Zanurzamy się

I niełatwo uwierzyć, ale w naszym Bałtyku! 

Woda ciepła (szok), sinic brak, deszczu (mimo straszenia burzami) kilka kropelek i o dziwo trafiony pokój w szczycie sezonu (szok do kwadratu).

 

 

 

zanurzyć się

 


Temperatury iście tropikalne, plaża, lody, spacery i nawet humoru nie zepsuły zatrzaśnięte kluczyki od auta w owym aucie. Powrót Męża do domu pożyczoną furą (seicento bez klimy) cioci z pobliża. Trzeba było przywieść drugi komplet (dobrze, że nie z Zakopanego) gdyż w niedzielę za bezusterkowy włam do samochodu zażyczono sobie 450 zł.

Siniak pod okiem Małego, który wchodząc na kanapę zatrzymał się policzkiem na ławie, prócz płaczu, również był do zniesienia. I sąsiedzi biorący prysznice o 23.

Lato jest, woda jest, książki są, lody, gofry, brak gotowania, relaks całkowity i wreszcie wspólny, długo oczekiwany, wolny czas 🙂

 

 

 

Bałtyckie

Sienkiewicz na plaży

Odwiedziny dziadków są u nas świętem, raczej to my do nich jeździmy. Z racji większej mobilności i dostępności u nich windy, bo nasze schody do nieba są dla nich problematyczne. Mały więc przeszczęśliwy, kiedy może pochwalić się wszystkimi zabawkami. Wyciągnąć to, czym już się dawno nie bawi. Ograć dziadków w karty i pokazać, jak szybko umie już układać puzzle. A dla mnie radość z każdego czasu z rodzicami. Zwłaszcza teraz, gdy co chwilę znikają nad jeziorem i trudno ich złapać. Już dziś zresztą tam koczują. 

 

 

 

water


 

 

I ja też zaległam nad jeziorem, ale w pobliżu i w celach leczniczych. Mężu w pracy, dziecię w przedszkolu, trzeba korzystać. Pływanie naprawdę mi pomogło, czuję jakbym skrzydeł dostała. Choć może płetwy bardziej by tu pasowały. Tak, czy inaczej ruszam się bez bólu, ale nie zapominam o regeneracji i kiedy tylko mogę prostuję plecy. Ostatnie prostowanie odbywało się z książką w ręku. Młode lata Henryka Sienkiewicza, wzruszyły mnie i rozbawiły. Przeniosłam się w dawny świat literatów, aktorów i innej maści artystów. W humorystyczny sposób opisana została akcja zakładania kolonii na amerykańskiej ziemi. Kiedy to owe artystyczne dusze musiały zetknąć się z karczowaniem kaktusów, uprawą roli i poznawaniem obcego świata. Scena, gdy młody Sienkiewicz musi użyć ciupagi z Zakopanego w celach drastycznych – bezcenna. Hrabina Modrzejewska ucząca się angielskiego, by pokazać swój kunszt w Los Angeles pełnym baraków i rozwijającym się dopiero Dzikim Zachodzie. Jan Styka zajmujący Sienkiewiczowi wynajmowane wyro. Asnyk deklamujący swoje wiersze na spacerze francuskim wybrzeżem i Indianka, iskająca się u stóp sławnego obecnie pisarza. Korespondencja z zagranicy i otwieranie oczu światu na Polskę, na nasz kraj cudny i taki pogmatwany wewnętrznie od lat. 

Niby nie taki dawny ten czas, raptem minęło sto lat.. a ile się w tym czasie zmieniło i wydarzyło. Dziś na ten przykład zaćmienie księżyca. Myślę, że pięknie by je Sienkiewicz opisał. Tymczasem może poczytam wakacyjnie jakieś jego wielkie dzieło, zanurzę się w chłodniejszej od powietrza wodzie i posłucham sympatycznego kawałka na letni czas.. 


„time flies by in the yellow and green, stick around and you’ll see what i mean”.. Miłego weekendu 🙂 

 

 


Mamusiu

„Mamusiu, jak byłem kiedyś duży i stalszy, to się tyglysów nie boiłem!” 🙂

 

Przedszkole trwa i dobrze, bo dyżur wakacyjny bardzo się teraz przydał. Tym razem nie do sprzątania, ale do leczenia kręgosłupa. Po ciąży (Mały ważył 4,400 przy porodzie) i targaniu na rękach rosnącego w siłę malucha, moje plecy dostały w kość. Dosłownie. Poszła w ruch maść przeciwbólowa i przeciwzapalna. I na wagę złota była każda chwila, w której mogłam poleżeć i rozprostować plecy. Nawet dziś z tej okazji nie jedziemy do rodziców, tylko oni przychodzą do nas. Oszczędzam i regeneruję lędźwiowy, by mieć moc na zwykłą (i niezwykłą-wakacyjną) codzienność. 

