Kasztany, grzyby i tylko ryb brak.

Po kasztany pojechaliśmy w polecane miejsce. Jakoś późno zaczęły spadać w tym roku i wcześniej trzeba było patykiem porzucać, żeby spadło cokolwiek. Teraz wyszliśmy z niezłym dorobkiem, prawie 5 kilogramów. Zebrane na kolejną dostawę do szkoły i zaliczone do punktów zaangażowania.

Grzybów na razie niewiele widziałam, jedyne, jakie złapaliśmy to kanie od rodziców. A i oni dostali je od koleżanki znad jeziora, sami już nie mają sił na długie wędrówki po lesie. Kanie sprawdzone, z ruchomymi pierścieniami i pustą nóżką. Zjedzone w formie kotletów panierowanych, ale chyba więcej się na nie nie skusimy. Jakoś zawsze mam stres przed jedzeniem grzybów. Znam osobiście przypadek śmiertelny, gdzie od zatrucia zginął młody chłopak i zawsze mi się to przypomina. Także najbardziej lubię się z pieczarkami (PaniKa coś w tym jest;)), ale jakoś te kanie szkoda było wyrzucić.. Choć i tak drugą część zaniosłam sąsiadom, zjedli i na szczęście są cali i zdrowi.

Weekend słoneczny był, z małymi tylko przerwami na deszcz, więc udało się skorzystać z kolejnych atrakcji organizowanych dla mieszkańców i trochę pobyć też w domu. Ale o tym następnym razem, bo pora na sen już najwyższa..

Pomysły

Kolorowy zawrót głowy trwa, kolejne wyzwanie to czeskie przebranie. Dokładnie za flagę Czech, jakąś znaną tam postać (kojarzę jedynie p. Havel’a, Škodę i Vondráčková) lub bajkowego bohatera. Także czuję, że zaroi się od Krecików i Sąsiadów. Wybrałyśmy z koleżanką Pata i Mata, bo wykonanie najprostsze z możliwych i koszulki z dżinsami posiadamy. Dorzucimy jakieś narzędzia z tych mniej niebezpiecznych i jedynie czapeczki trzeba będzie wymyślić.

Mały to by najchętniej za rycerza się przebrał, po ostatnich przeżyciach. Zwłaszcza, że został zaopatrzony w Krakowie w drewniany miecz, a na Święcie Gryfa w profesjonalną tarczę z godłem. Na miecze jednak wychowawczyni się nie zgadza, już prędzej na karetę, którą też na Zamku widzieliśmy. Nie byle jaka to była kareta, oprócz wieści historycznych zawierała w swym wnętrzu gry komputerowe, także młodych do siebie przyciągała. Takie to teraz sposoby..

Tymczasem obchodzimy Dzień Chłopaka i moim kochanym mężczyznom też coś miłego chciałam przygotować. A jak wiadomo, z pomysłami dla chłopaków, dla brata, czy taty, u mnie ciężej. Jakoś kobietom o wiele łatwiej zrobić prezent i coś wymyślić, mają więcej potrzeb i marzeń, czy to kosmetycznych, biżuteryjnych, czy w kierunku drobiazgów domowych lub ozdób. Nic to, główka pracuje i coś się wykombinuje:) Miłego weekendu

Latino i kolorowy zawrót głowy

Te inne klimaty, pomimo braku słońca, przywodziły na myśl Rio de Janeiro i były małą namiastką karnawału. Muzycznie trochę monotonnie, ale szkoła bębnowa samby tak właśnie brzmi.

