Otwierają?

Trafione na spacerze. Już niedługo będzie otwarte, ale na razie na szybach biblioteki taki oto widok..

Od maja otwarte będą też przedszkola i żłobki, dla jednych ratunek od utraty pracy, dla większości mimo wszystko strach o dziecko.. Mały zostaje w domu i cieszę się, że mamy taką możliwość. Będzie miał 5 miesięcy wakacji. W których wprawdzie zadania z przedszkola robimy, ale kiedy chcemy i bez przymusu. Brak tylko spotkań z kolegami i zajęć ruchowych, piłki, tańce, rytmika. Tutaj już samemu trzeba kombinować, a możliwości z racji blokad zewnętrznych, ograniczone i głównie domowe.

gdzieś z interentu, otrzymane w smsie..

Otwierane mają być też hotele i miejsca noclegowe.. Z jednej strony, odważnych, to cieszy. Ale jakoś nie jestem przekonana do dalszych wyjazdów i korzystania z tych samych pościeli, czy sztućców. Czy jeszcze kiedyś człowiek poczuje się bezpiecznie? Wczoraj byłam na zakupach i widok przepychających się obok siebie ludzi był zatrważający. Co z tego, że na dużej powierzchni mogło być 80 osób, skoro takie kumulacje nadal nie są wskazane. Do galerii handlowych jakoś też mi na razie niespieszno, choć nie powiem, przydałyby się sandały dla dziecka i dla mnie też. Takie wygodne, sportowe, żeby długie spacery stały się przyjemniejsze..

Na osiedlu

Powrót do domu, zwłaszcza w warunkach ograniczonej swobody (choćby w oddychaniu) nie jest tak fajny. Ale gdy się nie ma działki, ogrodu i domu na przedmieściach (akurat tego wcale bym nie chciała), trzeba sobie radzić w miastowej rzeczywistości. Rzeczywistość ową upiększają nam drzewa, krzewy, pięknie kwitnące magnolie i ostatnio coraz więcej migdałków, które ku mej radości dosadzane są na osiedlach.

Dzięki nim spacery stają się przyjemniejsze, przy ładnej pogodzie jest na czym oko zawiesić i mniej się zwraca uwagę na bloki. Na balkonie też już zaczyna kwitnąć mój mały ogród, kwiaty od Zosi przetrwały zimę, pelargonie powoli odbijają – na noc zanoszę je do domu. A z ostatniego wyjazdu przywiozłam kolejne rośliny do sadzenia. Niech się tylko dobrze ukorzenią i temperatury wyrównają. Do wczoraj po 20 stopni i słońce, zdążyliśmy zrobić prawie dwugodzinny spacer i tym razem wróciłam w lepszej kondycji. Dziś wreszcie pada od samego rana, ziemia trochę odetchnie. A dla nas będzie mobilizacja do zadań przedszkolnych i angielskich. Jutro łączymy się wizualnie w nowej platformie i do czerwca zadań mi nie zabraknie. Majówka też zapowiada się deszczowa, ale jakoś się tym nie przejmuję, krótka będzie to i straty aż tak się nie odczuje..

W trasie

Rozruszane biodro doszło do formy, pogoda dopisała, można było spakować kilka ciuchów, wskoczyć w auto i pojechać dalej niż nasze miastowe rejony. A na trasie cudnie. Kwitnący rzepak, błękit nieba przetykany chmurami i choć odrobina poczucia wolności. Przemieszczać się bowiem już można, ale dla bezpieczeństwa robimy to tylko z punktu A do punktu B. Bez wysiadania po drodze i tankując wcześniej do pełna (mega tanie paliwo), żeby omijać stacje. Przerwy w sumie niepotrzebne, Mały bez problemu wysiedzi dwie godzinki, także rozprostowywanie kości niekonieczne. Oczywiście nie obędzie się bez ciągłego pytania „daleko jeszcze? kiedy dojedziemy? czy już?”, ale to nic w porównaniu z radością, jaką taka podróż sprawia. Zwłaszcza teraz..

