Etap

Wyjście we dwoje zaklepane, rezerwacja w kinie zrobiona!  Choć jeszcze nie dostępna dla tak zwanych zwykłych szaraczków, czyli i dla nas też. Przydała się jednak znajomość z córką koleżanki, która w kinie pracuje. Czasem dobrze mieć dojście, zwłaszcza jak zależy nam na wyjściu do kina w taki dzień jak Walentynki, gdzie obłożenie będzie ogromne. Teraz wszystko w rękach naszego dziecka 😉 Najważniejsze, żeby był zdrowy. A punkt drugi dotyczy jego możliwości przebywania poza mamą i tatą. Nie wiem czy to teraz efekt pojawiającego się 9 zęba, bo ten się już przebił. Czy może kolejny etap rozwoju emocjonalnego? Ale wieczorem od dwóch dni mamy wręcz histerię, jak tylko znikam mu z oczu. Mąż nie jest w stanie go wyciszyć, ani bawiąc się, ani przytulając. Nic kompletnie nie pomaga. Wczoraj niby wszystko było ok, póki byłam przy nim. Najedzony, wybawiony, uśmiechnięty, a jak tylko wyszłam się umyć to płacz wręcz zawodzący, rozpaczliwy. Nie do uspokojenia przez nikogo prócz mnie. 

 

Pamiętam jak kiedyś zazdrościłam dzieciatym koleżankom, że dziecko garnie się tylko do nich. Że nie chce na ręce do nikogo obcego, że tylko mama i kropka. No to teraz mam 😉

 

Za to zaczął nam regularnie spać popołudniami i to pełne dwie godziny. Jakaś to radość w weekend, kiedy można takie dwie godziny zagospodarować sobie tylko dla nas. Wszelkie prace domowe i porządkowe staramy się robić przed drzemką. W sobotę więc ruszyłam do boju korzystając, że moi kochani panowie wyszli na spacer. Zrobiłam pranie, wypucowałam łazienkę i utknęłam w kuchni przy tworzeniu kotletów z piersi kurczaka. Postanowiłam w tygodniu zająć się zupami, a na weekend serwować coś mięsnego. Po prostu przy Małym łatwiej mi ugotować jednogarnkową zupę, niż rozbijać mięso, panierować, czy kulać kotlety mielone i bawić się z gulaszem. Do tego trzeba mieć jednak czas i swobodę poruszania się po kuchni.

 

W trakcie drzemki wrzuciliśmy na ekran „Spectre”, o którym było szumnie, dumnie i z pompą. Tymczasem my wynudziliśmy się, na tej części Bonda, niezmiernie. Byłam rozczarowana dłużyznami, zmęczyłam się oczekiwaniem na akcję. A jak już się doczekałam, okazało się, że brak w tej akcji emocji. Jest płytko, banalnie, podobnie jak i z „wielką” miłością Bonda. Szkoda, bo jak to mówią, mężczyznę poznaje się po tym jak kończy 😉 A Bond miał kiepskie zakończenie. I nie chodzi już nawet o to, że Daniel Craig kompletnie nie podchodzi mi pod tę rolę. Po prostu kiedyś było z klasą, z humorem, z pasją i jak się słyszało kwestię „My name is Bond, James Bond” to aż ciary szły po plecach.

 

 

 

 

 

 

 

Na pocieszenie wybrałam się dzisiaj na łyżwy 🙂 Dzieć nasz kochany na godzinkę został z Dziadkami i Wujkiem, Mężu skorzystał z darowanego czasu i zajął się podmianą wody w akwarium. A ja ruszyłam na lodowisko.

