Tulipany

Myślałam, że Mały wróci dziś do przedszkola, ale asekuracyjnie został jeszcze w domu. Pójdzie na piątek, zetknąć się z wirusami, by w weekend być od nich daleko. Wzmacnianie po przebytej chorobie trwa i raczej nie ustanie przez cały okres zimowy. Choć domyślam się, że jeszcze nie raz w tym sezonie dopadnie nas przeziębienie. W sumie teraz u mnie katar i od dwóch dni jestem na lekach. Dobrze, że choć Mężu się jakoś trzyma w tym wszystkim. 

Zakończyłam poszukiwania płaszcza, w sklepach ceny z kosmosu i nic mi się nie podobało. Idealny model zobaczyłam w necie, ale został już wykupiony. Dostanę wiadomość, jeśli jeszcze się pojawi w sprzedaży. Także czekam i chodzę w tym, co mam. Zresztą i tak musimy zacząć oszczędzać, bo jeśli mi w pracy podziękują to trzeba będzie zacisnąć pasa i zacząć się zastanawiać nad każdym wydatkiem. Póki jednak jeszcze mogę sobie pozwolić na jakąś atrakcję dodatkową, to korzystam. Jak choćby wyjście na babskie kino.

Spotkałam się z Sylwią, Hanią i jej córką na „Tulipanowej gorączce”. Gorączki wprawdzie film nie wywołał, ale jak dla mnie był dość ciekawy. Intryga misternie upleciona, rola Waltza rewelacyjna, natomiast romans, który miał być w zamyśle gorący był zaledwie letni. Bez większych emocji i z fatalnie dobranym DeHaan’em (wizualnie i aktorsko). Stwierdziłyśmy, że już DiCaprio byłby tu bardziej na miejscu. Ale że lubię filmy kostiumowe, to spędziłam miły wieczór z motywem tulipanów przewodzącym w konkursach i na sali kinowej.

 

 

 


Hasło katar aktualne

Nie ma lekko, większość dzieci w przedszkolach chora, z kartarami, kaszlami i jelitówką w roli głównej. W czwartek jeszcze Mały poszedł, więc udało mi się spotkanie z Moniką. Posiedziałyśmy przy herbacie i ciastkach z żurawiną, jej wyrobu. Miałyśmy swobodne trzy godziny, żeby nagadać się na zapas. Już niedługo pojawi się u niej drugi maluch, który wywróci życie do góry nogami. Przynajmniej na jakiś czas, póki nie opanują początkowego chaosu. Byle by tylko Igor był zdrowy, bo przy drugim dziecku, pierwsze w przedszkolu to duża ulga. A tu z tym przedszkolem radość przedwczesna. Fajnie, że się chłopaki dostali, tylko co z tego, skoro więcej ich tam nie ma niż są. 


Nasz przez ten miesiąc był dziewięć razy, u Sylwii jeszcze weselej, bo synek w żłobku tylko trzy razy i zakończyło się antybiotykiem. My na razie na inhalacjach, udrażnianiu nosa i dziś kolejnej wizycie u pediatry. Wygląda na bakteryjne zapalenie górnych dróg oddechowych. A skoro bakteria, to tak łatwo się jej nie pozbędziemy. Mam tylko nadzieję, że uda się uniknąć antybiotyku. 

 

Weekend spędziliśmy w domu, zawiozłam rodziców na urodziny do znajomego. Skorzystałam z odrobiny wolnego i powędrowałam do galerii w poszukiwaniu szarego płaszcza. Ja jak sobie coś wymyślę, to ciężko potem znaleźć. Chciałabym zgrabny, nie za długi płaszcz z kapturem i misiem dookoła. A tu tymczasem płaszcze po kolana, ciemne, bure, jakieś gryzące i z zamkiem na skos. Swoją drogą teraz te skosy tak modne, że trudno nawet o kurtkę zapinaną na prosto. Skusiłam się na krótką skórę, a’la ramoneska, oczywiście też ze skosami, ale za to w dużej promocji. Jeszcze się jesień nie rozkręciła porządnie, a tu już sezonowe wyprzedaże. Nic dziwnego, że ludzi w sklepach od groma, pogoda do tego deszczowa to i chowają się pod dachem. Cóż, jakoś jesień trzeba przetrwać, choć wolałabym zbierać kasztany i kolorowe liście podczas słonecznych spacerów..

 


 

 

dajcie słońca!

