Powszedni

Tydzień za tygodniem tak leci, że ani się obejrzałam, a już zaraz sierpień.. Po naszym wspólnym urlopie już ogarnięte, ale w domu nazbierało się tyle, że dalej próbuję na raty ratować sytuację. Sterta prasowania za mną, gotowanie to już nawet nie wspominam bo po kotletach już śladu nie ma, na szczęście pomidorowa wystarcza na dwa dni. Udało mi się umyć część łazienki, zabrakło czasu i cierpliwości dziecka na wannę więc jeszcze wieczorem spróbuję się za nią zabrać. 

 

Małemu gotuję ostatnio ziemniaka z marchewką, żółtkiem i dodaję koperek lub pietruszkę żeby załapał trochę witamin. Zajada też starte jabłko, chrupki kukurydziane, rozgniecione borówki i truskawkowy mus. Zamroziłam też trochę owoców, żeby były jako dodatek do kaszki na zimę. Choć nadal kaszka i mleko z butelki zjadane są z dużymi oporami, a że idzie trzeci ząb to trochę zaczynam się niepokoić karmieniem. Dwa zęby na dole jeszcze nie stanowiły zagrożenia, ale jak się pojawi górny to już będzie kasownik o dużej mocy 😉

 

Dermatologa mogłam odwołać, odpukać, zniknęły te plamki, które były najdłużej, pojawiają się czasem jakieś małe krostki ale to raczej potówki bo kiedy jest chłodniej to znikają. Zresztą nie ma co chyba panikować przy każdej plamce, bo skóra dziecka musi się wzmocnić i tyle. Grunt, że widmo łojotokowego zapalenia na trochę odpuściło..

 

Dzisiaj jedziemy do Dziadków, niech nacieszą się Wnukiem bo na weekend pewnie znowu gdzieś w plener ruszymy. Chciałabym nad morze, ale coś pogoda ostatnio chłodnawa. 17-19 stopni nie rozpieszcza, do tego kropi od czasu do czasu i ciężko coś zaplanować. Zbliżają się urodziny Chrzestnej naszego Synka, prezenty już mam więc może wybierzemy się w odwiedziny. Jeszcze Brata bym gdzieś zabrała z chęcią z nami, bo smutny ostatnio.. chyba zakończył się definitywnie jego długoletni związek. I choć on też już nie chciał tego ciągnąć, to jednak zawsze rozstania są trudne.. Dobrze jednak mieć nadzieję, że jeszcze kogoś wartościowego i miłego pozna i że będzie miał szansę stworzyć kochający dom. Każdy w końcu marzy o ciepłym, przyjaznym i pełnym miłości gniazdku 🙂 

 

 

 

 

 

miłość kwitnie

Jarmarkowy zawrót głowy

Rodzice z prezentu zadowoleni, zwłaszcza Tatko, który jak i ja uwielbia wszelkie wyjścia, rozrywki i sceny 🙂 Mama też się cieszy, choć ona bardziej typ domatora. Jednak na taką sztukę każdy chętnie się wybierze. 

 

A my wybraliśmy się w piątek nad wodę, poleżeć na kocu i złapać wieczorne promienie słońca. Jakoś teraz brak tego pleneru i z przyjemnością wybywam gdzie się tylko da. Zahaczyliśmy jeszcze Międzynarodowy Konkurs Hodowców Gupika, niestety dość późno i większość rybek była już schowana lub sprzedana. Udało nam się jednak zobaczyć gupika mistrza Europy – ogon miał przepiękny, kolorowy i imponujący! Zdjęcia nie udało mi się zrobić, bo mistrz spakowany był już do transportu 😉

 

 

 

 

gupiki show

 

 

 

 

Na sobotni Jarmark Jakubowy przy Katedrze cieszyłam się już od czwartku, gdy się o nim dowiedziałam. W tym roku zrobiony z rozmachem, ilość stoisk podwojona, ledwo się mieszczą na terenie przykatedralnym i dużym placu, gdzie odbywają się koncerty. Tradycyjnie można było podziwiać wyroby hand made, odzoby, zabawki czy biżuterię.

