Zaręczynowa rocznica

Weekendowy zachwyt różany trwa do dziś, przeglądam zdjęcia, kopiuję je i wysyłam do rodzinki. Bo taki widok cieszy oko i choć wydaje się, że te róże podobne jedna do drugiej, że mają tylko inne kolory, to jednak każda jest inna. Różnią się wielkością, rodzajem płatków i ilością kwiatów na łodygach.. Są tak cudne, że tylko czekam na słoneczny dzień i wybiorę się do ogrodu jeszcze raz..

Po zachwytach kwiecistych pojechaliśmy jeszcze nad Odrę, obejrzeć największy diabelski młyn w Polsce. Ma wysokość 55 metrów, a waży to to 350 ton. Domyślam się, że widok z góry – przy ładnej pogodzie – musi być niesamowity. Ale jednak nie zdecydowaliśmy się na przejażdżkę tym ustrojstwem. Przede wszystkim za mocno wiało, widoczność była średnia i jedynie ze trzy osoby odważyły się wsiąść do wagonika.

Tymczasem nowy tydzień rozkręcony, trochę lekarsko, trochę z ćwiczeniami ale już takimi na pół gwizdka. Znowu mechanik na dwa auta, zakupy prezentowe dla maluchów koleżanek, a wczoraj wizyta Hani. Wreszcie udało jej się przybyć i do mnie, bo ostatnio głównie ja ją nawiedzałam. Z racji wolnej chaty i swobody w pogaduchach. Przegadałyśmy trzy godziny przy kawie i herbacie, a czas leciał w tempie ekspresowym. Nawet nie wiadomo kiedy minął.. Odnośnie mijającego czasu, przypomniało mi się, że..

Dziś mija sześć lat od dnia, gdy Mężuś na pięknej greckiej plaży oświadczył mi się, nieśmiało podając pierścionek. Po czasie opowiedział, że chodził z pierścionkiem przy sobie ze dwa dni czekając na odpowiednią okazję 🙂 Kochany.. Szczerze powiedziawszy, dla mężczyzn to musi być jednak stresująca sytuacja. Nie dość, że poważna deklaracja, to jeszcze czasem nie wiadomo cóż ta ukochana może odpowiedzieć i jak zareagować. Czy będzie się wahać, czy rzuci się z uśmiechem i ze łzami w oczach do ściskania i odtańczy taniec radości 😉 Moje TAK było bez chwili wahania, wiedziałam, że chcę go za męża, z całego serca..

Piknik pod chmurką

Weekend zleciał w moment, tak i cały ten majowy miesiąc.. Dziecię nasze wyszalało się na zapowiadanym firmowym festynie. Ogromny plac zabaw, dmuchane poduchy do skakania, huśtawki, drewniane domki do wdrapywania się, zjeżdżalnia linowa, na której i my pojeździliśmy z piskiem. Wielki teren do ganiania, gumowe krówki do skakania, piłki, piaskownica, do tego wynajęty klaun, który niewiele miał roboty.. Było gdzie biegać i czym zająć maluchy przez ponad trzy godziny.

Od strony menu był grill z mięsnymi smakołykami i na szczęście surówki różniste. Prawie bym nie poległa, niestety podano gofry z cukrem pudrem.. i to już było ponad me siły 😉 Zjadłam na pół z Małym, delektując się słodkim smakiem. Nic to, efekt po tym tygodniu już jest widoczny. Większy luz w spodniach, cztery kilo mniej na wadze i całkiem dobre samopoczucie. Pozwiedzaliśmy małe zoo, z kucykiem, osłem, kolorowymi kurkami, lemurem, kapibarami, pawiem i ciekawskimi małpkami, które to chciały złapać zamek od mojej kurtki..

Były też rzadko spotykane czarne łabędzie, ze swoimi maluchami, ale na zdjęciu załapał się tylko jeden..

