Ogrzać się

Ciepłe swetry w szafie już na pierwszym miejscu. Zakupiłam dwie kołdry – 4 pory roku – które można łączyć w zimową, albo rozdzielić na wiosenno-jesienną i letnią część. Zrobiłam kolejny skok na rynek i przytargałam masę warzyw do jarzynowego risotto, rozgrzewającego gulaszu z indyka, surówek i sałatki jarzynowej. Ugotowany też bigos, a od rana herbata, cytryna, jabłka, mandarynki i gruszki. Mniam.

U Młodego odbyło się pasowanie w szkole, na elegancko i pompą.

Dzieci w białych koszulach, przejęte rolą gdy pani dyrektor podchodziła do każdego mianując go uczniem szkoły i przykładając symboliczny ołówek. Ja oczywiście wzruszona i dumna ze swojego pierwszoklasisty. On zadowolony, że może dać swojej wychowawczyni kwiaty z okazji Dnia Nauczyciela..

I ogólnie nastrój podniosły, ale przy okazji połączony z wolnym od lekcji. Dzień spędzony więc po całości z moim kochanym Młodym adeptem, o wielkim sercu i dbającym, żeby mamusia miała się przy czym rozklejać. Także ten, gorące rozczulające słowa, ciepły koc, sweterek, herbata i ..ogrzewamy się..

Plastuś

U Młodego zaczęło się czytanie pierwszej lektury – Plastusiowy pamiętnik. Mały plastelinowy ludzik, a ileż wspomnień i radości, że znów mogę się nim nacieszyć. W podstawówce ulepiłam sobie swojego, na podobieństwo tego z książki. Zrobiłam mu meble z kartonów, łóżko z pudełka od zapałek. Miał kołdrę z jakiegoś gałganka, różne drobiazgi z tego, co pod ręką dostępne – nie było plastiku i gotowców, jak teraz. Wszystko ręcznie dziubane, szyte, kolorowane i klejone. Pamiętam go do dziś i tę książkę, która już rozpada się z każdej strony, ale czytać jeszcze się ją da. W życiu nie pomyślałam, że może przydać się mojemu synowi (że w ogóle syna będę miała!), a teraz razem z nim czytam i przeżywam na nowo.. Magia:)

1970r, wydanie 15te

Żeby czytanie bardziej realistycznie przybliżyło postać głównego bohatera, zrobiliśmy naszego Plastusia i Młody zaniósł go do szkoły – pani ponoć zachwycona – bo i tam książka będzie czytana. Spogląda sobie teraz na dzieci, stojąc koło tablicy (tu stał jeszcze u rodziców) i cieszy oko.

Lecą z drzewa, jak dawniej, kasztany

Weekend słoneczny, ale temperaturowo chłodny, więc przez wzgląd na nasze katary większość czasu spędziliśmy w domu. Trochę odsypiania, gier planszowych, porządków w akwarium (wymiana podłoża, wody, mycie szyb) i gotowania różności. Była próba pieczenia kruchych ciastek – owszem, kruche wyszły, ale jakieś takie suche przez ten nasz gazowy piekarnik. Coraz bardziej nakręcam się na remont w kuchni i wymianę starych sprzętów, mam już nawet namiary na polecanego tatę koleżanki, który od lat praktykuje z powodzeniem takie tematy. Trzeba tylko z tym ruszyć. Ale zanim kuchnia, trochę gimnastyki na naszym kasztanowym spacerze. O dziwo trafiliśmy jeszcze spore ilości i przytargane 5,5 kg wędruje jutro do szkoły.

Od razu na słowo kasztany rozśpiewuje mnie się w głowie TA piosenka. Rodzice nie raz w domu jej słuchali i nie raz przy ogniskach śpiewali. W te wakacje coś nie po drodze mi było z gitarą. Przydałoby się nadrobić to za rok. A żeby jeszcze wakacyjnie trochę było, w niedzielę pojechaliśmy na obiad do baru, na spacer spokojnymi uliczkami i do parku na pyszne kołacze. Wieczorem bajka „Planeta 51” i po podreperowaniu zdrowia, można ruszać w nowy tydzień. Z wakacyjnym widokiem pod powiekami, ale z cieplejszym już płaszczem, botkami i szalikiem..

