Bez stresu

Chciałam w weekend zabrać się za te kwiatki, ale na wymianie pościeli, praniu materaca (sodą oczyszczoną) i odżywce do włosów się skończyło. Dziękuję Wam dziewczyny za porady odnośnie włosów reanimacji:) 🌺 Pogoda była w kratkę, więc nie dało się swobodnie spędzić większości czasu poza domem. Ale jakieś chwile w słońcu się trafiły..

Choć nie za długie, bo potem już deszcze i chmury ciemne. A skoro tak, oderwaliśmy się w podróże z Cejrowskim, trochę na Karaiby, potem do Tajlandii. Tak sobie myślę, że raczej w te rejony osobiście nie dotrzemy. Ale i nie ciągnie mnie tak, żebym to przeżywała. Spotkanie z rodzicami i spacer po ich osiedlu też jest cenny. Choć jednak widoki zupełnie inne.. Tym razem te kolejki przed szczepieniami widzieliśmy na oczy własne. I faktycznie zero dystansu, dużo starszych osób blisko siebie, zero reakcji policji, która już chyba nie ma mocy przemawiać innym do rozumu. Cóż.. Miej nas w swojej opiece.

Mały w domu zaopiekowany na czas bez przedszkola, nakupowaliśmy mu książeczek z zagadkami i z kodowaniem. Ma czytanki, a od wczoraj dopomina się już o sprawdzanie strony przedszkola w poszukiwaniu zadań na ten tydzień. Jest bardzo ambitny i lubi mieć zrobione od razu wszystko, co zalecane. Z jednej strony dobra cecha na szkolną przyszłość. Z drugiej mam nadzieję, że nie będzie zbyt nadgorliwy i przesadnie przejmujący się każdym zadaniem. Lepiej żeby się aż tak nie stresował. Już wystarczy, że ma mamę, która wszystkim się przejmuje 😉

Czas

Po szczepieniu u Taty wszystko ok, u Mamy w nocy pojawiła się gorączka, ale nad ranem już było dobrze. Teraz obserwacja kilka dni, czy głowa nie boli i nic się nie dzieje, ale już jesteśmy spokojniejsi. W punkcie szczepień ponoć tłumy, niektórzy przychodzili pół godziny wcześniej i kłębili się, narażając wzajemnie na wirusową wymianę. Pilnujący porządku wojskowi nie do końca dawali radę opanować ten chaos. Ale jakoś cała akcja powoli idzie do przodu, choć chyba na efekty dłuugo poczekamy..

Odliczamy wraz z zegarem na Zamku Książąt Pomorskich i pamiętamy o przestawieniu zegarków

A w tym czekaniu życie toczy się dalej, przedszkola i szkoły od poniedziałku znów pozamykane, gospodarka pada i potrzebuje reanimacji, ale cóż my możemy.. Chyba tylko zająć się swoim domem i ogródkiem. Oprócz przechowanych zimą kwiatów, muszę zreanimować też swoje włosy. Lecą ostatnio jak szalone i nasz Robek sprzątający ma z nimi dużo roboty. Wkręcają się w kółka i trzeba pilnować, żeby się nie zaciął. Małego zdążyłam zapisać do fryzjera, przed kolejnym zamknięciem owych przybytków. Pani Maria była pewna, że będą działać normalnie, a tu klops. Znowu na święta fryzjerstwo przeniesie się do domów i za zamknięte żaluzje. Moja fryzurka wymagałaby odświeżenia, ale nie wiem co robić, bo dłuższy włos mógłby się przydać do eleganckiego upięcia na majowy ślub Brata (celebrowany w imieniu gości pod drzwiami urzędu) i pozostałe dwa śluby, które mam nadzieję dojdą do skutku. Tylko do owego upięcia jednak fachowiec potrzebny. Ale bądźmy dobrej myśli, ponoć od 10 kwietnia wirus będzie w odwodzie (tia).

Kwiecisty początek

Blokady blokadami, ale na szczęście z domu wychodzić można (jeszcze). Korzystamy więc w weekendy szukając wiosennych okazów. Dużo też okazów pływających w kąpielówkach, w rzece widzieliśmy, a pomiędzy nimi łabędzie jakże romantyczne. Spacery coraz dłuższe, choć to jeszcze niewskazane, kiedy tak wichrem po nosie wieje. Ale dla okazów kwiatowych, warto. Tym bardziej że w plenerach odetchnąć można i uciec od murów i masek.

