Pływamy

I faktycznie zleciał ten weekend w moment. W piątek załatwiłam urzędowe sprawy, dowiadując się jednocześnie, że pity można zacząć składać od 15 lutego. Niektórzy chcieli już i ich pogoniono. Na pocieszenie, po wyjściu z urzędu mogli sobie obejrzeć taki oto widok, który w styczniu szokuje i nie jest czymś naturalnym, ale mimo wszystko zachwyca..

W sobotę domowe spa, kąpiele, odżywki, balsamy, malowanie paznokci i szykowanie stroju na urodziny Mikołaja. Mały elegancko w koszuli, ja wskoczyłam w kieckę i to był dobry wybór, bo prawie wszystkie dziewczyny były w sukienkach. Urodziny zamieniły się w babskie pogaduchy i wymianę dobrej energii. Sylwia z siostrą, Hania, Katarina i Dorota, to mieszanka emanująca humorem i niesamowitym luzem. Podwinięte nogi na kanapie, przytulne mieszkanie, pizza i winko w niewielkich ilościach, bo wiadomo, dzieci pilnować ktoś musi. Mały tradycyjnie na początku zestresowany, bliżej mnie, ale z czasem poczuł się bezpieczniej i zaczął zabawy z kumplami w drugim pokoju. Zna ich, ale widując od czasu do czasu, nie zacieśnił jeszcze więzi. Będzie miał szansę w kolejnym miesiącu, na urodzinach syna Katariny. Tym razem planowana jest impreza koedukacyjna, z Mężami 😉

Wczoraj za to dzień na sportowo, trzy godziny basenowego szaleństwa w Gryfinie, ze skokami do wody, serfowaniu w dmuchanym kółku na fali. Ślizgami na zjeżdżalni i moczeniem tyłka w jacuzzi. Wymasowałam plecy i uda wodnym masażem, porozciągałam się pływając i ganiając za Małym. Wypłynęłam i na zewnątrz do solanki, wygrzać się w gorącej wodzie przy jednoczesnym dotlenieniu chłodnym powietrzem. Mężu stwierdził, że niektóre mięśnie są w szoku, tak dawno nie ruszane. Po tym szaleństwie wszyscy padnięci i całe szczęście, że nie musiałam gotować, wstawiłam tylko pranie mokrych strojów i ręczników. A obiad na mieście, spacer i lody były dopełnieniem tego weekendu pełnego fajnych emocji..

I taki oto koniec stycznia..

Sztuka lepsza niż film

Bezapelacyjnie. Choć filmowy „Mayday” też dał radę. Ale tylko w dwóch aspektach, świetnej grze aktorskiej Adamczyka i Woronowicza, oraz w kilku niewymuszonych momentach śmiechu. A takie teraz cenne.

Sztukę teatralną oglądałam ze trzy razy, nieodmiennie zachwycona od pierwszej do ostatniej minuty. Pamiętam, gdy była mowa o 400 razach wystawienia Mayday’a na deskach szczecińskiego Teatru Polskiego. To tak z 5 lat temu i sztuka nadal cieszy się ogromną popularnością. Film się nie umywa, ale prócz gangsterskich wstawek, wstydu nie robi. Humory dopisywały, Hania z rodzinką wyszła zadowolona, a i ja nie narzekałam. Choć drugi raz w kinie, perypetii taksówkarza bigamisty, oglądać nie muszę, to do teatru wybrałabym się na Mayday i po raz czwarty.

Najpierw jednak wybrałam się do rodziców z Małym, by uczcić Dzień Babci i Dziadka. Świętowany i z drugim wnukiem, oraz jego drugą babcią. Spotkanie z pogaduchami, zabawami maluchów, z ciastem i deserem lodowym w ramach nietypowej (i niezbyt zdrowej) kolacji. Wróciliśmy późno, ale może to i sposób na zasypianie Małego.. Zmęczony odpłynął w mig, zaraz po kąpieli, dzięki czemu mogłam dokończyć oglądanie trzeciego sezonu „Narcosa”, wraz z Mężem. Serial wciągający, choć z momentami pełnymi agresji, zemsty i strzelanin. Duża odmiana po pociesznym Mayday’u. Na razie robimy przerwę z serialami, pora nadrobić oglądanie zaległych filmów. A i czas mi się teraz przyda na ogarnięcie 670 wywołanych zdjęć, dopiero co odebranych z zakładu foto. Ułożenie tej ilości, chronologicznie i opisanie całości z kilku lat wstecz, będzie nie lada wyzwaniem. A tu jeszcze w planach świętowanie urodzin synka koleżanki i poszukiwanie pomysłu na zagospodarowanie drugiego dnia weekendu. Już czuję, że ten wspólny czas zleci w moment..

