Na czerwono i na szaro

Wiadomość o Ervi mocno mnie zasmuciła. Może nie znałyśmy się długo i dobrze, ale jednak kontakt był i zaglądałyśmy na swoje wpisy. Tak szkoda jej młodego życia, usianego ciężkimi przeżyciami i chorobą. Pomimo smutku, a może właśnie przez to miała w sobie ogrom wrażliwości, dobre słowo dla ludzi i silną wiarę. Jej blog był pełen pięknych książek dla dzieci, pomysłów na dania inne od tradycyjnej kuchni i ciepłych myśli. W komentarzach dużo uśmiechu i taka świadomość, że zawsze odpisze. To jej życiowe „zawsze” trwało zdecydowanie za krótko..

Tymczasem życie toczy się dalej, choć myśli jeszcze krążą.. Nowy tydzień u nas to plac zabaw z Małym i jego kolegami, moje pogaduchy z sąsiadką i plany spotkania z okazji urodzin jej syna. Długi spacer na rynek po sporą dawkę świeżych warzyw, ulubionego bobu i czerwonych, letnich owoców.

Trochę pomrożonych truskawek, naleśników z tymi najsłodszymi i zbieraniem sił na zadbanie o domową przestrzeń. Mały chętnie pomaga w sprzątaniu, pokazując swoim „uff”, jaki jest zapracowany i zaangażowany. A po sprzątaniu relaks, bajka i tylko coś na dwór wyjść się nie chciało, gdy 27 stopni w samo południe prażyło z nieba. Wtedy najlepsza kąpiel. Ostatnio z nowo zakupionymi mydełkami – do mycia ciała i włosów.

Postanowiłam powrócić do kostek i odstawić mydła i żele w płynach. Z jednej strony zaleciła to lekarka, z drugiej pamiętam, że kiedyś tylko szare mydło było i sprawowało się całkiem nieźle. Na razie szare z zieloną glinką poprawia mi trochę cerę, a włosy po umyciu kostką są świeże przez dwa dni. Dla mnie sukces, bo z reguły wymagają codziennego mycia. Także Biały Jeleń na szaro, ale mam nadzieję, że i na zdrowo wyjdzie..

Menu

Ponieważ dziecię już tylko na domowym garnuszku, to i menu dwudaniowe kombinować wypada. Same truskawki nie wystarczą, zwłaszcza gdy rosnąć trzeba i doganiać rówieśników (niektórzy o głowę wyżsi). Obecnie więc krupnik i sycące hamburgery własnej produkcji..

Dalej w planach spaghetti na drobiowym, makaron i gotowane warzywa. Na weekend wyproszony przez dziecię rosół i może jakaś chińszczyzna na zamówienie, żeby odskocznia od domowych posiłków była. Jak dobrze pójdzie to i ja od domu i gotowania trochę odetchnę. Szykuje się wyjście na Bulwary, z okazji Letniego Brzmienia. A ponieważ zdrowie Małego idzie ku lepszemu (po konsultacji pediatrycznej nowy lek wdrożony), jest też szansa na spotkanie z rodziną i urodzinową pizzę Bratowej. Synek z tej okazji już pizzę własnej produkcji stworzył, szkoda tylko, że mało jadalną. Chociaż kto wie, gdyby głód przyszpilił to i hey clay by się przeżuło;) Miłego weekendu!

Początek wakacji

Wakacje rozpoczęliśmy na wesoło, ale od poniedziałku już kaszel i katar u Małego – kumulacja przeziębionej Amelki, jeszcze w przedszkolu i taplania w basenie z zimną wodą, na sobotnich urodzinach. Może nie jakoś uciążliwe to przeziębienie, ale na razie odpada plażowanie, które z racji ostatniej pięknej pogody można było uskuteczniać. Teraz już ulewy, a i gorączka dziś w nocy się objawiła, odpadają więc spacery. Zostaje balkon, od czasu do czasu, na którym śniadanie smakuje najlepiej. A i oko można nacieszyć roślinkami i pierwszą, własną, natką pietruszki.

