Latino i kolorowy zawrót głowy

Te inne klimaty, pomimo braku słońca, przywodziły na myśl Rio de Janeiro i były małą namiastką karnawału. Muzycznie trochę monotonnie, ale szkoła bębnowa samby tak właśnie brzmi.

Za to taniec i stroje pań tańczących kolorowe i kuszące. Sambę zawsze bardzo lubiłam, w mojej przygodzie z tańcem towarzyskim uczyłam się głównie kroków podstawowych i obrotów. Nie było to takie tempo, jak reprezentowali tancerze pod Pomnikiem Trzech Orłów, ale chętnie bym sobie jeszcze, choćby w skromniejszym wydaniu, potańczyła:)

Tymczasem od poniedziałku tańczę w kuchni, przy naszym kapuśniaku, łazankach, naleśnikach ze śliwkowymi powidłami i wśród latania z Małym do szkoły i odbierania go na czas. Po szkole za to jego tańce i dodatkowe zajęcia z angielskiego, które na szczęście bardzo mu się podobają. Zaczyna się też zbieranie kasztanów i szykowanie strojów na różniste wymyślne święta. Dziś na ten przykład Dzień Jabłka – zielone spodnie, czerwona koszulka, niedawno błękitny Dzień Warstwy Ozonowej. Strach się bać, co tam kolejnego nas czeka (chyba Dzień Kredki), ale już przeglądam szafy, czy na pewno mam dla syna ciuchy we wszystkich kolorach świata;) To co, jesień za oknem, a my na kolorowo i tańczymy.

https://www.youtube.com/watch?v=HAiHEQblKeQ

I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Wrzesień

Połowa minęła, a ja jeszcze nie wyszłam z wrześniowych opłat. Na radę rodziców poszło, na klasowe, na ryzę papieru i toner, na ubezpieczenie. Dziś na tańce i w następnym tygodniu na angielski. Nie mówiąc o opłatach stałych potrzebnych do życia i przyjemności np. by do internetu być podłączonym. To ostatnie w sumie już do życia potrzebne;) Mniej potrzebny jest np. taki Dzień Kropki i wszystkie kolejne święta szkolne, a i te trochę zachodu i (kosztów) generują..

Jeszcze z resztek ciepłej pogody wczoraj skorzystaliśmy, dziś już chłód, zimny wiatr i ciepła chusta na szyję. Zastanawiam się, czy już pora na płaszcz, czy jeszcze w skórze ten weekend pociągnę. Tak czy inaczej miłego życzę!

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Do pionu

Jestem w miarę ustawiona. I jakże doceniam, że mogę siadać i wstawać bez podpierania i bez bólu! Założyć samodzielnie buty, posmarować Małego oliwką, co ostatnio sam musiał czynić (z różnym skutkiem). I nawet podniosę już coś z podłogi. Wprawdzie kucając, bo schylanie jeszcze odpada, ale zawsze. W ramach wsparcia, w najgorszym czasie, nabyłam nawet chwytak do podnoszenia różności. Takie to czasy nastały niepokojące..

Były też etapy leżenia plackiem, które to wykorzystałam na odsypianie porannych pobudek i nieprzespanych przez ból nocy. I na czytanie, dzięki czemu nadrobiłam książkowe zaległości. Nawet na zebraniu szkolnym wysiedziałam, na niskim dziecięcym krześle. Także idzie ku dobremu, co mam nadzieję potwierdzi jutrzejsza wizyta u fizjoterapeuty.

Wrześniowe wydatki przez te moje niedomagania zwiększone, ale i na dodatkowy angielski synek już zapisany i na wieści o tańcach czekamy. W międzyczasie wywołałam zdjęcia do albumów i zajęłam się ich opisywaniem i segregowaniem. Obiecywałam sobie, że będę to robiła częściej, tymczasem znowu nazbierało się 300 sztuk i z trzy dni zajmie cała robota. Ale ta akurat do przyjemnych należy i powoli sobie wszystko ułożę. Nowy rozkład dnia, według lekcji, też sobie ułożyć muszę. I ogarnąć (po swojemu) domową rzeczywistość, która na mój pion czekała prowadzona ręką kochanych dwóch M (Męża i Małego). No to siup, wracam do działania. Ostrożnego jeszcze, ale byle na długo w formie..

