Czytane-oglądane

Skoro już przy książkach i filmach jestem, świeżo zakończyłam lekturę Gorzko, gorzko” Joanny Bator (M, dziękuję Ci za nią bardzo). Gorzka to książka, w tematyce, ale czyta się ją jednym tchem. Język, choć nie pozbawiony twardego wyrazu jest poetycki i płynęłam przez tę opowieść, jak na fali. Opisany trudny los czterech zagubionych w sobie i w świecie kobiet, przenika się z poszukiwaniem miłości, z brakiem czułości, ciepła i zrozumienia. Patologia wynikająca z biedy, z braku poczucia własnej wartości i dobrych wzorców przyciąga i patologicznych partnerów, którzy tę biedę jeszcze pogłębiają. Nie tylko finansową, ale właśnie emocjonalną, doprowadzającą do tragedii, w obronie własnej..

Z filmowej strony udało nam się wreszcie obejrzeć „Gambit królowej”, z nieodłącznym zachwytem nad klimatem, odwzorowaniem epoki i zdjęciami w serialu. Anya Taylor-Joy gra tu po prostu rewelacyjnie, ta przepiękna kobieta zaczarowała cały obraz. Nasz M. Dorociński również idealnie pasował i szkoda, że nie mógł się bardziej wykazać w swej roli. Trochę za to nie pasowała mi powolność niektórych scen, ale widać tak miało być, by rozgrywki szachowe nadawały tempa i prowadziły do świetnego finału. Myślę, że książka jest równie dobra, ale nie wiem czy po nią sięgnę, z racji dopiero co obejrzanego filmu. Może za jakiś czas, gdy historia odejdzie trochę w niepamięć..

W planach do przeczytania „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy”, oraz „Moja znikająca połowa”, a na Małego czekają „Myślinki” ulubionej Basi Kosmowskiej. Majówka zapowiada się średnio przyjemna pogodowo, warto więc wykorzystać te wolne chwile. Choć liczę i na plenery, kiedy tylko słońce zza chmur trochę wyjrzy. Dobrego długiego weekendu..

Samodzielność

Zmiany zmianami, ale chyba na wiosnę i lato odpuścimy sobie rewolucje. Jesienią będzie łatwiej i mniej pokus do wychodzenia z domu. Mały też bardziej oswoi się z tematem szkoły, bo na razie się jej obawia. Swoją drogą jest o ponad pół roku młodszy od swoich rocznikowych rówieśników, a to i wizualnie i emocjonalnie jest jeszcze zauważalne. Choć bez problemu radzi sobie z zadaniami, to jednak czasem czuje się niepewnie i nad tym trzeba się skupić. Na dokładkę wzmocnić go trochę, nauczyć radzenia sobie np z wiązaniem sznurówek i stopniowo zwiększać samodzielność. Sąsiadka wysłała ostatnio swojego 7 latka po chrupki do pobliskiego sklepu (dwa przejścia przez ulicę), drugi raz do żabki po coś słodkiego, nadzorując go raz z balkonu, raz zza winkla klatki schodowej. Nasz na razie podejdzie do kiosku, ale z nami, w niedalekiej odległości. W domu za to ogarnia już wiele, sam się ubiera, częściowo ścieli łóżko – zostawiając tylko za ciężką kołdrę, po jedzeniu odnosi naczynia do kuchni, sprząta zabawki (odkurzacz mogący pochłonąć klocki to dobry motywator) i kiedy biorę się za wycieranie kurzu, od razu leci po swoje chusteczki i zaczyna pomagać. Wie, że po przyjściu z podwórka koniecznie trzeba umyć ręce, próbuje też pomagać przy gotowaniu, jeśli ma chęć. Raz zrobił nam nawet śniadanie do łóżka, smarując kromki chleba masłem i kładąc na nie grube połówki pomidora. Dał radę:)

Zaczyna też ciekawić się naszymi rozmowami, dopytuje o kim, lub o czym mówimy. Chce, żeby powtarzać mu niedosłyszane słowa i próbuje łapać sens całości. U jednych naszych znajomych jest zasada, że dzieci nie wtrącają się do rozmów dorosłych i są wręcz wypraszane z pokoju, co bywa dla nich przykre. Oczywiście nie jestem za tym, żeby wciągać dziecko w tematy zdrowotne, finansowe, czy budzące jakiś niepokój. Ale jeśli rozmowa jest luźna, o planach na weekend, o domowych decyzjach to fajnie jak i dziecię ma w tym trochę swojego udziału. Nie czuje się wtedy wyganiane i odrębne tylko, że jego zdanie też się liczy i jest ważną częścią rodziny.