Miały być tam i truskawki, ale za mało na nie miejsca, więc raczymy się kupnymi. Na hurcie warzywno-owocowym można trafić takie naprawdę słodkie, pachnące i te znikają najszybciej..

To dla ciała, a dla ucha, najnowsza nuta z Męskiego Grania, która to przyjemna i bardzo fajna do posłuchania, ale nie wiem czy sprawdzi się na koncertach. W tym roku zresztą koncerty MG i tak mi odpadają. Gdyby nie plany dałoby się nawet pojechać, ale wybieramy jednak ważniejsze wydarzenie:)

Odespać..

Tak to już jest, że po czymś fajnym przychodzi etap mniej atrakcyjny. Nowy tydzień nie był więc tak wesoły, jak nasz sympatyczny weekend. Ale pocieszam się, że potem znów zaświeci słońce. Od poniedziałku ruszyłam w wir sprzątania i korzystając z upałów, prania i wymieniania pościeli. Trzeba było też pogotować i to na zapas, z racji mej planowanej już wcześniej nieobecności.

A nieobecność spowodowana małym zabiegiem chirurgicznym, który miał być pod hasłem rach-ciach, a skończył się na 15 godzinach oczekiwania w szpitalu. Oczywiście wszystko przedłużone przez wirusowe testy, na których wynik czekałam wraz z czterema babeczkami 6 godzin. Testy zdane (uff), potem ankieta za ankietą, po drodze obiad i masa śmiechu. Zapoznane dziewczyny z optymistycznym podejściem, choć niejednej wcale do śmiechu nie było, bo problemy dużo większe niż mój. Ale w sumie lepiej się śmiać niż płakać. A skoro i tak trzeba przejść swoje, to przynajmniej w fajnym towarzystwie, wspierając się wzajemnie i z przymrużeniem oka. Nawet w toalecie;)

Grunt, że przetrwane, że żadna kwarantanna nie popsuła zbliżających się planów weselnych i mam nadzieję, że goić będzie się szybko i dobrze. Mimo wszystko stresu się trochę najadłam i usnąć dziś nie będzie łatwo. Nic to, spróbuję odespać w weekend:)

Zimny maj

Z początkiem tygodnia udało się wyrwać z domu tylko raz, na większe zakupy i drugi, na krótki – żeby nie przewiać świeżo odbudowywanej odporności – spacer z Małym. Zapisałam go do fryzjera na jutro, bo już nieład artystyczny na głowie się tworzy, zwłaszcza po zdjęciu czapki. A tu ślub Brata w piątek i trzeba się jakoś wyszykować. Na cywilnym może pojawić się tylko 6 osób – z urzędnikiem włącznie i dowolna ilość zaszczepionych podwójną dawką. Ponieważ rodzice takową mają, mam szansę i ja być obecna na ślubowaniu, ze świadkami i fotografem. Reszta będzie stała pod drzwiami i tak sobie debatowaliśmy, że mogliby z tej okazji chociaż monitor wystawić na zewnątrz, dla gości. Koleżanka latająca ostatnio do Ameryki, po obywatelstwo dla syna, stwierdziła że paranoja kompletna – w samolocie człowiek przy człowieku siedzi, a w dużej sali ślubów tylko 6 osób. Cóż. Cud, że w ogóle na obiad owi goście będą mogli potem się udać, bo przesunięto otwarcie restauracji pod dachem, o jeden dzień. A jak widać czasem jeden dzień bywa istotny.

Albo siedem dni, jak w zakręconym pozytywnie filmie (produkcji rosyjskiej), który ostatnio obejrzeliśmy. „Siedem pomysłów na randki, czyli jak ratować małżeństwo”. Wprawdzie dopiero ślub, jednak wszystko zdarzyć się może i warto zapobiegać. Choć Brat twierdzi, że oni rozwód już mieli, więc teraz im nie grozi – rozstali się na 4 lata, przez które i tak bardzo się przyjaźnili, by powrócić do siebie – mimo iż dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Weszli, kochają, dzieciątko już na świecie i przyszedł czas deklaracji. Kocham i ja, bardzo, choć moja przeszłość też pogmatwana, to najważniejsze, że oboje z Bratem znaleźliśmy swoje szczęście i miejsce na ziemi, w którym jest dobrze i które niech już zostanie z nami na zawsze.