 

 

 

 

my skates

 

 

 

 

Byłam sama, gdyż znajomym termin nie pasował, każdy już miał coś w planach, a trzy koleżanki regenerowały się po imprezach. Nic to, jazda na łyżwach sprawia mi taką frajdę, że mogę sunąć i sama. Stwierdziłam, że oprócz przyjemności, mam niesamowity sentyment do tego rodzaju aktywności. Przypomina mi się, jak za czasów dziecięcych i nastoletnich byłam częstym gościem na miastowym Lodogryfie. Muzyka z głośników, znajomi, przekrzykiwania się, trenowanie jazdy tyłem, jaskółki, robienie „beczek”, czy próby piruetów. Zawsze dużo śmiechu, zimowa aura i o dziwo mimo iż nie ma już Lodogryfu, a tamci znajomi zniknęli w życiowych odmętach, to radość z jazdy na łyżwach mi pozostała 🙂 Przy okazji mogłam sobie pooglądać trochę śniegu na instalacji, (tak mało tego śniegu tej zimy, że i tyle dobre) i z zaróżowionymi od jazdy policzkami wjechać w kolejny tydzień.

 

 

 

 

na biało

Różnica cen

Z rana moce jeszcze są, można się zmobilizować i do spaceru i do działań domowych. Pranie więc już zdjęte i następne czeka w kolejce. Zabawki posprzątane, obiad na dziś jest. Po południu są nawet siły by pojechać na lody czy nacieszyć dziecko wszelkimi formułami, pociągami czy helikopterem. Wsiada Mały do tegoż i dawaj kręcić kierownicą i naciskać guziki. Cieszy się, piszczy, kuca, sięga do światełek i powoli oswaja się z tym, że owe sprzęty się ruszają i może pojechać. Z lataniem jeszcze nie ten czas 😉 


Za to wieczorem wszystko zależy jak szybko zaśnie, jeśli mamy szczęście i jest 22 to nawet i film się obejrzy, albo w necie pobuszuje. Jeśli drzemka popołudniowa przesunęła się na 16 to i o 24 zasnąć potrafi. A wtedy wszystko jest do góry nogami. Wczoraj szybko szłam na spacer, połączony z zakupami, żeby po późnej drzemce udało się dojechać do Dziadków, gdzie i mój Brat zawitał. Czas się skurczył do dwóch godzin wizyty z hakiem. Choć zdecydowanie posiedziałabym dłużej.

 

Ale nic to, rano zdążyłam zajrzeć jeszcze do nowo otwartej apteki, zakupiłam na zapas krople do nosa dla Dziecia. Cena była wręcz nieprawdopodobna, 12,99 za krople które kiedyś kosztowały mnie 20 zł. Z ciekawości zajrzałam do innej apteki po drodze i tam moje zdziwienie – te same krople po 25 zł! Toż to drugie tyle niż zapłaciłam. I wcale w tej pierwszej aptece nie było promocji. Jak to jednak trzeba szukać dobrych ofert, bo nie warto przepłacać.. Można na ten przykład poszukać czegoś na olx. Ostatnio głównie coś wystawiam i nawet tym sposobem pozbyliśmy się żelazka i nowych ślubnych butów, za dużych dla mnie, a niosących radość przyszłej pannie młodej. Teraz planuję dorzucić do ofert nie noszoną sukienkę i legginsy z za niskim stanem, też nówki.

Można też, od czasu do czasu, zajrzeć do ciuszka (sobie zgodnie z planem już nic nie kupuję!), by nabyć tam fajne spodnie dżinsowe, dwie ekstra koszulki i piżamę dla Syna, a wszystko to za całe 5 zł (po czym w gazetce reklamowej, zobaczyć, że jedna z tych rzeczy kosztuje 20 zł, albo i 60 jeśli chodzi o spodnie)  🙂 

 

 

 


 cool

 

 

 


Później spacerem, z Amelkami, dotarłam po pocztę do Beaty. Dziewczyny zajmowały mi Syna na dole – co przestaje być takie proste, bo wszedł w etap płaczu, gdy tylko mama znika z pola widzenia. Wszystko poza nim muszę więc robić ekspresowo, a najlepiej przy otwartych drzwiach 😉 Nie ma lekko i trzeba to przetrwać, znikając na krótkie chwile i coraz częstsze. Tym bardziej, że powoli planujemy walentynkowe wyjście do kina. Ostatnim razem poszło bez problemu, wręcz wszyscy byli zadowoleni. Mały się bawił bez płaczu, Dziadkowie zachwyceni jaki grzeczny, a my zrelaksowani na filmie. Oby i teraz się udało, bo naprawdę mi brakuje wyjść we dwoje – choć raz na jakiś czas..