A rodzina w wolne dni spędziła czas razem. Tradycyjnie już na spacerach, wczoraj z rodzicami, dziś 10 km w dwóch ratach i na spotkaniu z Bratankiem na placu zabaw. Miało być też balkonowe sadzenie kwiatów. O którym już ze trzy razy pisałam, ale do tej pory pogoda psuła i psuje szyki. Czekam na cieplejszy klimat i cieszę oko tym, co zakwitło w przydomowych ogródkach i w parkach. Po krokusach w naszym parku już śladu nie ma, pozostaje powspominać je na zdjęciach i chyba kupić gotowe sadzonki własnych kwiatów, bo coś za te z nasion samodzielnie zabrać się nie mogę;)

Tęskno

Coś te dobre myśli trudniej utrzymać na dłużej. Kiedyś było tyle powodów do radości, nie mówię, że i teraz nie ma, ale jakoś ich mniej. Nie ma tej swobody w życiu codziennym, spotkaniach z rodziną, w podróżowaniu. Nie ma gdzie się wytańczyć, jak się spotkać na babskim seansie kinowym, wyśpiewać na koncercie. Dziecięcia w domach, pogoda jeszcze średnia na dłuższe wypady w plener. Na dokładkę zamiast maleć, ilości zakażeń rosną. Ciągle za mało szczepionek, ciągle wieści o rekordowych ilościach zgonów. Przedłużone zamknięcia przedszkoli i szkół powodują frustrację u wielu. Mnie wprawdzie nie denerwuje przebywanie całymi dniami z Małym, bo fajny z niego ludzik. W wieku już w miarę spokojnym, pomocnym, a do tego pracowity – od rana biegnie sobie do zadań i robi je z wyprzedzeniem. Niestety dziecko trzeba teraz zabierać ze sobą wszędzie, do tłumnych sklepów – które stały się dla niektórych jedyną atrakcją i miejscem spotkań. Do urzędu, gdzie akurat musiałam się udać w sprawach samochodowych i to autobusem. I gdzie widać było mamy z wózkami, biegające, wynudzone dzieci i rodziców, którym czasem puszczały nerwy. Byłam przekonana, że nie uda się załatwić sprawy od ręki – jakoś zawsze tak się kończyły wizyty w urzędzie. Tymczasem urzędniczka wykazała się litością i machnęła pieczątki tam gdzie trzeba, uwalniając mnie od ponownej wizyty. Został jeszcze urząd skarbowy, ale tu już spróbuję podziałać przez internet. Na wizytę w przychodni jednak Małego ze sobą nie zabiorę i chyba przyjdzie przełożyć termin na kolejny tydzień. Jeśli oczywiście lockdown zakończy się do 18 kwietnia i nie przedłużą go o następny.

Co będzie, to będzie, pozostaje powspominać namiastkę wolności, bez masek w lesie i w ogrodzie u Zosi..

I namiastkę podróży, która teraz stała się jedyną możliwą, z noclegiem i kilkoma dniami poza domem. Widok przed maską samochodu zawsze mnie hipnotyzował. Kiedyś był zapowiedzią nowych miejsc, nowych kadrów czających się za zakrętem. Niespodzianką w górach, nad morzem, czy kolejnym zwiedzanym miastem. Tęskno mi za tym, bardzo. Oby choć weekend był łaskawy pogodowo, by udało się świętowanie urodzin Bratanka chociaż tak – na placu zabaw, wśród zamaskowanej rodziny. Zdrowego i spokojnego życzę..

Czas

Po szczepieniu u Taty wszystko ok, u Mamy w nocy pojawiła się gorączka, ale nad ranem już było dobrze. Teraz obserwacja kilka dni, czy głowa nie boli i nic się nie dzieje, ale już jesteśmy spokojniejsi. W punkcie szczepień ponoć tłumy, niektórzy przychodzili pół godziny wcześniej i kłębili się, narażając wzajemnie na wirusową wymianę. Pilnujący porządku wojskowi nie do końca dawali radę opanować ten chaos. Ale jakoś cała akcja powoli idzie do przodu, choć chyba na efekty dłuugo poczekamy..

