Uwiedziona filmem

Spokojne dni za mną, nie jeżdżę już autem bo ciężko robić zakręty kiedy trzeba być na maxa odchylonym od kierownicy 😉 Nawet babskie kino odpuściłam, bo całość wraz z konkursami trwa trzy godziny, a mi już trudno tyle wysiedzieć. Poza tym nie miałam nastroju na oglądanie filmu „Bogowie” w kinie, jak będzie dostępny kiedyś w necie wtedy obejrzę w domu.

Jeśli idę na spacer, to na krótki, max do sklepu, na rynek albo do biblioteki. Więcej czasu spędzam teraz w domu, dużo czytam, oglądam, gotuję trochę na zapas i zamrażam, żebyśmy mieli obiady na powrocie ze szpitala. Dla relaksu obejrzałam klimatyczny i lekki film „Casanova po przejściach”, z Woodym Allenem, Vanessą Paradis i Sharone Stone (i proszę się nie sugerować poniższym kadrem) 😉

 

 

  

 

 

 

 

 

Oraz romantyczną i francuską komedię „Licencja na uwodzenie”, również z Vanessą – coś ostatnio często trafiam na nią w filmach.

 

 

  

 

 

 

 

  

 

Zrobiliśmy zakupy spożywkowe, żeby nie wbić się później w kolejki przed świątecznym weekendem. Zresztą już zaczął się w sklepach duży ruch, a w piątek będzie pewnie masakra. Dlatego wolałam na spokojnie zapakować lodówkę, tym bardziej że dziś jeszcze przybywa w odwiedziny Beata i miło będzie pogadać przy winogronach i oliwkach z migdałami, które obie bardzo lubimy. Przy okazji pooglądamy albumy z wakacji i z wesela, bo jeszcze tych zdjęć nie widziała.

 

 

P.S. Dzięki Beatko za ciacho! Chciałabym mieć takie zdolności do pieczenia.. może na weekend zmobilizuję się za Twoim przykładem i zrobię zapowiadanego placka jogurtowego z brzoskwiniami.. 

 

 

  

 

ciacho od Beaty

 

 

 

A na wieczór wrzucam ciąg dalszy „Przyjaciół” – ten serial niezmiennie mnie rozbawia, a śmiech to zdrowie, każdy ci to powie,  więc dużo uśmiechu życzę na kolejne dni 🙂

Na deser

 Mały głową do góry – jak trzymać pion to do końca! 😉 I tak już zostanie, bo miejsca na obrót brak. Tak więc chcąc nie chcąc czeka mnie cesarka i powoli się do niej psychicznie nastawiam. Teraz byle tylko do terminu i po uzgodnieniu w szpitalu, że są wolne miejsca, możemy sami wybrać dokładną datę.


Ale zanim ta właściwa data, to minęły właśnie dwie świąteczne – imieniny Męża wprawdzie po pracy, ale było miło – bo i oglądanie Synka na ekranie i kolacja, film, prezenty i przytulanki. Za to w sobotę coś dla mnie, gdyż odbył się kolejny Kiermasz Książki Przeczytanej. Gdyby nie zaawansowany stan mego brzucha z chęcią bym wystawiła książki do sprzedaży, bo część została mi po poprzednim kiermaszu, część tata jeszcze dorzucił, a i trochę porządków zrobiłam na regale, więc i moje doszły. Nic to, jak się uda dostaniemy się na wiosenną wyprzedaż i to w powiększonym składzie rodzinnym 🙂 Tłumy były takie, że ledwo można było te książki oglądać.. jest masa chętnych do kupowania fajnych książek po 1-2 zł i widać, że impreza się przyjęła. My nabyliśmy tylko dwie bajki dla Malucha, o króliku i o puchatkowych przyjaciołach, bo się oprzeć nie mogłam takim małym, kartonowym i kolorowym wydaniom. W sam raz na pierwsze czytania i wgryzania się pierwszymi zębami w książkę..