Przyjaciel

Od pierwszego dnia przedszkola trzymali się we trzech. Tadziu wyprowadził się z miasta, ze Stasiem Mały przeniósł się do nowej grupy i przyjaźń trwa w najlepsze. Mieszkają blok obok siebie, mają szansę widywać się na podwórku, a tym razem synek zaprosił kolegę do nas. Koniecznie chcąc mu pokazać swoje zabawki i podzielić się samochodem. Dzielenie się jest plusem, zwłaszcza u jedynaka, natomiast problem pojawia się, gdy Stasia nie ma w przedszkolu. Ostatnio taki dzień zakończył się wieczornym płaczem.. I tu mamy dylemat. W czasie ferii przyjaciela nie będzie przez dwa tygodnie i nie wiemy czy również zrobić Małemu wolne, czy dawać go do przedszkola, by jednak oswajał się z innymi dziećmi i ze świadomością, że Stasiu nie zawsze jest tam obecny. Następny rok mają spędzić jeszcze razem, ale już wiadomo, że do szkoły razem chodzić nie będą, gdyż jego mama zdecydowała o szkole z dojazdem na inne osiedle, gdzie są jej pozostałe dzieci..

Na razie jednak Stasiu był u nas i chłopaki świetnie się dogadywali. Zobaczyłam jakie mają ciekawe pomysły na zabawę i naśmiałam z ich dialogów. Stasiu na ten przykład, oglądając nasze ślubne zdjęcia w pokoju, mówi do Małego – A wiesz, ze my też będziemy musieli się ożenić? Mały – No tak, jak dorośniemy, ale jeszcze nie musimy!

Daj im Boże w przyszłości dobre kobiety, żeby żenić się chcieli, a nie musieli 🙂

Mnie natomiast ostatnio, jako żem już „pożeniona”, nachodzą kulinarne chęci dogodzenia Mężowi. Nie zawsze czuję zew do gotowania, a już zwłaszcza do eksperymentowania, ze świadomością, że tylko ja to potem będę jadła. Moi panowie zdecydowanie wolą tradycyjną kuchnię. Ale czasem skuszę się na jakieś nowości. Jedną z nich było podanie filetów z piersi w cieście, na bazie waniliowego budyniu i stworzenie orzechowo-sojowego sosu, według wytycznych Margi. Filety zostały spałaszowane ze smakiem, sos trzy dni jadłam sama, ale z przyjemnością.

Ponieważ jednak tych filetów narobiłam ilości hurtowe, wykorzystałam je do zrobienia potrawki ze świeżymi warzywami. Ta z kolei Mężowi smakowała wyśmienicie, Mały wyjadał tylko mięsko z ryżem, a w ramach surówki zagryzał marchewką. I tak to muszę się nakombinować, żeby każdy miał co zjeść na obiad. Na szczęście ze śniadaniami i kolacjami nie ma problemu. Dobre i to.

Widzimy się

Otworzył się worek ze spotkaniami. Jeszcze niedawno nowy kalendarz był pusty, a już pozapisywany różnymi terminami.. Młoda para przybyła w piątek z ciastem i zaproszeniem na ślub i wesele dla naszej rodzinki. Z czego bardzo się cieszę, bo lubię weselicha, a tańce sylwestrowe z Mężem, będzie można teraz rozszerzyć i na pląsy z dzieckiem. Tym bardziej, że mamy zapewniony pokój w hotelu i w razie zmęczenia materiału będzie gdzie położyć Małego spać. Siebie też, ale później, jedynie tak, by być w formie na poprawiny 😉 Ale to dopiero latem, jest więc jeszcze czas na powrót do sukienkowej figury i jest na co czekać..