Niepewność

Tydzień zdrowia i znowu u Małego pojawił się katar, mówią, że tak może być przez cały rok. Nie wyobrażam sobie takiego osłabiania organizmu.. Podajemy tran, lek na odporność i przeciwwirusowy, ale to coś chyba za mało. Pytałam już o szczepionkę odpornościową, którą ja sama miałam podaną w dzieciństwie. Mi bardzo pomogła, ale Brat po niej zachorował i o wiele szybciej łapie wszystkie infekcje. Chyba nie ma reguły.. Na razie do przedszkola chodzimy, drzemki idą coraz lepiej, rytmika mu się podoba, a od nowego miesiąca mają być dodatkowo piłki i tańce. Chciałabym żeby ze wszystkiego korzystał, tymczasem przeziębienia mogą pokrzyżować plany.

Co do chorowania, to obejrzałam przepiękny film „Ponad wszystko”.. piszą, że przewidywalny, ale bardzo ładnie nagrany i taki emocjonalny..

 

 

 

 

 

 

 

A emocje i u mnie, choć związane z pracą. Dowiedziałam się, że została zwolniona koleżanka, wracająca po roku, prosto po macierzyńskim. Była dyrektorem działu u mnie w firmie. Ja jestem „tylko” zastępcą innego dyrektora i nie ma mnie tam 3,5 roku. Dyrektor ponoć walczy o mój powrót, ale jeden z szefów woli zostawić na tym miejscu swoją córkę. Która wprawdzie bez chemicznego wykształcenia, ale jako córka ma większą siłę przebicia 😉 Z jednej strony trochę by mi było żal wypracowanych lat (no i wiadomo-kasa), ale z drugiej ucieszyłabym się mogąc nie wracać jeszcze do firmowego kieratu, stresu i zrywania się rano o nieludzkiej 5 godzinie. Tym bardziej, że atmosfera korporacyjna, ludzie się nie znoszą, niechęć wyczuwa się od samego wejścia. Dochodzą też dojazdy 50 km dziennie, zabierające godzinę czasu dodatkowo z rodzinnego życia.. Momentami mam chęć zadzwonić do dyrka i powiedzieć mu – nie walcz o mnie, ja nie chcę tam wracać. Ale czuję, że nie powinnam, że to takie poddanie się. Dziś przeczytałam zdanie „czasem ty decydujesz o wyborze, a czasem wybór decyduje o tobie”. Nie wiem, co będzie lepsze, więc niech się dzieje wola Nieba…..

 

 

 

 

wola

Słoneczniki

Miało być szybko do weekendu i było – po krótkich debatach Mężu wziął wolny dzień i już w czwartek mogliśmy pojechać do Zosi. Miała kilka dni urlopu więc warto było odwiedzić ją teraz, niż czekać na kolejny możliwy termin, za miesiąc lub później. Mały wprawdzie pojechał jeszcze z katarem, ale najważniejsze, ze bez gorączki. Mógł więc trochę pośmigać po ogrodzie, czy pojeździć na hulajnodze. A my odpocząć, obejrzeć sobie jakiś film w telewizji i spędzić fajny czas z Zosią i ze znajomymi. Udało się spotkanie z Natalią, jej mężem i córcią. Spontaniczne, na kawę i małe pogaduchy. A potem jeszcze sobotnie wyjście z Damianem i jego kumplem, na imprezę. Muzyka trochę nam nie podpasowała, za duże miksowanie, ale i tak do wpół do trzeciej tańcowaliśmy. W końcu jak już się uda rodzicom wyrwać, a babcia zajmuje się wnuczkiem, to trzeba korzystać 😉 W niedzielę za to  odsypianie i relaks w ogrodzie ze słońcem w słonecznikach…

 

 

 

 

słonecznie


 

 

I ze smakiem świeżo zerwanych winogron i z przygotowanymi zapasami ogórków kiszonych, ziemniaków, cebuli i fasolki w zalewie. Tymczasem po powrocie do domu, już w planach pranie, odkurzanie i uszykowanie Synka do przedszkola. Od nowego tygodnia będzie zostawał na dłużej, z drzemką i pełnym obiadem. Muszę przejrzeć pozostałe ubrania zapasowe, porobić opłaty i ugotować jakąś zupę. W domu to jakoś zawsze jest co robić, choćby się krzątało od rana do wieczora. Nacieszę więc jeszcze oko słonecznym widokiem i zbieram siły do działania..