Od rana nucę piosenkę Maanamu, ale choć wydźwięk zimnawy to jakoś tak i tam o miłości. „W moim śnie tylko kocham, kocham i bawię się”. Tam mogę, po swojemu, wirując w tańcu na plaży. A w rzeczywistości czekam na słońce, ciepła trochę i laurkę od synka z okazji dzisiejszego święta. Powrócił dziś do przedszkola szczęśliwy i radosny, choć jeszcze z resztką kataru w nosie. Do Mamy zadzwonię, kiedy odeśpi powrót z urlopu znad chłodnego ostatnio jeziora. A i życzenia chrzestnej Małego wyślę, bo nieodmiennie cieszy się z tego gestu. Mama chrzestna przecież też jest ważna.

Dla wszystkich Mam, obecnych i przyszłych, życzenia najlepsze🙂

Domowo

Pozostanie w mieście miałoby większe plusy, gdyby się kaszel do Małego nie przypętał. Zdążyliśmy jeszcze pojechać na Wały obejrzeć militarne, wielkie statki i wieczorem już było wiadomo, że weekend spędzimy w domu. Rozwinął się ten kaszel głównie z kataru, a ten z alergii i tyle dobrego, że nikogo nie pozarażał. Tym bardziej, żem świeżo po szczepieniu piątkowym i Pfizer we mnie krąży. Krąży dość intensywnie, bo już mi żyłka na ramieniu i na palcu u ręki pękła. Ale chyba na tym efekty uboczne zakończone.

Za to efektem ubocznym pogody i przeziębienia Małego była większa część weekendu spędzona według dziecięcego planu. Także „Madagaskar” ponownie obejrzany, gry planszowe i karciane zgrane na wszystkie strony, zrobione dziesiątki zadań z gazetek Harry’ego Pottera i głowa pełna energicznego trajkotania:) Spacery były samotne, na zmianę z Mężem i dość szybkie, bo wiatr skutecznie z dworu wyganiał. Ale gdy pojawiało się słońce, nawet trochę ciepła dało się odczuć. W ziołowej skrzynce posadziłam więc wreszcie bazylię, lubczyk i natkę pietruszki. A w kwiatowych widać już malutkie, zielone pędy. Cieszą niesamowicie i zaczynam rozumieć tę miłość do ziemi i własnych plonów. Wszelakich..

Akcja błysk

Rozkręcił się ten tydzień mocno sprzątająco, choć była i przerwa na urodzinowe wyjście do kawiarni z Mężem. Nareszcie jak ludzie, przy stoliku i bez pośpiechu. Jakoś tak przypływu wiosennej energii dostałam i wypoczęta po weekendzie u Zosi do akcji błysk się wzięłam. Łącznie ze wspinaniem na szafy, wycieraniem kurzy wszędzie, myciem łazienki, kuchenki. Poprawianiem odkurzania po Robku, ogarnianiem szuflad i wszelkich zakamarków. Wywalaniem rzeczy niepotrzebnych, przeglądaniem ciuchów i przymierzaniem sukienek pod przyszłe śluby. Na szczęście mieszczę się we wszystkie, ale nad talią trzeba trochę popracować. Muszę przejrzeć jeszcze koszule dziecięce i zobaczyć, czy mamy jakieś eleganckie spodnie. Zakupiłam też Małemu sandały na lato, w dwóch rozmiarach, na teraz i w razie gdyby noga urosła. Jak nie urośnie, to będą do szkoły, bo w tej naszej można chodzić i tak. W ogóle gdy czytam szkolne wiadomości, jestem pozytywnie nastawiona i trochę stresów ubyło. Mały na pewno się tam odnajdzie, zwłaszcza, że pierwsza klasa przypomina tę przedszkolną zerówkową i panie są sympatyczne.