A na miejscu, u Zosi, ogród dostępny od rana do wieczora. Ganianie za piłką, pies, kot, świeże powietrze, z dala od zatłoczonych dróg i parkingów. Bliskość lasu, do którego tym razem jednak nie wchodziliśmy. I możliwość zrobienia grilla w ramach obiadu. Także pierwsze kiełbaski i podpiekany na grillu chleb, za nami. Mały wybiegany, kopiący piłkę po kilka razy dziennie, bezpieczny za ogrodzeniem ogródka (no prawie, bo drzazga jak się okazuje staje się przyczyną niezłej histerii). Dla mnie odetchnięcie od kuchni, gotowania i zmywania. Pomimo mych chęci pomocy, Zosia nie daje się dotknąć do garów. Łazienka u niej już prawie skończona, efekt wizualny i funkcjonalność to po prostu bajka, w porównaniu do tego, co było. Przed wyjazdem nabyłam dodatki łazienkowe w kolorystyce beżowo-zielonej, z których teściowa bardzo zadowolona. A ja zadowolona z oddechu, jaki złapałam, z dużej ilości czasu na czytanie książki, przebywania na dworze i zakupów w pobliskim sklepie. Gdzie ani kolejek, ani tłumów nie było. Zapasy na najbliższy tydzień zrobione, pranie już za mną. Z Małym podlewam kwiaty, zaraz bierzemy się za gotowanie zupy i nowy tydzień rozpoczęty. Krótszy, bo już majówka za pasem, niestety tylko trzy dni, ale dla pracujących będąca na pewno wytchnieniem. Choć w dużej mierze zależna od pogody i od ustaleń odgórnych, które w jednej chwili mogą zablokować wszelkie możliwości. Nic to, cieszmy się tym, co jest..

Na wolności

Lista polecanych seriali i filmów jest już imponująca. Nie wiadomo za co się zabierać w pierwszej kolejności, ale nic to. Filmy są mniej ważne, niż czas dla dziecka i wreszcie upragnione wyjście na wolność. Od poniedziałku śmigamy na spacery dwa razy dziennie, oczywiście w maseczkach ale i z nadkładaniem drogi. Mały szaleje na hulajnodze, jakby pierwszy raz na niej jeździł. Rower trzeba jednak przygotować przed użyciem. Dopompować koła, podczyścić. Patrząc na jeżdżących i mnie się powoli udziela chęć pojeżdżenia na dwóch kółkach. Od mojej dawnej wywrotki, przy której przeleciałam przez kierownicę i nieźle mnie poobijało, minęło już dużo czasu. Nie mam jakiejś awersji, ale nie mam też roweru. Rodzice proponowali nam swoje, które od lat stoją w ich piwnicy, ale mnie się marzy taka wersja turystyczna, z wiklinowym koszykiem, w stylu retro. Problem tylko z przechowywaniem takiego cuda, inaczej już bym ruszała na przejażdżkę..

Ostatni 1,5 godzinny spacer dał mi w kość, dosłownie. W biodrową. Narzuciłam szybkie tempo, żeby dogonić Małego uciekającego hulajnogą i żeby owe kości rozruszać po ciągłym siedzeniu. Rozruszałam, a jakże. Dzisiaj więc na spokojniej i jakaś krótsza trasa. Żeby się nie przeforsować i mieć siły na nadchodzący weekend. Jeszcze tylko kolejne zadania z angielskiego i będzie można nacieszyć się wiosną. Choć radość ta mocno przytłumiona. Wirus nie ustępuje, a tu już widać rozluźnienie wszelkich obostrzeń. Wiele osób poczuło całkowitą swobodę, w trakcie spaceru widzieliśmy ćwiczących na siłowniach zewnętrznych, bez żadnych rękawiczek, bez masek. Dzieci bawiące się w piasku i rekreację w pełni, z jedzeniem przekąsek na powietrzu i przybijaniem sobie piątek. Chyba jeszcze nie pora. Choć bardzo bym chciała wrócić już do świata sprzed epidemii.. Jak wszyscy..