W domu też bardziej wiosennie, tulipany w wazonach, a storczyki pełne kwiecia. Zakupiłam im nawet odżywkę, żeby wreszcie porządnie się o nie zatroszczyć. I siebie muszę przypilnować, żeby co tydzień kąpiele wodne im robić i nie zapominać..

Nie zapominam też o spacerach w tygodniu, zwłaszcza gdy trafiają się okazje spotkań z dziewczynami. A to na działce, przy podcinaniu rozrośniętego winogrona (po uprzednich naukach z jutuba), a to z wózkiem i świeżo ochrzczonym maluchem. Przy okazji pogaduchy na całego i dużo pozytywnej energii w oczekiwaniu na cieplejszy czas. Na działkę mamy zaproszenie latem, łącznie z basenem, który od roku czeka zwinięty. A z resztą ekipy planujemy widywać się nad jeziorem i kiedy tylko będzie większa swoboda. Ale zanim letnie plany, najpierw trzeba przetrwać lęk o rodziców, którzy dziś po pierwszej dawce astry zet. Z zaleceniem paracetamolu gdyby jakieś niepożądane objawy się pojawiły. Mam jednak nadzieję, że zniosą to dobrze i że od czerwca, po drugiej dawce, będziemy mogli się z nimi wreszcie częściej widywać..

Koniec zimy

Jeszcze na to nie wygląda, ale pierwszy dzień wiosny nadszedł sobie, wbrew wszystkiemu.

I to nic, że spacery z rodzinką w zimowych ubraniach, w szalikach po zęby i wełnianych skarpetach. Krokusy już są. Jeszcze nieśmiałe, trochę przymarznięte ale powoli się rozkręcają.

Tylko my coś się rozkręcić nie możemy, przez te ciągłe, wirusowe blokady..

Asekuracyjnie

Tysiąc tysiącem, a pisać chce się dalej i ani myśli przestawać. Ponoć u każdego w rodzinie znajduje się ktoś, kto lubi zapiski, pamiętniki i uwiecznianie chwil na fotografiach. W naszej, trafiło na mnie.

Mały ostatnio asekuracyjnie został w domu. Niby tylko katar i trochę pokasływania, ale w obecnym czasie od razu zapala się lampka ostrzegawcza i lepiej kilka dni odseparować dziecię od innych. Nic się na szczęście nie rozwinęło i od poniedziałku wrócił do przedszkola, po drodze zaliczając dotleniający spacer rodzinny z okazji imienin mojej Mamy. Potem wzięłam się za wiosenne porządki, segregację rzeczy i przymierzanie koszulek z długimi i krótkimi rękawami. Część poleciała na PCK, udało się sprzedać kolejne ciuchy (łącznie z ubrankami z chrzcin syna), a w uwolnione miejsce trafiły dwie nowe bluzki. I zaskoczona jestem rozmiarem, bo trochę po ostatnim pilnowaniu, jakby mnie mniej. Teraz żeby tylko to utrwalić i może jest szansa by 38 zostało ze mną na dłużej. (Paulinko, liczę na Ciebie i dziękuję Ci serdecznie za chęć pomocy:))

Dotarły też zamówione dodatkowe skrzynki balkonowe, przy moim szczęściu w internetowych zakupach – w kolorze szarym, zamiast brązowym. Dylemat był duży, Mąż się natargł i narobił próbnych ustawień. Przez chwilę była bowiem szansa, że przy tych szarych zostanę. Ale jednak po wczorajszym oglądaniu ich z zewnątrz wrażenie było zbyt smutne, będzie więc zwrot i wracamy do ciepłego brązu. Czekam na kolejną dostawę, a w międzyczasie zapisuję auto na przegląd, Małego do fryzjera – lepiej teraz, bo nie wiadomo, czy i tych przybytków nie zamkną. Od soboty przecież zamknięte galerie, siłownie, baseny i kina, z których jedno było przez chwilę u nas czynne. I nawet rozważałyśmy z dziewczynami wyjście, pomimo mało komfortowej wizji oglądania w maseczkach. Ale nie zdążyłyśmy się załapać na najnowsze filmy (Obiecującą, młodą kobietę. Palm Springs. Zabij to i wyjedź z tego miasta) i nie wiadomo, kiedy będzie kolejna okazja. Choć może tak miało być. Dla bezpieczeństwa i asekuracyjnie.

Zapasów kaszy i mąki nie robię, ale lecę po brakujące kosmetyki i powoli szykuję prezenty na Wielkanoc. Choć już raczej wiadomo, że zajączek znowu będzie składał życzenia przez ekran i że to nie będą takie święta, jakby się chciało. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi.. to się cieszy, że zdrowie jest. I że wiosna coraz bliżej..

