A jednak plusy są

Jak to mówią, w każdych minusach można znaleźć jakiś plus. Temat siostry wprawdzie zamieciony pod dywan, ale obecne przeziębienie jest pierwszym u Małego, które nie skończyło się kaszlem i sterydami. Wizyta u alergologa potwierdziła czyste oskrzela. Nadal mamy podawać lek przeciwwirusowy, witaminę C i lek antyhistaminowy, ale mam nadzieję, że na tym się zakończy. Mały bardzo by odetchnął, gdyby uwolnił się od inhalacji (od czerwca bez) i my razem z nim. No ale nie chwalę dnia przed zachodem, tylko mocno trzymam kciuki za jego odporność i proszę jesień i zimę, by była łaskawa dla dzieci (dla dorosłych też).

Na razie pogoda w dzień sprzyjająca, także po szkole uskuteczniamy spacery, biegi w parku i granie w piłkę, póki sucho i po trawie można latać. A gdy zacznie padać wracamy do planszówek, by przetestować, które jeszcze nadają się dla dorastającego Małego, a które można by już oddać mojemu małemu Bratankowi. Ten też obecnie przeziębiony i znosi całość gorzej, bo nie umie jeszcze wydmuchać nosa i inhalacji z soli fizjologicznej nie daje sobie zrobić.

Na takie jesienne i zasmarkane dni przydają się wtedy zabawy wszelakie, dużo cierpliwości i nadzieja na poprawę.. Zdrowego weekendu!

Reklama

Do pionu

Jestem w miarę ustawiona. I jakże doceniam, że mogę siadać i wstawać bez podpierania i bez bólu! Założyć samodzielnie buty, posmarować Małego oliwką, co ostatnio sam musiał czynić (z różnym skutkiem). I nawet podniosę już coś z podłogi. Wprawdzie kucając, bo schylanie jeszcze odpada, ale zawsze. W ramach wsparcia, w najgorszym czasie, nabyłam nawet chwytak do podnoszenia różności. Takie to czasy nastały niepokojące..

Były też etapy leżenia plackiem, które to wykorzystałam na odsypianie porannych pobudek i nieprzespanych przez ból nocy. I na czytanie, dzięki czemu nadrobiłam książkowe zaległości. Nawet na zebraniu szkolnym wysiedziałam, na niskim dziecięcym krześle. Także idzie ku dobremu, co mam nadzieję potwierdzi jutrzejsza wizyta u fizjoterapeuty.

Wrześniowe wydatki przez te moje niedomagania zwiększone, ale i na dodatkowy angielski synek już zapisany i na wieści o tańcach czekamy. W międzyczasie wywołałam zdjęcia do albumów i zajęłam się ich opisywaniem i segregowaniem. Obiecywałam sobie, że będę to robiła częściej, tymczasem znowu nazbierało się 300 sztuk i z trzy dni zajmie cała robota. Ale ta akurat do przyjemnych należy i powoli sobie wszystko ułożę. Nowy rozkład dnia, według lekcji, też sobie ułożyć muszę. I ogarnąć (po swojemu) domową rzeczywistość, która na mój pion czekała prowadzona ręką kochanych dwóch M (Męża i Małego). No to siup, wracam do działania. Ostrożnego jeszcze, ale byle na długo w formie..

Ruch i bezruch

Zaczęło się z przytupem, a skończyło u fizjoterapeuty. Całe szczęście, że w piątek i że termin z marszu. A wszystko przez jeden niefortunny ruch – poranne nachylenie nad wanną, coby włosy umyć. I jak mnie nie zgięło znienacka! Ledwo do pionu wróciłam, ale już z bólem niemożliwym. Małego do szkoły szurając ledwo ledwo i prosto do gabinetu. Tam ugniatanie, rozciąganie, tortury wszelakie z użyciem metalowych klawików i rolek z kolcami. Wzmacniające taśmy przyklejone ozdobnie do pleców i nafaszerowana przeciwbólowym powlokłam się do wyra.

Pomogło na tyle, że mogłam w weekend nacieszyć się pogodą, spokojnymi (ostrożnymi) spacerami i kibicowaniem Małemu w sportowych wyzwaniach. Zawitały bowiem do nas skoki o tyczce łącznie z fundacją pani Pyrek i miejscami zabaw dla dzieci. Jakże zazdrościłam sportowcom sprawności i swobody ruchu w każdą stronę..