Niedziela też rodzinnie, na obiedzie w restauracji, w której choć pysznie to z racji tłumów i zajętych wszystkich stolików, trzeba było czekać na posiłek prawie godzinę. O ile dla nas to żaden problem, był czas pogadać, pozaglądać do wózka ze śpiącym Bratankiem, o tyle dla Małego ciężki czas by wytrwać w oczekiwaniu na frytki. I otóż te frytki znowu zrobiły mi pod górkę. Bo choć na obiad miałam surówkę z grillowanymi kawałkami kurczaka, o tyle zapach, widok i smak takiej frytki okazał się zbyt pociągający. Na szczęście nie zjadłam ich zbyt wiele, ale cóż zrobić, gdy człeka kusi.. czasem choć trochę musi. Po obiedzie spacer w parku, z rowerem będącym ostatnio (naprzemiennie z hulajnogą) najfajniejszym środkiem lokomocji. A później podjechaliśmy na wybory, których wyniki wszyscy już znają.. Życie toczy się dalej, nowy tydzień rozpoczęty, ćwiczenia za mną i ciągłe starania, by jeść zdrowiej i mniej i by nie zaprzepaścić tak dzielnie rozpoczętej batalii..

Realizacja

Rzadko się zdarza, by wszystko, co zaplanowane doszło do skutku. A jednak. Jakiś ten weekend zaczarowany i spełnił plany nawet z dokładką.

Na urodzinach przedszkolnej koleżanki wśród dzieci trwało kulkowe szaleństwo, a rodziciele przy herbacie i kawie zacieśniali więzy i poznawali się – czasem nawet dość intensywnie. Nasłuchałam się zwierzeń taty Natalki, który kiedyś w ramach sufitowych atrakcji znalazł się w naszym domu. Można więc powiedzieć, że byliśmy wcześniej zapoznani. Pan inspektor opowiedział na forum kawał swego życia, łącznie z  historią o dwóch żonach, dzieciach każde z inną i perypetiach mieszkaniowych. Dziewczyny za to okazały się książkowymi molami i temat sam popłynął w kierunku kiermaszów, festiwalu czytania i pracy w bibliotece. Sympatyczne spotkanie, wymiana telefonów i widzimy się przy odbiorze dzieci. Albo w niedługim czasie na występach z okazji dnia dziadków, które to po strajku zostały przełożone na luty.

 

Zanim jednak występy, odwiedziliśmy dziadków w domu, na ciąg dalszy zabawy. Odwiozłam później Tatę po jego auto i odzyskałam swoje, ruszyliśmy więc na obiad do restauracji, gdzie jest plac zabaw dla maluchów i w której bonusowo spotkaliśmy Sylwię z siostrą i ich dziećmi. Pogaduchy, zabawy ciąg dalszy, pyszne żarełko i do kinowych planów z Hanią (przy dobrych wiatrach) dołączy i Sylwia. Jeśli się uda to po kinie skoczymy wreszcie we trzy gdzieś zasiąść i pogadać. Bo coś ostatnio nie udawało nam się zebrać razem, w jednym czasie..

 

A dziś od rana kąpiele na basenie, w towarzystwie Iwony i jej syna. Rozmowy utrudnione przez szum wody i dziecięce zaczepki, ponieważ nasze chłopaki mają etap pod hasłem – ja jestem najważniejszy. Nie dają czasu na dłuższe wypowiedzi, ale też nie pojechałyśmy tam tylko gadać, ale i popływać, zrelaksować się i wymasować plecy. Na pogaduchy umówimy się we dwie, może w następny weekend.

Przed nami nowy tydzień, pranie, zakupy, odwiedziny u rodziców, ćwiczenia i może wreszcie zrobię zapiekankę makaronową, która czeka na upieczenie. Niby nic, a każdy dzień jak święto, cenny, ważny i niepowtarzalny. To cóż, pora na herbatkę, dobry film, książkę, trochę snu i ruszamy..

 

 

 

na herbatkę

Wybrany

Wreszcie, po wielu przemyśleniach, analizach i czytaniu opinii, telefon wybrany (bez szczegółów, bo nieistotne) i może już w środę powrócę do elektronicznego świata. Obecny świat ze starym sprzętem nawet nie daje mi znać, że przyszedł sms, mimo iż dźwięki poustawiane i powinno grać. Nic to, ważne żeby nowy sprawnie działał i nie trzeba było robić zwrotów. Bo coś ostatnio te internetowe zakupy mi nie szły. Jeszcze rzutem na taśmę zamówiłam dwa podkłady do przetestowania i dwie bazy, wygładzającą i matującą. Bardzo dziwna sprawa z tymi moimi podkładami, która jednak całkiem mnie zadowala. Mojej cerze nie pasują te z wyższej półki cenowej. Ani lorealki, ani revlony się nie sprawdziły, może ewentualnie bourjois ale to dobre, że zamiast w cenie 70 zł można go w necie kupić za 25 z dostawą. Natomiast bardzo fajnie catrice, maybelline i ingridy. Te ostatnie wręcz wytrzymały działania ćwiczebne i twarz się nie świeciła. Wiem już więc jakie marki mogę używać (przynajmniej na obecny czas) i jakie kolory mi pasują. Na lato wyższy numer koloru też by pasował, choć akurat wtedy bardzo rzadko się maluję (ważniejszy dobry krem) i daję skórze odpocząć. Zwłaszcza jeśli jest szansa na kąpiele w jeziorach, morzach czy choćby basenie. 