Przed powrotem

Weekend przed powrotem do otwartych lasów i parków średnio udany. Pogoda niby dopisywała, ale co tu robić, kiedy jedyny spacer to ten na osiedlu. Magnolie powoli przekwitają, okoliczne trawniki usłane wiadomo czym i ileż można chodzić tymi samymi drogami. Dobrze, że chociaż przydomowe ogródki cieszą trochę oko..

Planowanie wędrówek przy większej wolności rozpoczęte, Mały cieszy się, że będzie mógł znowu swobodnie pojeździć na hulajnodze. Przydałoby się też wynieść rower z piwnicy, bo dziecku zdecydowanie brakuje ruchu. Nam zresztą też.. Znowu wchodzenie po schodach powoduje zadyszkę, a kiedyś śmigałam pędem i to po kilka razy. Osiedlowe spacerki i wychodzenie na balkon to jednak za mało.

Objechaliśmy miasto autem, by zajrzeć w zakazane rejony. Widać już było trochę większą swobodę w parkach i na ulicach, mniejszą ilość patroli, ale nadal niesamowite pustki. Podjechaliśmy do rodziców po dostawę masek, zamówionych przez nich w większej ilości. Chwila rozmowy na odległość, a później już domowo gry, bajka i trochę angielskiego. Wieczorem „Młody papież”, serial kontrowersyjny, ze świetną rolą Jud’a Law, ale dla nas pół na pół, trochę wciągający, trochę męczący. Obejrzymy do końca, ale chyba potrzebujemy większej akcji i dawki emocji. Ale bez horrorów i przesadnej brutalności. „Dom z papieru” sezon 4 zakończony, „Narcos” obejrzany, polecany „Ozark” czeka w kolejce, może „Peaky Blinders”, „Belfer” albo „Wiedźmin”. Co tu wybrać?

Odświeżone

Słońce powróciło i nawet wiatr trochę odpuścił. Można wywiesić pranie na balkonie, wywietrzyć pościel i pooddychać powietrzem bez maskowej blokady. Małemu gumki zauszne w masce wymieniłam, na jedną cienką okalającą głowę. Dolnej pozbyłam się całkiem, twarz jest zakryta, ale w razie trudności w oddychaniu synek może sobie maskę podnieść, napić się i odetchnąć. Z racji jego intensywnego wzrostu, a i mimo wszystko zużywających się koszulek, zrobiłam nalot na Pepco. Nalot to za dużo powiedziane, cała akcja trwała krócej niż stanie w kolejce do wejścia. Złapałam pierwszą z brzegu (ale wizualnie ładną, żeby nie było) koszulkę, spodnie dresowe w danym rozmiarze i szybko do kasy. Tak teraz wyglądają zakupy odzieżowe. Nie wiem czy się na takowe zdecyduję, gdy już otwarte zostaną i inne sklepy..

Natomiast kolejna wyprawa do Lidla zajęła 1,5 godziny, bo i kolejkowo przed sklepem bardziej, towaru trzeba naładować na przetrwanie kolejnych dwóch tygodni, wyjąć to wszystko na taśmę, zapakować do auta i zatargać do domu. Za to spokój na dłużej i zaopatrzenie, są tego warte. Ceny tańsze niż w sklepikach, ulubione produkty, których tam nie ma i tylko ten stres na minus. Stresu dodają też polityczne tematy, których nawet poruszać mi się nie chce. Dużo ich dookoła, są bardzo ważne, ale czasami tak wkurzające, że nerwy puszczają. A nerwy cenne i coraz bardziej, w ówczesnym czasie napięte.

Dlatego uciekam wieczorami w książkowy świat, a przed czytaniem łapiemy chwile na film. Ostatnio dobry, z przesłaniem, że w życiu można mieć naprawdę ciężko. Film momentami wzruszający, momentami zabawny.. „Wśród chwastów” z 2018r. Polecam bardzo.