Sobotnie spotkanie z Moniką i jej chłopakami równie fajne, z pogaduchami o życiu i planach na niedaleką przyszłość, przy degustacji nalewki z czerwonego agrestu, wyrobu mojego Taty. Wśród gwaru dzieci, które po początkowym docieraniu znalazły wspólny klimat do zabawy w parking, mechanika, czy do rysowania kredkami (pomijając fakt zahaczania nimi o panele). Najmłodszy dwulatek przechodzący etap McQueena miał pole do popisu wśród resoraków syna i nawet dał rodzicom w spokoju posiedzieć. Rewizyta ustalona na luty, a tymczasem dziś mieliśmy jeszcze zaproszenie do Brata na zabawy z Bratankiem. U nich pokój obecnie robi za plac zabaw, od ściany do ściany, także Mały miał pole do popisu. Przybyli też rodzice, mogliśmy więc spotkać się rodzinnie w ramach świętowania zbliżającego się dnia Babci i Dziadka. Z tej okazji czekają ich jeszcze występy Małego w przedszkolu..

A nas, po drodze do tego wydarzenia, czeka jeszcze spotkanie ze Stasiem – przyjacielem syna, którego udało się zaprosić wraz z mamą na domowe zabawy. Na następny weekend dostaliśmy zaproszenie na 4 urodziny syna koleżanki, a w tygodniu zrobiona rezerwacja na wyjście do kina ze znajomymi i zaległe spotkanie z Bluberką. I tak po cichu mówiąc.. cały ten boom wygląda mi na czarodziejskie działanie sylwestrowej nocy 😉

Kwiecisty styczeń

Delegacje poskutkowały, panie obiecały, że tak poukładają zajęcia, by na spacer czas się znalazł. Także Mały szczęśliwy, ganiał już i biegał na słońcu i stwierdził, że aż brak mu tchu. Nie dziwię się, kondycja od siedzenia w murach raczej pada. Tym bardziej cieszę się, że wreszcie i nasze maluchy ruszyły w plener. Też się trochę ruszyłam, wędrując kilometrami (dumnie brzmi, były tak ze 3 w jedną stronę) z Edytą w celu polowania na nowości w ciuchlandach. Landy pozwiedzałyśmy cztery i Edyta obłowiła się w fajne, markowe koszulki, elegancką bluzkę i pluszowy sweter. Mnie się trafiły dwie koszulki i cud nad cudami – strój Spidermana na bal karnawałowy dla Małego. Za całe 1,68 zł. Szczerze powiedziawszy Spiderman śni mi się już po nocach i to serio. Przelatywał ostatnio w postaci nadmuchanego, ogromnego balona za oknem w domu moich rodziców. Gdy wyjrzałam, zobaczyłam cały balkon sąsiadów ustrojony w Spidermany wszelkiego rodzaju, podświetlane świątecznymi światełkami! Także ten.. wesoło.

Tymczasem świąteczne światełka jeszcze i nam pokój ozdabiają. Choinkę zostawiamy do końca weekendu z racji zapowiadających się gości. Przybywa dziś kuzynka Męża wraz z narzeczonym, z zaproszeniem na ślub. A jutro Monika ze swoimi trzema chłopakami, wśród których dwa szykują się na zabawę z Małym. Będzie więc ładnie wizualnie, choć powoli ten klimat gryzie się ze scenerią za oknem. Wiosna z choinką jakoś mnie się nie komponuje. Choć chyba trzeba zacząć się przyzwyczajać. Zwłaszcza, gdy w styczniu pojawiają się w domu tulipany..

Wiosna Panie

„Kotku, chować te buty czy będziesz nosił je na wiosnę?” Mąż – „Przecież już jest wiosna!” I cóż, chyba nam się poprzestawiały pory roku. Zima będzie w marcu i kwietniu, obecnie przy +12 stopniach przeżywam powrót do płaszczyka i lżejszych butów. Wysokie kozaki, jak do tej pory, założyłam raz. Do cienkich rajstop i spódnicy. Dzieci w przedszkolu znowu zaczęły chodzić w krótkich rękawkach, choć nie wiadomo, czy przy takich temperaturach miasto zaraz nie przykręci ogrzewania. Obrazki zewnętrzne na spacerze, można na ten przykład trafić takie..

