Słońce wracaj

Cieszę się, że te letnie dni udało się spędzić nad morzem i w plenerze. Złapaliśmy najlepszą pogodę wyciskając z niej ciepłe promyki. Od wczoraj znów jesień, ochłodzenie i mżawka od rana ale i tak czuć, że wiosna przybyła pełną parą. Także kwiaty w skrzynkach posadziłam, a czy wyrosną, z czasem się okaże. W parku nad morzem rosną pięknie, widać klimat im tam sprzyja..

Dość intensywny był ten tydzień, pod względem załatwiania spraw samochodowych w urzędzie, zakupów, wizyty w przychodni (ciąg dalszy tematu kręgosłupa) i ogarniania balkonu. Trafiły się też dwa nieplanowane spotkania z dziewczynami od kolegów syna i dwa planowane z moimi babeczkami. Jeden długi spacer uwieńczony zakupem ślubnych kartek i spotkanie na placu zabaw z trójką maluchów, już w ramach imienin Małego. Potem jechałam z nim jeszcze do dziadków, by i oni mogli wnuczka wyściskać, a na koniec do Brata po odbiór zamówionych maści i szamponów z gemini. Wraz z nastaniem krótkich spodenek zaczęły się u dziecięcia podrapane kolana, stłuczenie nogi po skoku z drzewa (jeszcze tak niedawno chodzić nie umiał!) i jakieś uczulenie, po tym jak kumple poczęstowali gumą do żucia. Natomiast na moje nogi zakupiłam sobie do wypróbowania depilator IPL, choć dopiero na jesień zacznę go stosować. Po świetlnych impulsach jak wiadomo opalanie odpada, a przy moim trybie, słońca latem nie uniknę. Niech no tylko to słońce się nie wygłupia i szybko do nas wraca. Miłego weekendu:)

Czas

Po szczepieniu u Taty wszystko ok, u Mamy w nocy pojawiła się gorączka, ale nad ranem już było dobrze. Teraz obserwacja kilka dni, czy głowa nie boli i nic się nie dzieje, ale już jesteśmy spokojniejsi. W punkcie szczepień ponoć tłumy, niektórzy przychodzili pół godziny wcześniej i kłębili się, narażając wzajemnie na wirusową wymianę. Pilnujący porządku wojskowi nie do końca dawali radę opanować ten chaos. Ale jakoś cała akcja powoli idzie do przodu, choć chyba na efekty dłuugo poczekamy..

Odliczamy wraz z zegarem na Zamku Książąt Pomorskich i pamiętamy o przestawieniu zegarków

A w tym czekaniu życie toczy się dalej, przedszkola i szkoły od poniedziałku znów pozamykane, gospodarka pada i potrzebuje reanimacji, ale cóż my możemy.. Chyba tylko zająć się swoim domem i ogródkiem. Oprócz przechowanych zimą kwiatów, muszę zreanimować też swoje włosy. Lecą ostatnio jak szalone i nasz Robek sprzątający ma z nimi dużo roboty. Wkręcają się w kółka i trzeba pilnować, żeby się nie zaciął. Małego zdążyłam zapisać do fryzjera, przed kolejnym zamknięciem owych przybytków. Pani Maria była pewna, że będą działać normalnie, a tu klops. Znowu na święta fryzjerstwo przeniesie się do domów i za zamknięte żaluzje. Moja fryzurka wymagałaby odświeżenia, ale nie wiem co robić, bo dłuższy włos mógłby się przydać do eleganckiego upięcia na majowy ślub Brata (celebrowany w imieniu gości pod drzwiami urzędu) i pozostałe dwa śluby, które mam nadzieję dojdą do skutku. Tylko do owego upięcia jednak fachowiec potrzebny. Ale bądźmy dobrej myśli, ponoć od 10 kwietnia wirus będzie w odwodzie (tia).

Ostatki

Sankowe szaleństwo w weekend było chyba ostatnim tej zimy, za dnia już u nas na plusie a i deszcz od rana leje się strumieniami. Choć jeszcze w nocy z poniedziałku, na wtorek porządnie śniegiem sypnęło..

Chociaż nie raz człek mocno zmarzł, to jednak dla dziecka w takim śniegu zabawa była najlepsza. Dlatego cieszę się, że na prawdziwą zimę w tym roku się załapaliśmy. Wyjazd w góry odpadł, ale mogliśmy przynajmniej na naszej parkowej górze pośmigać..

Rodzice spędzili niedzielę w lesie świętując przez trzy godziny, przy okazji spotkania ze znajomymi, Ostatki. Ponoć były nawet tańce, których ich grupie tanecznej bardzo już brakuje. Czacza czy samba w śniegu może nie miały warunków do rozwinięcia się, ale dla chcącego nic trudnego. Na sankach tancerze nie zjeżdżali, ale mogli sobie przy okazji pooglądać zimę w pełni..