Kataros, nie mylić z katharsis

Jesień. I wszystko jasne. Niby słonecznie, ciepło w dzień, ale poranki chłodne i wieczory też. Młody już z katarem od kilku dni, koleżanka M. i cała jej rodzina z anginą, a widziałyśmy się na imprezie z aniołami, to i mnie coś w końcu dopadło. Zaczęło się od małego kataru i bólu migdałka, jednego. W ciągu godziny rozkręciłam misję ratunkową jak u dr House’a. Tantum verde od wewnątrz, krem kamforowy od zewnątrz i szalikiem szyja owinięta. Tabletki do ssania, witaminy, rutinoscorbin, herbata z miodem i cytryną. Probiotyki, kwas acetylosalicylowy i rozgrzewające risotto – pierwsze w życiu. Do tego dużo warzyw przegryzanych do posiłków, z czosnkiem włącznie. I dziś jest już dużo lepiej.

Weekend jednak zapowiada się bardziej domowy, choć jeśli i Młodemu się poprawi, to może na jakieś kasztany skoczymy. Jest kolejne zamówienie ze szkoły, na jak największą ich ilość potrzebną do akcji charytatywnej. Tylko nie wiadomo czy w październiku jeszcze jakieś się ostały. Tak czy inaczej zdrowia życzymy i jak najlepszej pogody, nie tylko na weekend:)

Plastycznie

Odnośnie gier, zaczynam się zastanawiać nad takimi, w jakie jeszcze chętnie byśmy pograli. Akurat jest ich wysyp w Lidlu, a za miesiąc urodziny Młodego. Złapałam Super Farmera, zastanawiam się nad Jasiem i Małgosią, „Potwory do szafy”, „Doliną Królików” ale tak naprawdę najchętniej widziałabym Rummikuba w wersji tradycyjnej (mamy małą podróżną). Zamówiłam planszowego Minecrafta – bo ostatnio synek ma fazę na ten zielony, kwadratowy świat, a była duża promocja. Mamy już Pędzące żółwie, Ubongo, Pełny kurnik, Dobble, Monopoly, Eurobiznes, Jengę, Zgadnij kto, 5 Sekund-Junior, Grzybobranie, Sudoku, Trio i Uno. Co by tu jeszcze fajnego do grania dla 7-8 latka? 🙂

Pomiędzy pracami domowymi, planszówkami i spacerami tworzymy kolejne prace na konkursy. Tym razem na Dzień Morza rybki i rafy koralowe..

W kolejce ustawiają się kartki świąteczne, które na szczęście mamy oddać do 30 listopada, więc jest na nie masa czasu. Leciałam jeszcze na rynek po ozdobną dynię, potrzebną na dziś do zajęć z jesiennych warzyw i owoców. Dorzucałam dziecku do plecaka pendrive’a na informatykę i różaniec na religię. I aż się boję zaglądać do dziennika, co tam jeszcze nowego wymyślą;)

Żeby odetchnąć od zabiegania i szkolnych zajęć wybrałyśmy się z dziewczynami do kina. „Najmro, kocha, kradnie, szanuje” okazał się świetną odskocznią – w klimacie PRL-u, z dobrymi zdjęciami i niesamowitą dbałością o szczegóły epoki, rewelacyjną grą Dawida Ogrodnika i reszty obsady. Trochę śmieszny, trochę mroczny, z muzyką z dawnych lat, idealnie dobraną do scen. Wątek miłosny sympatyczny i ogólnie wyszłyśmy zadowolone. Trójka pojechała do domu, a pozostała trójka do pubu na herbatkę (ja) i grzane wino (one), pod babskie pogaduchy. Powrót późny, ale zrelaksowany i z nowymi siłami do codziennych wyzwań.