 

Obiad z racji świątecznego weekendu był w pizzerii, a potem wielgachne desery lodowe z owocami i bitą śmietaną i o dziwo tutaj też znalazła się pizza.. tyle, że lodowa 🙂

 

 

 

 

 

 

lodowa pizza

 

 

 

 

 

Niedziela również upłynęła pod hasłem kulinarnej rozpusty, mieliśmy wybór „Dzika Gęś”, niedawno otwarta restauracja w mieście, ponoć sławna i w innych miastach, ale dość droga i wystrój chłodnawy. Albo czeskie rarytasy w „Hospudce”, która okazała się bardzo sympatycznym miejscem na rodzinny obiad, bo to właśnie wybraliśmy by świętować Taty urodziny. Ceny niższe niż w gęsi, porcje duże, a i smakowo wyśmienite! Były polędwiczki z knedlikami, pieczona kaczka (po czesku kachna) i rewelacyjny, chrupiący placek ziemniaczany z grzybami, z zapiekanym w środku schabem – niebo w gębie.. Z takimi wspomnieniami na podniebieniu można zacząć nowy tydzień, nawet jeśli teraz na obiad będzie zwykła pomidorowa 😉

 

 

 

 

 

 

placek

Czytam i słucham

Podczas całego obecnego wolnego przeczytałam 80 książek – a kolejne już czekają na półce! Jedne były lepsze, inne słabsze, jednak mania czytania, nieprzespane czasem do 3 noce no i ten darowany mi czas sprawiły, że nareszcie mogę tym czytaniem się w pełni nacieszyć. To nie są wyrwane dwie-trzy strony przed zapadnięciem w, zasłużony po pracowitym i męczącym dniu, sen. Czytam namiętnie, pochłaniam i delektuję się tym, że nie muszę szybko kończyć, kiedy trafię naprawdę dobrą książkę. Z ostatnich rarytasów polecam takie autorki jak Danuta Noszczyńska, Hanna Cygler czy Izabela Pietrzyk. Oczywiście dla miłośniczek kobiecej literatury i historii takich, jak choćby w tym teledysku..

  

 

 

 


 

 

 

 

W tym tygodniu wypełniliśmy już całą wyprawkę, doszedł materac do łóżeczka, są też przewijak, poduszka-klin, wanienka ze stelażem i termometr bezdotykowy, którym można również zmierzyć temperaturę mleka w butelce, pomieszczenia czy wody do kąpieli. Mały teraz tak urzęduje w brzuchu, że czasem rozśmiesza mnie kiedy wystawia piąstkę, lub podkłada głowę pod moją dłoń, a ja głaszczę to miejsce… naprawdę niesamowite przeżycie 🙂 

 

  

Dzisiaj spotkanie z pediatrą i zakończenie Szkoły Rodzenia – dużo mi dały te spotkania, poszerzyły świadomość, dostarczyły wielu odpowiedzi na pytania i wiadomości o porodzie, karmieniu, przewijaniu i innych aspektach tego co nas niedługo czeka. Choć wiadomo, że teoria sobie, a rzeczywistość i tak nas pewnie przerośnie 😉 Ale damy radę! Mamy wsparcie rodziny, fajnej położnej z doświadczeniem, oraz lekarzy ze szpitala i przychodni.

Jutro kolejna wizyta na badania kontrolne i mam nadzieję, że uda się namówić panią doktor na USG, żeby zobaczyć czy nasz Rogalik nadal leży sobie leniwie bokiem, czy może jednak obrócił się głową w dół..

 

 

Zbliżający się weekend zapowiada się bardzo sympatycznie, najpierw imieniny Mężulka, a potem urodziny Taty, więc szykuje się jakieś fajne, rodzinne wyjście w miasto. Co akurat girl like me baaardzo lubi 🙂 

 

 

 

 


Puchatek

Zmobilizowałam jeszcze siły by posprzątać w piątek mieszkanie.. chciałam założyć do tego byle jaką koszulkę, ale okazuje się, że wszystkie, prócz 3 ciążowych, są już za małe i wyglądam w nich jak Kubuś Puchatek z wystającym spod koszulki brzuchem 😉

Zamiotłam korytarz, umyłam łazienkę, zdjęłam pościel i zrobiłam pranie. Coraz trudniej się poruszać, ale nie umiem tak sobie zalec i nic w domu nie zrobić, kiedy widzę ile się tego wszystkiego zbiera. Mąż dużo pracuje, bierze nadgodziny by nastarczyć na potrzebne wydatki. Na przykład okazuje się, że materac dla dziecka będzie droższy niż łóżeczko, ale używanego nie kupię bo wiadomo, że może być niehigieniczny no i już wyleżany. A cena termometru bezdotykowego też jest przesadzona, dlatego fajnie, że zbliżają się dni 50% rabatów w Superpharmie i może upoluję ten tańszy ale dobry firmowo..