Małemu biegów, skoków i śmiechu, który towarzyszy dziecięcej radości. W jednej chwili, po fantastycznych wakacjach, zwiedzaniu dzień w dzień, pływaniu w jeziorze, spacerach po 20 tysięcy kroków moja sprawność zmalała do minimum. Ale cóż, działam w temacie, wspieram się maściami, w tygodniu kolejna wizyta na fizjoterapii i byle wrócić do formy, a wtedy i powrót do ćwiczeń murowany. I oczywiście już żadnego nachylania nad wanną;)

Miara

Miara się przebrała. Kolejny dzień siedzę od rana w domu i czekam na fachowców. Dziś miała być dostawa nowego blatu i desek bocznych, obiecywano rano telefon, o której dojadą. Jest 14ta, nie było ani wiadomości, ani dostawy. Szlag mnie po prostu jasny trafił. Zadzwoniłam do szefa, z pytaniem czy w ogóle wie, co tu się dzieje. Jak działają jego pracownicy? Otóż trochę wie, że moja wina bo mi się wymiany zachciało i teraz to potrwa. Tia.. Tylko to wszystko trwa od 6 marca. Jestem bez kuchni, z bajzlem w domu, z niesłownymi, olewającymi pracownikami i mam tego dość. Czy naprawdę tak muszą wyglądać u nas remonty? Nie można normalnie? Słownie. Zaczynać pracę od 9, kończyć o 14 i w 5 dni kuchnię zrobić?

Żeby za lekko nie było, wiadomość ze szkoły, że Młody wymiotuje i natychmiast mam go odebrać. Leży teraz bidulek z miską przy głowie i odpoczywa, czekając żeby się napić rumianku. A w szkole chyba jakiś wirus, bo w jednej z klas tylko 5 dzieci na stanie, wczoraj córka koleżanki z gorączką i bólem ucha została odesłana. Ogólnie wiosenny pogrom.

Także ten.. fajny dzień.

Wiosenne przesilenie

Czasu na odpoczynek nie zabrakło, jednak wytchnienia wystarczyło na dwa dni. Od wczoraj Młody z gorączką i kaszlący na mokro. Zdążyliśmy spędzić fajny piątek na placu zabaw z koleżanką i sobotę pełną spacerów i odwiedzania naszych ulubionych zakątków (9 km zrobione).

I nie wiadomo, czy to przez zdradliwą zimno-ciepłą pogodę, czy przez kaszlące i smarkające wszędzie dzieci, ale trzeba było Młodego zostawić na niedzielę w domu. Także plany na ten dzień wzięły w łeb, udało się tylko babskie spotkanie z mamą i żoną brata. Ich syn też kaszlący i z katarem, także nie ma lekko. Musimy jakoś przetrwać wiosenne przesilenie. Dziś stan podgorączkowy trwa, szkoła poszła w odstawkę, ale nadrabiamy przysłany już cały zestaw zadań. Dużo tego, niby tylko 5 lekcji, a masa ćwiczeń i czytania do przerobienia.

Na plus niespodzianka z firmy meblarskiej. Przyjechał monter, by zawiesić kolejne korpusy i choć czekamy na blat i deski boczne, to prace trwają 👍

W ferworze

Weekend zupełnie niespodziewanie zmienił nasze plany na spędzanie czasu u Zosi. Pojechaliśmy by się zrelaksować, oderwać od remontowego klimatu i spędzić chwile z drugą babcią. Tymczasem jelitówka dołożyła jej roboty w postaci prania dwóch zmian pościeli, a mi nieprzespanej i stresującej nocy. Najgorzej jednak i tak miał Młody, przeżywając koszmar wymiatania co dwie godziny. Na szczęście w niedzielę nastąpiła poprawa, można było z nim wyjść na spacer, zjeść lekki obiad i trochę odetchnąć.

Nie na długo niestety – po powrocie do domu, wieczorną porą dopadło Męża i męczy go do teraz. Ja natomiast upraszam wszelkie moce, żeby mnie te atrakcje ominęły, bo jak mnie wirus pokona to z tydzień nie wstanę..