 

 

Ale do lata jeszcze trochę, a zima uraczyła nas wczoraj śniegiem. Jednodniowym, bo już dziś po nim śladu nie ma. Spadło go jednak wczoraj tyle, że mogliśmy ruszyć na sanki i nacieszyć się radością zjeżdżającego z góry smyka. Mały uwielbia ten sport, sam już nawet wdrapuje się z sankami pod górę, sam potrafi odepchnąć się nogami i zjechać w dół. Czasem to mnie trochę przerasta, jak szybko dziecko się uczy i zmienia. Jeszcze niedawno nie potrafił chodzić, mówić.. a tu już alfabet wyrecytuje, w karty pogra, biodrami w tańcu zakręci i tak mocno kopie w piłę, że gole same mu do bramki wpadają. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jego zdrowie, żeby siły miał, energię i mógł działać bez tych ciągłych kaszlów i katarów.

Na nowy tydzień jest już trochę planów, może uda się spotkanie z Hanią i jakieś kino z Bluberką. Mamę trzeba zawieźć do lekarza, wybrać prezent dla koleżanki przedszkolnej, bo jest kolejne zaproszenie na urodziny do kulkowa. Tacie podrzucić auto, żeby mógł swoje oddać do naprawy. Przerobić sznurki w spodniach Małego, na wygodną gumkę i umówić się z koleżanką, która chce oddać spodnie narciarskie po swoim synku. Nasze niedługo będą sięgać nad kozaki, a że liczę jeszcze na śnieg w lutym, to bardzo by się dłuższe przydały.

Szurał

Ciemność za oknem. 4.30, noc w pełni. Budzi nas krzyk..– Mama, Tata Mikołaj był!

– Naprawdę?

– Noo! Słyszałem jak szulał! 🙂

 

Tak skarbie, był. Ale daj spać. Gdyby nie łagodna perswazja po ciemku  by leciał pod choinkę zaglądać 🙂 Rano ledwo udało się wymusić ubranie i już rozemocjonowane dziecię radośnie rozrywało ozdobne papiery. Radość dziecka jest niesamowita.. szczera, całym sobą i zaraźliwa..

Nic dziwnego, że wigilijny dzień od rana udany. Lepienie pierogów, w ilości sztuk 60, sprzyjało pogaduchom z Mamą, przy Tacie zrobiłam masaż pleców na kanapowej macie. A wieczorem rodzinne spotkanie wśród kolęd, smakołyków i próby zrobienia zdjęcia, na którym wszyscy mają otwarte oczy i są widoczni. Dobry czas, bliski, ciepły i cenniejszy od wszystkich prezentów świata..

 

 

 

świąteczny

Fotograficzne emocje

Ostatnio coś się nostalgiczna zrobiłam dużo myślę o przemijaniu i pędzącym czasie. Wychodząc dziś z Akademii Sztuki spojrzałam na świat innymi oczami i nie za sprawą wizjera. Za sprawą pasji, radości z utrwalania chwil, tworzenia wspomnień dla dziecka. Gdybym miała możliwość zapisałabym się na ową Akademię i studiowała dla przyjemności. To zapewne słomiany zapał, ale choć przez parę godzin artystyczna część mej duszy miała niezłą frajdę. Po kursie nie tylko otworzyły mi się oczy. Otworzyły się możliwości, wreszcie zrozumiałam różne pojęcia, ustawienia i ich znaczenie. Jestem tak pozytywnie nakręcona, że aż mnie energia rozpiera. Ta fotograficzna i nie tylko 🙂 

 

 

 

AS


 

 

I wcale nie oznacza, że wszystko wiem i zdjęcia staną się od razu lepsze. Wręcz przeciwnie, to dopiero mały skrawek, początek drogi do testowania, próbowania i zabawy z aparatem. Na kurs przybyło nas 10 osób, większość z lustrzankami, dobrymi obiektywami, ale część kompletnie zielona co z tym sprzętem robić. Jak używać, co i gdzie naciskać, jak czytać skróty. Pan Kamil miał dużo cierpliwości do naszej, zagubionej w tych odmętach, grupy. Zaczął od historii malarstwa, początków fotografii, camery obscura i tłumaczenia zasady działania aparatów. Bardzo się to później przydało, wyobraźnia umiała przetworzyć pojęcia przysłony, czasu naświetlania, czułości matrycy na światło, zmiennej ogniskowej czy głębi ostrości. Ha i nareszcie wiem, jak czytać drabinkę światłomierza. Zabawa przednia. 