 

W sobotę wzięłam się za lepienie leniwych pierogów: twaróg (250 gr), ugotowane i rozgniecione ziemniaki (taka sama ilość co twarogu), do tego szklanka mąki plus tyle co do podsypywania, 1 jajko i łyżeczka soli – wszystko razem zmieszane nie wstrząśnięte. Na gotującą wodę pokrojone pierożki, jak wypłyną – chwilę zagotować, potem tylko podsmażyć bułkę tartą i voila! Może wyszły mi trochę nieforemne, za to bardzo smaczne 🙂

 

 

  

 

 

leniwie

 

 

  

 

 

W niedzielę natomiast podjechaliśmy na targi „Mamy Dziecko „, gdzie można było kupić ubranka, chusty, zabawki i obejrzeć różne przygotowane dla dzieci atrakcje. Były występy, zabawy, dmuchane zamki, zjeżdżalnie. Wystawiały się firmy organizujące urodziny – spotkaliśmy moją koleżankę, która przebrana w strój jakiegoś niezidentyfikowanego zwierzaka puszczała wraz ze swoim facetem bańki mydlane i reklamowała swoją firmę. Dostaliśmy butelkę do karmienia ze smoczkiem przeciwkolkowym, próbki wkładek laktacyjnych i kosmetyków dla kobiet po porodzie. Dzieci miały na tych targach większy ubaw, wszędzie było kolorowo i dużo się dla nich działo.

 

 

  

 

 

karetą na targach

 

 

 

 

 

 

A dla nas pogoda zrobiła wielką niespodziankę, słońce w pełni i 20 stopni C zachęcało do spacerów i pobytu nad wodą. Dlatego podjechaliśmy wszędzie, gdzie się dało poleniuchować na kocu – który na szczęście, jeszcze po wakacjach, wożę w bagażniku. Dwa pobliskie jeziora i rzeka to było mało. Gdyby nie to, że wieczorem odbieraliśmy Beatę i Oliwera z dworca to wylądowalibyśmy chyba nad morzem mimo, że już była pora obiadowa 😉 Tak pogoda kusiła swoim jeszcze letnim klimatem…..

 

 

 

 

 

nad jeziorem

Kwiatowa pobudka

Wczoraj śpię sobie w najlepsze, już w drugiej turze snu po pobudce o 5.30, a Mąż w tym czasie i śniadanie sobie zjadł, do fryzjera skoczył i do kwiaciarni, gdzie kupił dla swej Żonki przepiękny bukiet kwiatów z okazji naszej małej rocznicy pierwszego spotkania 🙂 Pobudkę miałam więc wspaniałą, kiedy to przywitana zostałam pomarańczowymi gerberami i różami pięknie ułożonymi z zielonymi dodatkami.. takie pobudki to ja lubię 🙂

 

 

 

 

 

 

rocznicowe kwiatki

 

 

 

 

 

