Znaki

Spotkanie u rodziców zakończyło się decyzją o tymczasowym zawieszeniu odwiedzin, dla bezpieczeństwa, by ich chronić. Nie wiadomo tylko na jak długo.. U Męża w pracy dwie osoby zarażone. Jedna ma problemy z zatokami, u drugiej objawów brak, ale obie na chorobowym, a ich rodziny na kwarantannie. Mąż już po teście na wirusa, na szczęście zdrowy, tylko co będzie dalej? Korona coraz bliżej i raczej nikt nie chce jej nosić. Nawet jeśli ilości zakażonych są zawyżane to i tak już połowa tych cyfr szokuje. Obostrzenia pozbawiły kuzynkę Męża złudzeń, wesele się nie odbędzie. Z racji żółtej strefy może być do 20 osób i bez tańców, a jeśli wejdziemy w czerwoną, całkowity zakaz. U nas pod znakiem zapytania stanęło listopadowe spotkanie z okazji urodzin Małego. I w sumie bez względu na decyzje raczej żadnej większej imprezy wyprawiać nie będziemy. Ot zamówimy tort i spotkamy się w małym gronie. Oby wszyscy zdrowi..

Z reguły jestem optymistką i to taką często na wyrost. Szklanka u mnie do połowy pełna, słowa pocieszenia znajduję dla wszystkich i dla samej siebie też. Choć ostatnio trochę z tym trudniej, bo sytuacja zaczyna przerastać każdego. Jestem spod znaku Bliźniąt, z całym zapleczem cech pasujących do opisów tego znaku. Dwoistość natury, po części kochanej, dobrej i uśmiechniętej, ale gdy się wkurzy to i wybuchowej. Czasem trochę nerwowej, choć w większości do rany przyłóż, wrażliwej i z ogromną potrzebą pomagania i garnięcia się do ludzi. No tak już mam i nie zmieni tego fakt, że ponoć po astrologicznych zmianach w przestworzach, weszłam w znak Byka. Zresztą Byki też są fajne, mam jednego w domu i kocham go całym sercem, ze wszystkimi wadami i zaletami, jakie posiada. Jednak bez względu na znak zodiaku, wszystkie znaki na niebie i ziemi sprawiają, że radość na tym świecie się umniejszyła. Warto zacząć szukać jej obok siebie, w domu, wśród bliskich. Wśród swoich pasji, dobrych książek, filmów, zdjęć, różnych gier, zabaw z dziećmi jeśli są, czy rozwijania posiadanych już, lub czekających na naukę umiejętności. Trzymajmy się, spokojnego weekendu i zdrowia życzę wszystkim znakom 🙂

Wichrowe niziny

Kolejny dzień już mniej był plenerowy, bo jesień rozpanoszyła się na dobre. Za oknem szaro, buro i ponuro, ciemne chmury i coraz zimniej. Pomiędzy ulewami wyskoczyliśmy na Wały podziwiać wielkiego wycieczkowca Hanseatic Inspiration, o długości 138 m z jego 9 pokładami i możliwością pomieszczenia ok 400 osób wraz z załogą. Nie powiem, na jego widok od razu skojarzenie z Titanic’iem i słynną sceną na dziobie.

Tylko raz płynęłam dużym statkiem, z Unity Line, bez sceny, ale za to docierając do Szwecji ledwo żywa, blada i niewyspana. Od tamtej pory obiecałam sobie, że nigdy więcej 😉

Na szczęście i w domu całkiem było fajnie, kiedy znalazł się czas by poczytać książkę, skorzystać z jajecznicy na śniadanie, zrobionej przez Męża, obejrzeć sobie film i pograć z Małym w pędzące żółwie. Gdy można było zjeść coś bez wychodzenia na wichry i ulewy, jak na ten przykład rollo kebab własnej roboty..

Nowy tydzień rozpoczęłam za to sprzedażą mojego wysłużonego opelka i ogarnianiem wnętrza w nowej bryce. Bryka owa też używana, ale przynajmniej młodsza i mam nadzieję, że na trochę posłuży. Pora zabrać się za urzędowe załatwianie zbycia samochodu i wypowiedzenie ubezpieczenia. To drugie pójdzie szybko, ciekawe natomiast ile czasu minie, zanim przestanę szukać opla na parkingu. Tymczasem pora zbierać się po synka i odwiedzić rodziców, którzy już w czterech ścianach zakotwiczyli. I tak, byle do wiosny..

Bohater

Dopiero co skończyła się jedna porcja winogron, a przybyła następna. Tym razem fioletowa, od sąsiadki.