Po podróży

Można powiedzieć, że czterodniowe świętowanie dnia Babci i Dziadka mamy za sobą. Czekoladki pochłonięte, zabawy z Małym od rana do wieczora przeżyte ( znaczy dziadki przeżyli, bo Synowi i tak ciągle mało) 😉 Popołudnie u moich Rodziców na dodatek pełne pogaduch. Tata zrobił już wstępną rezerwację do domków nad naszym jeziorem. Jakże to dodaje energii, kiedy zima jeszcze w pełni (choć obecnie coś jesiennie się zrobiło, na plusie i z deszczem), a już można sobie pomarzyć o wczasach w lesie i na plaży. Oczywiście to tylko plany, a i tak najważniejsze, żeby Syn był w tym czasie zdrowy. Katar jeszcze trwa, na szczęście już dużo mniejszy i pozwalający spać w nocy. Co za tym idzie, noce ostatnio dobre. Było nawet 6 godzin jednym ciągiem, więc można rzec – luksus! 

 

Podróż do Zosi przebiegła już w nowym foteliku, w tamtą stronę nie było lekko. Pasy trzymają tu stabilniej niż w nosidełku i Mały nie ma zbyt wiele możliwości ruchu. Ani się pochylić, ani sięgnąć po zabawkę. Rozpiąć się też nie ma jak, mimo wielu prób naciskania mocowania pasów 😉 Obawiam się, że za jakiś czas nie będzie to stanowiło problemu i oby wtedy posłuchał dobrej rady..

Tak czy siak o spaniu w drodze nie było mowy, dojechaliśmy wszyscy wymęczeni. My hałasem i marudzeniem pierworodnego, a on narzekający na niewyspanie. Na dokładkę po powitaniach z Zosią i Tomkiem, oraz oczywiście ze zwierzakami, spanie odsunęło się o kolejną godzinę. Za to jak już zasnął, to wreszcie można było odsapnąć. Pogadać, zjeść obiad i ogarnąć się trochę po podróży.

 

 

 

 

zimą pod kocem najlepiej

 

 


Babcia przejęła później stery, a my mogliśmy pooglądać sobie Cejrowskiego w akcji. Bardzo lubię jego programy podróżnicze, a że jestem teraz na etapie czytania kolejnej książki ( po „Gringo wśród dzikich plemion” – „Rio Anaconda”), to wszystko mam powiązane. Łącznie z zewem podróży, który włącza mi się za każdym razem, kiedy się tak naoglądam i naczytam.. 

 

Wieczorem wspaniała wiadomość, Sylwia już urodziła synka! :)) Na dzień przed wyznaczonym terminem, idealnie donoszony i zdrowy jak rydz. Mikołaj ma się dobrze, a jego zdjęcie szybko obiegło świat znajomych, wujków i ciocie. Cieszymy się bardzo jej szczęściem i już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy jechać obejrzeć mamuśkę i małą dzidzię w domu. Początki jak wiadomo są jednak trudne i musi minąć trochę czasu zanim młodzi rodzice oswoją się z nową sytuacją. Dadzą radę.

 

Sobotni wieczór spędziłam, prócz oczywiście zabaw z Dzieciem, które kończą się niesamowitym bałaganem i zniesmaczoną miną kota, w którego królestwie zapanował chaos…

 

 

 

 

hmm?


