Motylem byłem..

Pamiętam siebie szczuplutką, wysoką ale filigranową (wtedy tego nie doceniałam,byłam bardzo nieśmiała i zakompleksiona). Z mega wcięciem w talii, szczupłymi nogami i ramionami. Zmienia się to z roku na rok, choć niejedna kobietka mi mówi, że jest super, co Ty chcesz, przesadzasz. Ale to dla mnie musi być super, ja muszę się dobrze czuć we własnym ciele. W mojej rodzinie były i są przypadki otyłości brzusznej, dużej. Były wagi i po 120 kg, a tendencja do tycia idzie w genach. Dlatego chcę o siebie dbać, bo gdy tylko odpuszczam od razu idę wszerz. Bez względu na to, czy dla kogoś to jeszcze ładna sylwetka, czy nie. Chcę utrzymać swój ulubiony rozmiar, a przy okazji nauczyć się rozsądnie jeść by zachować i zdrowie i figurę. By móc bez stresu wskoczyć w strój kąpielowy czy w ulubioną sukienkę..

Te cztery zrzucone kilogramy są świetnym wynikiem, ale zdaję sobie sprawę, że szybko mogą wrócić. Jak bumerang. Dotarło do mnie jednak, że spokojnie mogę jeść mniej. Bez obaw, że nie wytrzymam głodu. Bo wytrzymuję, tę godzinkę czy dwie. Potem za to mogę zjeść mniejszą porcję by poczuć uczucie sytości. A mniejszy żołądek, to naprawdę krok w dobrą stronę. Co więcej, zdrowsze jedzenie w formie surówek, owoców i warzyw dołączanych do każdego posiłku posiłku sprawiło, że nie miałam żadnych wzdęć. Że czułam się lżejsza. Z mięs jem głównie drób, czasem kawałek gotowanej szynki, ale zawsze w towarzystwie warzyw. Nie węglowodanów. Także jeśli mięso to z surówką, bez ziemniaków. Jeśli ziemniaki, ryż, czy makaron, tak samo.. bez mięsa, a z warzywami. To rozdzielenie naprawdę daje efekty. Jeśli dołączyć do tego owoce zamiast słodyczy (tu było najtrudniej, jakoś poszło, ale ostatnio w nagrodę wszamałam dwa małe lody pod rząd ;)) rezultat staje się z czasem widoczny. Fakt, że trwa wiosna i dostępność pysznych warzyw jest duża, ułatwia sprawę. No i na dokładkę ruch, ćwiczenia trzy razy w tygodniu, głównie orbitrek, rower, trening mięśni brzucha i pleców. I żadne tam jedzenie wczesnej kolacji, wręcz przeciwnie. Gdy kilka razy popróbowałam jeść kolację o 17 skończyło się zawrotami głowy o poranku, niskim poziomem cukru i totalnym osłabieniem. Kolację jem między 19-19,30 ale też fakt – chodzę późno spać. Często w okolicy godziny 24, bo Mały późno zasypia, a chcemy jeszcze obejrzeć razem serial (obecnie „Breaking Bad”) i chcę poczytać książkę, choć kilka stron przed snem. Jak się okazuje, wcale też nie jest wskazane dla mnie 5 posiłków dziennie, choćby i małych. Wtedy wygląda to tak, że jem na okrągło. Ale każdy zna swój organizm najlepiej i wie, jakie ma potrzeby, ile i czego jeść nie powinien. Tak czy inaczej, czuję się lżejsza, humor dopisuje. Byłam jeszcze u koleżanki fryzjerki, fryzurka więc krótsza, letnia, dzięki której włosy szybciej wysychają po porannym myciu i na głowie też już lżej. Spodnie stały się luźniejsze, dopinam się w sukienki i choć chętnie zjadłabym teraz ciasto czy inne słodkości, to wybieram z tego truskawki. Dobrze, że są i że nie czuję takiego łaknienia, które sprawia, że rzucam się na wszystko co lubię, bez myślenia o konsekwencjach. Dobrze, że choć ślimaki mnie nie kuszą 😉