Oby tak było, bo wrażliwy ten nasz żuczek bardzo. Szykuje się teraz do występów na Dzień Mamy i Taty i przeżywał, że mogą go ominąć przez ślub wujka. Na szczęście wczoraj potwierdziłam, że terminy się nie pokrywają, ale nawet nie chcę myśleć, co by było gdyby jednak. Terminy gonią i mnie, jutro rtg i odbiór innych wyników, w piątek szczepienie i miał być plan wyjazdu do rodziców nad jezioro. Ale coś pogoda w kratkę i za dużo deszczu przewidują, także chyba zostaniemy w mieście. Co też ma swoje plusy.

Ślubne plany

Zajęcia domowe ogarnięte, nawet z dodatkami w postaci zamówionych rolet do kuchni. Tak niefortunnie mamy ustawienie okien, że sąsiedzi zaglądają nam do salonu i przy zapalonym świetle widzą nas jak na dłoni. W dzień nie ma z tym problemy, ale skoro mamy się tu kiedyś przenosić, trzeba mieć trochę swobody i intymności. Ruszyłam też wreszcie do fryzjera, korzystając na szybko z otwarcia salonów i z myślą o nadchodzących wspaniałych okazjach, na które to trzeba cuś z włosami zrobić. Jako, że z moimi zrobić się wiele nie da, podcięłam na tradycyjnego boba i na majowy ślub długość będzie w sam raz. Na czerwcowy jeszcze da się je ułożyć przy pomocy suszarko-lokówki, a na sierpniowy zobaczymy. Zależy jaka będzie wówczas długość i jaką sukienkę założę. Tak to się bowiem złożyło, że na ten rok trzy wspaniałe śluby rodzinne i przyjacielskie nam się trafiły. I nawet przepiękne zaproszenia już otrzymaliśmy.

Z czego niezmiernie się cieszę i tylko o zdrowie się modlę dla nas, Młodych Par i wszystkich gości. A że czas mamy, jaki mamy, przemyślałam wszystkie za i przeciw i pokonując lęki szczepionkowe (ze wsparciem i racjonalnym tłumaczeniem) zapisałam nas na Pfizera. Przez chwilę chciałam skorzystać z opcji jednorazowej dawki J&J w punkcie ustawionym na majówkę, ale kolejki były tak ogromne i potwornie wiało, co zamiast zdrowiem mogło zakończyć się przeziębieniem z wychłodzenia. Także szczepienia moje i Męża za dwa tygodnie, z drugą dawką zdążymy i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. W maju jest nawet szansa, że zostaną otwarte restauracje na świeżym powietrzu i Brat będzie mógł zaprosić rodzinę na obiad, a na pozostałe terminy jest już zielone światło by gości przyjąć w sali weselnej. Wiadomo, że wszystko z zachowaniem sanitarnych zaleceń, ale jakaś iskierka się pojawiła, a i pogoda może wreszcie się też zlituje. Dla osłody na obecne chłody, makowe ślimaczki i czekamy niecierpliwie na ciepłą wiosnę i ślubne spotkania.

Czytane-oglądane

Skoro już przy książkach i filmach jestem, świeżo zakończyłam lekturę Gorzko, gorzko” Joanny Bator (M, dziękuję Ci za nią bardzo). Gorzka to książka, w tematyce, ale czyta się ją jednym tchem. Język, choć nie pozbawiony twardego wyrazu jest poetycki i płynęłam przez tę opowieść, jak na fali. Opisany trudny los czterech zagubionych w sobie i w świecie kobiet, przenika się z poszukiwaniem miłości, z brakiem czułości, ciepła i zrozumienia. Patologia wynikająca z biedy, z braku poczucia własnej wartości i dobrych wzorców przyciąga i patologicznych partnerów, którzy tę biedę jeszcze pogłębiają. Nie tylko finansową, ale właśnie emocjonalną, doprowadzającą do tragedii, w obronie własnej..