Za to taniec i stroje pań tańczących kolorowe i kuszące. Sambę zawsze bardzo lubiłam, w mojej przygodzie z tańcem towarzyskim uczyłam się głównie kroków podstawowych i obrotów. Nie było to takie tempo, jak reprezentowali tancerze pod Pomnikiem Trzech Orłów, ale chętnie bym sobie jeszcze, choćby w skromniejszym wydaniu, potańczyła:)

Tymczasem od poniedziałku tańczę w kuchni, przy naszym kapuśniaku, łazankach, naleśnikach ze śliwkowymi powidłami i wśród latania z Małym do szkoły i odbierania go na czas. Po szkole za to jego tańce i dodatkowe zajęcia z angielskiego, które na szczęście bardzo mu się podobają. Zaczyna się też zbieranie kasztanów i szykowanie strojów na różniste wymyślne święta. Dziś na ten przykład Dzień Jabłka – zielone spodnie, czerwona koszulka, niedawno błękitny Dzień Warstwy Ozonowej. Strach się bać, co tam kolejnego nas czeka (chyba Dzień Kredki), ale już przeglądam szafy, czy na pewno mam dla syna ciuchy we wszystkich kolorach świata;) To co, jesień za oknem, a my na kolorowo i tańczymy.

https://www.youtube.com/watch?v=HAiHEQblKeQ

Święto Gryfa

W piątek zawsze warto przejrzeć stronę swojego miasta, można bowiem trafić darmowe perełki w postaci festynów, targów i różnych innych akcji. Mały wydobrzał mogliśmy więc skorzystać z plenerowych atrakcji i na pierwszy ogień wybraliśmy podróż w czasy dawne. Kiedy to na Zamku Książąt Pomorskich Gryfici mieszkali, a obecni fascynaci owych czasów odtwarzali ich życie codzienne, pieczenie podpłomyków, rozwój instrumentów, namiotów, strojów i rycerskiego świata.

Dużo ciekawostek, historii i występów, połączonych z nauką tańca z chorągwiami i władania mieczem.

Świetna sprawa, Mały zachwycony tak, że jechaliśmy na Zamek dwa razy, ale po drodze i na inne pokazy trafiliśmy. Zupełnie z innej bajki i w innych strojach, które to w kolejnym odcinku do obejrzenia.

A jednak plusy są

Jak to mówią, w każdych minusach można znaleźć jakiś plus. Temat siostry wprawdzie zamieciony pod dywan, ale obecne przeziębienie jest pierwszym u Małego, które nie skończyło się kaszlem i sterydami. Wizyta u alergologa potwierdziła czyste oskrzela. Nadal mamy podawać lek przeciwwirusowy, witaminę C i lek antyhistaminowy, ale mam nadzieję, że na tym się zakończy. Mały bardzo by odetchnął, gdyby uwolnił się od inhalacji (od czerwca bez) i my razem z nim. No ale nie chwalę dnia przed zachodem, tylko mocno trzymam kciuki za jego odporność i proszę jesień i zimę, by była łaskawa dla dzieci (dla dorosłych też).

Na razie pogoda w dzień sprzyjająca, także po szkole uskuteczniamy spacery, biegi w parku i granie w piłkę, póki sucho i po trawie można latać. A gdy zacznie padać wracamy do planszówek, by przetestować, które jeszcze nadają się dla dorastającego Małego, a które można by już oddać mojemu małemu Bratankowi. Ten też obecnie przeziębiony i znosi całość gorzej, bo nie umie jeszcze wydmuchać nosa i inhalacji z soli fizjologicznej nie daje sobie zrobić.

Na takie jesienne i zasmarkane dni przydają się wtedy zabawy wszelakie, dużo cierpliwości i nadzieja na poprawę.. Zdrowego weekendu!

I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Dobry czas

Dałam radę w skórzanej kurtce, ale nie obeszło się bez ocieplanej bluzy. I kaptur się przydał i kalosze. Ale te nie non stop, bo i słońce wychodziło i spacery po lesie się trafiły..