Odliczamy wraz z zegarem na Zamku Książąt Pomorskich i pamiętamy o przestawieniu zegarków

A w tym czekaniu życie toczy się dalej, przedszkola i szkoły od poniedziałku znów pozamykane, gospodarka pada i potrzebuje reanimacji, ale cóż my możemy.. Chyba tylko zająć się swoim domem i ogródkiem. Oprócz przechowanych zimą kwiatów, muszę zreanimować też swoje włosy. Lecą ostatnio jak szalone i nasz Robek sprzątający ma z nimi dużo roboty. Wkręcają się w kółka i trzeba pilnować, żeby się nie zaciął. Małego zdążyłam zapisać do fryzjera, przed kolejnym zamknięciem owych przybytków. Pani Maria była pewna, że będą działać normalnie, a tu klops. Znowu na święta fryzjerstwo przeniesie się do domów i za zamknięte żaluzje. Moja fryzurka wymagałaby odświeżenia, ale nie wiem co robić, bo dłuższy włos mógłby się przydać do eleganckiego upięcia na majowy ślub Brata (celebrowany w imieniu gości pod drzwiami urzędu) i pozostałe dwa śluby, które mam nadzieję dojdą do skutku. Tylko do owego upięcia jednak fachowiec potrzebny. Ale bądźmy dobrej myśli, ponoć od 10 kwietnia wirus będzie w odwodzie (tia).

Asekuracyjnie

Tysiąc tysiącem, a pisać chce się dalej i ani myśli przestawać. Ponoć u każdego w rodzinie znajduje się ktoś, kto lubi zapiski, pamiętniki i uwiecznianie chwil na fotografiach. W naszej, trafiło na mnie.

Mały ostatnio asekuracyjnie został w domu. Niby tylko katar i trochę pokasływania, ale w obecnym czasie od razu zapala się lampka ostrzegawcza i lepiej kilka dni odseparować dziecię od innych. Nic się na szczęście nie rozwinęło i od poniedziałku wrócił do przedszkola, po drodze zaliczając dotleniający spacer rodzinny z okazji imienin mojej Mamy. Potem wzięłam się za wiosenne porządki, segregację rzeczy i przymierzanie koszulek z długimi i krótkimi rękawami. Część poleciała na PCK, udało się sprzedać kolejne ciuchy (łącznie z ubrankami z chrzcin syna), a w uwolnione miejsce trafiły dwie nowe bluzki. I zaskoczona jestem rozmiarem, bo trochę po ostatnim pilnowaniu, jakby mnie mniej. Teraz żeby tylko to utrwalić i może jest szansa by 38 zostało ze mną na dłużej. (Paulinko, liczę na Ciebie i dziękuję Ci serdecznie za chęć pomocy:))

Dotarły też zamówione dodatkowe skrzynki balkonowe, przy moim szczęściu w internetowych zakupach – w kolorze szarym, zamiast brązowym. Dylemat był duży, Mąż się natargł i narobił próbnych ustawień. Przez chwilę była bowiem szansa, że przy tych szarych zostanę. Ale jednak po wczorajszym oglądaniu ich z zewnątrz wrażenie było zbyt smutne, będzie więc zwrot i wracamy do ciepłego brązu. Czekam na kolejną dostawę, a w międzyczasie zapisuję auto na przegląd, Małego do fryzjera – lepiej teraz, bo nie wiadomo, czy i tych przybytków nie zamkną. Od soboty przecież zamknięte galerie, siłownie, baseny i kina, z których jedno było przez chwilę u nas czynne. I nawet rozważałyśmy z dziewczynami wyjście, pomimo mało komfortowej wizji oglądania w maseczkach. Ale nie zdążyłyśmy się załapać na najnowsze filmy (Obiecującą, młodą kobietę. Palm Springs. Zabij to i wyjedź z tego miasta) i nie wiadomo, kiedy będzie kolejna okazja. Choć może tak miało być. Dla bezpieczeństwa i asekuracyjnie.

Zapasów kaszy i mąki nie robię, ale lecę po brakujące kosmetyki i powoli szykuję prezenty na Wielkanoc. Choć już raczej wiadomo, że zajączek znowu będzie składał życzenia przez ekran i że to nie będą takie święta, jakby się chciało. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi.. to się cieszy, że zdrowie jest. I że wiosna coraz bliżej..

Szlachetne zdrowie

Zanim bliżej lub dalej, jesteśmy tu i teraz. Z wieści mniej przyjemnych, odebrałam niedawno bliską znajomą ze szpitala. I żaden tam covid. Winna była – suszona morela. Tak. Jak widać suszone owoce mogą być przyczyną poważnej operacji, połączonej z usunięciem kawałka jelita. Nieprzetrawiony skrawek (może też być pestka z winogron lub czereśni) dostaje się dalej, przykleja do ścianki, tworzy zator i puchnie. Nawet do wielkości piłki ping-pongowej. Koszmar, leczenie wielkiej rany i długi powrót do formy.

