożony pod poduszkę, przyniósł od Wróżki Zębuszki kasę – oby w przyszłości nie na aparat korekcyjny. Wypadnięcie było bezbolesne, proste i uprzejmie proszę żeby nowe zęby były łaskawe również prosto rosnąć.

Tymczasem w weekend delektowaliśmy się, oprócz ubierania choinki, wspólnym oglądaniem dwóch części Listów do M, które i synka momentami rozbawiały. Spacerem z całą rodziną, przy ściganiu Bratanka śmigającego na rowerku i Małego na hulajnodze. Zajadaniem się rybą domowej roboty, z kapustą kiszoną i chińszczyzną na wynos. Trafił się jeszcze niespodziankowy Jarmark Bożonarodzeniowy, którego miało nie być, a jednak był. Ale relacja z owego kolejnym razem. Teraz pora ogarnąć poniedziałek, bo po weekendzie zawsze jakoś się tak wszystkiego nazbiera.

FB i inne klimaty

Będę bogata! Tak, tak. Znajomi nie poznają mnie w czapce. Szczerze powiedziawszy, sama siebie w czapkach nie poznaję. Wiele, wiele lat nie nosiłam ich w ogóle. Byłam całkowicie antyczapkowa, do momentu zapalenia zatok. Jakoś w grudniu, tamtego roku, dopadł mnie mega katar, była ropa z nosa i ból czoła. Na dokładkę nie miałam smaku i węchu przez dobry tydzień (kto wie, czy to nie było TO) i pamiętam z jakim zdziwieniem jadłam potrawy, których smak tylko w pamięci miałam. Nie pomagały żadne leki, ani krople do nosa, potem przeszło samo.

Tymczasem w tym roku (odpukać oczywiście, tfu tfu i sól przez lewe ramię) trzymamy się dzielnie. Łącznie z Małym, który do przedszkola pomyka w podskokach od ponad trzech miesięcy i z radością bierze udział we wszystkich zabawach czy konkursach. A że panie przedszkolanki są pełne pomysłów, co i rusz trzeba szykować stroje na przebranie (dynia, Spiderman, Zorro, niedługo pasterz na jasełka), prace plastyczne i łapać zdjęcia ze strony przedszkola ku upamiętnieniu tych chwil. Z tej okazji właśnie, nie było innej opcji i fecebooka założyć wypadało. Albowiem omijało mnie wiele wiadomości, nowości, że o uwielbianych zdjęciach z synkiem nie wspomnę. Opierałam się długo, ale tak.. Ta da. Wreszcie dołączyłam do posiadaczy FB.

Ale żeby nie było, zamierzam korzystać z niego tylko w celach informacyjnych i domyślam się, że i w szkole ta droga będzie niezbędna. Do grupy dołączyłam i jestem na ten przykład na bieżąco z wiadomością, że Mały otrzymał 3 miejsce za swojego Miśka (na całe przedszkole). I z tą, że trzeba określić wolne terminy między Świętami, gdyż panie mają wtedy szansę na urlop. A że u nas z wolnym nie ma problemu, to szykują się dwa tygodnie laby. Przystrajamy więc nasze gniazdko na ten świąteczny czas i można powiedzieć, że popłynęłam w temacie ozdób. Zaszalałam z kwiatowymi gwiazdami betlejemskimi (sztuk 3), podświetlaną choinką, świecącą w oknie gwiazdą, świecznikami, lampkami, dużym Mikołajem przy balkonie i naklejkami na okna i drzwi. W weekend ubieramy choinkę i mocujemy łańcuchy, ale już w mieszkaniu klimat ocieplony i rozświetlony, więc choć dla oka zrobiło się bardziej optymistycznie..