 

 

 

 

 

hand made

 

 

 

 

Była masa budek ze zdrową żywnością, do tego naturalnie produkowane wędliny, chleb pieczony bez polepszaczy, miody różniste z prywatnych pasiek i mój ulubiony oscypek grillowany z żurawiną – który oczywiście musiałam zjeść. Kupiłam Mamie wino truskawkowe, a z tego co słyszałam Tata nabył kiełbasy z kujawskich rejonów. Kusiły nas kolorowe drewniane zabawki, ale jakoś tak dużo miały drobnych elementów i raczej poczekamy aż Mały dorośnie do takich cacek. Miałam chęć na lody, ale szkoda było tracić czas na kolejki. Tym bardziej, że po powrocie do domu, drzemce i karmieniu syna pojechaliśmy na jarmark jeszcze raz. Na wieczorny koncert Grzegorza Turnaua 🙂 Wprawdzie krótko, bo wiatr się zerwał i ochłodziło się mocno dla Malucha, to jednak zdążyliśmy być na „Brackiej” i wysłuchać „Cichosza”

 

 

 

 

Turnau


 

 

Niedzielę spędziliśmy nad Odrą wędrując po bulwarze, robiąc zdjęcia, rozmawiając o wszystkim i o niczym..

 

 

 

 

letnia Odra

 

 

 

 

 

Synek owiany wodną bryzą, dotleniony zrobił sobie właśnie drzemkę, a my po przytulankach zasiedliśmy na chwilę. Ja piszę, Mąż trenuje algorytmy na kostkę Rubika – od czasu jak kupiłam kostkę 2×2 i nauczył się układać ją w kilka chwil ruszył do kostki 3×3 i mimo, że i ją umie już bez problemu ułożyć zapragnął poznać metodę na szybsze jej układanie. Już coś słyszę, że pojedziemy na mistrzostwa w speedcubingu. Na razie jako widzowie, ale kto wie co dalej… 😉 

Magic?

Trzy prania, gotowanie, sprzątanie i kilka peelingów później.. Tak, tak zdecydowanym minusem każdego wyjazdu jest to, iż widać go później na mojej twarzy. Wystarczy, że ze dwa razy pójdę spać bez zmycia wakacyjnego słońca, wody morskiej czy jeziornej i już pojawiają się krostki i świecę własnym blaskiem 😉 Program naprawczy dla cery włączony, liście manuka, krem nawilżający, potem matujący i jakoś można wyjść do ludzi..

 

A wyjście mimo słabego filmu uważam za udane, po pierwsze moje chłopaki dali radę wytrwać te 4 godziny i to nawet korzystnie, bo Mały zjadł i potrawkę z mięsem i trochę kaszki z jabłkiem, za którą nie przepada. W kinie atrakcje, ćwiczenia na scenie, konkursy, pokaz sexi tańca i nawet udało mi się wygrać bilet na kolejny seans – problem w tym, że akurat na film, który już widziałam – ale nie zmarnuje się, sprezentuję go koleżance. Do tego sam fakt, że po leśnych kreacjach mogłam ubrać się elegancko – motywem przewodnim był krawat, ale i na obcasy się skusiłam do białych letnich spodni 🙂 Pogadałam sobie z Hanią, która śmiała się że za często do telefonu zaglądam, ale sama już nie pamięta jak to było, kiedy jej dzieci były takie malutkie, bo ma już odchowane. 

 

 

Niestety „Magic Mike XXL” okazał się infantylnym, banalnym, wręcz nudnym filmem i momentami mocno nas irytował płytkimi dialogami i zachowaniem głównych bohaterów. Co z tego, że ciacha z kaloryferem na brzuchu.. nastawiłam się na extra taniec na ekranie, a tego tańca jakoś mało było.. W zapowiedzi można sobie zobaczyć jak Channing Tatum świetnie się rusza i właśnie takich efektów oczekiwałam w ilościach hurtowych..