Do formy natomiast nie wróci już pewien bezdomny. I tym razem nie owoc, a choroby wewnętrzne, brak dbania o zdrowie, higieny, lekarskiej opieki i zapewne też zimna. Pozostały po nim znicze, na murze. W miejscu, gdzie siadywał od wielu lat. Ponoć od dwudziestu. Człowiek, który kiedyś miał dobre życie. Wysoki, postawny, pracujący za młodu jako rehabilitant sportowców. Była żona, córka. I niestety, do kompletu z tym wszystkim cholerny alkohol. Niszczący po drodze niejedno już życie i niejedną rodzinę. Przechodząc obok zawsze się go trochę obawiałam, choć nikogo nie zaczepiał i krzywdy nikomu nie robił. Starzy znajomi to z nim wypili, to dali na bułkę, przywitali się, pogadali. Był człowiek i nie ma człowieka. Niestety została po nim dawno już rozbita rodzina i dziecko (co z tego, że dorosłe), które do końca życia będzie nosić w sobie wspomnienie pijanego ojca. I te znicze na murze, takie wymowne..

Tymczasem życie toczy się dalej, po podróży prania porobione, choinka i wszelkie świąteczne ozdoby do spakowania. Luty się rozkręca z minusową temperaturą, ale ponoć od połowy miesiąca powrót plusów. Galerie znowu otwarte, choć gdyby nie cynk o cennej roślinie do akwarium pewnie bym tam jeszcze nie zawitała, dopiero za tydzień na umówiony szoping. Akcja była szybka, żeby tłumów uniknąć, ale jednak po drodze złapałam kurtkę dla Małego na następną zimę. Wyprzedaże towaru trwają i teraz naprawdę mają wymiar prawdziwej wyprzedaży do 70%. Sklepy zawalone są towarem, który powinien zejść zanim wiosna nastanie. Ale zanim ona, trochę jeszcze zimy przed nami. Trzeba uważać na poślizgi, wskoczyć w ocieplane buty, nafutrować się witaminą C, probiotykami, owinąć szyję szalikiem i ruszyć w plenery, póki widoki niesamowite. Dużo zdrowia i spokojnego weekendu.

Osobowe (po)dane

Mój fejsbuk nie jest w stanie pojąć, że nie szukam znanych w przeszłości osób, że nie potrzebuję nikogo podglądać, ani obserwować. Z osobami, na których mi zależy, mam kontakt telefoniczny, blogowy lub mailowy i to w zupełności wystarcza. Choć oczywiście rozumiem przydatność tej aplikacji i sposób na utrzymywanie kontaktu – każdemu, co kto lubi i potrzebuje. Z zaskoczeniem jednak patrzę na listy podsuwanych osób do polubienia i wciągnięcia w grono „znajomych”. Pojawiają się twarze byłych współpracowników, ludzi z którymi chodziłam do szkoły, czy na studia, a nawet sąsiadów, których znam tylko z widzenia. Szok jak to wszystko w sieci jest połączone i do namierzenia. Ale niepotrzebne mi wieści, gdzie ci ludzie pracują, gdzie mieszkają ich bliscy, czy dokąd wyjeżdżają. Swoją drogą niektórzy naprawdę podają wszystkie namiary na siebie (i na innych z rodziny, o czym ci mogą nie mieć pojęcia). Załączają zdjęcia dzieci i swoje, robione na każdym kroku, od rana do wieczora. Szczytem, o którym opowiadała mi wczoraj koleżanka było załączenie do profilu biletów lotniczych! Z nazwiskiem, adresem zamieszkania i dokładną datą wylotu i powrotu – piękną informacją dla złodzieja, kiedy dom stoi pusty. Przerażające.

Rodzice wpajali mi dbałość o ochronę danych osobowych, swoich i bliskich. Adresy z koperty są ścinane w drobny mak, faktury i stare dokumenty palone. W sieci podawana jak najmniejsza ilość danych, choć ciężko uniknąć wpisania adresu czy telefonu, gdy robi się zakupy przez internet. Owszem piszę bloga i jest on formą pamiętnika o nas i naszym życiu, ale jednak nie podaję tu żadnych nazwisk, nikogo z rodziny, czy znajomych, żadnych telefonów, ani terminów podróży. Małego też będę tego uczyć, ale czy w dzisiejszym, elektronicznym świecie uda się mu zachować prywatność? To w przyszłości zależy głównie od niego i od poziomu inwigilacji netowego środowiska.