Z filmowej strony udało nam się wreszcie obejrzeć „Gambit królowej”, z nieodłącznym zachwytem nad klimatem, odwzorowaniem epoki i zdjęciami w serialu. Anya Taylor-Joy gra tu po prostu rewelacyjnie, ta przepiękna kobieta zaczarowała cały obraz. Nasz M. Dorociński również idealnie pasował i szkoda, że nie mógł się bardziej wykazać w swej roli. Trochę za to nie pasowała mi powolność niektórych scen, ale widać tak miało być, by rozgrywki szachowe nadawały tempa i prowadziły do świetnego finału. Myślę, że książka jest równie dobra, ale nie wiem czy po nią sięgnę, z racji dopiero co obejrzanego filmu. Może za jakiś czas, gdy historia odejdzie trochę w niepamięć..

W planach do przeczytania „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy”, oraz „Moja znikająca połowa”, a na Małego czekają „Myślinki” ulubionej Basi Kosmowskiej. Majówka zapowiada się średnio przyjemna pogodowo, warto więc wykorzystać te wolne chwile. Choć liczę i na plenery, kiedy tylko słońce zza chmur trochę wyjrzy. Dobrego długiego weekendu..

Ugotowane

Ostatni dzień wreszcie był pięknie wiosenny. Ciepło, słonecznie więc już bez wymówek ziemia do skrzynek ruszyła. Rusza się też coś ze znoszeniem obostrzeń, z czego najbardziej cieszy mnie majowe zdjęcie masek w plenerze. Duszności dostaję na sam widok maski, choć w sklepie jakoś mi nie przeszkadza, tam jednak lepiej ją mieć. Są też szanse na małe przyjęcia z okazji nadchodzących ślubów, ale to będzie się klarowało bliżej terminów. Na razie jest tu i teraz, a w tym teraz Spis Powszechny – na który większa część mnie się buntuje ((permanentna inwigilacja), ale skoro trzeba, to trzeba. Wieści o odbiorze dowodu rejestracyjnego, czyli kolejna wizyta w urzędzie planowana. Zakup botków wiosennych po raz pierwszy z bonprix – nie trafiony z rozmiarem i przybywający ze skazą na lewym bucie. Zwrot na szczęście darmowy w ramach reklamacji, ale chyba już więcej nic tam nie zamówię. Mówiłam, że nie mogę kupować ubrań i butów przez internet. Zawsze coś nie tak! Nie ma to jak przymierzyć, przejść się w sklepie, dotknąć materiału. Także dobrze, że niedługo i sklepy będą otwarte.

Zanim jednak do sklepów, wyżywam się kulinarnie w nowościach. Nowościach dla mnie, bo przepisy znane na świecie od lat i preferowane przez wielu. Ale dla początkującego, zaskakujące i przyjemne w realizacji. Na pierwszy ogień poszedł pasztet z soczewicy, według przepisu Lenki. Z jedną modyfikacją na soczewicę czerwoną, bo zielonej na stanie nie było. Tak czy inaczej wyszło smacznie, idealnie do pieczywa i bez mięsa.

Z kolei od naszej Ani Pisarki, ślimaczki z ciasta francuskiego, robione na szybko z masą krówkową. W planach na kolejny weekend będą i z makową. Domyślam się, że i ta wersja zniknie w kilka chwil, także może na dokładkę zrobię jakieś łatwe ciasto lub babeczki. Chłopakom tego słodkiego ciągle za mało, ja staram się ograniczać ale jednak dla nich lepiej coś upiec niż kupować cukierki.

Dla równowagi od słodkości wybrałam się z koleżanką na dalszy spacer po warzywa, takie świeże, pachnące, prosto z rynku. Nadźwigałam się ogórków gruntowych, nareszcie smacznych, twardych. Do tego dołożyłam pomidory malinowe, pyszne rzodkiewki i świeży czosnek. Powstało wczoraj spaghetti na mięsie drobiowym, jeśli zostanie dużo makaronu planuję zapiekankę z warzywami i może potem odważę się zrobić po raz pierwszy risotto i pierogi z mięsem. Mobilizacja do pichcenia jest, w tle jakiś film (w temacie kulinarnym polecam „Ugotowanego”) lub serial. W międzyczasie mycie okien, łazienki, sadzenie kwiatów, a popołudniami plac zabaw z Małym (póki nie pada), potem wieczór z Mężem, książka przed snem i zmyka ten czas jak szalony..