W hotelowym „apartamencie”

Podróże to świetna sprawa, uwielbiam poznawać nowe rejony, a i w te odwiedzane wcześniej lubię wracać. Zwłaszcza po kilku latach, kiedy widać jak się miasta i okolice zmieniają..

Są jednak i minusy. Jak choćby spanie nie w swoim łóżku, po którym zawsze wracam z bolącymi plecami. Teraz nie jest tak źle, bo były tylko 3 noclegi, ale już po tygodniu maść przeciwbólowa i mata do akupresury idą w ruch. Od jakiegoś też czasu (po tym jak przez bakterie trafiłam do szpitala) mam fioła na punkcie czystej łazienki. Jeżdżę z własnym preparatem do mycia i dezynfekcji i na dzień dobry szoruję prysznic, wc, zlew i przecieram wszystkie półki zanim położę tam ubrania. Jeśli na dokładkę trafi się pokój w już starszym budynku (na hotele i apartamenty sobie nie pozwalamy, szukamy pokoi z własną łazienką ale w pensjonatach czy domach gościnnych), z włascicielem po którym również lata widać i brak sił do ogarniania przestrzeni, to najchętniej i własną pościel bym woziła (poduszkę już mam na stanie) i odkurzacz do materacy.

Oczywiście nie popadajmy w paranoję, w końcu wśród bakterii żyjemy, tych dobrych i tych złych. Ale fakt, że kiedyś na wyjazdach w ogóle sobie nimi głowy nie zawracałam. Teraz za to muszę się pilnować, żeby się płynem dezynfekującym przed wejściem do pokoju nie spryskiwać i kadzideł odkażających nie wozić;) Mimo wszystko jeździć będę, kiedy tylko okazja po temu i fundusze, bo dla tych wszystkich widoków i przeżyć – warto.

Kuchnia w użyciu

Okazało się, że jednak truskawki z makaronem najbardziej dla mnie. Moi panowie nadal obstają przy kotletach i innych odmianach dań mięsnych. Także pieczone skrzydełka, pieczone na opcji grilla kiełbaski i tylko modlić się, by wybiegali cholesterol. Ale tak czy inaczej patelnię z wysokim rantem zakupiłam i może potrawki z warzywami uda się poddusić. Zwłaszcza te warzywa wszędzie przemycać próbuję tylko cóż, skoro słyszę potem od Męża mego kochanego – ta zapiekanka z makaronem byłaby idealna! Gdyby nie brokuły.

Mimo wszystko nowa kuchnia cieszy mnie ogromnie. Twórców zmywarek wychwalam pod niebiosa. Tu się myje, my w planszówki, mniejsze zmęczenie, wydajniejszy piekarnik, większa moc w palnikach i aż się gotować chce. Gorzej, gdy przyjdą rachunki za prąd;) Lampki podszafkowe, piekarnik elektryczny, zapalarka w płycie gazowej, no i zmywarka co drugi dzień swoje ciągnie. Nic to, na razie podołamy. Choć ceny paliw przerażają, wizja jeszcze rosnących cen jedzenia i wszelkich innych dóbr również. A wakacje za pasem i jednak nie chciałabym by dziecię dwa miesiące siedziało w domu i na placach zabaw z kumplami (ci znowu o stresy przyprawiają wyciągając Małego). Warto o jakichś landszaftach pomyśleć, coś zaplanować w terenie i tymi wakacjami się nacieszyć. Miłego weekendu!

Uniesienia

Z owej trasy pełnej uniesień zajechałam do domowej roboty, ale jeszcze pod powiekami letnie widoki i uśmiech na wspomnienie miłych chwil..

Szkoda, że tak szybko mijają takie weekendy. Ostatni u Zosi, na jej imieninach i przy okazji świętowaniu imienin Małego – nowa hulajnoga i gra Mario Pirania już w użyciu. Słodkości ponad miarę, nasze spacery i lody w ogródku. Spotkanie z Natalą i jej córcią, plac zabaw, odpoczynek, beztroska i zapach bzu unoszący się tuż obok..

W środę już niewiele z tej beztroski zostało, ale dzięki takim weekendom mam na codzienność siłę. Także już dwa prania za mną, gotowanie, sadzenie kwiatów na balkonie i pieczenie na nowych, kuchennych włościach zaliczone. Spaghetti, gulasz z indyka i pomidorowa zapewniają trochę zapasów.

WielkaNoc tuż

Ha ha, napisałam. „mają być”? O naiwności. Kafelkarze owszem, przybyli, zobaczyli co jest jeszcze do zrobienia i mieli plan położyć kafle w piątek, a fugi po Świętach. Na planach się skończyło, nikt dziś nie przyjechał, ale choć wiadomość była. Tyle dobrego.

Zanim jednak piątek nastał pojechałam z Małym do rodziców i na fali zachwytu nad talentem Taty rozpoczęliśmy poszukiwania obrazów jego i jak się okazuje równie utalentowanego Dziadka mego. Odnalazły się tatowe słoneczniki zdobiące kiedyś ich sypialnię.