Surykatka – łasuch z poznańskiego Zoo

W babskim wydaniu

Obiad u rodziców w przyjemnej atmosferze. Tatko od święta robi czerninę, którą jedzą tylko z zięciem, a reszta rodziny pałaszuje rosół z kaczki. Dla Ani trzeba robić więcej miejsca przy stole, bo 7 miesiąc wymaga przestrzeni. Wszyscy odliczamy do końca marca, lub początku kwietnia, a debaty nad imieniem ciągle w toku.. USG nie zabrali ze sobą, ale i tak temat dzieciątka i potrzebnych dla niego rzeczy jest na pierwszym planie. Mały też oczywiście próbuje zwrócić na sobie uwagę wszystkich, ale u dziadków to oni przejmują rolę towarzyszy zabaw, więc my możemy odpocząć..

Tymczasem nowy tydzień mocno nastawiony na ćwiczenia (orbitrek z początkowego 95 nastawiony na 160) i długie wędrówki. Do tego stopnia, że wczoraj obleciałyśmy z Edytą pół miasta piechotą. Tak własnie wyglądał nasz plan zajrzenia na aukcję rzeczy pospadkowych, których rodzina nie odbiera i przechodzą na własność miasta. Byłyśmy bardzo ciekawe jak taka aukcja wygląda. Edzia miała nawet chęć wziąć udział w licytacji jakiejś porcelany Rosenthala, która by jej w oko wpadła. Pojechałyśmy wcześniej zapoznać się z eksponatami, ale tylko część z nich wystawiona była przed salą, do wglądu.

 

Obejrzały więc te ludwiki szesnaste, te zabytkowe singery do szycia, umywalnie z marmuru i pianino pamiętające czasy przedwojenne. Na drobniejsze rzeczy kazali czekać prawie godzinę, do otwarcia wierzei, a ich licytacja miała się odbywać po kolei. Cóż.. szkoda było czasu, tym bardziej, że złoty kolczyk sztuk jeden z zielonym okiem, czy sygnet męski płaski grawerowany nie przemawiały do naszych gustów. Polazły więc baby piechotą do banku, potem do galerii – zgoła nie sztuki – by wylądować w cerfurach ku nabyciu prześcieradeł w promocjach i pseudo kryształów aukcyjnych (do soku) po dwa złote sztuka 😉 Uśmiane po pachy, zasapane wędrówką ponad siedmiu tysięcy kroków i nagadane po wsze czasy wróciły do domu by opowiadać rodzinie, jak to się światowo na aukcjach bywa. 

W domu natomiast rozkręcona akcja z administracją i spółdzielnią, tycząca się wymiany zaworów i rur w łazience, oraz za jednym zamachem pismo w sprawie puchnącej ściany, z której niedługo odpadnie farba (widmo kolejnego remontu napawa mnie lękiem). W tematach przyjemniejszych, trwają przygotowania do występów najmłodszego na zaległy dzień babci i dziadka. I do balu walentynkowego, na który znowu trzeba kombinować czerwony strój w klimacie (dobrze, że mam portki po patriotycznym i mikołajkowym świętowaniu). Wierszyk wyuczony, mówiony wręcz w tempie ekspresowym, a i piosenki jakieś o dziadkach, pod prysznicem się pojawiają. Walentynki wrzucone potajemnie do skrzynki listowej wystawionej w przedszkolu. Pora szykować jakiś prosty obiad w postaci naleśników z dżemem i pakować prezenty dla Zosi na urodziny. I może jakieś walentynkowe wyjście do kina we dwoje, korzystając z opieki cioć i wujków nad maluchem. Zapowiada się bowiem większe spotkanie od strony rodziny Męża, gdyż każdy chce wyściskać jubilatkę, szczupłą bardzo, ale okrągłą wiekiem 🙂 