A tu fachowcy w ferworze działań, kucie w ścianie pod kable i nowe gniazdo do przyłączenia okapu i elektrycznego piekarnika. Kolejna dawka pyłu do sprzątania i przyjazd mebli, które to rozłożyły się po całym mieszkaniu w formie desek i częściowo złożonych elementów. O sprzęcie do ich składania nie wspomnę, bo o skrzynie w korytarzu się potykam, a do balkonu dojścia w ogóle brak. To wszystko jednak nic, gdy coraz bliżej ku końcowi i już tylko wybór kafli na ścianę został (plus panelu szklanego ze wzorem – co najtrudniejsze), oraz wyprawa do Ikei po organizator do szuflady na sztućce. Domyślam się, że na tym się wyprawa nie zakończy, bo tam zawsze jakieś cuda oko przyciągną.

Wymiatam

Trzecia w nocy (już czwarta), a ja nie śpię. I wcale nie dlatego, że nie chcę. Bardzo chcę, ale dziecię właśnie po czwartej turze wymiatania. Wszystkiego z siebie, więc pilnuję, żeby się nie zakrztusiło i robię wszystko, żeby nie zasnąć. Jelitówka jak nic, rano odbierałam telefon od M, że jej syn takowe wymiatanie (po dwóch dniach) zakończył. Nasz od niego, lub od innych zgłaszających chwilę później podobne choróbsko, prezent przejął i oby też szybko do formy wrócił.

Tymczasem w kuchni praca od kilku dni wre. Kafelki ze ścian zerwane, na podłodze leżą już nowe i czekamy aż fuga wyschnie, by zaimpregnować całość.

Nowy piekarnik czeka w korytarzu, zmywarka w salonie przykryta poszewką od kołdry, a ja wśród tego bałaganu próbuję ogarniać codzienność. I polować na posiłki, to w jednym barze, to w drugim, korzystając też z obiadu u rodziców i wczoraj z dobroci u koleżanki. Przy okazji też wymiatam, tyle że biały pył, który pięknie zastępuje dywan na panelach. Zmywam go i zmywam, ale uparcie powraca. Na parapety i szafki już nawet nie patrzę, udając że owej dodatkowej warstwy nie ma. Czymże jest taki pył, pośród pyłu za granicą, o której ani na chwilę nie przestaję myśleć..

Antyastmowo

Nareszcie udało się dotrzeć na wizytę do alergologa i laryngologa. Młody przebadany, spirometria wyszła super, drożność nosa też, jedynie testy wykazały małe uczulenie roślinne i mamy obserwować czy pojawią się jakieś objawy na przełomie marzec – kwiecień. Najbardziej ucieszyło mnie całkowite odstawienie leku wziewnego. Od następnego tygodnia próbujemy! W ramach zabezpieczenia są leki, które mamy podawać przy pierwszym katarze, żeby nie zdążyło nic do gardła spłynąć. Jeśli uda się przetrwać trzy pełne miesiące bez kaszlu i większego chorowania można mieć nadzieję, że uniknęliśmy astmy oskrzelowej. Nadzieja jest i trzymam się jej mocno.

Odnalazł się też nasz fachowiec od kuchni, fronty przyszły, można by już ruszać z pracami, blokuje nas jeszcze wymiana kafli na podłodze. A że o dobrego kafelkarza niełatwo, to czekamy na polecanego, który będzie dostępny z początkiem marca. Ciągną nam się te terminy niemożliwie, ale po kaflach to już ponoć rach ciach. Czy będzie rach, czy ciach, zobaczymy w marcu. Na razie korzystam z resztek kuchni i myjąc naczynia spoglądam tęsknym okiem na zmywarkę, stojącą sobie kusząco w kącie. Piekarnik zamawiam z początkiem nowego miesiąca, żeby od razu stary odebrano i niech się wreszcie temat rozkręci tak, jak powinien:)

W międzyczasie odpoczywam sobie trochę przy książce i cieszę odzyskanym czasem dla siebie. Młody też dużo czyta, idąc śladem mamusi i stał się posiadaczem własnego konta na Lubimy Czytać. Już pierwsze 6 książek wpadło mu na listę samodzielnie przeczytanych! A ja żałuję, że LC nie było za czasów mojego dzieciństwa, albo że nie robiłam na kartce takiej listy – teraz mogłabym sobie przypomnieć więcej książek, którymi się wtedy zaczytywałam..