Ruch i bezruch

Zaczęło się z przytupem, a skończyło u fizjoterapeuty. Całe szczęście, że w piątek i że termin z marszu. A wszystko przez jeden niefortunny ruch – poranne nachylenie nad wanną, coby włosy umyć. I jak mnie nie zgięło znienacka! Ledwo do pionu wróciłam, ale już z bólem niemożliwym. Małego do szkoły szurając ledwo ledwo i prosto do gabinetu. Tam ugniatanie, rozciąganie, tortury wszelakie z użyciem metalowych klawików i rolek z kolcami. Wzmacniające taśmy przyklejone ozdobnie do pleców i nafaszerowana przeciwbólowym powlokłam się do wyra.

Pomogło na tyle, że mogłam w weekend nacieszyć się pogodą, spokojnymi (ostrożnymi) spacerami i kibicowaniem Małemu w sportowych wyzwaniach. Zawitały bowiem do nas skoki o tyczce łącznie z fundacją pani Pyrek i miejscami zabaw dla dzieci. Jakże zazdrościłam sportowcom sprawności i swobody ruchu w każdą stronę..

Małemu biegów, skoków i śmiechu, który towarzyszy dziecięcej radości. W jednej chwili, po fantastycznych wakacjach, zwiedzaniu dzień w dzień, pływaniu w jeziorze, spacerach po 20 tysięcy kroków moja sprawność zmalała do minimum. Ale cóż, działam w temacie, wspieram się maściami, w tygodniu kolejna wizyta na fizjoterapii i byle wrócić do formy, a wtedy i powrót do ćwiczeń murowany. I oczywiście już żadnego nachylania nad wanną;)

Przetwórstwo

Nie miała baba kłopotu, to „se” ponad dziesięć kilo jabłek przygarnęła. Od koleżanki z działki. Koleżanka szczęśliwa, że się nie zmarnują, a ja, z racji małej wprawy w przetwarzaniu, za głowę się złapałam. Co też z tym fantem zrobić. Papierówki spadowe, z lekka poobijane, trzeba było szybko działać. Za nóż, ciach ciach (z pomocą Małego) obkrojone, wydrążone i heja. Część do garnka na kompot, obgotowane na mus jabłkowy, część po chwilowej konsternacji – czy można? – poszła do zamrożenia. W planach był jeszcze sok, ale mocy zabrakło i już sokowirówki nie miałam sił odpalać. Bałagan i tak był na pół kuchni;)

Idąc za ciosem, gdyż robot kuchenny poszedł w ruch, wypróbowałam kolejną tarczę do ścierania. Tym razem na tapecie cukinia i powstały pyszne placki! Nawet moim chłopakom zasmakowały i zyskały aprobatę na przyszłość.

Dowiedziałam się, że jeszcze można zrobić placki z marchewki i kto wie, może mnie kiedyś na takie natchnie. Na razie, oprócz jabłek, pomroziłam borówki i tylko żałuję, że na truskawki się nie załapałam. Może w kolejnym sezonie wreszcie się uda jakiś dżem czy konfiturę wyprodukować. Tę ze śliwek pamiętam do dziś, warta była każdego mieszania i stania przy garnku.

Schłodzenie

Ku przetrwaniu upałów nawadniamy się intensywnie, woda oczywiście w ilościach hurtowych i ostatnio często przegotowana, żeby plastikowych butli za dużo nie kupować. Z takiej oto wody, zabarwionej lekko sokiem z Herbapolu Mały popija wakacyjne mieszanki. Dla mnie czasami zero procentowe piwka smakowe, choć piwem tego raczej nazwać nie można. Częściej też sięgam po elektrolity, bo z tym piciem nadal u mnie za mało. A Mężu o dziwo przestawił się z wody gazowanej, na źródlaną, niegazowaną. Nareszcie:)