Pamiętam jak przyjechał do mnie pierwszy raz….. Znaliśmy się z 8-9 lat tylko internetowo, rozmawialiśmy od czasu do czasu na czacie, komunikatorze, lub wysyłaliśmy maile z opowieściami co słychać. Widzieliśmy po jednym swoim zdjęciu, właściwie tylko z ciekawości, bez żadnych podtekstów czy flirtowania. Każde z nas miało przez ten czas swoje życie, swoich partnerów, wzloty, upadki, smutki i radości. Aż przyszedł taki moment, że oboje zostaliśmy sami.. rozleciały nam się związki (mój poprzedni był wielką porażką, bólem, depresją i ogromnym rozczarowaniem), przez rok mieszkałam sama i w tym czasie nasze rozmowy i kontakt mocno się zwiększyły. Rozmawialiśmy już prawie codziennie, wymieniliśmy się telefonami, zaczęły się długie rozmowy z szybkim włączaniem netu po pracy, zwierzanie się z odczuć i w pewnym momencie to przestało już wystarczać.. Postanowiliśmy, że fajnie byłoby się wreszcie spotkać i zobaczyć po tylu latach znajomości na odległość. Na szczęście Marcin ma w moim mieście rodzinę (ciocia została później naszą świadkową), więc miał gdzie zakotwiczyć na weekend i na nocleg 😉 Uściskaliśmy się na dworcu jak dobrzy przyjaciele.. poszliśmy na spacer Starym Miastem, rozmawiało nam się tak lekko. Potem biegaliśmy po parku trzymając się za rękę.. Cudowne chwile, do których oboje lubimy wracać. Znając jego pasję akwarystyczną, zabrałam go do Oceanarium skąd mamy nasze pierwsze zdjęcia.. Jakiś czas później przyjechał jeszcze raz, spędziliśmy weekend nad jeziorem, na spacerach, na huśtawce, wystawie ze zwierzakami i na długich rozmowach. Objechaliśmy miasto, pokazałam mu moje ulubione miejsca i kiedy wyjeżdżał już w sercu czuł, że zaczyna za mną tęsknić.. a i mi było szkoda, że ten czas tak szybko nam umknął.

 

 

 

Później zaprosił mnie na Andrzejki do siebie. Oczywiście osobny pokój, spotkanie z jego dziadkami i rozmowy pod czujnym okiem babci 😉 Za to impreza była cała nasza! Przetańczyliśmy razem całą noc, aż jego znajomi byli zdziwieni, że wytrwaliśmy na parkiecie do 4 nad ranem i to tańczyliśmy już tylko my, tak nas rozpierała energia. Myślałam, że po powrocie mnie pocałuje, ale był dżentelmenem i nie chciał żeby ta chwila była po paru drinkach 😉 Zasnął w fotelu wpatrzony jak spałam na kanapie i dopiero na drugi dzień, kiedy już odpoczywaliśmy …z moją głową na jego kolanach, iskrzyło tak, że nasz pierwszy pocałunek był nieunikniony! Najpierw tylko muśnięcie, takie delikatne, czułe. Założył mi włosy za ucho..ja przytuliłam dłoń do jego policzka i zrobiło się baardzo namiętnie, aż nie mogliśmy się oderwać od swoich ust :*

 

 

I tak to wszystko się zaczęło… później pociągi kursujące w dwie strony, wyjazdy czasem nawet na jeden dzień, na kilka godzin byle się tylko spotkać, zobaczyć, przytulić. Urlop z pracy kiedy tylko się dało, pierwsza wspólna majówka i pierwszy wyjazd na wakacje. Po ponad roku takiego śmigania zaczęliśmy myśleć o wspólnym zamieszkaniu u mnie, co wiązało się z rzuceniem przez Marcina pracy, zostawienie rodzinnego miasta, dziadków, znajomych i rozpoczęcie zupełnie nowego życia. Miłość jednak zwyciężyła wszystko i zaczęliśmy tworzyć nasz wspólny DOM, potem zaręczyny, ślub, a teraz Maluch w drodze 🙂 

 

 

 

 

 

 

Przyziemności

Dość męczący dla mnie ten początek tygodnia, choć dzieją się sprawy zwyczajne.. Łóżeczko wymyłam gorącą wodą, zostało jeszcze wypolerowanie chusteczkami do mebli. Dorobiłam sałatki z tortellini, bo dużo mi tych pierożków zostało, a smaka na nią mieliśmy oboje i jeszcze rodzicom zawiozłam na spróbowanie. Spędziłam u nich kilka godzin, tata przeżywał szpitalne dni i „posiłki” – jeśli można tak nazwać kromkę chleba, kostkę masła wielkości 1×1 cm i kapkę miodu dla chłopa ważącego sto kilo 😉 Choć akurat takie zmniejszone ilości by mu się przydały, no ale nie w szpitalu. Mama z kolei szczęśliwa, że ma go w domu i fajnie widzieć ich razem, jak dają sobie buziaka na powitanie, kiedy tata wraca z pracy. Bo oczywiście już śmiga pełną parą i nawet na ich kurs tańca chciał iść, choć jeszcze nie powinien się eksploatować. Cały tatko.. 