Owszem, jeszcze może przyjść trochę ochłodzenia, więc z czapką się nie rozstaję.. ale to nie to, co dawniej w styczniu bywało. A powiedzenie – idzie luty, podkuj buty, powoli się dezaktualizuje. Chyba że jest jeszcze szansa, iż zima zaskoczy drogowców..

Rok temu w Świeradowie na Stogu Izerskim..

Tymczasem w związku z ładną pogodą i tematem dotleniania dziecka toczę od trzech dni bój o wychodzenie naszych przedszkolaków na spacer. Od jakiegoś czasu, gdy pytam Małego czy byli na dworze otrzymuję odpowiedź – nie. Nosz! Jak można trzymać dzieci cały dzień w czterech ścianach, niektóre po 9 godzin? W poniedziałek trochę pokropiło, ale jakoś inne grupy wyszły. Nasza nie. Tłumaczenie szanownych pań – a bo szykujemy przedstawienie dla dziadków i są próby, a bo były tańce, angielski, piłki, rytmika. Bo tyle trzeba rzeczy ubrać na siebie, a nie wszystkie dzieci są samodzielne. No halo? Aż mnie trzęsie po prostu. Zaangażowałam już dwie kolejne oburzone mamy do rozmów z przedszkolankami i jedna z nich usłyszała, że dziś chyba też nie dadzą rady wyjść. Ja rozumiem, program edukacji trzeba przeprowadzić, ale w programie na cały dzień dzieci mają zapewniony czas na podwórku. Coś czuję, że trzeba będzie wybrać się do dyrektorki. Zwłaszcza, że pogoda jak dzwon, a Mały ostatnio się żali.. Mamuś, nawet nie mam kiedy się wybiegać. W sali nie pozwalają, na dwór nie chodzimy. Blady jest, oczy podkrążone, po przedszkolu chodzę z nim na jakiś spacer, na plac zabaw, ale to widać za mało. Nosz do kwadratu. Jak można nie korzystać z takich dobrodziejstw natury..

Chóralnym głosem

W tym roku WOŚP był u nas przygotowany mało atrakcyjnie, ale przecież nie o występy czy zabawy chodzi. Cel jest tak szczytny, że sztab zbierających mógłby tańczyć w miejscu i miałby wzięcie. Skorzystałam też z zakładki do przelewów, a i do kilku puszek się dokładaliśmy. Nad Odrą można było doklejać serducha do kajaka pana Doby i wziąć udział w biegu z przeszkodami, które przy mało sprzyjającej pogodzie były wręcz szokujące. Polewanie wodą i wskakiwanie do kontenera-basenu, bieganie po dachach samochodów czy przeciskanie się przez pajęczą sieć.. Czego się nie robi, by przyciągnąć widzów 😉 Brawa dla odważnych morsów!

Wiadomo, że pomoc i starszym i młodszym jest bardzo ważna, ale odkąd jestem mamą na samą myśl o chorujących dzieciach boli mnie serce i to nie w przenośni. Mam nadzieję, że padną kolejne rekordy i że zakupionym sprzętem będzie można pomóc jak największej ilości maluszków. Grajmy w tej orkiestrze zawsze i wszędzie, RAZEM, a będzie dobrze..

A skoro już przy orkiestrze jestem, to w ten weekend i moja Mama była zaangażowana i wraz z 15 innymi chórami brała udział w śpiewaniu kolęd. Wspaniałe, coroczne wydarzenie, na którym i Mały kolędy pośpiewał. Podobały mu się też instrumenty, dopiero co poznawane w filharmonii i fakt, że Dziadek był z nami i można było wszystko lepiej widzieć siedząc mu na kolanach.

Mężuś niestety po powrocie z gór załapał jakieś przeziębienie i musiał zostać w domu. Mnie w sumie też trochę dopadło, ale po dwóch dniach katarów i bólu gardła, się wybroniłam. Także mogłam uczestniczyć w występach Mamy i liczę, że i ona będzie mogła dotrzeć na występy wnuczka. Dzień Babci i Dziadka tuż tuż.. choć zanim przedstawienie, to czeka nas jeszcze kolęda w domu. Już nie tak bardzo śpiewana, za to ostatnio chętniej przyjmowana..