I tak między jednym gronem, a drugim łamię sobie głowę nad jutrzejszym występem w przedszkolu. Albowiem od poniedziałku nasze dziecię jest Bohaterem!

Taaa.. Owe bohaterowanie polega na tym, że przez pięć dni może przynosić ze sobą ulubione zabawki. A w dwa dni, ktoś z rodziny ma odstawić jakiś pokaz lub zajęcia z maluchami. Opowiedzieć o pracy, czy np zrobić szkolenie – jak Dziadek Małego wczoraj. Dziadek z zawodu behapowiec nie miał z tym żadnego problemu, gdyż szkolenia to jego żywioł. Choć dla dzieci robił takowe po raz pierwszy. Było super, bo i z przesłaniem i na wesoło wśród zagadek i wyświetlanych na projektorze bajek o nieposłusznym nakazom Donaldzie.

Niektórzy rodzice podnoszą poprzeczkę wysoko, bo i tęczę robią i muffinki z dziećmi pieką, albo lepią gliniane stwory. Wszystkich pobił też klaun zabawiający ferajnę magicznymi sztuczkami, jazdą na jednokołowym rowerze i kręcący talerzami. Z racji, że mój Mąż z pracy się nie zerwie, drugą osobą do występów mam być ja. I tak to. Jako chemik z zawodu, mam zamiar trochę o tej chemii dzieciom poopowiadać. Wyciągnęłam nawet swój biały fartuch i ochronne okulary. A żeby było ciekawie, chcę też trochę poczarować, zaprezentować jakieś chemiczne reakcje, wyprodukować coś (próby trwają), co można ze sobą zabrać do domu i pobawić się trochę kolorami..

żeby było medialnie i kusząco wizualnie..

Ale przyznaję, że stresa trochę mam, gdyż nie przepadam za publicznymi występami i nie zmienia tego fakt, że publiką będą dzieci 😉

Rybka lubi pływać

Tańce tańcami, ale i w domu podziałać trzeba. Ostatnio nawet dość kulinarnie się rozszalałam, po pysznej potrawce naszej Ani przyszła pora na przetestowanie specjałów Leny. Powstało więc spaghetti z sosem pomidorowym i kulkami białej kiełbasy, mocno czosnkowe i aromatyczne, którym zachwyceni jesteśmy wszyscy. Oraz jego druga wersja, bez mięsa, ze szpinakiem, serem i podprażonymi płatkami migdałowymi, którą zajadałam się sama bo wiadomo, dla moich panów bez mięsa absolutnie nie, a szpinak to zło wcielone 😉 Z tego co widzę u Leny, do przetestowania jest jeszcze masa kombinacji dodatków do spaghetti i będzie w czym wybierać jesienną porą.

Tymczasem w nadchodzący klimat idealnie wpasowało się do pokoju nowe akwarium, dużo mniejsze od poprzedniego (30 litrów zamiast 112), ale też rozświetlające wieczorne mroki i nadające przestrzeni przytulności. A na dokładkę uczące Małego opieki nad zwierzątkami, które jak na razie sam chętnie karmi i ogląda z zaciekawieniem.

Do tej pory ryby widział głównie w jeziorze, ewentualnie złowione przez dziadka. Ale te bardziej mu się podobają, bo po pierwsze są jego, a po drugie mają kolorowe ogony i podpływają, gdy wsypuje im jedzenie. Pierwszego akwarium w ogóle nie pamięta, Mąż zrezygnował z jego posiadania gdyż przy małym dziecku i pracy ciężko było o czas na porządki i wymianę takiej ilości wody. Teraz mam nadzieję pójdzie lepiej. A żeby nie zapomnieć o tym, co było oddałam kolejne zdjęcia do wywołania. Tym razem, zgodnie z obietnicą, nie zbierałam siedmiuset sztuk, tylko po stu czekam już na dostawę. Albumy też czekają i z przyjemnością pooglądamy je jesienną porą, przy podświetlonym akwarium i zapalonych świeczkach, do których teraz chętnie wracam.

Uwolnić szafę

Jak wiadomo czyste przestrzenie i zakamarki uwalniają nie tylko powierzchnie płaskie ale i głowę. Przy okazji w takim domu od razu lepiej się oddycha, jest bardziej świeżo i pachnąco. A na dokładkę porządek robi się i we mnie. Porządkuję myśli, wyciszam się i mam niesamowitą satysfakcję, z efektu końcowego. Tym razem po przeczytaniu owej książki

poczułam zew, by zabrać się za szafę. Szafa duża, pojemna, mieszcząca (oprócz kurtek) rzeczy na wszystkie sezony. Idąc za radą autorki, wywaliłam wszystkie ciuchy na środek pokoju, umyłam wnętrze szafy, przymierzyłam każdą rzecz i rozpoczęłam selekcję pod hasłem..