Tysiąc

Wyskoczyła mi wiadomość, że tysięczny wpis został popełniony. I to przy ostatnich kulinarnych podbojach. Człek tak pisze od lat, pisze i wcale tego nie liczy. Za to czuje, że to pisanie sprawia ogromną przyjemność, dodaje energii i otwiera oczy na nowe. Na sympatyczne znajomości, ciekawe blogi do czytania, pomysły na pyszne potrawy, ciasta i zdrowszy styl życia. Mobilizuje do działania, bo często bywa tak, że jak już zapisane, że coś się zrobi, głupio było by nie dotrzymać:)

Przygodę z blogowaniem zaczęłam w 2011 roku. Pierwszego bloga musiałam ukryć, gdyż zawiodłam się na „przyjaciółce”, która miała dostęp, a nie chciałam by dalej czytała o naszych sprawach. Drugiego dwa lata temu zamknął blox, co wprawiło piszących w niemały popłoch. Strasznie byłoby stracić masę zapisanych wspomnień, w końcu to nasz pamiętnik, do którego nie raz wracam i przeglądać lubię. Na szczęście wpisy uratowane i teraz Myszka odnalazła swe miejsce w sieci, mając nadzieję, że będzie mogła zostać tu na dłużej.

Także zdrowia, pod ten tysiąc i miłego pisania dla wszystkich kronikarzy 🙂

Próby kulinarne

Mężuś postanowił uświetnić dzień kobiet kwiatami i goframi, które wreszcie urosły tak, jak trzeba. Jeszcze musimy wyczuć ustawienia w gofrownicy i przetestować przepis na ciasto od Leny. To dołączone do sprzętu wyszło za twarde, ale przynajmniej upieczone w środku, a nie jak poprzednie gumowate i niezjadliwe. Mały narysował laurkę z serduszkami, z sobą i mamą w roli głównej. Rysować lubi, ale jego rysunki są malutkie (jak moje kiedyś). Takie drobne i nieśmiałe. Próbuję go trochę otworzyć na tę dużą białą kartkę, by nie bał się rozmachu, by nabierał pewności siebie. Mnie do tego namawiał Tata i dzięki niemu próbowałam sił w szkicowaniu węglem, w malowaniu akwarelami. Zawsze to lubiłam, ale większego talentu zabrakło. Ot takie tam kopiowanie już istniejących kształtów i obrazów. Kursy plastyczne jednak swoją rolę odegrały, a przyjemność z rysowania pozostała do dziś.

W kuchni za to brak talentu nadrabiam nieustającymi próbami, a to przy kopytkach, leniwych, różnych sałatkach, kotlecikach z fasoli i zupach bez mięsa, lub z niewielką jego ilością. Ostatnio naszło mnie na placki ziemniaczane, za które do tej pory sama się nie zabierałam, z racji pokaleczonych palców na tarce. Tarka wreszcie zastąpiona robotem kuchennym, a efekt końcowy wart obierania i wietrzenia po smażeniu.

Żeby nie było za tłusto i dla równowagi, dużo warzyw, które już coraz lepsze w smaku. Ale i tak doczekać się nie mogę wiosennych nowalijek i tych moich ziół z balkonu. Skrzynki dotarły, pora poczytać, jak się za ten domowy ogródek zabrać, żeby cokolwiek tam urosło. Jeszcze tylko niech mrozy ustąpią, bo teraz nawet na balkon wychodzić się nie chce.

A skoro nie na balkon, to do kolejnej próby – na ciasto pierogowe. Drugi raz w życiu zrobiłam podejście do pierogów, przepis dostałam od koleżanki i oczywiście nie obyło się bez problemów, jej szklanka miała inną pojemność niż moja;) Trzeba było dosypać mąki i ciasto przestało się kleić. Na dokładkę wyszło tak dobre, że Mąż, który nie przepada za pierogami ruskimi zajadał ze smakiem i poprosił o dużą porcję do pracy. Kilka sztuk udało się zamrozić, ale reszta zniknęła w dwa dni. Już nie mogę doczekać się letnich owoców, to może i Mały pierogi będzie zajadał. Jedyny minus, że roboty przy tym dużo, a i bałaganu nie da się uniknąć. Mimo wszystko. Warto:)

Pomiędzy

Niby już słońce przebija się na dłużej, ale jeszcze czuć oddech zimy. W zmarzniętych dłoniach, w czapce, którą lepiej mieć o poranku, we mgle i w zamrożonych szybach. I choć u nas nie ma już śniegu, to połączenie bieli z zielenią idealnie oddaje ten klimat..