 

 

 

na pogaduchach z Zosią i Tomkiem, gdyż Mężu dostał wychodne na piwko ze szkolnymi kumplami. W międzyczasie za to mogłam obejrzeć sympatyczny, lekki film z Ashtonem Kutcherem (Bożeno czy i on brzyydal?? 😉 )

 

 

 

 


 

 

Niedziela upłynęła bardzo szybko, pojechaliśmy na cmentarz zapalić znicz w intencji Dziadków Męża, potem do Damiana na krótkie pogaduchy. Zaraz potem był obiad i trzeba się było szybko zbierać, żeby Syn tym razem grzecznie zasnął w aucie.. co z ochotą uczynił gdy tylko ruszyliśmy. Podróż przy dźwiękach cicho grającego radia ma ogromne zalety. A jeszcze jak się ją zakończy przy pizzy hawajskiej (ja) i kiełbaska z podwójnym serem (Monż), to od razu człek nabiera mocy. Ale moc o 23-ciej po takim maratonie się wyczerpuje i pozostaje dołączyć do śpiącego malucha, by w poniedziałek znaleźć siły na pranie, gotowanie i sprzątanie codziennego bałaganu. Powodzenia na nowy tydzień!

Dziadzie

Nie wiem czy to po zimowych spacerach, czy jeszcze efekt poszczepionkowy, ale znowu u Smyka katar. Tym razem mniej wodnisty, a co za tym idzie, bardziej zatykający i trudniejszy do usunięcia. Witamina C i calcium w syropie podawane są codziennie, bo nic innego tu chyba podać nie można. A nie. Doszła jeszcze maść majerankowa smarowana pod nosem. I oby jak najszybciej szło na poprawę, bo szykuje się wyprawa do babci Zosi z okazji świątecznej jaka nadejszła.

 

Do moich Rodziców wybieramy się dzisiaj, Mały już się uśmiecha kiedy tylko słyszy słowa „jedziemy do Dziadziów” 🙂 Dziadzie są fajne, można się z nimi pobawić, na wiele pozwalają, noszą na rękach – mimo protestu mamuśki z obolałym kręgosłupem i o dziwo mimo ich bolących pleców. Te zabawy powodują przy okazji niezły bałagan, bo w każdym miejscu gdzie Wnuk, pojawia się za nim sterta porozrzucanych różności. Od samochodów, poprzez podarte kartki Echa, puzzle w kawałkach, niezidentyfikowane kółka, figurki z jajek niespodzianek, kosmiczny zegarek czy wiaderko pamiętające jeszcze czasy moich i brata zabaw nad morzem.

 

U nas natomiast furorę robią ostatnio „przyklejki” montowane na dolnej części, umorusanej niemożliwie, szyby od drzwi balkonowych. Szyby czyścić nie ma sensu, bo odciski łapek, palców, nosa i owych przyklejek pojawiają się tam regularnie co pięć minut. 

 

 

 

 

przyklejki w gotowości

 

 

 

Już nawet nie zliczę ile razy dziennie należy wyławiać je spod kanapy, spod choinki, tudzież szukać ich w zakamarkach pod kaloryferem. A ile śmiechu, kiedy Mały kładzie się na brzuchu i zagląda pod kanapę idąc naszym śladem. Taki mały ludzik, a jak już wiele umie i ile każdego dnia przyswaja gestów czy znaczeń. Na słowa „ojojoj” łapie się za policzki lub głowę (zależy gdzie akurat trafi) i kręci nią na boki. Wita się z rybkami machając do nich przyjaźnie ręką. Dojeżdżając pociągiem do lodówki puka w drzwiczki, a ostatnio hitem są wygłupy przy lustrze. Robienie różnych min, rozpinanie zamka od bluzy, zaglądanie do rękawa, czy przesuwanie się na brzuchu do lustra lub od niego i to w dużym tempie. Pocieszne są te wszystkie gesty, a i wzruszające kiedy przychodzi się przytulić, obejmuje nasze twarze i zagląda prosto w oczy. Słodziak jeden 🙂 Oczywiście dla równowagi potem rozrabia i pokrzykuje. Dlatego, zaraz po obiedzie, jedziemy wraz z czekoladkami uszczęśliwiać Dziadziów. Niech też poczują ten wulkan energii 😉

Łyżwy i nowe kroki!