 

 

 

 

słońce w słoneczniku

Laurka

Zdrowie trochę podreperowane, po wizycie u pediatry zalecone inhalacje z ventolinem i od razu widać poprawę. Mimo wszystko powrót do przedszkola dopiero w następnym tygodniu. Ugotowałam zabielaną zupę ogórkową,  Zaplanowane filmy obejrzane, a książkę czytam jedną za drugą. Nadrabiam polskie autorki, choć powoli mam przesyt. Za dziesięć książek wskoczy mi tysiąc przeczytanych i tak się zastanawiam, którą wybrać na tysięczną sztukę. To powinna być jakaś wyjątkowa opowieść..

 

W domu spokojnie, jeśli można tak powiedzieć przy małym dziecku 😉 No ale nic szczególnego się nie dzieje.. Robiliśmy wczoraj laurkę dla mojej Mamy, z okazji jej urodzin. Mały uwielbia prace plastyczne, wszelkie rysowanie, wycinanie i klejenie. Był tak podekscytowany, że pokrzykiwał radośnie i nie dawał tacie odpocząć po pracy i zabiegach. Rehabilitacja u Męża trwa i na szczęście kręgosłup teraz w dobrej kondycji. Oby tak dalej i byle szybko do weekendu, bo choć niby spokój, to całe doby z przeziębionym maluchem dają w kość. Już chce się trochę odmiany, przede wszystkim powrotu do zdrowia, ale i czasu dla siebie.. 

 

 

 

 

laurka

Zaczęło się

Czy ja pisałam, że od nowego tygodnia Mały zostaje dłużej? Otóż nic z tego, bo właśnie złapał pierwszego przedszkolnego wirusa.. W piątek jeszcze nic nie zapowiadało rozkręcenia się akcji katarowo-kaszlowej. Ale jak usłyszałam, że już troje dzieci kicha i jedno wylądowało z gorączką w domu, to ciąg dalszy był do przewidzenia. Apteka pochłonęła stówę, łącznie ze wspomagaczami i kroplami do nosa. Przydaje się wszystko, wersja dla Małego i odpowiedniki dla mnie. Gdyż albowiem i ja oberwałam rykoszetem. Gardło boli, nos zatkany i wesoło jest.

 

Jeszcze w sobotę wybyłam z domu na małe zakupy i po zapasy chusteczek. Przy okazji poszukując dżinsów, które latem zostały odbarwione przez płyn do baniek. Ale, że obecnie dominują maskujące kolory zimowe, to na mój odcień będę musiała poczekać do wiosny. Skoro tak, na przekór ciemnym barwom nabyłam dżinsy białe. Które kiedyś z kolei załatwiły mi plamy z prania. Te wypiorę dopiero, gdy zaopatrzymy się w nowy sprzęt. Bo już nie ma co czekać, model wybrany, oszczędności poczynione i teraz byle zdrowie wróciło, to wybierzemy się do pobliskiego AGD. 

 

Dzisiaj mieliśmy być całą trójką na urodzinowym obiedzie Mamy, w ukraińskiej restauracji. Ponieważ Mały z gorączką 38 st., poszłam tylko ja.. Brat z Anią opowiadali o swojej wyprawie do Gruzji. Obejrzałam piękne zdjęcia z gór i mniej fajne z wybrzeża i miast. Urlop mieli bardzo intensywny, dużo wspinaczek, zwiedzania, spotkanie z niedźwiedzicą i małymi miśkami, przed którymi zwiewali w te pędy. Atrakcje kulinarne i wizualne. A potem długi powrót spóźnionym lotem i ośmiogodzinną podróżą z Warszawy. My tymczasem robimy sobie podróże wśród najnowszych „Piratów z Karaibów”, na francuskiej komedii „Alibi.com”, w towarzystwie „Króla Artura” i „Bodyguarda Zawodowca”. Dobrze, że na Zawodowca nie poszliśmy do kina, bo szału nie było. Mam nadzieję, że „Tulipanowa gorączka”, na którą już zrobiłam rezerwację, będzie warta i kasy i czasu. A dziś na wieczór spotkanie z Morganem Freeman’em „W starym, dobrym stylu” 

 

 


 

Odlatują

Dni weszły w rytm przedszkolny, budzimy się z trudem, bo ciężko się przestawić ze wstawania o 9 na 7. Mi idzie łatwiej, ale Mały zasypia ok 21, a to jak widać za późno, by rano był na chodzie. Na razie nie wyobrażam sobie biec do przedszkola na 6 i jak myślę, o powrocie do trybu pracy, to mrozi mnie od środka. 