  • odłożyć wszystko, co za małe, za duże, niewygodne i niemodne
  • pozbyć się tego, co nie noszone od dwóch lat
  • nie patrzeć na sentymenty, sprzedać i kupić coś nowego

I idąc tym tropem uwolniłam siedem wieszaków, odddzieliłam 26 rzeczy, których nie tylko przez dwa ale i przez siedem lat nie nosiłam. Dałam dla córki koleżanki fajne koszulki, w które się nie mieszczę. Odkopałam dwa nowe swetry. A potem z zamiarem sprzedaży tego, co jest w idealnym stanie próbowałam posiłować się z aplikacją Vinted, ale że nie przypadliśmy sobie do gustu powróciłam na olx. Wystawiłam też wreszcie na sprzedaż suknię balową! Która o dziwo poszła w mig, dla sympatycznej pani do szkoły tańca, zapraszającej nas do siebie gdybyśmy czasem w jej okolice zawitali 🙂

I ogólnie humor po ostatnich nerwach powrócił, a szafa zyskała odświeżony i poukładany look. Teraz pora nauczyć się postępowania z własnym, nowym wymiarem, przede wszystkim nie kupowania za dużo i byle z rozmysłem. A tak naprawdę pora zacząć nosić rzeczy, które są świetne i w tej szafie czekają, wyprzedzane ciągle przez te same, opatrzone już zestawy. I choć jeszcze słońce za oknem to botki-kalosze na jesień przygotowane, nowe swetry też, można rozpocząć kolejny sezon. Gdzieś pomiędzy figurą klepsydry i jabłka..

Sądny dzień

Niedziela po części była relaksująca, odsypiałam nocne harce, poszliśmy na pchli targ, a później dotarliśmy na Wały by obejrzeć stoiska podczas Pikniku nad Odrą. Wystawców w tym roku było dużo, ale ludzi jeszcze więcej. Nie wyglądało, by ktokolwiek się pandemią, epidemią, czy choćby przeziębieniem przejmował. Tłumy wędrowały sobie spacerkiem, zajadały smakołyki, brały udział w konkursach i odwiedzały podstawione zabytkowe autobusy. My też, choć nie byliśmy tam długo, mimo ładnej pogody..

Mały zresztą z katarem, lepiej więc było zmykać w spokojniejsze rejony. W przedszkolu już większość dzieci kicha i prycha, ale tak wyglądał każdy wrzesień, więc panie nie podnoszą alarmu. Mają tylko obowiązek informowania rodziców o gorączce przekraczającej 37 stopni. Odpukać u nas tylko katar, szybko ogarnięty inhalacjami i kroplami i oby się na nim skończyło..

Jeden wyciek opanowaliśmy, drugi jeszcze w toku, gdyż przeciekające wc trudniej ogarnąć. Mężu zamienił się wczoraj w hydraulika i walczył dzielnie. Oczywiście całość rozkręciła się w chwili, gdy miała przyjść do mnie koleżanka na kawkę. Tia.. wiadomo jak wygląda mieszkanie przy armagedonie. Skrzynki, narzędzia, części i śrubki różne, w tym spłuczki stare, nowe, miski i ścierki. Idealna aranżacja na babskie spotkanie 😉 Na szczęście wizyta przeniosła się do koleżanki i tam mogłam odsapnąć. Nie na długo, jak się okazało.

Po południu miałam spotkanie z inną kumpelą, na pogaduchy podczas spaceru. Szłyśmy sobie spokojnie, dzień jasny, słoneczny, ulica pusta, a po drugiej stronie dwóch chłopaków – jak się później okazało – lat 13, z procą w ręku i durnowatym pomysłem wycelowania w naszą stronę. Oberwałam w głowę! Nie wiadomo czym, patykiem, orzechem, na szczęście nie był to kamień. Do tej pory w szoku jesteśmy, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce! Chłopaki pobiegli za róg i nie spodziewali się, że w ogóle za nimi pójdziemy. Po drodze spotkali kolegę, ale jak nas zauważyli zaczęli uciekać. Ten kolega jednak nieświadomy o co chodzi wpadł w nasze sidła. Na spokojnie wyłożyłyśmy mu, że nie warto z takimi kumplami trzymać. Wyśpiewał ich nazwiska, podał do której szkoły chodzą i był tak wystraszony, że prawie się rozpłakał. Obiecałyśmy, że go nie wydamy, że zrzucimy na monitoring. Miałam dylemat czy zgłaszać temat do szkoły, czy nie, ale dotarło do mnie, że takiego huligaństwa nie można zostawić bezkarnie! Że jeśli teraz nie zastopuje się takich durnych zachowań, to szybko pójdą w gorszym kierunku. Sprawę do szkoły zgłosiłam. Pedagog była bardzo przejęta i poważnie podeszła do tematu, trafiłam na czas lekcji wychowawczej, od razu postanowiła działać. Chłopaki zostaną porządnie nastraszeni konsekwencjami i poinformowani będą ich rodzice. Dziękowano mi za interwencję, ale przyznaję, że cała jestem zestresowana. Dla rozładowania negatywnych emocji zabieram się za sprzątanie i ciąg dalszy robienia mega porządków w szafie.