Mój FB jednak musi pogodzić się z faktem, że założony został po to, bym miała wiadomości z przedszkola, do których nie miałam dostępu. Ewentualnie wyszukania oferty sprzedaży, czy informacji o wydarzeniach w mieście – gdy te wydarzenia powrócą. Znajomi natomiast wiedzą jak mnie znaleźć i bez niego. Na ten przykład odezwała się do mnie telefonicznie, po dłuugim czasie, koleżanka zapoznana jeszcze na bloxie, z którą mieliśmy przyjemność poznać się na żywo i bardzo polubić. Znajomość przycichła z racji jej problemów rodzinnych i zakończenia blogowania, ale ma szansę się odnowić jeśli obie strony postarają się o kontakt (pomiędzy zachodem i centrum kraju). A trzeba przyznać, że wspaniale nam się rozmawiało, pisało i nawet wymieniałyśmy się życzeniami na kartkach pocztowych, czy drobiazgami z okazji Świąt. Z sentymentu zachowałam jej pracę ręczną, szytą i dzierganą od a do z i chciałabym zadbać o to, byśmy się już nie zgubiły..

Pozamykane?

Niby ferie, ale tak naprawdę co mają robić dzieci, czy młodzież, kiedy ani porządnej zimy, ani możliwości wyjazdu na obóz, czy narty. Ponoć jakiś czas działało lodowisko – w formie kwiaciarni. Zakładano łyżwy i udawano, że jedzie się na środek lodowiska kupić kwiaty. Sanepid i kara dla naszego Lodogryfu zakończyły proceder. Szkoda, że nie zdążyłam, bo z ciekawości sprawdziłabym taką opcję. Nawet jeśli nie pojeździło się za długo, to przynajmniej z kwiatami człek wrócił;) Klub fitness z kolei otwarty na zasadzie medycznej konieczności, wcześniej robił za duchowe wsparcie. Przedsiębiorcy podejmują wszelkie próby przetrwania i wcale im się nie dziwię, bo patrząc na witryny, w co drugiej widać już pustki za szybą. Przez nieczynne galerie i brak możliwości podróżowania widać więcej ludzi we wszystkich innych dostępnych sklepach. W lidlach i stonkach, w sklepach odzieżowych czy z różnościami, które mają wejście z zewnątrz, też. Staram się unikać chodzenia częstszego niż dwa razy w tygodniu na zakupy żywnościowe, ale tym razem, z ciekawości, podjechaliśmy obejrzeć nowy pasaż. Dopiero się rozkręca i jeszcze w nienaruszonym i czystym stanie próbuje przyciągnąć klientów..

Ale i tak, mimo tych zachęt, wybieramy plener, tam jednak bezpieczniej. A już zwłaszcza na spotkanie z rodzicami, z którymi od kwietnia widujemy się tylko na spacerach i w maskach. Ostatnio zaczęliśmy wybierać też inne miejsca, niż ich osiedle. Po Syrenich Stawach zobaczymy, gdzie nas teraz poniesie. Jak dla mnie mogą to być choćby Jasne Błonia, które wprawdzie wrzesz i wzdłuż znamy już na pamięć, ale jakoś nigdy się nie nudzą. Tutaj w wersji z najnowszego kalendarza, zdobiącego obecnie ścianę u Zosi. Miłego weekendu 🌺

Zaplastikowani

Maseczka znów na co dzień i strach po spokojnym weekendzie powraca.. Zapas masek mam w każdej torebce, w samochodzie i w szufladzie w korytarzu, żeby zawsze były pod ręką. Sprawy prozdrowotne znów wyszły na prowadzenie, u Męża wyniki z laboratorium na szczęście bardzo dobre. Przede mną teleporada odnośnie kręgosłupa i skierowania do okulisty. Zaczynają się problemy ze wzrokiem, trudniej przeczytać drobne literki, muszę oddalić lekko kartkę żeby wyostrzyć obraz. Na pewno też nie pomagam oczom czytając po nocy, z podświetleniem na czytniku. Ale w dzień jakoś ani czasu, ani skupienia na czytanie nie ma. Zajęcia domowe pochłaniają go dużo, podczas gotowania wolę obejrzeć serial, trzeba też co jakiś czas ogarnąć mieszkanie, albo na ten przykład ruszyć na polowanie z racji zbliżających się mikołajek i świąt. Choć raczej te święta spędzimy w niewielkim gronie i większe przygotowania nie są konieczne.