Od zewnątrz też już mrozi, rano trzeba wskakiwać w kurtkę, a Małemu zakładać ciepłą kamizelkę. Jeszcze staram się nie ubierać kurtki ocieplanej, tylko łączę ciepłą bluzę z kurtką wiosenną. Na zimowe okrycie przyjdzie czas, a popołudniami potrafi wyjść odrobina słońca i trochę nas ogrzać. Ptaki jednak już wyczuły jesień nosem i odlatują hen w ciepłe kraje.. też bym sobie chętnie poleciała, ale cóż.. 

 

 

 

no to lecimy!

 

 

 

 

Obecnie latamy do przedszkola, do rodziców i na zakupy by uzupełnić zapasy lodówkowe. Kupiłam trochę różnego mięsa, by porobić kotlety, gulasz i upiec coś na weekend. Teraz mam mniej zachodu z wymyślaniem potraw dla Synka, część posiłków je w przedszkolu. Od nowego tygodnia będzie zostawał dłużej, więc załapie się na oba dania obiadowe. Ale wiadomo, że i my musimy coś na ten obiad zjeść, także od gotowania się nie ucieknie.

Zawieźliśmy wczoraj smyka do dziadków i oboje wzięliśmy udział w pierwszym zebraniu. Oczywiście rozpoczęło się od opłat, a to na radę rodziców, a to zajęcia dodatkowe, ubezpieczenie i wyprawkę. Ale po podliczeniu i tak kwota o niebo mniejsza niż za przedszkole prywatne. Damy więc radę, bez względu na to, jak się potoczy moja sytuacja firmowa. Tymczasem został mi miesiąc urlopu i zamierzam delektować się każdą jego wolną chwilą i każdą godziną spędzaną wspólnie z moimi kochanymi chłopakami 🙂

 

 

 


Tak i nie tak

Nie dość, że Mały rozpoczął przedszkole bez oporów, bez żadnych łez i wręcz w podskokach, to jeszcze przed wyjściem chciał zostawać i bawić się dłużej 🙂 Czyli zdecydowanie dzień pierwszy na tak. Dziś też poszedł chętnie i nawet na powitanie przytulił zaskoczoną panią Magdę. Trochę jeszcze nie wiem, jak go ubierać, żeby się nie zagrzał na sali. Kiedy na zewnątrz, o poranku, raptem 11 stopni, a tam od strony słonecznej bardzo ciepła sala. Krótkie koszulki się przydadzą, więc dobrze, że po wczorajszym przeglądzie ubrań znalazłam trzy dodatkowe. Już wiem, że śniadanie i obiad zjada sam i z chęcią. Ale na drzemki na razie go nie zostawiam. Póki jestem w domu chcę odbierać go jak najszybciej, byśmy mogli spędzać razem dużo czasu. Jeszcze się nasiedzi w przedszkolu do 16.. 


 

Natomiast weekend był kiepski, miał być festyn, chłopaki nie zdążyli, bo pora była raczej obiadowa. A w niedzielę, każda próba wyjścia na hulajnogę kończyła się ucieczką przed deszczem. W nocy tak lało, że stukające o parapet krople nam nie pozwalały zasnąć, a Synka budziły. Trzeba będzie zgłosić do spółdzielni temat zapchanej rynny nad nami. Bo to nie jest normalne, że szyby po samą górę zachlapane i brudne. Nie mówiąc już o temacie ściany, która czeka na zmiłowanie. Oczywiście sezon jesienny i deszczowy już za progiem i jak się całkiem zacznie, to nikt osuszania z zewnątrz nie zrobi i będziemy czekać do lata. Niby w środku możemy robić, tylko po co? Jak może się okazać, że rozkują potem z zewnątrz, wewnątrz się coś naruszy i praca pójdzie na marne. Z sufitem czekamy na wolny termin u kolegi. Jak tylko uda mu się załatwić urlop, ma przyjechać i wraz z Mężem zacząć działać. Fajnie by było zdążyć przed urodzinami naszego smyka, żeby gości można było zaprosić bez widoków na beton. Z takimi oto rozmyślaniami rozpoczynamy nowy tydzień. A ja korzystając z kilku wolnych godzin ogarniam wysuszone pranie, porządki i nadrabiam filmowe braki. W tym miesiącu w planach „Tulipanowa gorączka”, ale to dopiero zobaczymy, czy uda mi się babskie wyjście na kino kobiet. Teraz na tapecie  „Turysta” z Deppem i Angeliną, oraz kostiumowa „Porządna kobieta” ze Scarlett Johansson.