 

 

 

 

 

 

 

A dziś jedziemy z Bratem wręczyć rodzicom prezent z okazji ich rocznicy ślubu. Wprawdzie do zrealizowania dopiero we wrześniu, ale tak się fajnie złożyło, że ta sztuka będzie grana w okolicy czasu urodzin mojej Mamy. Czyli można powiedzieć, że prawie dwa prezenty. Sama z chęcią bym się wybrała zobaczyć Cezarego Żaka life, pana Barcisia miałam już przyjemność spotkać i foto sobie z nim pstryknąć.. Obaj aktorzy wyśmienici! 🙂

 

 

 

 


Powrót z buszu

Do domu wrócili 🙂 Aż dziwnie, po tylu dniach w lesie, znowu znaleźć się w mieście.. Powietrze tu zupełnie inne, mniej przestrzeni i jakoś tak duszno się wydaje w domu. Nic dziwnego, kiedy całe dnie spędzało się w plenerze. Chciałoby się zostać nad wodą jeszcze z tydzień, tymczasem będą jedynie weekendy. Ale oby pogoda dopisywała to odwiedzimy morze i las jeszcze nie raz..

 

 

 

 

aż się chce wracać

 

 


 

Tymczasem pora rozpakować torby z rzeczami, jedzenie, które zostało schować do lodówki, uszykować co idzie do prania na pierwszy ogień i wskoczyć pod prysznic, by zmyć podróżne zmęczenie. Pakowanie poszło nam nawet sprawnie, odpadło plażowanie, bo niedziela rozkręciła się deszczowo. Ale może to i dobrze, mniej żal było wyjeżdżać. Skręciliśmy przy okazji z trasy, do małej restauracji gdzie tata zaserwował rodzinie obiad z okazji rocznicy ślubu moich rodziców. 41 lat razem.. w tamtym roku okrągłe święto, teraz mniej szumnie ale nadal z wielkim szacunkiem za miłość, troskę i chęć spędzania czasu ze sobą przez tyle lat. Tylko pozazdrościć tak udanego małżeństwa i naśladować 🙂 

 

 

 

 

love

 

 

 

 

No cóż, Mąż jutro do pracy, a ja ruszę do domowego działania. Pociesza mnie fakt, że kombinuję poniedziałkowe wyjście na Kino Kobiet i wszystkie znaki wskazują, że szansa jest. Plan logistyczny przegadany, godziny ustalone, miejsce zaklepane, nic tylko śmigać na konkursy i na spotkanie z babkami.. 

Roszada

Już mieliśmy wracać.. aż tu wczoraj pojawiła się mała szansa, że uda się przedłużyć pobyt. Wszystko zależało od tego czy będzie wolny domek na kolejny weekend. Tym bardziej, że znalazło się więcej chętnych na przedłużenie urlopu. 


Dziś rano wiadomość że jest wolnych kilka domków! Więc od rana trwa przeprowadzka ze wszystkimi bambetlami, ze 4 rodziny się przenoszą, ruch na polu, przetasowanie miejsc zamieszkania i za jakiś czas korzystamy dalej 🙂

 

 

 

 

pomost

 

 


Dla Małego to wspaniały wyjazd – pierwsze ognisko, smak truskawki, czereśni, kromka chleba.. i tyle powietrza, że wróci niesamowicie dotleniony, my zresztą też.. Praktycznie od 8 rano już jesteśmy na dworze i siedzimy tam do północy, albo i dłużej. Synek ma dwie drzemki, z reguły na spacerze w lesie..

 

 

 

 

 

po lesie

 

 

 

 

śpi sobie po dwie godziny przykryty lekkim kocem, albo i bez okrywania, kiedy jest bardzo ciepło. Jezioro traktuje jak dużą wannę i choć na początku bał się zanurzyć nogi, to teraz macha nimi i chlapie na wszystkie strony.

 

 

 

 

jak widokówka

 

 

 

 

Jest dużo dzieci dookoła, akurat 8 domków zajętych przez ekipę z Poznania i w każdym po dwójka lub trójka maluchów. Nasz najmłodszy i każdy nie może uwierzyć, że ma dopiero 8 miesięcy, a taki już duży z niego chłopak 🙂 Siedzi na kocu pod parasolem, bawi się zabawkami, karmię go zasłaniając nas oboje, kąpiemy się w jeziorze na zmianę. Dziadki bawią Wnuka, huśta się na oponie z Dziadkiem i próbuje zabrać Babci daszek od słońca. Nie da się opisać ile dzięki niemu mamy radości i jak mocno wszyscy pokochali tego maluszka..