 

 

 

pierwsze w trybie [ M ]

 


Okazało się, że większość parametrów miałam dobrze ustawionych, część za sprawą Brata, który lepiej się na tym zna. Resztę zaczęłam ustawiać sama, na dzisiejszych ćwiczeniach w plenerze. Łapaliśmy obiekty w ruchu. Skaczącą postać, ustawiając dłuższy i krótki czas naświetlania, operując czułością i przysłoną, żeby zobaczyć jak to działa. Portretując na tle liści z dużą i małą głębią ostrości. Oraz rozmywając tło za jadącym samochodem. Po wielu wielu próbach udało mi się złapać wreszcie to auto. I to jako jedynej! Aż sama byłam w szoku.. choć oczywiście, nie jest to efekt idealnej ostrości, ale aż mi serducho urosło po gratulacjach od pozostałych.

 

 

 

złapane :)


 

Potem były zadania na statywie w studiu, powielanie postaci, zabawa ze świetlnymi smugami i zapewnienie, że z każdym pytaniem możemy pisać kiedy chcemy, już po kursie. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie trwające w domu katary, których lepiej na zdjęciach nie uwieczniać 😉

Odwiedziny

Jeszcze dźwięki męskiego grania nie przebrzmiały, a już mnie koncertowe dziewczyny namówiły na głosy kobiece. Choć długo namawiać nie musiały. Na jesień przybywają bowiem do nas Brodka, Kayah, Daria Zawiałow, Ania Rusowicz i jedna z pań Przybysz. Chętnie, chętnie. Bilet już w kieszeni.

 

 

 


 


Tymczasem nowy tydzień rozpoczął się powrotem Małego do przedszkola, na czas dyżuru i do ponownej przerwy. Nastała więc pora na porządki, pranie, zakupy i gotowanie – bez wyrzutów sumienia. Wieczorem wyjście z Hanią, Anią i Sylwią na „Pozycję obowiazkową” i po sympatycznym filmidle spotkanie u dziewczyn przy włoskim Limoncello. Ania wróciła z Włoch opalona, z masą pięknych zdjęć i opowieściami o podróży. Przegadałyśmy czas do północy, posiłkując się jeszcze cytrynówką domowej roboty.

A że u mnie efekt końcowy sprzątania zadowalający, to i ja mogłam otworzyć podwoje. Najpierw przybyła Monika ze swoim 9-miesięcznym synkiem. Śliczna i uśmiechnięta, mimo wiecznego zapracowania w domu. Podziwiam, bo gdy zajmowałam się jej maluchem to i plecy mi wysiadały i pilnowanie szkraba w ciągłym ruchu wymagało niezłego naginania. Już zapomniałam, jak to jest przy takim maleństwie i ciągle cieknącej ślinie 😉


Wczoraj za to na spokojnie, przy herbacie i ciachu przegadałam z Kasią trzy godziny (i tak nam wiecznie mało). O życiu, zdrowiu, jej perypetiach z pracą i planach na krakowskie wakacje.

A dziś przybywa do nas Tadziu z rodzeństwem. Ulubiony kolega naszego smyka z przedszkola, którego mamę poznałam jeszcze w czasach osiedlowych piaskownic. Tak się jakoś złożyło, że i ona fajna i całe jej potomstwo. Mąż pływa, a że ona ma dzieci troje to korzysta z każdej możliwości, żeby je podrzucić do znajomych i trochę odpocząć. Zaopatrzyłam się z tej okazji w arbuza, marchewki do chrupania, dziecięce ciastka i paluszki. Do picia lecę właśnie tworzyć kompot z jabłek działkowych, którymi podzieliła się sąsiadka w ilościach hurtowych. Na wynos jajka niespodzianki, żeby miło czas u nas wspominały. Dywan odkurzony, można się turlać, zabawki czekają na całą ferajnę i… myślę, że jakoś sobie poradzimy?