Dzień Anioła

Dzień Anioła po mszy rozkręcił się w świetną zabawę dla dzieci. Były słodkości i tańce do wieczora. Młody bawił się wyśmienicie, śmigając ze skrzydłami, które na szybko robiłam po szkole. Koniecznie chciał tam iść i na szczęście jeszcze czwórka z klasy dołączyła, więc miał z kim szaleć. Było o wiele więcej dzieci, ale jednak co znane, to znane. Na dokładkę obchodzono imieniny siostry Teresy, z prezentami i konkursami, także postarano się o świąteczną oprawę.

Ja w tym czasie mogłam nagadać się z nową, szkolną koleżanką. Młody zaprzyjaźnia się z jej synem, a i my złapałyśmy ten słynny flow. M. chętnie do mnie pisze, czeka żebyśmy trafiły się po drodze o poranku i czasem nawet zawraca byśmy razem szły ten kawałek drogi, co jest bardzo miłe. Umawiamy się na jakieś spotkanie, czy wyjście, ale pewnie spontan uda się najszybciej.

W sobotę upolowaliśmy wreszcie krzesło dla Młodego – trafiło się takie z regulacją wysokości i odległości oparcia do pleców. Synek zadowolony i siada teraz co chwilę, żeby takie cuda przy biurku wyczarować, które mnie za serce chwytają..

Potem były obiady na mieście, spacer z rodzicami i kilka naszych w trójkę. A że trochę kataru u syna się pojawiło, niedzielę spędziliśmy bardziej domowo, na graniu w Zakręcone robale. Wciągnęliśmy się w te zakrętasy, układamy gąsienice i polecamy grę na jesienne wieczory.

Fakir

W dniu, w którym pisałam o szkolnych zajęciach przybyła jeszcze wiadomość o stroju aniołka na święto Anioła Stróża i kolejna o konkursie plastycznym z okazji obchodów Światowego Dnia Morza. Taaa. Jak tak dalej pójdzie będę musiała wynająć jakąś plastyczkę, która będzie to wszystko elegancko i na czas ogarniać. Oczywiście przy udziale dziecięcia, bo w końcu to jego prace być mają.

W tym wszystkim ogarniam jeszcze swoje plecy, dziś były ostatnie zajęcia z fizjoterapeutą. Masaże, rozluźnianie, odrotawianie kręgu i na pożegnanie lista ćwiczeń do robienia. Tylko takich, które są zalecone. A do domu jeszcze mata z igłami, co by akupresurę uskuteczniać i poczuć się jak fakir.

Skóra na plecach po tym pali, grzeje i cała jest w kropki. Ale na pewno rozluźnia napięcie mięśniowe, przyspiesza krążenie i dotlenia organizm. Poduszka jest dodatkiem zmniejszającym bóle szyi. Choć z tej strony na razie mam spokój. I ten przydałby się zdrowotnie na dłużej.

Dzień Chłopaka spędziliśmy z drobnymi prezentami, wypadem na kolację i odbiorem uzbieranego rodzinnie Stitcha. Młody przeszczęśliwy, ale krzesła do biurka jeszcze się nie doczekał. Okazuje się, że to nie taka łatwa sprawa znaleźć odpowiednie dla dziecka. Dziś jednak poszukiwania zawieszone, bo Dzień Anioła pora świętować. Miłego weekendu!

Pociechy

Na razie wyruszyłam tylko i wyłącznie w okolice domu. Po zakupy, z dziecięciem do szkoły, a dziś do rodziców na spotkanie. Zjechali wreszcie w domowe pielesze, po wielu weekendach i tygodniach spędzanych nad jeziorem. Znaczy Mama zjechała, bo Tata jeszcze czuje niedosyt plenerów. I mam to chyba po nim.. Z ostatnich plenerów działkowych przytachałam te oto kwiecie. I musi ono wystarczyć za pociechę na cały tydzień bez przyrody.