W lesie

Jezioro, las, spacery.. plaża i słońce przeplatane deszczem. Ogniska blask, dźwięki gitary i nawet akordeon się znalazł. A utwory dość wysokich lotów, bo i „Zegarmistrz światła” i Stare Dobre Małżeństwo, a także „Marina” i „Besame mucho”.. Nie zabrakło też oczywiście Sokołów, Stokrotki i innych ogniskowych szlagierów 🙂

 

 

 

 

ognicho że ho ho

 

 

 

 

Natomiast zdecydowanie zabrakło wody w kranie przez pierwsze trzy dni! Latamy z wiadrami do cysterny i z powrotem. Mycie w misce, chlapanie na podłogę i akrobacje cyrkowe żeby dotrzeć w strategiczne miejsca 😉 Przy okazji jakiś żartowniś zamienił wodę na wódę – cud nad jeziorem 😉

 

 

 

 

zamiana

 

 

 

 

Były pomysły na mycie w jeziorze, ale taka tam czysta woda, że szkoda by ją było zapienić mydłem, nawet jeśli tylko przy brzegu.. Swoją drogą jeżdżę nad to jezioro od ponad 20 lat i jakimś cudem nadal woda tam krystaliczna.

 

 

 

 

 

krystaliczna

 

 

 

 

Do braku wody dołączył się też brak zasięgu, odcięci jesteśmy od netu i w jakimś sensie odpoczywamy od telefonu. Choć nie raz człek próbuje namierzyć sieć i jak za dawnych czasów lata z wystawioną do góry ręką machając telefonem. Taka to jest ta leśna głusza i o dziwo dobrze mi z tym.. Ale tylko raz na jakiś czas 😉

Lecę korzystać, bo własnie pompę naprawili i jak wszyscy ruszą do kąpieli to kolejki się zrobią!

 

p.s. Dziękuję bardzo za życzenia udanego urlopu, jak wrócę będę mogła napisać do każdego z osobna, ale w obecnych warunkach czynię to hurtem.. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Na walizkach

Pogoda odpuściła, skok temperaturowy duży, bo z 35 na 20, to prawie jak z lata w ciepłą jeszcze, ale jesień. Tym bardziej, że co jakiś czas pada deszcz. Ale nic to, wakacje trwają, urlop też i nie ma co siedzieć w domu. 


Zamieniamy morze na jezioro 🙂

Części tobołków nawet nie rozpakowywałam. Pranie ręczników, ubrań i pakowanie od nowa. Tym razem jednak trzeba wziąć o wiele więcej. Bo i ciepłe rzeczy i takie, które nadawać się będą do lasu, czy do ogniska. Kurtki przeciwdeszczowe, długie portki, bluzy i wysokie buty. Mam wrażenie, że pół domu trzeba spakować! Coś na komary, leki, plastry, oczywiście nieodłączny czytnik zapełniony książkami, jakieś podróżne gry planszowe i ciepły koc dla Syna. Do tego maasę jedzenia, bo w leśniej głuszy sklepów brak. Zaplanowane są pierogi, gołąbki, krokiety, pulpety w sosie. Zapakowany już makaron, kasza gryczana i ryż. No i wody trzeba zabrać dużo. Jak tylko nie będzie padało, to albo plażowanie, albo spacery po leśnych dróżkach, ale tylko takich, przez które da się przejechać spacerówką. Moi rodzice będą obok w domku więc czasami zajmą się Wnukiem i złapiemy trochę oddechu. Na deszczowe dni jest świetlica, stoliki do gry w karty, są piłkarzyki, stół do ping-ponga. Nastawiam się na śpiewanie przy ognisku, na gitarowe dźwięki. A w razie jakby nam się nudziło wskakujemy w auto i jedziemy pozwiedzać okolicę. W pobliskich miasteczkach może akurat będzie coś się działo. Jakoś taki mam fart, że często trafiamy na letnie festyny albo jakieś występy.

Jak będzie tym razem? Zobaczymy… najważniejsze, że rodzinnie, że blisko i duużo na świeżym powietrzu 🙂

 

 

 

 

 

nad jezioro!