Wczoraj Mężu zawiózł nas nad rzekę i przyznaję, że pływanie bardzo mi pomogło. Wróciła ruchomość i obudziłam się bez bólu, co raduje mnie nieziemsko. Wychodzi na to, że powinnam zapisać się na basen. A przynajmniej, do czasu takiego upalnego lata, korzystać z dostępnej wody wszelakiej..

 

 

 

w rzece

 

 

 

Z racji 30 stopniowych upałów, chłopaki odwiedzili fryzjera i w domu mam teraz dwa jeże. Sama na jeża się nie odważę, ale powoli zaczynam wiązać włosy w małą kitkę, bo każdy centymetr na szyi sprawia, że jeszcze mi cieplej. A na dokładkę podniosłam sobie temperaturę w domu. Nieopatrznie postanowiłam zrobić na obiad pieczoną łopatkę i karkówkę.  I przez piekarnik nagrzało się w kuchni do stu stopni. Nie żebym na upały narzekała. Uwielbiam gdy jest ciepło, ale wiadomo, bez przesady. 

Dla rodziców dziś ciacho i drobne prezenty z okazji rocznicy ich ślubu. Mama dostanie pakiet fryzjerski, a Tata audiobooka „Folwark zwierzęcy” czytanego przez Wiesława Michnikowskiego. Synek cieszy się na wizytę dziadków i pewnie będzie im opowiadał zdarzenie z poranka.. 

Idziemy przez ulicę, a przy krawężniku leży nieżywy gołąb..


„Mamusiu, dlaczego ten gołąb jest zepsuty?”


Cóż dziecko i jak Ci tu wytłumaczyć, że jego już się nie da naprawić. Choćby się bardzo chciało. Zadawane pytania stają się coraz trudniejsze, zwłaszcza te egzystencjalne. I już się nie da odwrócić uwagi, albo zbyć prostą odpowiedzią. Wchodzimy na wyższy poziom wtajemniczenia..

 

 


Kulkowo

Jakoś daliśmy radę.. raczej powinnam napisać – dałam radę. Mężu po 10 minutach spasował i mówi – wychodzę! 😉 Jednak trójka dzieci, to więcej niż rozdwojenie jaźni. Rozstrojenie zdecydowanie bardziej pasuje. Nie było oczywiście tak źle, raczej gwarno i wesoło, z przerwami na kłótnie o auto czy walkę, w co będziemy się bawić. Dodać trzeba, że 8 letnia dziewczynka wymagała o wiele więcej kobiecej uwagi niż dwóch prawie 4 latków. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi i wszyscy szczęśliwie dotrwali do kolacji. Choć nie wiem jak dzieci Pauli tę kolację jadły, gdyż pochłonęły paluszki i ciastka i jabłka z marchewką. I całe szczęście, że kompotu miałam dużo, bo w tym upale piły wszystkie jak smoki. 

 

Na drugi dzień Mały dostał zaproszenie do Tadzia, a tam już nie tylko troje, ale i momentami pięcioro dzieci się pojawiało plus nasza koleżanka do kompletu. Trzech chłopaków, świnka morska, i córka, która przyprowadzała koleżankę, bo chciały się załapać na męskie zabawy. A my w tym wszystkim próbowałyśmy pogadać. Momentami się dało, ale ogólnie podziwiałam ją za ogarnianie całej ekipy. Może da się do tego przyzwyczaić, jednak wolę nasze spokojniejsze domowe klimaty. 

 

Sobota upalna od samego rana, więc (mimo bolących pleców) spędziłam dzień nad wodą. Tym razem były to baseny, ze względu na bliskość dużego placu zabaw i płytkiej wody, która mimo słońca, nie zdążyła się nagrzać. Moczyliśmy tylko nogi i choć myślałam o popływaniu w głębokim basenie, to na myśleniu się skończyło. Ale dzień cudowny, prawdziwie wakacyjny, bez pośpiechu. I nareszcie złapałam więcej opalenizny. Mały za to tak się wyszalał biegając między wodą, a huśtawkami, że zasnął w moment. 