Papierologia

Fachowiec przybył, próbkę blatu przywiózł, można zacząć jeździć z ową dechą po saloonach i marketach budowlanych. Dobrze, że w soboty wszystko otwarte. Do tematu poszukiwań kafelków dołączył piekarnik, cała reszta wybrana. Ale dokładny termin rozpoczęcia prac nieznany, co akurat na plus, bo jeszcze czasu na decyzje potrzebuję. Wzięłam się też porządnie za zaległe latanie z dziecięciem po lekarzach. Kontrole pochirurgiczne, alergolog, pulmonolog, ortodonta i ogólny przegląd z racji zimowych podkówek pod oczami. Wszystko odkładane przez wirusa, ale już dłużej czekać się nie da. Terminy porozkładane na cały styczeń, a i na luty pewnie się załapiemy. Tak czy inaczej pierwsze koty za płoty, początkowe kolejki odstane, przechodzenie z gabinetu do gabinetu (poradnia przyszpitalna) i masa formularzy wypełniona. A to dane osobowe, a to przebyte choroby, imię matki, ojca, kontakty z covidem, brak kontaktów z covidem. I tym sposobem – pesel dziecięcia znam na pamięć.

Młody załapał się nawet na test, bo od drugiej dawki szczepienia nie minęło jeszcze dwa tygodnie. A lekarz odesłał nas z powrotem do pediatry po kolejne skierowanie, pisząc ową notkę na szczęście na obecnym skierowaniu i ratując kawałek drzewa. Nie wiem po co mamy internetowe konta pacjentów, EWUŚ-ę i cały ten komputerowy system, skoro pacjent później pisze i pisze, kolejne kartki marnując na powtarzane dane. A co by nie mówić krążą wieści o deficycie celulozy, rodzice dzwonią na alarm, żeby zapasy papierów wszelakich robić. I faktycznie zauważam na półkach braki w towarze. Także straszno się robi, a gazety (do podcierania) drożeją.

W marcu czeka nas jeszcze składanie podania o dowód osobisty dla potomka, ale tu patrzę, że wniosek da się złożyć elektronicznie. Wystarczy tylko profil zaufany, certyfikat kwalifikowany (cokolwiek to jest) albo e-dowód i konto w ePUAPie, coby się do elektronicznej skrzynki podawczej urzędu dostać. I z tym optymistycznym akcentem lecę do sklepu po papier, załączając FILMIK PAPIEROLOGICZNY – w którym warto wytrwać do końca:) Spokojnego i zdrowego weekendu!

Trzecia dawka i kolejny etap

I taki to właśnie weekend nam się udał, zabrakło tylko spaceru z rodzicami i bratem, z racji odkrytej w przedszkolu bratanka ospy. Jako, że w piątek mieliśmy trzecią dawkę szczepionki (lekki ból ramienia), a jutro Młody ma kolejną dawkę Pfizer’a, nie chcieliśmy narażać się na żadne choróbska. Spacery robiliśmy więc we własnym gronie, w nasze ulubione miejsca i to zarówno przed południem, jak i po..

Coraz później robi się ciemno i każde takie pół godziny dodatkowej jasności cieszy mnie bardzo. Raptem dwa miesiące i zaczniemy odliczanie do wiosny.

Na razie jednak siedzimy w kafelkach. Po uszy. I znowu nie sądziłam, że jest taki wybór gresów na podłogę. Obejrzeliśmy już dużo w sklepie, a jeszcze naczytałam się o wadach i zaletach ich powierzchni. Bo przecie oprócz koloru i faktura się liczy. Na pewno chciałabym, by pasowały do drewnopodobnego blatu, ale też żeby były odporne na wilgoć, ścieralność i łatwo dały się umyć. Jutro dzwonię do fachowca ustalać szczegóły, ale i z prośbą o przywiezienie próbki blatu. No i trzeba się dowiedzieć, kiedy przybędą fronty do szafek, bo problemy z dostawami dają znać o sobie. Z remontem nam się nie śpieszy, ale dobrze byłoby wiedzieć jak rozłożyć prace niszczycielskie, by zgrać się z tworzeniem nowego i nie paść z głodu bez dostępu do kuchni.