Pojechaliśmy do Zosi i dobrze było znowu poczuć się w trasie. Patrzeć na mijane krajobrazy, momentami przypominające jeszcze letnie, ale już jednak coraz bardziej jesienne.. W ogrodzie dojrzały winogrona, załapałam się na słonecznik, odpoczęłam i wyciszyłam początkowy wrześniowy pęd. Jak zwykle czas przy dobrym jedzonku, cieple z opalanej drzewem kuchni (oby tego drzewa nie zabrakło), bajkach dla Małego i pogaduchach do nocy. To był dobry czas, a weekendy mogłaby wolniej upływać, żeby trwał trochę dłużej..

Wrzesień

Połowa minęła, a ja jeszcze nie wyszłam z wrześniowych opłat. Na radę rodziców poszło, na klasowe, na ryzę papieru i toner, na ubezpieczenie. Dziś na tańce i w następnym tygodniu na angielski. Nie mówiąc o opłatach stałych potrzebnych do życia i przyjemności np. by do internetu być podłączonym. To ostatnie w sumie już do życia potrzebne;) Mniej potrzebny jest np. taki Dzień Kropki i wszystkie kolejne święta szkolne, a i te trochę zachodu i (kosztów) generują..

Jeszcze z resztek ciepłej pogody wczoraj skorzystaliśmy, dziś już chłód, zimny wiatr i ciepła chusta na szyję. Zastanawiam się, czy już pora na płaszcz, czy jeszcze w skórze ten weekend pociągnę. Tak czy inaczej miłego życzę!

Mama

I tak to, dziś urodziny mojej Mamy. Różne miałyśmy etapy naszych relacji, poprzez dziecięcą i bliską, potem buntowniczą i gniewną, praktycznie pozamykaną w osobnych pokojach i na zasadzie „daj mi święty spokój”. Po uświadomienie sobie ogromu miłości, potrzebę jak najczęstszych spotkań i codziennych telefonów. Różnimy się od siebie bardzo. Charakterem, podejściem do ludzi, do prezentów, nowych sukienek (ja uwielbiam, mama nie potrzebuje), uśmiechu do świata, do poznawania nowych miejsc (mnie nosi, mama najchętniej w domu), wydawania pieniędzy, gotowania, biżuterii, makijażu. A mimo wszystko, choć tak różne, to jednak połączone. Na zawsze. I daj Boże, żeby jak najdłużej żyła w zdrowiu na tym świecie, bo świata bez niej sobie nie wyobrażam..

Także wieczorem rodzinne świętowanie, a na razie szybkie pichcenie naleśników, żeby cokolwiek na obiad było. Poranne zakupy, pranie i poszukiwanie butów zmiennych na dodatkowe zajęcia dla Małego. Ceny tak skoczyły w górę, że za głowę się łapię. I żeby choć z ceną jakość butów poszła w górę – a to te same trampki, tylko rok temu płaciłam za nie połowę mniej. Wyszliśmy z galerii mocno zniesmaczeni, na szczęście na pocieszenie trafiłam ciepłą bluzę dla siebie (w promocji, teraz tylko tak). Przyda się na zimne poranki. Kwiaty do domu, od „pani działkowej”, też się przydadzą i trochę optymizmu wniosą..

Do syta

Na fali chęci, wypróbowaliśmy jeszcze przepis na pizzę bez drożdży. Nie jest to wprawdzie spód jak z tradycyjnej pizzy, ale duży plus, że robi się szybko i po nałożeniu ulubionych składników najeść się można do syta 👍

Nasyciłam się też weekendem w pełni. Postraszono deszczem, a w żaden dzień nie spadła ani jedna kropla. Były więc spacery, był plac zabaw z Małym, który to coraz więcej dzieci z osiedla poznaje. Było też spotkanie z rodzicami i z moimi dziewczynami na rodzinnym festynie, gdzie dzieci mogły poskakać w dmuchanym zamku, pobiegać za piłką i stworzyć wielkie bańki mydlane. Potem spacer z rodzicami do Amfiteatru, żeby i oni obejrzeli go po remoncie, a na zakończenie lody w dużym gronie. Po obiedzie zajrzeliśmy jeszcze nad Odrę i weekend minął jak sen jaki złoty..