Potańczyli, pośpiewali i pora rozpoczynać okres wielkiego postu. Mama z tej okazji wzięła się za dietę, ograniczyła pieczywo, tłuste jedzenie i słodkości, od których i ja trochę uwolnić się muszę. Będzie teraz większa mobilizacja i na pewno przyda się na czas letni, pod planowane sukienki i dwa śluby (czy wesela, zależy od wirusowych obostrzeń). Na razie jem mniej mięsa, wędlin i żółtego sera, zamieniłam go na twaróg i mozzarellę. Do smarowania chleba częściej hummus, gotuję różne kasze, lekkie zupy, na śniadanie jem owsiankę lub kaszę manną z płatkami, orzechami czy ziarnami słonecznika. Planuję jeść buraki, fasolkę – ostatnio przeze mnie zapomniane, a zamiast słodyczy, owoce. Zobaczymy, jak długo wytrwam, choć docelowo chciałabym, by lżejsze menu stało się częścią codzienności, a nie tylko zrywem od czasu do czasu. Ćwiczenia na kręgosłup wykonuję już kilka razy w tygodniu i wręcz czuję różnicę, gdy przestaję je robić. Także wiem, że można się zmobilizować do zdrowszego trybu życia, zarówno w menu, jak i w ćwiczeniach. Trzeba tylko mocno chcieć i swoją (słabą) silną wolę nagiąć do postawionego sobie celu.

Szlachetne zdrowie

Zanim bliżej lub dalej, jesteśmy tu i teraz. Z wieści mniej przyjemnych, odebrałam niedawno bliską znajomą ze szpitala. I żaden tam covid. Winna była – suszona morela. Tak. Jak widać suszone owoce mogą być przyczyną poważnej operacji, połączonej z usunięciem kawałka jelita. Nieprzetrawiony skrawek (może też być pestka z winogron lub czereśni) dostaje się dalej, przykleja do ścianki, tworzy zator i puchnie. Nawet do wielkości piłki ping-pongowej. Koszmar, leczenie wielkiej rany i długi powrót do formy.

Do formy natomiast nie wróci już pewien bezdomny. I tym razem nie owoc, a choroby wewnętrzne, brak dbania o zdrowie, higieny, lekarskiej opieki i zapewne też zimna. Pozostały po nim znicze, na murze. W miejscu, gdzie siadywał od wielu lat. Ponoć od dwudziestu. Człowiek, który kiedyś miał dobre życie. Wysoki, postawny, pracujący za młodu jako rehabilitant sportowców. Była żona, córka. I niestety, do kompletu z tym wszystkim cholerny alkohol. Niszczący po drodze niejedno już życie i niejedną rodzinę. Przechodząc obok zawsze się go trochę obawiałam, choć nikogo nie zaczepiał i krzywdy nikomu nie robił. Starzy znajomi to z nim wypili, to dali na bułkę, przywitali się, pogadali. Był człowiek i nie ma człowieka. Niestety została po nim dawno już rozbita rodzina i dziecko (co z tego, że dorosłe), które do końca życia będzie nosić w sobie wspomnienie pijanego ojca. I te znicze na murze, takie wymowne..

Tymczasem życie toczy się dalej, po podróży prania porobione, choinka i wszelkie świąteczne ozdoby do spakowania. Luty się rozkręca z minusową temperaturą, ale ponoć od połowy miesiąca powrót plusów. Galerie znowu otwarte, choć gdyby nie cynk o cennej roślinie do akwarium pewnie bym tam jeszcze nie zawitała, dopiero za tydzień na umówiony szoping. Akcja była szybka, żeby tłumów uniknąć, ale jednak po drodze złapałam kurtkę dla Małego na następną zimę. Wyprzedaże towaru trwają i teraz naprawdę mają wymiar prawdziwej wyprzedaży do 70%. Sklepy zawalone są towarem, który powinien zejść zanim wiosna nastanie. Ale zanim ona, trochę jeszcze zimy przed nami. Trzeba uważać na poślizgi, wskoczyć w ocieplane buty, nafutrować się witaminą C, probiotykami, owinąć szyję szalikiem i ruszyć w plenery, póki widoki niesamowite. Dużo zdrowia i spokojnego weekendu.

Na jarmarku

Dużym zaskoczeniem był fakt, że Jarmark Bożonarodzeniowy został w ogóle przygotowany. Nie wiem na jakiej zasadzie wydano pozwolenie, ale widać było, że ludzie mimo obaw odwiedzali plac ze stoiskami. My zawitaliśmy tam tylko na chwilę i oczywiście w maskach. Zabrakło przepięknej karuzeli weneckiej i pociągu dla dzieci, ale to akurat dobrze. Za to, jak co roku stanęła na miejscu duża, oświetlona od góry do dołu choinka..

Były stoiska ze smakołykami, pierogami, bigosem, z gorącą herbatą czy grzanym winem, oczywiście na wynos, bez stolików. Było też dużo ozdób, świeczników, bombek i ozdobnych pierników. Światełka i choinki dodawały całości klimatu..