Ależ emocji przez te kilka dni, aż nie wiadomo od czego zacząć..

Synek pierwszy raz zasnął nie przy mleku, tylko przy misiu 🙂 Oczywiście swoją porcję wypił, ale później ruszył do zabawy, by po pół godzinki przytulić się do poduszki, miśka pod pachę i powoli oczy mu się zamknęły. Pozostało pozbierać po ciuchu zabawki, przykryć kocem i voila.. Dobrze by było, jakby częściej tak mu się zdarzało, to łatwiej będzie go od piersi odstawić.

 

Zima nam się zrobiła piękna, śniegu napadało i słońce świeci od rana. Aż się chętnie na spacery chodzi, a że Amelki nadal nam towarzyszą więc jest czas pogadać. Mała skończyła już roczek i też rośnie jak na drożdżach. Nasz Szkrabek w piątek ruszył pierwszy raz do przodu! Trzymany za ręce robi już pierwsze kroki nie tylko bokiem, przy kanapie, ale idzie jak się patrzy 🙂 Jeszcze krok niepewny i chwiejny, ale zdecydowanie śmiga w przód i bardzo mu się ta forma podoba. Nam też, choć zaczynam już się obawiać upadków i obijania się o meble 😉 Mam nadzieję, że ten etap przejdzie jakoś w miarę bezboleśnie.

 

W piątek też, na trzy raty udało nam się obejrzeć „Mission: Impossible – Rogue Nation” tak, żeby po „Listach do M2” Mężu miał trochę sensacji. Nawet się wciągnęłam w akcję i spodobało mi się na tyle, że na następny seans domowy wybraliśmy „Creed: Narodziny legendy” z Sylwestrem Stallone. Może w nowym tygodniu znajdzie się trochę czasu na film..

 

 

 

 

 


 

Za to w sobotę, po spacerze w parku, zawiozłam Małego do Dziadków i po nakarmieniu go obiadem własnego wyrobu – marchew, pietruszka, cebulka, seler, płatki jęczmienne i mięso z indyka plus poszatkowany gotowany burak – wyskoczyłam wreszcie na upragnione łyżwy :)) Cieszyłam się jak dziecko, zawiązałam moje bialutkie figurówki, nałożyłam getry, pluszową czapę i razem z Kasią ruszyłyśmy na lód. Obie po ponad dwóch latach przerwy. Najpierw niepewnie, drobnym krokiem sunącym, a później jak się rozhulałam, to usłyszałam tylko stwierdzenie – „Ty to tak śmigasz, że chyba z łyżew przez te dwa lata w ogóle nie wychodziłaś!” 😉

 

 

 

 

na łyżwy 

 

 

 

Fakt, jak złapałam wiatr w płozy, to szusowałam pędem i tylko trzeba było uważać na chwiejące się persony, wywracające się dzieci i pingwinki do nauki jazdy.. Swoją drogą świetna sprawa te pingwiny na nartach, będzie możliwość nauczyć kiedyś Syna poruszania się po lodzie. Fotka trochę niewyraźna, ale robiłam ją w locie, przejeżdżając obok uczącego się smyka..

 

 

 

 

pik pok

 

 

 

A dziś już po małych zakupach i wreszcie po odebraniu fotelika, przybył w kolorze zamówionym, więc można odetchnąć i ruszyć na kolejny zimowy spacer po śniegu 🙂 