 

 

basenowo

 


 

Niestety przełożyło się to na wcześniejszą niedzielną pobudkę. Ale moi kochani mężczyźni dali mi odespać i poleżeć, by plecy nabrały mocy. A moc bardzo się dziś przydała. Zaproszenie na na urodziny przedszkolnej koleżanki, w centrum zabaw, wymagały wytrwałości. Były kulki, wspinaczka, był klaun i tort z Psim patrolem. Dwie i pół godziny dziecięcego szaleństwa, smakołyków, występów i zabaw. Mały zachwycony, ganiał, wspinał się, zjeżdżał i wędrował wysoko nad moją głową, na poczęstunku zjadł trochę słodkości i już chciał lecieć na salę zabaw. Mężu znowu dał nogę, a ja zacieśniałam więzy, z czekającymi na swe pociechy, matkami. Zwłaszcza z jedną fajnie mi się rozmawiało. Karolina okazała się sympatyczną kobietką z którą chętnie spotkam się nie tylko z okazji urodzin. 

 

 

 

tortowo

Odwiedziny

Jeszcze dźwięki męskiego grania nie przebrzmiały, a już mnie koncertowe dziewczyny namówiły na głosy kobiece. Choć długo namawiać nie musiały. Na jesień przybywają bowiem do nas Brodka, Kayah, Daria Zawiałow, Ania Rusowicz i jedna z pań Przybysz. Chętnie, chętnie. Bilet już w kieszeni.

 

 

 


 


Tymczasem nowy tydzień rozpoczął się powrotem Małego do przedszkola, na czas dyżuru i do ponownej przerwy. Nastała więc pora na porządki, pranie, zakupy i gotowanie – bez wyrzutów sumienia. Wieczorem wyjście z Hanią, Anią i Sylwią na „Pozycję obowiazkową” i po sympatycznym filmidle spotkanie u dziewczyn przy włoskim Limoncello. Ania wróciła z Włoch opalona, z masą pięknych zdjęć i opowieściami o podróży. Przegadałyśmy czas do północy, posiłkując się jeszcze cytrynówką domowej roboty.

A że u mnie efekt końcowy sprzątania zadowalający, to i ja mogłam otworzyć podwoje. Najpierw przybyła Monika ze swoim 9-miesięcznym synkiem. Śliczna i uśmiechnięta, mimo wiecznego zapracowania w domu. Podziwiam, bo gdy zajmowałam się jej maluchem to i plecy mi wysiadały i pilnowanie szkraba w ciągłym ruchu wymagało niezłego naginania. Już zapomniałam, jak to jest przy takim maleństwie i ciągle cieknącej ślinie 😉


Wczoraj za to na spokojnie, przy herbacie i ciachu przegadałam z Kasią trzy godziny (i tak nam wiecznie mało). O życiu, zdrowiu, jej perypetiach z pracą i planach na krakowskie wakacje.

A dziś przybywa do nas Tadziu z rodzeństwem. Ulubiony kolega naszego smyka z przedszkola, którego mamę poznałam jeszcze w czasach osiedlowych piaskownic. Tak się jakoś złożyło, że i ona fajna i całe jej potomstwo. Mąż pływa, a że ona ma dzieci troje to korzysta z każdej możliwości, żeby je podrzucić do znajomych i trochę odpocząć. Zaopatrzyłam się z tej okazji w arbuza, marchewki do chrupania, dziecięce ciastka i paluszki. Do picia lecę właśnie tworzyć kompot z jabłek działkowych, którymi podzieliła się sąsiadka w ilościach hurtowych. Na wynos jajka niespodzianki, żeby miło czas u nas wspominały. Dywan odkurzony, można się turlać, zabawki czekają na całą ferajnę i… myślę, że jakoś sobie poradzimy?

Mamy to!

Oczekiwanie na radosne wydarzenie jest niesamowite. Ile frajdy miałam na każdą myśl o koncertach i wyjeździe. A im bliżej terminu, tym mocniej mi w duszy grało. Męskim graniem grało 🙂

Żeby uwiecznić koncerty zaopatrzyłam się w lepszy zoom, wskoczyłam w dżinsy, trampki i wygodną koszulkę. W plecak bluza, bilet i peleryna, bo zakazano wnosić parasolki. Tymczasem deszcz ominął Poznań i poszły precz obawy o grzęźnięcie w błocie. Potem już tylko krótka podróż. A gdy w pociągu usłyszałam rozmowę pary, która ubolewała nad koniecznością wcześniejszego wyjścia z Korteza, zaproponowałam im powrót z nami, dzięki czemu mogli zostać do końca imprezy. Mężu miał w nocy przyjechać po mnie autem, a wcześniej wraz z Zosią zająć się Małym i ululać go do snu. Normalnie w szoku byłam, że udało się ów plan zrealizować bez przeszkód (różnie z planami bywa) 😉