I w podobnym klimacie, pokonywania przeszkód i radzenia sobie z problemami, przerastającymi czasami nasze pojęcie.. Film na faktach „Randka w ciemno z życiem” , z utratą wzroku jak w „Carte Blanche” z Chyrą, ale z mniejszą dramatycznością i przyjemnym wątkiem romantycznym. Także spojrzenie, po praniu, też odświeżone.. cieszmy się, że widzimy, chodzimy i możemy wychylić nosa z domu. To nic, że w masce, najważniejsze by wrócić do niego zdrowym. Spokojnego weekendu..

Zamaskowani

Już wczoraj wyszłam na spacer z Małym, w maseczkach. Ja w grubszej, bawełnianej, on w najcieńszej, jaką mamy, ponieważ strasznie mu każda rzecz na twarzy przeszkadza. Nie lubi zakrywać ust szalikiem, ani żadną chustą. Teraz będzie musiał i jakiekolwiek wyjście staje się przez to jeszcze większym stresem. Maseczki wielokrotnego użytku uszyła nam koleżanka, kilka jednorazowych sztuk mamy z zapasów od rodziców. Mąż natomiast dostał z firmy wypasioną wersję z jonami srebra, o mocy bakteriobójczej nawet do 20 prań. Czy to zamaskowanie zda egzamin mniejszego rozprzestrzeniania się zarazy.. zobaczymy.

Na razie pogoda bardziej trzyma nas w zamknięciu, ostatnie silne wiatry próbowały wykończyć mi balkonowe kwiaty, więc część schowałam do domu. Najbardziej wytrwałe są te działkowe zieleniny od Zosi, ich jakoś nic nie rusza i chyba na kolejne lata zaopatrzę się w więcej szczepek.

Z Małym od rana robię zadania przedszkolne na kolejny tydzień. Wzięliśmy się też za angielski, śpiewany głównie w piosenkach, ale uważam to, za bardzo dobrą metodę. Sama tak się języka uczyłam, zapisując sobie słowa ze słuchu, a później rozpoznając je w słownikach czy utrwalając na lekcjach. Teraz lecę ćwiczenie za ćwiczeniem, piszę listy i rozwiązuję testy. Dużo tego mam i jeszcze przede mną dwa pełne miesiące kursu online. Na nudę nie narzekam. A że Mały narzekać już zaczął, więc pojawiły się w domu „Nudzimisie”, które urzekły nas swoją historią i po raz pierwszy sprawiły, że się synek nie może doczekać czytania kolejnego rozdziału. Chyba przy każdej okazji prezentowej, będę dołączała dziecku kolejną książkę z tej serii. Dotarły też wreszcie, w tej samej paczce, nowe gry i „Pędzące żółwie” już zyskały sobie sympatię rodziny. O dziwo karciane Ubongo, które jest dla starszych dzieci, nasz Mały również załapał. I zaskakuje nas jeszcze niesamowicie, tworząc sekwensy, grupy i różne konfiguracje w Rummikub’ie, jednej z moich ulubionych gier. Nie raz nas ogrywa, choć po kilku rundach już się nudzi i za jakiś czas trzeba będzie pomyśleć o zakupie kolejnych gier na przetrwanie tego czasu. Wszystkich w wersji podróżnej, bo nie tracę nadziei na powrót normalnego świata.. Wygląda jednak na to, że na podróże przyjdzie jeszcze długo poczekać..