I austriacki pejzaż, malowany olejnymi farbami przez Dziadka, którego nie dane mi było poznać, nad czym Mama ubolewa do dziś..

A ja ubolewam nad faktem, że Wielkanoc znowu nie będzie w pełnym składzie. U Brata i jego syna poważne przeziębienie, a Zosia nie przyjedzie z racji zwierzaków, którym lepiej nie dokładać podróżnych stresów. Mimo wszystko zapowiada się czas relaksacyjny i z radością dla Małego (dorosłym trudniej się radować, gdy tyle zła dookoła). Prezenty od Zajączka będą, smakowite potrawy też, a i pogoda zapowiada odrobinę słońca pomiędzy chłodami. Także spokojnego świętowania, zdrowia przede wszystkim i niech pokój wraca na świecie..

Do łez

Tak jak myślałam, koncert w Łodzi przyprawił mnie o łzy i nie dałam rady obejrzeć i wysłuchać go do końca. O łzy przyprawiają mnie nadal wiadomości z Ukrainy, dlatego też ograniczyłam je do minimum. To prawda, że oprócz pomocy nie mogę zrobić nic. To się dzieje, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Pozostaje modlić się o zakończenie tego koszmaru, bo jak na razie nic nie przynosi efektów. Postanowiłam powrócić do swego optymizmu, ale bardzo mi to utrudniają i nasze działania domowo-kuchenne. W mieszkaniu armagedon i bajzel nie do opisania. Montaż mebli idzie jak po grudzie, z racji spóźniających się fachowców. Mówią, że będą o 9, przyjeżdżają o 12 na dwie godzinki. Albo wpadają jak po ogień mierząc kolejne fragmenty i lecą na magazyn (lub do innej roboty, kto ich tam wie). A dziś już szczytem wszystkiego okazał się blat, w którym zamiast pięknej kolorystyki – jak na próbce, zobaczyłam takie kwiatki..

I ja wiem, że dąb sonoma miewa różne wybarwienia i słoje, ale nie sądziłam, że nasz będzie miał krechy w takiej ilości. Jeszcze mnie główny projektant zapewniał, że na blacie takich kresek nie ma, tylko na deskach bocznych od szafek. Tymczasem byłam dziś na wizji lokalnej i ma. Dużo! Praktycznie co dwa centymetry, bardzo widoczne, jakby go kto nożem pociachał i patrzeć się na to nie da. Także ten.. wszystko przesuwa się na nieokreśloną przyszłość (z torbami pójdziemy przez obiady w barze), bo trzeba wybrać nowy kolor, blat i od nowa wszystko docinać. Wrr..

Dla pocieszenia za oknem piękna wiosna, dziś +18 stopni i aż chce się lecieć na dwór i podziwiać inne kwiatki, dla oka przyjemniejsze..

Przytłumione

Zieleni coraz więcej, ale tej nadziei jakoś niezbyt wiele. Niby żyjemy normalnie, spacerujemy z rodziną po pięknie kwitnącym parku. Śmiejemy się do dzieci gdy Młody gra w piłkę ze swoim ciotecznym Bratem, żeby dzieci nie odczuwały zmartwień. Idziemy z nimi na lody, bawimy w berka na trawie, pod wiosennym słońcem..

Spacerujemy wreszcie z rodzicami, jemy obiad w restauracji, jedziemy do Castoramy oglądać glazurę i żyrandole. Nawet do kina dziś się wybraliśmy, na bajkę „To nie wypanda”, by umilić Młodemu niedzielę i by spędzić razem czas. Ale z tyłu głowy ciągle strach, że wojna tak blisko, że ceny coraz wyższe, że nie wiadomo co przyniesie przyszłość..

Zaraz koncert charytatywny w Łodzi, niech niesie nadzieję i ukojenie. Już sam gest mnie wzrusza, muzyka będzie jeszcze bardziej..

Aneks kuchenny

Pracowity to był weekend, wywożenie gruzu, znoszenie szafek w kawałkach i mycie podłogi z pyłu. Jeszcze dziś rano z drzwiczkami od szafki przed szkołą leciałam, została kuchenka gazowa do wyniesienia i odłączenie zlewu. Jutro wchodzi kafelkarz ze swoją robotą. Czas start.

Polubię się chyba z czajnikiem elektrycznym, gotowanie w mig i można mniejsze porcje dozować – w czajniku tradycyjnym nie widzę ile wody mam w środku. Choć właśnie prąd wyłączyli – więc bezpieczniej mieć dwa modele. Natomiast aneks kuchenny w salonie jakoś mało mnie kręci. Stół prezentuje się wyśmienicie, ale lodówka na tle balkonu i naczynia nad książkami już nie bardzo się komponują. Większość mieszkań teraz budowanych takowy aneks posiada. Ja jednak bardzo się cieszę, że mamy osobną kuchnię i możliwość zamknięcia drzwi przy gotowaniu. Zapachów mniej, oparów i widoku na brudne naczynia. Chociaż przy zmywarce, mam nadzieję, że i tego da się uniknąć.