Zaczęło się

Ostatni weekend, przed powrotem w przedszkolne mury, spędziliśmy u Zosi. Weekend zapowiadany na deszczowy okazał się przyjemny pogodowo, więc zbieraliśmy moce siedząc w ogródku, pogryzając lody i łapiąc promyki słońca. Na rynku tym razem zapolowałam na cebulki kawiatowe i po powrocie posadziłam już na balkonie krokusy i szafirki. Będę na nie czekać z niecierpliwością, tak jak i na kolejną wiosnę..

Tymczasem Mały powędrował do zerówki. Tylko trochę zestresowany, bo najlepszą wiadomością była ta, że wraca do swojej pierwszej grupy, do znajomych dzieci i ulubionej pani Madzi. Z czego jestem niesamowicie zadowolona. Pani owa zna naszego syna od 3 latka, zawsze dodawała mu otuchy, jest pełna zapału, energii i ma świetne pomysły na prowadzenie zajęć. Łatwiej mu było wrócić po półrocznej przerwie do takiej rzeczywistości, niż gdyby musiał iść do zerówki w szkole. Choć i tak o poranku trochę panikował, czy mu nikt butów nie zabierze i czy aby na pewno odprowadzę go do sali 😉

Wczoraj cały dzień trwała zabawa przerywana jedynie posiłkami, dziś zaczynają się pierwsze zajęcia z książkami. I jestem spokojna, że sobie poradzi. Tym bardziej że ćwiczyliśmy często pisanie liter, dodawanie i odejmowanie na palcach. A z początkiem sierpnia Mały czytał już proste słowa i krótkie zdania. I robi to nadal, sam z siebie, codziennie przed snem sięga po książkę, by przeczytać choć jedną stronę z pierwszej czytanki. Na przyszłość ma już zapewniony stos książek, jeśli tylko będzie chciał po nie sięgnąć. Dziś jeszcze upolowałam „Plastusiowy Pamiętnik”, który bardzo miło wspominam. Pamiętam, że sama zrobiłam z plasteliny ludzika, z kartonu miał dom, łóżko z pudełka od zapałek, a potem oglądałam jego przygody w telewizji. Może i Małemu się spodoba..

Dary lasu i losu

Wiadomo jak wygląda powrót do domu po prawie trzech tygodniach nieobecności. Wskakiwaliśmy tylko przepakować torby i fru w dalsze podróże. Także we wszelkich kątach nadal chaos, cztery prania za mną, a jedno jeszcze czeka. Przy okazji zaczęłam robić przegląd jesiennych ubrań na przedszkolny czas dla Małego. Czas ów coraz bliżej i z jednej strony mnie cieszy, z drugiej napawa obawą. Przytargaliśmy też z osiem siat zakupów wszelakich, gdyż przed wyjazdami lodówka opustoszała. Nie miałam nawet z czego gotować obiadów, był więc skok i do mięsnego i do warzywniaka. W Lidlu z tego wszystkiego dorobiliśmy się domowej skarbonki i chyba trzeba będzie zacząć do niej odkładać. Tak ceny w górę skoczyły, że zaczyna być straszno. Albo przerzucimy się na leśne polowania, wegetariańskie oczywiście..

Tyle, że zbyt długo na jeżynach, grzybach, jagodach czy orzechach nie pociągniemy.. Na włoskie zresztą jeszcze trzeba trochę poczekać.

Za to z przyjemnością zbierało się te leśne dary, robiąc przy okazji ponad dziesięć tysięcy kroków. Uciekając przed komarami i raz chowając się przed małym deszczem. Dziadek zrobił długi haczyk do przyciągania gałęzi leszczyny, choć okazało się, że w tym roku orzechów jest bardzo mało, albo część już uschła na czubku drzewa. Pamiętam nasze wyprawy z dawnych lat, z których wracaliśmy z kilkoma reklamówkami, a gałęzie uginały się od ciężaru tych smakowitości. Tym razem tylko z kilogram udało się uzbierać, ale było warto..