Fotelik i łyżwiarska myśl

Mężu po trzech tygodniach wrócił do pracy, trzeba było znowu przestawić się na inny system działania przy dziecku. Nie ma swobody przy robieniu śniadania i przy porannym myciu 😉 tak muszę teraz kombinować, żeby wszystko grało, choć kolejność działań bywa zaskakująca. Na szczęście tylko do jakiejś godziny, w zależności od zmiany. Ale wiadomo, że zajmowanie się Małym we dwoje było o wiele łatwiejsze. Grunt, że po drzemkach obu moich chłopaków, miałam czas na zakupy – trzeba było zapełnić echo w lodówce na nowy tydzień. Choć dwa dni temu w ogóle z domu nie wychodziłam, bo po szczepieniu u Dziecia pojawiła się gorączka. Trwała dwa dni i w pierwszy, przyznaję, trochę spanikowaliśmy. Było 38,8 i zdecydowaliśmy się na paracetamol. Może niepotrzebnie, bo przecież organizm powinien sam sobie ze szczepionką poradzić, nabrać mocy i odporności. Ale Mały był tak rozpalony, że już się wystraszyliśmy.. Na drugi dzień gorączka była mniejsza i lek odstawiony. 

 

Dziś już wszystko dobrze, a nawet zaskoczenie, bo pierwszy raz nasze dzieciątko zasnęło sobie samo. Owszem przytulałam, mleka się napił, ale potem wstał jeszcze do zabawy i dopiero po pół godzinie zasnął przy misiu 🙂 Całkiem możliwe, że za jakiś czas uda mi się bezboleśnie odstawić karmienie naturalne. Nawet nocą była ciągłość spania prawie 5 godzin. To już można, jak dla mnie, nazwać NOCĄ PRZESPANĄ. Uff nareszcie..

 

 

Temat fotelika zamknięty, decyzja zapadła na zakresie 9-36 kilo i już tylko czekamy na dostawę. Najlepszy motyw, że wybrałam kolor najciemniejszy z możliwych – wiadomo, żeby uniknąć plam – i wszyscy mieli to samo podejście, bo kolor wyszedł. Trzeba było zmieniać sklep, a dla bezpieczeństwa kupować za pobraniem, bo nie wiadomo, czy czasem nie przyślą czerwonego. Siedzę teraz pod telefonem, w pogotowiu i ze zdjętą słuchawką z domofonu, żeby mi kurier dziecka nie obudził.

 

 

Za to wczoraj miałam wychodne – spotkałam się z dziewczynami na zapowiadane pogaduchy u Hani. Ależ było fajnie, sympatycznie i tak jakoś blisko.. choć nie ze wszystkimi babkami znam się tak dobrze, jak z Hanią czy z Sylwią. Ale właśnie takie spędy sprawiają, że się lepiej poznajemy. Momentami opowieści były mocno intymne, wiadomo, jak to kobiety zaczną temat o facetach 😉 Było i o porodach (aż Dorota, która jeszcze nie rodziła, trochę zbladła) i o dzieciach oczywiście na okrągło. A przy tym nareszcie miałam trzy godziny luzu, by pomalować te moje krótkie pazurki i by zdążyły wyschnąć. Skoro już mają być krótkie, to niech będą krótkie w śliwkowo-wiśniowym kolorze. Jak mi kolor dotrwa do weekendu, to będę zadawać szyku i wskoczę w jakąś inną kreację niż leginsy i długi sweter. Chociaż akurat owo zestawienie będzie idealne, jeśli wreszcie wybierzemy się z Kasią, na umawiane od dawna łyżwy. Rok temu, po porodzie, na łyżwy było zdecydowanie za wcześnie. Choć z utęsknieniem patrzyłam na jeżdżących przez płot lodowiska. Tym razem musi się udać, bo i łyżwy czekają i moje ocieplane getry specjalnie do nich dokupione. Niech no choć raz je założę i to nic, że owocowe pazurki schowa się w rękawiczkach – chcę na łyżwy!