W międzyczasie udało się spacerowanie, z mniej już zakatarzonym synkiem. Krokusy i inne kwiaty nieśmiało zakwitły i marzną teraz przy tych nocnych mrozach. Nie zapominam i o wojennym mrozie – budząc się codziennie z myślą, jak walczący i uchodźcy radzą sobie w tych temperaturach, czy miasta dały radę i czy prezydent Ukrainy przetrwał kolejną noc.. W dzień niewiele więcej ciepła, choć trochę słońca się przebija. Ten chłód zapowiadają do połowy marca, więc dobrze, że najcieplejszej kurtki nie schowałam. Koleżanka już siebie i dzieci w wiosenne zaopatrzyła, a tu się trzeba było z zimowymi przeprosić..

Przedwiośnie

Tyle dni dramatu i nie widać końca. Wiadomości oglądamy raz dziennie i te obrazy wystarczają za każdy ból. Młody miał w szkole rozmowę o wojnie, my ogólnikowo tłumaczymy mu co się dzieje, ale dzieci bronią się przed smutkami i szybko w zabawę uciekają. My nie w zabawę, ale w codzienność znikamy i całe szczęście, że głowę zajmują też i inne tematy, bo przyszło by zwariować..

Remont kuchni oficjalnie rozpoczęty, poleciały kafle ze ścian – dziecię też brało udział, na miarę swych możliwości. Większość szafek i sprzętów już wyniesiona, więc coraz trudniej mi coś ugotować i odnaleźć się w zmniejszonej przestrzeni i dostępności do naczyń. Do niedzieli jeszcze coś pogotuję, od poniedziałku zostaje bar w okolicy i pożyczony od koleżanki czajnik elektryczny. Jakoś przetrwamy, czymże jest remont w porównaniu z gruzami całych domów. U nas gruzu tylko sześć toreb i pora wywieźć go do ekoportu. Jutro przyjeżdża kafelkarz ustalamy szczegóły i od nowego tygodnia najcięższe prace. Gdy wszystko wyschnie wchodzi montaż mebli. Nareszcie.

Myślałam że i nareszcie wiosna będzie, tymczasem mrozy skuwają świeżo rozkwitające kwiaty. Oby przetrwały. Nie tylko one..

Nie mogę

Łzy same lecą na widok młodych, którzy walczą o swój kraj. Na widok kobiet, które ze strachem w oczach uciekają wraz z dziećmi z ostrzelanych miast. Przeraża mnie bezduszność agresora, który uderza w mieszkalne domy i pod przykrywką „ratowania” zabija z zimną krwią. Nie mogę tego pojąć, wszystko się we mnie buntuje i na zmianę płacze nad ruinami i cierpieniem. I jednocześnie wzruszenie głos odbiera przy wszystkich gestach pomocy, tej duchowej i materialnej.

https://www.siepomaga.pl/ukraina

Wczoraj Ania z Ukrainy dziękowała mi za pomoc Polaków, za każdy zakup, za mieszkania, posiłki na granicy, koce do ogrzania. Udało jej się ściągnąć tu mamę, tata został walczyć w obronie Ukrainy. Rodzice męża też zostali, ukrywają się gdzieś pod Kijowem i nie chcą opuszczać kraju. Miała wieści z Charkowa, że kobiety błagają o zielony korytarz, żeby z oblężonego i zniszczonego miasta mogły uciec z dziećmi. Stałam tam z torbą zakupionych na kolejną zbiórkę materiałów medycznych – taką kroplą w morzu potrzeb i płakałyśmy obie. Jestem przerażona tym co się dzieje. Nie mogę nic więcej zrobić, nie mogę oglądać wiadomości, te obrazy tak bolą. Niech ktoś to powstrzyma. Proszę..

Pomoc

Weekend rozpoczęłam od przeglądu szaf i wybierania ubrań, które by się mogły w tej koszmarnej wojnie przydać potrzebującym. Młody dołożył swojego misia, czym mnie niesamowicie rozczulił. Do niedzieli mieliśmy już adresy trzech punktów zbierających rzeczy i na granicę i dla kobiet z dziećmi, zakwaterowanych w naszym mieście. Zakupiłam kobiece środki higieniczne, do tego żele, szampony, mydła. Brat dorzucił nową butelkę dla niemowląt, dwie kołdry, poszewki na nie, ręczniki i dziesięć toreb ubrań – dziecięcych i dorosłych. Załadowaliśmy cały bagażnik i wybraliśmy jeden z punktów zbiórek, gdzie ze łzami w oczach dziękowano nam za pomoc.

Łzy w oczach miałam i ja, na widok podjeżdżających samochodów, ludzi ściskających zasmucone Ukrainki i przekazujących słowa wsparcia. Może tych rzeczy będzie za dużo, może część niepotrzebna, ale to, jak ruszyliśmy wszyscy na pomoc pokazuje, że jednak dobre serca są. Nie zniknęły w narodzie.