Cytadela zapełniła się tłumem muzycznych maniaków, zaplecze gastronomiczno-pamiątkowe świetnie przygotowane. Wraz z Kamą, jej siostrą, mężem i koleżanką Anią, zasiadłam przy piwku na trawie. I słuchaliśmy Fisza Emade Tworzywo, nakręcając się na atrakcje główne. Widząc zapełniające się rzędy przed sceną nie wytrzymałam. Musiałam odłączyć się od ekipy i zająć dobrą pozycję! Kiedy wyszedł Krzysztof Zalewski śpiewać Niemena, stałam w 4 rzędzie na samym środku. Chłopak niesamowicie sceniczny, młody, energiczny, z prezencją i dobrym głosem. Panie Przybysz robiły mu chórki i ogólnie byłabym zachwycona, gdyby zagrał swój repertuar. Niemena wolę w wersji oryginalnej, choć Zalwewski nieźle sobie radzi z jego utworami. Na dokładkę podczas tego koncertu nagrał teledysk do pięknej piosenki „Jednego serca”. Było więc i dla ucha i dla oka..

 

 

dla oka



Kortez za to pełen spokoju i opanowania, raczej małomówny.. Zaczął z gitarą, by później czarować na klawiszach i zakończyć na puzonie wraz z resztą chłopaków. Nostalgicznie, z tym swoim głosem który potrafi nieźle wzruszyć. Facet o posturze ochroniarza i kobiecej wrażliwości. W ciągu trzech lat wybił się w muzycznym świecie, koncerty w ilości hurtowej ma rozpisane na kilka lat. A w 2015 r mówił, że zawsze chciał pojechać na Męskie Granie, ale nie było go stać na bilet. I proszę. Jak marzenia potrafią zaskoczyć spełnieniem.

 

 

dla ducha

 


 

To co się działo później przeszło i moje oczekiwania. Dawid Podsiadło wszedł i dał takiego czadu, że na dwa koncerty by starczyło. Po prostu roznosił scenę. Tańczył, skakał, szalał przed mikrofonem. Pełen uśmiechu, swobody i takiej jakiejś lekkości. Świetny występ, klimat, tło, światła, muzyka i teksty. Miał ogromny aplauz i łapał kontakt z publicznością. Naprawdę wielki szacun dla tego młodego piosenkarza. 

 

 

dla energii


 

O północy trzej panowie zebrali się razem, by wyjść ze słuchanym przeze mnie codziennie „Początkiem”. Nacieszyć tłum wersją koncertową, śpiewać naprzemiennie znane przeboje i rozbawiać tekstami Dawida, między utworami. W których nie zabrakło muzycznych niespodzianek, jak „Chłopcy” Myslovitz, „Granda”  Brodki zaśpiewana przez Katarzynę Groniec, „Peron” Jamala, czy „Szare miraże” Maanamu w wykonaniu Maleńczuka.

 

 

for fun


Całość była dla mnie mega przeżyciem, jeszcze dziś siedzę, odtwarzam, oglądam setki zdjęć i wspominam. Poproszę więcej takich emocji 🙂

Cenny czas

Słoneczne dni były i się zmyły, ale i deszcz się przyda, niezaprzeczalnie.. Byle nie na weekend. Wystarczy domowego uziemienia, gdyż jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą. A jak się nudzą, to trzeba włączyć tryb kreatywny. Idą w ruch puzzle, plastelinki, klocki, domino, wyścigi samochodowe, piłka i co mnie cieszy – gry planszowe. Że o grze karcianej w wojnę nie wspomnę. Zwłaszcza, że nasz smyk wygrywa prawie raz za razem i to bez kantowania.