 

Dzisiaj miałam kolejne pobranie krwi i mam nadzieję, że to już ostatnie, bo ileż można na te badania latać. Na szczęście wyniki są super więc nie mam stresu przed wizytami, ale samo jeżdżenie do laboratorium jest już wykańczające. Ciężko mi prowadzić bo brzuchem zahaczam o kierownicę, a Mały fika po żebrach 🙂 Włączałam mu później muzykę dla relaksu i autentycznie przybija piątkę! tam gdzie przyłożę rękę pojawia się górka, a jak już wychyli głowę, to w ogóle cały brzuch pływa. Niesamowite wrażenie i silne tworzenie więzi z tym naszym malutkim i już kochanym człowieczkiem… 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

Poprasowałam ostatnią część ubranek, zrobiłam zakupy w mięsnym i w piekarni, usmażyłam kotlety na obiad (do tego będzie sałata ze śmietaną i ziemniaki) i padłam wyczerpana na kanapę. Teraz ja posłucham sobie muzyki, a potem może włączę jakiś film. Chcę zregenerować siły bo szykuje się przytulaśny wieczór, małe co nieco i może przy okazji załapię się jeszcze na relaksacyjny masaż? 🙂 

 

 

 

 

 

 


Taniec brzucha

Wyniki badań perfect, serduszko podsłuchane, skierowanie na kolejne badanie krwi i można spokojnie czekać dalej 🙂 Oczywiście nikt nie powiedział, że mam tylko leżeć i pachnieć..więc poszłam sobie na spacer, posiedziałam trochę w słońcu przy placu zabaw dla dzieci i przy okazji kupiłam warzywka i owoce na rynku. W piątkowy wieczór Mężulek miał służbową imprezę integracyjną, połączoną z kolacją w restauracji i wypadem do klubu z kumplami. Ja za to obejrzałam dwa babskie filmy i zbierałam siły na sobotnie wyjście.


Dostaliśmy zaproszenie na 30-te urodziny koleżanki Katariny. Jej mąż wraz z jej siostrą od dłuższego czasu przygotowywali przyjęcie niespodziankę w wynajętej sali szkoły tańca. Przywieźli stół, krzesła, przybyła młodzieżowa część rodziny, przyjaciele i znajomi i każdy przyniósł ze sobą coś na ząb – my zrobiliśmy sałatkę z tortellini. Tajemnicę udało się utrzymać do ostatniej chwili, choć podobno to było najtrudniejsze. Musieli się mocno nakombinować, żeby jubilatka się nie zorientowała i nie wparowała do siostry, gdzie przygotowywana była zapiekanka i składowane napoje wyskokowe i te bez procentów 😉 Grunt, że wszystko się udało, Kaśka myślała że idzie na kolację z mężem, a potem do klubu potańczyć.. wzruszyła się niesamowicie kiedy weszła do sali, a tu krzyk NIESPODZIANKAAA! i odpalany tort na jej cześć.

 

 

 

 

 

tort Katariny

 

  

 

 

 

Potem życzenia, prezenty, wyżerka i tańce. O dziwo miałam i chęć i siły, żeby się trochę na parkiecie poruszać. Brzucho szło wprawdzie w pierwszej kolejności i trudno było mnie już objąć, ale grunt, że potańcowałam, bo mi tego brakowało. Ostatnio tańczyliśmy na naszym ślubie, no i może trochę tupania było na koncercie Ani Wyszkoni, Snapu i Kayah. Tymczasem dziś już powrót do oczekiwanej życiowej roli i z tej okazji nareszcie kupiliśmy łóżeczko (z olx było tańsze o 100 zł, warto tam zaglądać). Teraz trzeba upolować nowy materac no i najważniejsze – …..urodzić i miękko wylądować na szczycie naszego rodzinnego świata 🙂