Pociechę też miałam po wynikach dopplera, żyły drożne, bez zakrzepicy, a pamiętne pęknięcie żyłki w udzie uznano za sytuację incydentalną i mam nadzieję, że już się nie powtórzy. Z tej ulgi i z racji większej ruchomości w plecach wzięłam się za porządki w domu. Pozbyłam się kurzy wszędzie, wypucowałam kuchnię, łazienkę, a Mężuś odkurzył podłogi. Przydał się ład z racji odwiedzin przedszkolnej koleżanki Młodego. Pociechy bawiły się już zupełnie inaczej niż dwa czy trzy lata temu. Teraz był plan, były różne pomysły i przede wszystkim zabawa spokojniejsza. Była też prezentacja biurka, które wreszcie szczęśliwemu Młodemu w pokoju zamontowaliśmy. Teraz trzeba tylko dokupić jakieś wygodne krzesło i ma gdzie lekcje odrabiać. Dla mnie też lekcja do odrobienia – przygotować amerykańską flagę i strój na przebranie z okazji Dnia Językowego. Jak nie dzień sportu, dzień psiaka, kropki, kredkobranie, konkursy, to teraz kombinuj człowieku kolejne przebrania. Myślałam, że etap przedszkolnych bali i przebieranek mamy za sobą, a tu się okazuje, że teraz jeszcze więcej zachodu i zaangażowania. Do tego pilnowanie plecaka, szykowanie śniadań, wstawanie o poranku, pilnowanie godzin odbioru i prac domowych. Czuję, jakbym sama znowu do szkoły chodziła.

Kierunki

Odpoczynek mieliśmy dość intensywny w ten weekend, choć gdy tak spojrzę wstecz, większość naszych weekendów tak wygląda. Wybrałam się na spacer z koleżanką, na jej działkę po maliny i na wędrówki po działkach okolicznych. Dwie godziny ruchu, duże tempo wędrówki i ćwiczenia zaliczone, pogaduchy przy okazji też. W sobotę mieliśmy jechać do rodziców nad jezioro, ale okazało się, że tam pada, a u nas zrobiło się upalnie i kropla żadna spaść nie miała. Pojechaliśmy więc nad wodę, pograć w piłkę na plaży, pospacerować i łapać złotą jesień, która jak lato się tym razem zaprezentowała.

Niedziela była jeszcze bardziej upalna, dotarliśmy nad Odrę, Młody śmigał na rowerze i 6 tysięcy kroków do obiadu wskoczyło. Obiad na mieście, z racji odpoczynku od kuchni i tęsknoty Męża za pizzą. Lody też były, więc rozpusta kulinarna w pełni. Ale że potem dużo ruchu, gra w piłkę w parku i znienacka kolejna wizyta na innej działce, z grabieniem i zbieraniem liści – to bilans energetyczny wyrównany. Mama koleżanki przedszkolnej Młodego zaprosiła nas na skoki trampolinowe w dziecięcym wykonaniu, a mnie na pogaduchy do wieczora, przy zerówkowym piwku. Miałam wrażenie, że byliśmy wszędzie i w różne kierunki miasta dotarliśmy. Choć przy takiej pogodzie, to i dalej wyruszyć by się chciało..

Zamkną czy nie

Konkursy dla dzieci są fajne, choć cieszę się, że Młody nie będzie musiał brać udziału w tych świetlicowych. Przynajmniej na tym etapie za dużo trzeba się przy nich ponaginać i biegać za materiałami. Ale w sumie czego się nie robi dla radości dziecięcia. Nasze angielskie drzewa gotowe, oddane i niech się dzieje co chce.

Tak swoją drogą, to nie wiadomo, jak długo jeszcze ten szkolny świat będzie dostępny na żywo. Owszem liczymy, że klasy 1-3 będą przenosić online najpóźniej, ale jednak dostaliśmy już hasła i loginy do platformy internetowej. Na początku października będzie próbne logowanie i zobaczymy, jak to się dalej potoczy. Przyznaję jednak, że dołuje mnie świadomość, iż dzieci mogą zostać pozamykane w domu przed ekranami. Izolacja od rówieśników jest czymś okropnym, zwłaszcza gdy dopiero zapoznają się ze sobą, nawiązują powoli przyjaźnie i oswajają ze szkolnym otoczeniem.. Na razie jednak weekend i pora oderwać się od szkolonych tematów. W naszych rejonach zapowiada się jeszcze trochę słońca, łapiemy każdy promyk. Na zapas.