Póki jeszcze się nie rozpadało złapałam z nim plac zabaw, jakieś małe zakupy, odwiedziliśmy dziadków, którzy wrócili znad jeziora. Wydrukowałam bilet na Męskie Granie (jupi!). I trochę, przy pomocy bajek, nagotowałam zapasów obiadowych. Tłumaczyłam Małemu, że muszę zająć się domem, że naczynia trzeba umyć, pranie zrobić. I dziś w nocy, przy czytaniu książki pani Gargaś („A między nami wspomnienia”) mną tąpnęło. Łzy lały mi się strumieniami. Matka traci tam dziecko. Dotarło do mnie, że porządki i wieczne ogarnianie przestrzeni nie są warte poświęcania im zbyt dużej ilości czasu. Że najważniejszy jest czas dla synka. Zabawa z nim, rozmowy, gilgotki, śmiechy i dbanie o to, by zawsze czuł się kochany i rozumiany. Bałagan poczeka. Kiedyś chrzestna Małego powiedziała, że jej syn poszedł już na studia, ciągle nie ma go w domu, a ona ma masę czasu na sprzątnie. Może sprzątać od południa do wieczora, codziennie. Czysto u niej idealnie i cóż z tego. Oddałaby wiele, by wróciły tamte chwile gdy syn był malutki, gdy się do niej tulił i chciał się wspólnie bawić.


Tak właśnie. Teraz jest nasz czas. Jeszcze kilka lat i Mały nie będzie chciał się bawić z nami. Będzie wolał kumpli i latanie z nimi po podwórku. Pomijając nos w grach komputerowych, tabletach, telefonach itp. od których trzeba będzie go pewnie odciągać.

Chciałabym by lubił z nami wyjeżdżać, by wolał plener niż siedzenie przed ekranem. A może nawet jakiś wspólny wypad na koncert, choć jeszcze nie wiadomo jaki rodzaj muzyki wpadnie mu w ucho.. U mnie ostatnio w towarzystwie Korteza, Zalewskiego i Podsiadło zagościł Limboski. I jeśli się uda, to i jego niedługo usłyszę w wersji koncertowej. Już za chwileczkę, już za momencik.. W środku już wszystko tańczy 🙂

 

 


Słowo

Lubię nasz język, mimo iż czasem trudny.. Jak się go pozna od podszewki, można się zachwycić. Nie mam problemu z czytaniem książek pisanych językiem staropolskim. Mój nauczyciel w liceum szkolił nas z jerów, tłumaczył genezę słów. Z przyjemnością słuchałam wystąpień profesora Miodka. Zawsze lubiłam i czytać i pisać. Piszę tu, piszę pamiętnik dla Syna, od dnia jego narodzin i prowadzę sobie małe kalendarze zapisując różne wydarzenia, czy rzeczy do zrobienia. W domu nikt nie przeklina, ani u mnie, ani u Męża, my też nie. Nie jest to nam potrzebne, bo język bogaty i da się nawet w nerwach wymyślić coś kreatywnego. Słowa są fajne, ciekawe.

Ale gdy się słyszy z ust swego kochanego dziecięcia, lat 3,5 „kulwa” rzucone przy grillu, w towarzystwie własnych rodzicieli.. no toż „lęce” do ziemi opadają 😉 


Poza tym weekend cudny, słońce przybywało po południu ale i na plażę człek się zdążył załapać i na łódkę, czy spacer. Zabraliśmy Mamę do auta i fru nad jezioro.

 

 

 

lelija

 

 

 

Tata już tam urzędował, bo wiadomo, ryby nie będą czekać, a chętnych do łowienia nie brakuje. My raczej typowo biwakowo, dla relaksu i poleniuchowania. Mały uskuteczniał gry w piłkę, w karty, próby badmintona, domino ze zwierzakami i wodne szaleństwa (dla nas woda za zimna). Ja preferowałam opalanie i czytanie powieści o Sienkiewiczu. Poza tym wieczorne ogniska, gdzieś tam w tle mecz z Chorwacją, pogaduchy i testowanie nalewek o smakach przeróżnych. To już tradycja i ludzie, którzy walczyli o ośrodek nareszcie mogą odetchnąć, tym razem na swoim. Trwają jeszcze remonty, co jakiś czas słychać pukanie, stukanie czy dźwięk piły. Ale nikt nie narzeka, bo każdy chce zabezpieczyć domki z dykty przed jesienią.

Na razie lato.. Ulubiona pora roku. I łapanie każdego słonecznego dnia, by wycisnąć z niego to, co najlepsze.