Ćwiczenia

Ćwiczenia połączone z gadaniem to jednak frajda. Czas mija nie wiadomo kiedy i zanim się człek zorientuje zrobił pięć dodatkowych orbitreków i kilka jazd na rowerze więcej. Teraz do znajomości z Edytą dołączyła Paulina i jeszcze jedna koleżanka, której imienia nie znam. Zaskakujące jest też to, jak dużo osób przychodzi ćwiczyć rano. Przed pracą, przed innymi obowiązkami. Tak jest o wiele lepiej, niż kiedy człek po robocie wymęczony, a tu jeszcze trzeba nogami przebierać. Choć pamiętam czas, kiedy śmigałam na fitness właśnie po pracy, cztery razy w tygodniu i ze śpiewem na ustach. Nie miałam wtedy żadnych obowiązków, mój przyszły Mąż mieszkał jeszcze u siebie i przyjeżdżał na weekendy. Cóż więc było robić popołudniami – trenowałam intensywnie. Teraz zapał jest, ale sił trochę mniej, kolana i kręgosłup dają o sobie znać, no i czas trzeba dostosować do obowiązków domowych. Choć ponoć na chcącego nic trudnego.

 

Zostało mi jedno popodróżne pranie, mieszkanie w miarę ogarnięte, nadrobiłam „Narodziny gwiazdy”. Nawet kurze zdążyłam powycierać przed wizytą kolędową (która w tym roku jakaś ekspresowa). Mężu, mam nadzieję, dziś odkurzy. A ja będę mogła pośmigać po sklepach z Blubrą. Bardziej dla towarzystwa i chęci obejrzenia wyprzedażowych towarów, niż dla ich kupowania. Ale kto wie, może trafi się jakaś perełka.

Lodówka zapełniona, wkręcam się powoli w gotowanie co dwa dni i tylko jedno mnie martwi.. Zdrowie rodziców, których dopadł jakiś wirus i nawet się z nimi spotkać nie możemy po dwóch tygodniach nieobecności. I katar u Małego, który po tygodniu w przedszkolu powraca, jak jaka zmora. Oczywiście po katarze w kolejce czeka kaszel, więc trzeba szybko działać, żeby nie przepadły urodziny u przedszkolnej koleżanki. Prezenty z kolekcji Krainy Lodu zakupione, teraz jeszcze by się ta MOC przydała i trochę śniegu ku polepszeniu klimatu wizualnego i zdrowotnego..

 

 

 

śniegu

Ogrzać się

Spokój był i się zmył. Huragany jakieś przybyły, kwiaty szarpią na balkonie, kaptury z głów zrywają i dziecię muszę mocno za rękę trzymać żeby mi go wiatr nie poderwał. Ojj żeby tylko ta pogoda do kolejnego weekendu się uspokoiła, bo plany wielkie i też od niej zależy realizacja.

Z nowym miesiącem nowe wyzwania. Pomiary na ćwiczeniach porobione i choć waga tylko drgnęła, to prawie kilogram tłuszczyku ubyło! Na razie równoważy się to z mięśniami, które przybyły, ale mam już podniesione obciążenia i zwiększoną ilość rowerka to i waga w dół się ruszy. Niestety zła wiadomość jest taka, że zamykają nam fitness. Treningi będą tylko do końca miesiąca i finito. Ludzie załamani, ja też. Wreszcie się zmobilizowałam, powoli widać efekty w dopinających się spodniach. Marzyła mi się lepsza kondycja, polepszenie sylwetki i ogólne wzmocnienie. No cóż. Pozostaje szukać alternatywy. Razem z poznaną tam koleżanką-Edytą chcemy rozejrzeć się w innych klubach, choć tak fajnych ustawień już raczej nie znajdziemy. 

Pozostaje wycisnąć z tego miesiąca ile się da, zwiększyć częstotliwość zajęć i zamiast co drugi dzień (z myślą rozłożenia sił na cały rok) chodzić codziennie.