Miało być..

I tak to.. miał być koncert Podsiadło w Gdańsku, kombinowany z biletami i wyjazdem. Wyjazd wyszedł wprawdzie wcześniej, bez koncertu, ale za to z ogromną niespodzianką 🙂 Miały być wakacyjne pikniki w mieście, koncerty w Teatrze Letnim, który obecnie przechodzi potężny remont i nawet gdy jest już możliwość występów – brak miejsca w plenerze. W nadchodzący weekend miało być za to szaleństwo na Woodstocku (nowa nazwa festiwalu mi nie pasuje), tymczasem ten odwołany i przeniesiony w internety. A w internetach to nie to samo..

Pamiętam kiedy zawitałam na Woodstocku po raz pierwszy, 1997 rok, Żary (w Szczecinie festiwal mnie ominął). Zachłysnęłam się tą wolnością, tym luzem i muzycznym szaleństwem. Tańczyłam wśród kolorowego tłumu, śmiałam się z różnych przebrań, miałam wysokie buty do krótkich spodenek, koszulkę a’la dzieci kwiaty i wyszywany kolorowo plecak. Były kolejne festiwale w Żarach, za każdym razem, mimo obaw rodziców, pełne świetnej zabawy, bezpieczne i bez złych zdarzeń. Czuło się wręcz wspólnotę z tymi ludźmi, chęć pomocy gdy zabrakło kasy, czy jedzenia. Było super! Potem szaleństwo przeniosło się do Bolkowa na festiwale electro-gotyckie, z czego bardziej w tę stronę electro poszłam. A gdy me prywatne życie odmieniło się o 360 stopni, znów zatęskniłam za Woodstock’iem. W początkach naszego związku, kilka lat przed ślubem udało nam się pojechać razem, na koncert Prodigy, a potem pojechaliśmy do Kostrzyna, w 2016 roku, już z Małym 🙂

Wówczas dwulatkiem, jadącym w swoim wózkowym kabriolecie. Na jeden dzień, na chwilowy powrót w lata młodości i by poczuć znowu tamten zew.. Poczułam bardzo. I żałuję, że przez wirusisko w tym roku jedynie namiastkę festiwalu zobaczyć można. Fascynaci i tak przyjechali i chyba nawet jakieś małe koncerty się zapowiadają. Ale to nie to samo.. Mam nadzieję, że jeszcze dane nam będzie Woodstock odwiedzić, za rok lub za dwa.. Tymczasem można powspominać i zajrzeć na woodstockową domówkę.

Energia wraca

O kwiatach zawsze warto poczytać i poznać ich wymagania. Dowiedziałam się, że skrzydłokwiat lubi podlewanie umiarkowane i miejsce z dala od bezpośredniego słońca. Także przestawiłam go z okna na regał i nie martwię się już zasuszeniem. Z radości, że Mały wyzdrowiał upiekłam zapowiadane ciasto jogurtowo-brzoskwiniowe. Też i z racji kończącego się terminu przydatności na jogurt naturalny, choć do tej pory nie miałam w takich momentach zrywów pieczeniowych. Wszystko dzięki blogom i energii do działania, której dodają 🙂

Ciacho proste w wykonaniu, ze składników mieszanych łyżką w jednej misce, wyszło pulchne i smakowite. Pojadając je przeglądałam Świat Książki w poszukiwaniu prezentu dla Mamy, wprawdzie dopiero na wrzesień, ale czas tak szybko leci, że wolę być zaopatrzona. „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy” Dziewońskiego zamówione, a że obie uwielbiamy tę aktorkę chętnie i ja przeczytam opowieść o jej pracy i życiu.

Tymczasem życie tu i teraz toczy się dalej, śmigamy na spacery, bawimy się na balkonie w piaratów, ubrani po zęby i odwiedzamy wesołe miasteczko, które zawitało nad Odrę. Niekoniecznie czas ku temu najlepszy, ale jednak ktoś wydał zgodę i ludzie chętnie korzystają. Na razie obejrzeliśmy całość po zewnętrznej, od tak, z ciekawości, ale na atrakcje poczekamy gdy nie będzie tłumów. Wybierzemy się kiedyś w tygodniu, gdy pogoda się poprawi, bo coś ostatnio pochmurno i zimno się zrobiło. 16 stopni w lipcu nie brzmi dobrze. Oby choć sierpień okazał się łaskawszy..