Drobiazgi dla Małego kupione, ale po urodzinowych prezentach trudniej znaleźć pomysł na nowe. Trzeba też trochę przystopować z obdarowywaniem, bo niedługo utoniemy w zabawkach i ogromnej ilości plastiku. Nie ukrywajmy, plastik i guma są teraz głównym tworzywem do produkcji zabawek. Owszem gdy syn był mniejszy bawił się drewnianymi klockami, robotem z drewna i sznurków czy drewnianym pociągiem z takimi też torami. Teraz dominują plastikowe klocki, samochody, figurki zingsów wraz z ich bazami czy autami i gry planszowe. A i w tych grach plastikowych kart, obudowy, pionków czy żetonów nie brakuje.

Od kiedy zaczęłam intensywnie i skrupulatnie segregować śmieci (pomimo, że płacimy za niesegregowane), każdego dnia wynoszę worek z plastikowymi odpadami. Są butelki po wodzie i innych napojach, pojemniki od jogurtów, opakowania różne, po serach, wędlinach, ciastkach, twarożkach czy od czasu do czasu po kosmetykach. Tego jest naprawdę dużo i jeśli wyobrazić sobie, że z każdego domu wyjdzie dziennie taki worek, czasem mniejszy, czasem większy, to to jest przerażające. Normalnie jesteśmy zaplastikowani. Mam tylko nadzieję (może naiwną), że większa część z tych tworzyw zostanie przetworzona, tak jak i większość z kontenerów na papier czy szkło. Ale co się dzieje dalej z odpadami, wiedzą tylko ci, którzy się tym zajmują. Mimo wszystko segregować warto, albo szukać alternatyw typu papierowe patyczki do uszu, kosmetyk w szklanym słoiku, czy kanapki do pracy zawijane w papier. Ten nasz świat już i tak z każdej strony dostaje baty, a chciałoby się nim cieszyć jak najdłużej..

Wiosenna jesień

Manifestacje trwają, wkurzenie nie mija i faktycznie trzeba szukać jakichś odskoczni, bo zwariować idzie. Weekend spędziliśmy bardziej domowo i przez te nasiadówki i brak ruchu zaczynają się znowu problemy z kręgosłupem. Mężu już po wizycie u lekarza, z zaleceniem rehabilitacji, którą strach teraz robić. Ja na razie wspomagam się lekami i powrotem do jogi, bo jak tak dalej pójdzie to schylić się nie będę mogła, by dziecku kurtkę zapiąć. Choć w sumie coraz większe to nasze kochane dziecię i mniej tej pomocy potrzebuje.

Żeby odreagować złe stany i emocje zaczęłam myśleć nad urodzinowym menu dla Małego. Zrobiłam już częściowe zakupy i rozesłałam zapytania, jak wyglądają chęci i nastawienie na jakieś małe spotkanie. Z rodziny zapowiada się tylko brat z narzeczoną, a ze znajomych najbliżsi sąsiedzi z którymi syn i tak ma kontakt przez cały ten rok. Z dziewczynami i ich maluchami jesteśmy umówione na niewielkiej sali zabaw, choć tutaj wszystko zależy od piątkowych decyzji. Zobaczymy, w którą stronę to się potoczy.. My zaś niedzielnie potoczyliśmy się na mały spacer w poszukiwaniu oznak jesieni. Ale coś ta jesień obecnie z wiosną zaczyna się kojarzyć, kiedy na ten przykład dziś na termometrach 20 stopni na plusie..

Zastanawiam się, czy zakupione kozaki przydadzą się Małemu tej zimy. Swoją najcieplejszą kurtkę wystawiłam na sprzedaż, zostawiając taką pośrednią. W styczniu, w górach była w sam raz, to i na naszych nizinach da radę. I nic już na zimę nie kupuję, mimo iż przydałyby się nowe botki czy brązowe trapery. Wydatków na ten miesiąc i tak bardzo dużo, opłaty, jedzenie, apteka, prezenty dla synka i trochę smakołyków by uczcić nadchodzące święto. Jutro idę zamówić tort (oczywiście z Zingsami po wierzchu) i na pogaduchy do koleżanki, której teraz bardzo przyda się pocieszenie i wsparcie. Jak chyba i nam wszystkim..