Po prysznicu udałam się na masaż, który cuda czyni z moimi plecami.. Ale dziś trudniej było się zrelaksować bo całą sesję debatowałam z fizjoterapeutą o zamykanym klubie. On też chciał się na ćwiczenia zapisać, a tu mu przed nosem zamykają. Nie zdążył.. Za to zdążył obejrzeć moje kolano. Choć obejrzeć to za dużo powiedziane (jest prawie niewidomy, domyślam się że widzi tylko ogólne kształty), raczej wyczuć przyczepy i ścięgna. Stwierdził, że ten ból to stan zapalny kłykcia kości piszczelowej. Dlatego czuję go tylko jak schodzę i wchodzę po schodach. Jak idę po prostej drodze, czy nawet gdy zginam nogę bez obciążenia, bólu nie ma. Załapałam się dzięki tym moim debatom na darmową krioterapię bolącego miejsca. A jutro pójdę na laser, koszt tylko 10 zł ale jeśli ma pomóc to może uniknę czekania trzy miesiące na wizytę do ortopedy, proszenia o skierowanie na prześwietlenie i kolejnych miesięcy w bólu by dotrwać do jakiegoś leczenia na nfz. 

I tak to właśnie jest, kiedy już jedno uda się wyprowadzić na prostą, to inne się sypie. Idę na herbatę i po gorącym prysznicu i ogrzewaniu pleców pod lampą ze światłem czerwonym popatrzę sobie jeszcze na ogień z kominka u Zosi.. Z braku kominka tylko to zostaje 😉 

 

 

 

ogrzewam

Masuję

Z racji iż w naszym zabawkowym grajdole przybyło trochę gier, należało pozbyć się nieużywanych. Wyniosłam trzy wielkie kartony. Mały wyrasta nie tylko z zabawek, książki też przebrałam, bo coraz bardziej ciekawią go dłuższe opowieści. Już sam sobie wybiera tytuły, albo wskakuje taki cieplutki po kąpieli i pyta „co dziś będziemy czytać? a mogę najpielw ja?” 🙂 Cieszy mnie więc zbliżający się kiermasz książki przeczytanej i szansa upolowania czegoś nowego dla synka. 

Dla siebie na ten jesienny czas przygotowałam „Szeptuchę” i „Pianistę” Szpilmana. Tę drugą z obawą, gdyż wszystkie o czasach wojennych czytam z duszą na ramieniu i ściśniętym sercem. Po trylogii Grzesiuka, czy „Medalionach” swoje przepłakałam. Do „Pianisty” zabierałam się od dawna i wreszcie przyszła na niego pora.

 

Pora nadeszła i na masaż, o który moje plecy głośno się domagały. Pan Jacek, okazał się świetnym fachowcem. Niewiele widzi, ale jego palce wyczuwają najmniejsze ogniska zapalne. Przewędrował nimi po kręgosłupie i od razu wiedział, że mam problem z L4 i 5 w lędźwiówce (udowodnione na rtg sprzed lat). Nie mówiąc o miejscach spiętych na maxa przez nieprawidłowe siedzenie, po karmieniu i targaniu naszego słodkiego ciężarka. Ten czas, w którym Mały jeszcze nie chodził dał nam nieźle popalić. Wnoszenie go po schodach w tę i z powrotem, wcześniej w nosidełku do auta, z obciążaniem jednej strony kręgosłupa. Mężu odchorował swoje, leżąc tydzień prawie bez ruchu, a później doprowadzając się do pionu na rehabilitacji. Ja bardziej bólowo, ale raczej ruchomo. Teraz wolę zapobiegać, w czym ćwiczenia bardzo mi pomagają. Masaż był rewelacyjnym bonusem i chciałabym za tydzień powtórzyć serię ćwiczeń, a po nich wygrzać się pod lampą i jeszcze raz wymasować. 

A gdy tylko będziemy nadal zdrowi, ruszymy na basen z dodatkiem jacuzzi i biczy wodnych. Jak szaleć to szaleć 😉

 

 

 

morskie jacuzzi

Biorę się

Ten kinowy relaks nie do końca się udał, gdyż albowiem film który miał opiewać bohaterstwo naszych lotników pokazał ich pijaństwo, zachowanie nierozgarniętego motłochu i niewdzięczność. Już nie wnikam w historyczną treść „303.Bitwa o Anglię”, ten film był po prostu kiepsko nagrany i wykonany. Za jakiś czas idziemy na drugą odsłonę „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”. Zobaczymy, jak tutaj poradzą sobie z tematem. Wydaje mi się, że jednak Arkady Fiedler i jego książka, pozostaną dla mnie wersją najlepszą.