 

 

 

Lata 80’te

Niby tylko trzy dni od ostatniego wpisu, a każdego dnia coś nowego. Załapałam się na obecne duże wyprzedaże i zrobiłam Małemu trochę zapasu w kosmetykach do kąpieli i smarowania. Zamiast Emolium zagościła u nas wreszcie Ziajka, jest taniej, a skóra przyjęła tę zmianę bardzo dobrze. Mam nadzieję, że można odetchnąć i że nie wrócą skórne problemy. Hm musi jedynie zniknąć tych kilka krostek, które jednak po szczepieniu się pojawiły. Będzie dobrze.

 

Od kilku dni próbowałam umówić się z Sylwią na przekazanie kolejnych rzeczy do jej wyprawki. Trudniej się z nią spotkać niż z królową angielską 😉 Trzy tygodnie przed porodem, a ona wiecznie gdzieś lata i mimo urlopu jeszcze w pracy na 6 godzin potrafi ugrzęznąć. W jeden dzień nie udało się trafić u nich w domu, w kolejny nie dojechali do nas i tak ganiałam ją po mieście. W końcu spotkałyśmy się przy marketowym parkingu. Nastąpił przekaz stelaża pod wanienkę, z bagażnika do bagażnika. Do tego kilka drobiazgów które przydadzą się na start, śpiworek do wózka i kateter, który oby nie był im potrzebny. Podgrzewacz do butelek podrzucę jej przy kolejnym spotkaniu. Tym razem ma być łatwiej, bo umówione jesteśmy na babskie pogaduchy u Hani 🙂

 

Jak już przy wizytach jestem, chrzestna naszego Smyka zaprosiła nas na obiado-kolację i oglądanie rodzinnych czarno-białych zdjęć. Uwielbiam takie wspomnienia i opowieści. A przy okazji trochę odpoczęliśmy, bo ciocia wraz z Męża kuzynem mieli frajdę w zabawianiu Małego. 


Oprócz starych zdjęć, wzięło mnie na wspomnienia muzyczne. Ania się do tego przyczyniła, swoim kolonijnym wierszem z walizką 😉 Byłam tylko na jednej kolonii, bo później już każde wakacje spędzaliśmy nad jeziorem pod namiotem i pewnie dlatego zapamiętałam ją tak dobrze. Pamiętam te cowieczorne dyskoteki, strojenie się koleżanek, pierwsze trzymanie za rękę i muzykę, która ciągle mi gdzieś tam w duszy gra. Wprawdzie muzyczne upodobania różnie mi się na przestrzeni lat zmieniały, ale jednak ta baza Modern Talking, Bad Boys Blue, Abba czy C.C. Catch pozostała. Ależ mi się do tego wspaniale tańczyło i nadal lubię się bawić przy latach 80’tych. Później DM, The Cure, Kraftwerk, Maanam, trochę naszego rocka, trochę mocniejszych brzmień, aż po funky electro.. i tak to muzyka kręci się przy mnie, a ja wraz z nią. I jakże miło powspominać te stare przeboje

 

 

 

 

 

 

Tymczasem dzisiaj było też muzycznie, ale można rzec bardziej chóralnie. Mama miała kolejny występ, wraz z kilkunastoma innymi chórami. Śpiewano jeszcze kolędy i choć po czasie, to wzruszałam się jak i na Święta. Mały spoglądał na śpiewających, ciekawie patrzył jak wszyscy biją brawo – przecież on też to już potrafi! A później u Dziadków dokazywał przy zabawkach i co chwilę chciał coś zajadać. Cieszę się, że apetyt mu dopisuje i że powoli normują nam się pory jedzenia i spania. Tak, z tym spaniem to duża ulga, bo już i 4 godziny ciągłego snu udaje mi się załapać. Doceniam bardzo i korzystam z każdej minuty.


 

Dopisek dn. 11,01,2016r

Wspomnienia o dawnych przebojach splotły się z wieścią o odejściu charyzmatycznego artysty.. Dawid Bowie również tworzył moją muzyczną ścieżkę, szokował stylem, kreował niesamowite postaci w swoich teledyskach, był nowatorski i choć jego utwory nie poszły z czasem w moją stronę, to na pewno zostanie niezapomniany..