Schładzamy się też lodami, po części własnego wyrobu, ale też i wodnymi, które najlżejsze i chyba najmniej kaloryczne. Ale jednak za amerykańskimi znad morza tęsknię i na te jeszcze tego lata mam nadzieję się załapać. Wprawdzie pogoda trochę odpuściła, ale takie 26, po 36 stopniach ma swój urok i póki słońce świeci mogłoby tak być przez całe wakacje. Wtedy i spotkanie z dziewczynami, na placu zabaw przyjemniejsze i można sobie usiąść w cieniu na pogaduchy. Co też dzisiaj czynimy, robiąc wstęp do kolejnego wakacyjnego weekendu:) Miłego więc!

Powrót w domowy zakątek

Powroty też są fajne, zwłaszcza, gdy wita nas ktoś stęskniony, np z kwiatami i z niespodzianką w postaci upieczonego własnym sumptem ciasta:)

Mąż musiał znad jeziora wracać do pracy, a że tęskno mu było i pusto, postanowił wypróbować planetarnego i stworzyć orzechowca z rodzynkami. Na dokładkę, żeby nam i na kolację smacznie było przetestował przepis na bułki, lecąc nawet w tym celu po świeże drożdże do sklepu. Zaskoczenie w pełni (rzadko dzieją się takie cuda;)) i stwierdzam, że chyba częściej muszę wyjeżdżać, żeby się doczekać kolejnych jego kulinarnych wyrobów. Dodam, że bardzo smacznych.

Także powitanie miłe, a potem tradycyjny przerób popodróżnych bambetli. Dwa prania za mną, torby ogarnięte. Pogoda akurat sprzyja domowym pracom, także tylko wyskok do sklepu, jakiś mały spacer z Małym, pomiędzy ulewami i szykujemy się do intensywnego weekendu. Miłego więc i niech słońce szybko wraca.

Matki i metki

Planetarny przyjeżdża jutro, a w sumie za chwilę już dzisiaj, ale zakładam że nieprędko uda mi się z niego skorzystać;) Wakacje zobowiązują, a czas na nich zasuwa jeszcze szybciej, niż gdy dziecię do szkoły chodziło. Mam bowiem do zagospodarowania czas Małemu, żeby się nie nudził, nie siedział z nosem w tablecie, czy przed telewizorem i robił coś co mu frajdę przyniesie.

Także plażowanie wstępnie zaliczone – i tu właśnie metki mnie się w oczy rzuciły – bo naprawdę najpiękniejszy strój plażowy, czy kąpielówki trochę tracą, gdy wystaje z nich materiałowa (czasem książkowa) płachta mokrego, białego i przyklejonego do pleców lub do nóg materiału. A widok taki nagminny. I ja rozumiem, że ludzkość dzieli się na tych, co metki natychmiast po zakupie odcinają (to ja) i tych, dla których są cenną wiedzą o sposobie prania, rozmiarze i marce ciucha. Ewentualnie takich, którym to zwisa i powiewa, czy metka jest, czy jej nie ma. Jednak gdy jest, fajniej, gdy siedzi w środku;)

Po plażowaniu był dzień z placem zabaw w roli głównej, a że dziś pogoda deszczem słońce przegoniła to dwie mamy się ugadały, że zorganizują zabawy domowe. Najpierw u nas, z racji pakowania się w tej drugiej rodzinie, a co za tym idzie bałaganu przedwyjazdowego, który każdy wie jak wygląda i ile przestrzeni zajmuje. Dzieciom ta przestrzeń niezbędna, także było szaleństwo dywanowe, korytarzowe i strzelanki w sypialni. Trzech chłopaków potrafi się rozkręcić z pomysłami. Na kolejne zabawy umówiłyśmy się w połowie lipca, gdy już znajomi z wojaży powrócą.

Tymczasem i my plany urlopowe poczynić chcemy, bo nam wszystkie noclegi z fajnych miejsc znikną. Tak to po pandemii większość w rozjazdy ruszyła. I w sumie dobrze, dość zamknięć w murach i jeśli jest możliwość, z wakacji korzystać trzeba. Materac tylko na to czeka:)