 

Trochę jestem ostatnio uziemiona z braku auta. Odzwyczaiłam się od komunikacji miejskiej i zapominam, że mogłabym i autobusem do rodziców dojechać. Jest to bardziej problematyczne, ale możliwe. Mimo wszystko wolałam poczekać aż Mężu wróci, zapakować Małego do fotelika i na spokojnie, bez biletów, łapania miejsca i ciśnięcia się w tłumie, zawieźć go do dziadków. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Przez to też rozleniwia się i staje wygodny. Pora więc wziąć się za siebie, podnieść cztery litery i ruszyć do działania. I nie mówię, że większość czasu spędzam na kanapie, bo jednak i poza domem i w domu dużo jest do zrobienia. Ale to nie ten ruch, skoro po pierwszej wizycie w klubie sportowym, wychodzi, że do zrzucenia mam 8 kg. Słownie osiem. Bez rozdrabniania się na skład procentowy i na inne parametry. Z taką oto wiedzą, od nowego miesiąca, zaczynam ćwiczenia. Pod kontrolą trenera i z zaznaczeniem ostrożnego podejścia do kręgosłupowych  dolegliwości. Na razie zajęcia są darmowe, jutro też idę by bliżej zapoznać się z urządzeniami kardio i siłowymi. Jestem po pierwszym treningu, z którego wróciłam spocona, ale zadowolona. I nie chodzi tylko o te kilogramy, ale o przywrócenie formy, sylwetki i wzmocnienie mięśni pleców. Koniecznie. 

 

A w nagrodę kurs fotografii, dla początkujących pasjonatów, takich jak ja. Którzy w fotograficznym świecie stawiają pierwsze kroki, lubią to, czują wręcz potrzebę wyciągnięcia aparatu w mig i chęć złapania cudnego widoku, czy niepowtarzalnej chwili. Tych chwil jest przecież tak wiele.. Zwłaszcza gdy łapie się cenny widok rosnącego dziecka, które już za miesiąc będzie o miesiąc starsze. Czy podczas podróży, gdy ma się świadomość, że drugi raz w to miejsce się nie trafi.. W taką dookoła świata, jakiej folder zobaczyłam na mieście, chętnie bym się wybrała (lotto się kłania). Choć przecież i podróż tuż za rogiem może przynieść piękne zdjęcia, wcale nie trzeba lecieć tak daleko 😉

 

 

 

świat

Naprawiamy

Tydzień owszem rozpoczął się miło, miałyśmy czas z Beatą i pogadać i zrobić porządki ze zdjęciami. Skorzystali z netu, bo wiadomo, że teraz bez tego jak bez ręki. Oliwer pobawił się z Małym i momentalnie minęło całe przedpołudnie. Kontrola po zabiegu pomyślna, więc już do Danii powrócili i teraz niestety nieprędko się zobaczymy.. Takie życie przez te emigracyjne wyjazdy..

 

Tymczasem my tu, spacery z Moniką i Igorkiem powróciły do stałych punktów dnia, chłopaki coraz lepiej się ze sobą bawią. I już obie poszukujemy rowerków biegowych, żeby zaczęli ćwiczyć równowagę i przyzwyczajali się do rowerowych wypraw. Kto wie, może i ja kiedyś wreszcie skuszę się na rower. Tym bardziej, że jak auto zaczyna się psuć to ręce opadają. Bo to nie tylko klocki do wymiany, ale zaraz się okazuje, że i tłumik ma dziurę i napinacz paska poszedł, a jak dobrze poszperać, to się znajduje cały rozrząd do wymiany. Nie ma lekko i aż się boję myśleć o kosztach naprawy..