 

 

 

lato

Spać

Tyle razy powtarzam sobie, żeby nie kłaść się w dzień. Nie mogę drzemać nawet 15 minut, bo potem problem z zaśnięciem. Brak nastawionego budzika w niedzielę skutkował całkowicie nieprzespaną nocą. Położyłam się po długim spacerze z Małym i wsiąkłam na 1,5 godziny. A moi mężczyźni, z dobrego serca, dali mi pospać.. Niestety 😉 


Całą noc do 6 nad ranem czytałam książkę. Dobrze, że była na tyle wciągająca, że się nie nudziłam i zdążyłam ją skończyć. Wreszcie zasnęłam, a tu.. pobudka o 7,15. Potem cały dzień musiałam się pilnować, żeby nie przysnąć nawet na chwilę. Nie ma lekko. Dziecię na wakacjach nie ma problemów z porannym wstawaniem. Śpi mocno przez bite 10 godzin i wstaje 7,15 radosny jak skowronek. Codziennie pyta czy jeszcze ma wakacje i wołając Huullaa! wyciąga mnie z wyrka. Mamuś musimy wstawać, sam się ubiolę, chcę bajkę! Baw się ze mną, układamy wieżę albo galasz? 

Dziecko moje kochane 🙂 Chciałabym włosy umyć, pranie czeka, rosół ugotować, jakieś kotlety, czy gulasz zrobić. Żeby mój głodomorek miał co jeść. Bo jeść chce co chwilę, najchętniej słodkie. Dobrze, że znów jabłka weszły do menu, że czasem pochrupie surową marchewkę i zielony ogórek wrócił do łask. Wprawdzie porcja jak dla wróbelka, ale zawsze coś. Za to mięcho to by jadł non stop i na szczęście zupy lubi, prawie wszystkie. 

 

Poszliśmy na spacer z Moniką po jej syna do przedszkola, zanieść mu prezent urodzinowy i spędzić trochę czasu na placu zabaw. Wczoraj z Mamą na ślizgawki przy jej osiedlu i układanie puzzli u dziadków w domu. Po południu Mężu przejmuje zabawianie smyka, żebym mogła posprzątać łazienkę, kuchnię i odsapnąć chwilę w te nasze pseudo wakacje. Które mam nadzieję za jakiś czas nabiorą bardziej letniego wymiaru. Na plaży, na relaksie poza domem, choć kilka dni bez gotowania i w słońcu, bo pogoda znowu cudna. Na razie doleczamy katar i inhalacje w toku, bardziej domowe te wakacje, ale powoli idą w dobrym kierunku..

 

 

 

 

dom..

Kumulacja

rose

 

Kwiatki na zakończenie przedszkola rozdane, były miłe słowa od pani dyrektor i moje wzruszenie. Urodzinowo-imieninowe spotkania również za nami. Dobrze, że już zaczęliśmy łączyć te święta, bo gdyby każde obchodzić osobno, to co kilka dni impreza. Nie żebym miała coś przeciwko, ale ponad miesięczna kumulacja robi swoje.

Ostatnio zaprzątały mnie poszukiwania prezentów. Zawsze chcę by było coś słodkiego, coś praktycznego i jakiś drobiazg od serca. I wcale niełatwo znaleźć coś odpowiedniego, mimo, że to dla najbliższych. Tym bardziej, że wszyscy są już na takim etapie, że co chcą to mają. Wiadomo, że prezenty nie są w tym wszystkim najważniejsze, ale zawsze lubiłam obdarowywać innych i nadal sprawia mi to ogromną przyjemność. 

 

Brat z Anią zaprosili nas do restauracji nad jeziorem. Wraz z rodzicami odpoczywali w domkach już od czwartku. Też mieliśmy dojechać na cały weekend, ale wietrzna pogoda, chłodniejsze noce i niedawne przeziębienie u Małego pokrzyżowały plany. Pogoda taka w kratkę, że momentami głowę chciało urwać, by za chwilę grzać porządnie, gdy słońce wyjrzało zza chmur. Co chwilę bluzy zakładane, zdejmowane, chowanie się przed wiatrem i nieunikniony wiatr nad samym jeziorem. Wróciliśmy z katarem, ale fajnie było. Spotkanie, pogaduchy, zabawy z Małym. Pyszny obiad i spacer zakończony występami dzieci. Pomiędzy nimi, znienacka, gotujący Kevin Aiston i festyn na którym z chęcią by się dłużej zostało. Tymczasem dzień pełen wrażeń mija w moment i trzeba wracać, by synek na wakacjach nie przestawił się na zbyt późne usypianie. Już zresztą ciężko dziecku wytłumaczyć, czemu ma iść spać gdy za oknem tak jasno.. 

 

 

 

wietrznie-słonecznie