Prysznic

Nie było tak źle, jak myślałam. Święta całkiem udane i sympatyczne, choć oczywiście brakowało Rodziców i Brata przy stole. Mszy w kościele – odprawiona została, przez wędrującego z megafonem po osiedlu, kapłana – i tradycyjnego święcenia jajek wśród wielu koszyków. Święcenie jednak też się udało, bo ksiądz ustawił się na wysokim tarasie i polewał obficie pojawiające się co jakiś czas i w odstępach pokarmy. Łącznie z naszymi głowami i okularami przeciwsłonecznymi. Albowiem pogoda w Wielkanoc pokazała się z iście letniej strony. 21 stopni wyciągnęło trochę osób z domów, choć jeszcze nie powinno. Jeszcze wiadomości i statystyki stanowią zimny prysznic dla nadziei. I nie jest on tak fajny, jak śmigus dyngus z dawnych lat.. Teraz wygląda mniej więcej tak, jak na zdjęciu.. choć i w domu nikt nie zapomniał o oblewaniu się wodą, na szczęście. I na mycie podłogi, przy okazji 😉

Mimo wszystko Świętami nacieszyłam się bardzo. Sobotnie rewolucje kuchenne pochłonęły i mnie i chłopaków. Farbami malowaliśmy pisanki i kolorowaliśmy je barwnikiem z krepiny. Nagotowaliśmy bigosu, żurku, były jajka w majonezie, białe kiełbaski z chrzanem i dużo ciasta od najlepszego cukiernika w mieście. Także objedzeni jak bąki zasiedliśmy do rodzinnej konferencji przed kamerą. Ciesząc się, że w ogóle jest taka możliwość. Obie z Mamą wzruszone, bo my z tych, co to mają oczy w mokrym miejscu. Z tych co bardziej tęsknią, a może po prostu nie potrafią tego ukryć. Zdjęcie z owej konferencji dołączy do wspomnień świątecznych. Wielkanocy innej od wszystkich ale przecież najlepszej, jaka tylko mogła w tych warunkach być..

W zielone gramy

Mąż w domu to i szafka w korytarzu naprawiona, odstające listewki przyklejone, na balkonie zielenią się przyniesione skrzynki z piwnicy. Pomalowane są nawet haki, owe skrzynki mocujące. A i tona warzyw, kapuchy i ogórków kiszonych na cały weekend przez niego przytargana. Doceniam mega, bo wiem co to znaczy, gdy nie można się niczego doprosić. Kiedyś tak miałam i oby takie kiedyś nigdy już nie miało miejsca. Teraz jest teraz i choć nadchodzące Święta nie będą w wymiarze, jaki lubię, to wiem, że będę miała pomoc nawet w kuchni. Mężuś bowiem zaczął wykazywać chęci do prób w pichceniu i choć na razie objawiło się to pysznym sosem czosnkowym i jajecznicą idealnie ściętą, to gdyby wolne od pracy przedłużyło się jeszcze trochę, kto wie.. Może doczekałabym się i upieczonego ciasta. Nawet w naszym beznadziejnym piekarniku 😉

Zadania przedszkolne wysłaliśmy do nauczycielki, Mały zadowolony, że są nowe atrakcje w domu, a ja, że raz na jakiś czas zamieniamy gry planszowe na coś innego. Swoją drogą miałam nadzieję, że nowe gry i książki dotrą przed świętami, ale z racji ograniczonych dostaw i chyba też kolejek w internetowych sklepach, poczekamy dłużej. Czas mija mi i tak szybko, zadań z angielskiego mam masę. Czeka mnie do napisania fikcyjny list po angielsku, do tego skany z maila do przerobienia i na bieżąco część z książki do ćwiczeń, po każdym nowym temacie. Raz dziennie spacer ku dotlenieniu dziecka, wśród magnolii, które w ekspresowym tempie cudnie rozkwitają..

Spacer ów niedługo już obowiązkowo w maseczkach – zamówionych, dla nas i dla syna, u szyjącej koleżanki, która przez wirusa straciła pracę. A dla relaksu, żeby te wszystkie trudne myśli wyciszyć.. wczorajszy wieczór spędzony na koncercie Darii Zawiałow, grającej z domu i śpiewającej o tym, że jeszcze w zielone zagramy, choć życie czasem doskwiera, że jeszcze spełnią się nasze plany i marzenia.. I trzymam ją za słowo.