 

Auto uziemione, a my razem z nim. Autobus na razie nie jest najlepszym środkiem komunikacji. Z racji przygotowań do drugiej dawki przeciw ospie nie chcemy narażać malucha na miejsca o zwiększonej kumulacji bakterii i wirusów. Wczoraj na ten przykład załapaliśmy się na dojazd do dziadków z Tatą, a wracaliśmy z Mężem. Później teraz kończy pracę i o różnych porach, bo rozpoczął wreszcie zabiegi rehabilitacyjne na kręgosłup. Też te plecy trzeba zacząć naprawiać. Na początek rozgrzewająca lampa i prądy, a w maju będą ćwiczenia, na które najbardziej czekał. Wiadomo, że później lepiej ćwiczyć to co wskazane, niż samemu kombinować. W sumie mój zestaw na brzuch również może nie być wskazany dla pleców. Ale skoro nie bolą, więc chyba wszystko jest ok. Grunt, że mięśnie brzucha zaczynają coś odczuwać. A raczej ja zaczynam czuć, że je mam 😉 Choć do zadowalającego efektu jeszcze daleka droga. Do swobody w sukience też, ale jestem dobrej myśli. Najważniejsze, to wziąć się wreszcie za siebie i nie odpuszczać.

 

 

 


Ciężarówka

Zaczyna się robić ciężko.. a wszystko przez kręgosłup, któremu coraz trudniej nosić ten ciężarek z przodu 😉

 

 

I miesiąc – jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży..śmiagałam na fitness, jeździłam na rowerze, wędrowałam na bieżni, robiłam skłony, przysiady i formę miałam całkiem całkiem..

 

 

II miesiąc – forma zaczęła spadać, coś wracałam do domu bardziej zmęczona, mniej ćwiczeń wykonywałam, a po prysznicu brało mnie osłabienie, że tylko paść i spać.. o tak, spanie zastąpiło wszelką formę ruchu 😉 Kiedy zrobiłam test, wszystko było już jasne jak słońce, a u lekarza potwierdzili, że nasze Słonko rośnie mi już w brzuchu.

 

 

III miesiąc – chęć spania i osłabienie, które przybierało na sile w pracy, kończąc się bólem podbrzusza dały sygnał do odwrotu z codziennych firmowych obowiązków. Przeszłam na tryb domowy, bezstresowy i relaksacyjny 🙂 wspaniałe uczucie, kiedy nie trzeba zrywać się o świcie, gnać do papierów, ślęczeć na stresujących zebraniach i wykonywać poleceń szefów.. Nareszcie odetchnęłam! Byłoby już w ogóle super, gdyby nie zaczęły się mdłości 😉 Na szczęście bez efektu końcowego, więc dało się to znieść..

 

 

IV miesiąc – samopoczucie zwyżkujące! mdłości przeszły jak ręką odjął, wróciła energia i odeszło spanie, o każdej porze dnia i nocy.. pozostały jedynie pobudki z racji ucisku na pęcherz, ale i to nie trwało stale, do wytrzymania i do odespania kiedy się ma tyle czasu wolnego 🙂 Cieszę się, że to w tym miesiącu wzięliśmy Ślub, bo i brzuszek nie był jeszcze taki duży i siły były na tańcowanie i przeżycie naszego cudownego dnia (i pięknej nocy) z całą radością Zakochanych..

 

 

V miesiącpodróż poślubna wykupiona w czasie, kiedy nie byłam jeszcze w ciąży wisiała na włosku z racji zbliżającego się lotu samolotem, ale po USG i kontroli szpitalnej okazało się, że nie ma żadnych przeciwwskazań bym mogła latać 😉 Majorka, słońce, kąpiele w kryształowym morzu i zwiedzanie doszły do skutku i przyniosły wiele radości – tym więcej, że w tym czasie poczuliśmy pierwsze ruchy naszego Synka i czujemy je do dziś 🙂 A w samolocie czułam się lepiej niż przed ciążą.. Nawet strój kąpielowy jeszcze na mnie pasuje i oby tak zostało do końca sierpnia, bo nie chcę kupować nowego. Potrzebne mi były jedynie szersze i dłuższe koszulki, jedna sukienka ciążowa i poszerzacz z dziurkami (za całe 6 zł sztuka), dzięki któremu mogę nosić wszystkie moje portki i spódnice na guziki

 

 