A we mnie ta namiastka świąteczna obudziła trochę radości. Wiem, że ta radość taka bardziej przytłumiona, bo o zachorowaniach nadal się pamięta, maski obowiązkowo nosi i odległość stara trzymać. Ale taka dająca nadzieję, że może za rok będzie lepiej, normalniej. Już tak bardzo każdy tego chce. I tęskni się za swobodą, za podróżowaniem i za spotkaniami w pełnym gronie, bez limitów. Zdrowie jednak najważniejsze, a to coś mnie ostatnio od strony okulistycznej i dermatologicznej dopada. Skierowania mam pobrane i zaskakująco dermatologa udało się umówić na ten piątek. Ale żeby nie było tak pięknie, okulista ma termin dopiero w sierpniu. Czeka mnie jeszcze rehabilitacja kręgosłupa, ale to na pewno w nowym roku. Także na razie skupiam się na tym, co już i dostępne, a świątecznego nastroju nie będę sobie umniejszać. Choinka rozświetlona, lampki wszędzie powłączane, ozdoby cieszą oko i odliczanie rozpoczęte.

Zwierciadło duszy

Skierowanie do okulisty odebrane, termin wizyty będzie pewnie odległy, ale o tym dowiem się w nowym tygodniu. Na razie jestem po rozmowie z panią pracującą kiedyś u optyka i poleca mi zrobić badania właśnie tam, a nie w przychodni. Nie znam się na tym, ponoć okulista bada oko pod kątem jego chorób, ale okulary lepiej dobrać w specjalistycznym punkcie? Będę się chyba musiała bardziej zorientować w temacie. Na razie na pocieszenie próbuję dodać oczom trochę koloru i blasku (ciągle ucząc się tej sztuki), może przez owe zwierciadło do duszy też dostanie się trochę koloru..

Bardzo chłodno zaczęło się robić i ciepłe kurtki na ten weekend się przydały. Dochodzą wieści o śniegu więc dobrze, że zimowe opony w autach już wymienione. Brat zaopatrzył się w klucz elektryczny do kół i teraz cała rodzina korzysta. Zima coraz bliżej, ciekawe jaka będzie i jak podczas niej będzie się rozwijał wirusowy temat. Mam nadzieję, że szczepionka da radę opanować epidemię, to już trwa tak długo, że potrzebny jest każdy promyk nadziei..

Odreagować

Poszłam za Męża przykładem i zrealizowałam marcowe skierowania lekarskie. Dobrze, że teraz bo z nowym rokiem wchodzą już elektroniczne i będą miały pół roku ważności, jak te sprzed epidemii. Tak przynajmniej poinformowano mnie w przychodni, do której udałam się na zaległe RTG biodra i kręgosłupa. Okazuje się, że promieniujący ból do biodra idzie właśnie ze skrzywienia w kręgosłupie, efekt siedzenia na jedną stronę, spania na tej samej i ogólnie stan ciągnący się od lat. Także i mnie chyba czeka rehabilitacja i ponoć obecnie bez problemu można się na nią dostać. Tak jak i do przychodni, gdzie na wizytę nie czekałam w żadnej kolejce, poczekalnia widniała pustkami, a tempo obsługi było ekspresowe. W drugiej przychodni, gdzie byłam na kontroli, to samo. Rach ciach, wizyta na daną godzinę, a i Mąż szybko się dostał na przedłużenie zwolnienia. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie strach o zarażenie. O to, że ktoś wcześniej, lub ktoś z lekarzy może być chory i roznosić tego wstrętnego wirusa, który już i jedną z moich koleżanek dopadł. Widziałam się z nią miesiąc temu, miałyśmy się spotkać w ten weekend, a tu klops. Ona i jej rodzina na kwarantannie, a nasz skład urodzinowy mocno okrojony. Zresztą nie ma co mówić o spędach, już nawet rodzinnych, kiedy kolejne zakazy ograniczają spotkania i zabawy. Nowe obostrzenia wszyscy już znają, niektórzy się z nimi zgadzają, inni nie. Czegokolwiek jednak byśmy nie robili, coraz bardziej widoczna jest ludzka bezradność w starciu z tą niewidzialną zarazą.

By odreagować dołujące myśli wzięliśmy się ramię w ramię za ogarnianie mieszkania. Za szaleństwo z mopem, odkurzaczem i mikrofibrą, by chociaż zwalczyć to, co widoczne w domu. Łazienka lśni, kuchnia wypucowana, podłogi czyste, kurze wszędzie wytarte, pranie się suszy. Zabawki Małego przebrane i poukładane, zrobione miejsce na nowe. A w lodówce czekają produkty na urodzinowe menu. W planach sałatka jarzynowa, meksykańska, drobne przystawki i ciacho. Albo jogurtowe, albo odwrócone ananasowe. Próba z jagodami wypadła smacznie, ale kolorystycznie niekoniecznie

wracam więc do wersji z ananasem i wiśniami. Czasem najlepsze to, co sprawdzone. Albo kupione tam, gdzie się na tym znają. Także tort zamówiony, poszłam nawet do fryzjerki, by zrzucić trochę z głowy. I z krótką fryzurką ruszam w to szaleństwo dalej, bo jak to się mówi, w tym szaleństwie jest metoda. A do sprzątania i gotowania melodia, która dodaje energii i która krąży mi po głowie, przypominając dyskoteki z lat 80’tych. Tyle naszego, co sobie potańczymy w domu 🙂