VI miesiąc aż trudno uwierzyć, że minęło już tyle czasu.. brzucho już dużo większe, przez co plecy zaczynają wyginać się do przodu i pobolewać.. zwłaszcza po dłuższych podróżach samochodem, tańcowaniu na koncertach i siedzeniu w jednej pozycji.. na razie ból umniejsza się po odpoczynku, ale w miarę wzrostu Maleństwa widzę, że będzie coraz ciężej. Dlatego biorę się za ćwiczenia i chociaż 10 minut dziennie chcę poświęcić na wzmacnianie mięśni pleców.. Karimata już czeka, pora ruszać do działania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Kwiecisty luty

Wróciłam na fitness! Jeszcze sama nie wierzę, że udało mi się zmobilizować 😉 Ale już po dwóch dniach z bieżnią, hantelkami, rowerem i po skłonach brzucha czuję jak wraca mi moc. Ból pleców po codziennym siedzeniu za biurkiem zastąpiłam zakwasami w nogach i ramionach. Nic to, miną. Oby mi tylko zapał nie minął, bo chciałabym wytrwać w ćwiczeniach chociaż do końca marca. Potem jeśli pogoda będzie słoneczna ruszam na kijki. Co do pogody to już prawie wiosna za oknem. Jeszcze rano szyby zamrożone.. ale widać, że zima powoli odpuszcza, co bardzo mnie cieszy bo uwielbiam wiosnę i lato!

 

 

 

W domu już mam wiosennie, po tym jak Marcin zrobił mi tulipanową niespodziankę 🙂 Piękna jest ta niespodzianka, z dołączoną romantyczną karteczką.. właśnie kwiaty zaczynają się otwierać i czarować swoją czerwienią.. ….cudne są……

 

 

 

 

romantycznie

 

 

 

 

 

I rozkwitły (kilka dni później) tulipany kwieciste………..

 

 

 

 

 

rozwitły

Fitness – przybywam!

Od poniedziałku ruszyłam na ćwiczenia (poczytałam sobie wpisy z początku tego roku i można powiedzieć, że już to przerabiałam), cieszę się, że się zmobilizowałam. Przypomniałam sobie, że mam mięśnie, które już dawno nie były używane 😉 Właściwie odczułam to dopiero na drugi dzień. Ale o dziwo, dziś mimo okresu dałam radę śmigać na bieżni, rowerze i zrobić delikatną rundkę na siłowni. Od mojego ostatniego tam pobytu minęło ładnych parę miesięcy.. wstawiono ładne szafki do szatni, zlikwidowano kluczyki, co mnie cieszy bo zawsze ten klucz potem przeszkadzał albo był gubiony bo w spodniach nie było kieszeni. Teraz są kody, jest wygodnie, o wczesnej porze nie ma tłumów i choć otwarto niedawno większą i tańszą o parę złotych siłownię, to ja jednak pozostanę przy tej. Poćwiczyłam, poskakałam na skakance i rozgrzałam się potem jeszcze pod prysznicem. Dzięki temu w listopadowy wieczór nie odczuwam chłodu.. Fajne wrażenie..

 

 

Z fajnych tematów to udało nam się wczoraj nabyć bilety na W. Cejrowskiego, który odwiedzi niedługo Szczecin z humorystycznym wykładem o dżungli 🙂 „Boso przez świat” zaciekawia i przy mojej podróżniczej pasji jest wciągające. Tym bardziej, kiedy będziemy mogli posłuchać tych ciekawych opowieści na żywo, podziwiać zdjęcia i dodatkowo może uda mi się zrobić fotkę i złapać autograf do mojej kolekcji. 

 

A na razie ze zdjęć wrzucam nowe draceny, które od niedawna goszczą w równie nowych doniczkach zakupionych z funduszy firmowych, na parapecie u mnie w pracy. Mam nadzieję, że nie będą się gniewać jak czasem zapomnę je podlać i że okażą się wytrwałe.

 

 

 

 

kwiatki firmowe

 

 

 

 

Zmieniam czcionkę na blogu, bo tamta ciągle wydawała mi się mało czytelna, za drobna i za ciasna. Chciałabym jeszcze zwiększyć akapit między zdaniami, ale nie wiem jak to zrobić? Może ktoś mi doradzi?