Mimo iż temperatura nad ranem zerowa, marzą mi się już kwiaty na balkonie. Zakupiłam więc cebulki zimujące w glebie i zamówiliśmy dwie duże, drewniane skrzynie. Żeby wreszcie można było nasypać dużo ziemi, żeby kwiaty miały z czego czerpać i może dłużej się utrzymać. W domu przechowałam dwie mniejsze skrzynki z pelargoniami, rozrosły się niesamowicie i postaram się urwać z nich szczepki, by wypełnić dwie kolejne (tylko w którym miejscu przerywać pelargonie?). Mam też nasiona ziół, ale te nie wiem czy sadzić wiosną na zewnątrz, czy bezpieczniej w kuchni. Sąsiadka z góry miała rok temu na balkonie bazylię, pietruszkę, lubczyk, własne truskawki (myślę o odmianie pnącej, jest siatka przy donicach), pomidory, dużo kwiatów i zieleni. Aż takich warunków nie mamy, ale ile się da, tyle posadzę. A ile wyrośnie, zobaczymy..

Na razie weekendowe spacery, z rodzicami, rodziną brata i nasze osobiste wyprawy. Była propozycja wyjazdu większą ekipą, nad morze. Ale jednak jest za zimno i zbyt wietrznie, żeby cały dzień spędzić na plaży i na spacerach wydmami. Zwłaszcza, że teraz nie ma się gdzie schować, ani przysiąść w jakiejś kawiarni, czy restauracji na obiad. Poczekamy na przyjaźniejszy klimat. I rozgrzejemy się ciepłymi życzeniami na Dzień Kobiet 🙂 Najlepszego dla Wszystkich Pań! 🌺🍀🌺

Goście

W obecnym czasie uzasadniona rzadkość, a kiedyś przyjmowani bardzo często, z uśmiechem i otwartym sercem. Zawsze lubiłam, kiedy dom był gwarny, grała muzyka i toczyły się rozmowy wśród sympatycznych ludzi. Zostało mi tak chyba dzięki rodzicom, którzy chętnie zapraszali gości do naszego rodzinnego domu. Pamiętam tańce, dużo radości i smakołyki na stole podbierane, gdy nikt nie zwracał uwagi na maluchy. Mama zawsze wtedy się uśmiechała, była roztańczona, Tata sypał żartami, a my z bratem mogliśmy siedzieć do późnego wieczora.

Większość moich znajomych, wraz z zakończeniem poprzedniego etapu życia, zniknęła w odmętach losu. Z dawnych lat dzieciństwa i pierwszej młodości pozostali ludzie poznani nad jeziorem, gdzie spędzałam z rodziną praktycznie całe wakacje pod namiotem. Spotkałam tam wiele fajnych osób i z garstką przyjaźnię się do dziś. Ale z nimi widujemy się wiosennie i wakacyjnie właśnie tam, pisząc przez resztę roku życzenia i przesyłając bieżące wiadomości. Nowe dusze zaczęły pojawiać się, od kiedy spotkałam się z moim Mężem (wtedy potencjalnym chłopakiem) na imprezie Andrzejkowej. Najpierw jego znajomi, a potem nowi przy budowaniu naszego wspólnego życia, wraz ze świetnymi ludźmi z bloga. Część nowych postaci poznanych też wspólnie nad jeziorem, wraz z nimi ich koledzy i koleżanki, którzy przyjęli nas jak swoich. Wiadomo, że nie od razu, że trwało to latami, od spotkania do spotkania, od świętowania razem urodzin, imienin, a potem narodzin dzieci. Ale też i od chwil kiedy była potrzebna pomoc, np przy przeprowadzce, czy gdy potrzebna jest teraz, przy szykowaniu całej wyprawki dla chłopczyka, który ma przyjść na świat w te wakacje. Właśnie przyszłych rodziców tego chłopczyka gościliśmy w niedzielę u nas, na kawie, cieście i przy sałatkach, z których część powędrowała do nich na wynos.

Selerowa z ananasem i kukurydzą, oraz makaronowa z odrobiną szynki, ogórkiem konserwowym, papryką i fetą. W tle Lech – bezprocentowy i oliwki z migdałami.

Dzięki mobilizacji mieszkanie lśni teraz blaskiem umytych podłóg, a w szafkach kuszą jeszcze pozostałości smakołyków. Przez ostatni, okropny wirusowy rok spotkania w domach można policzyć na palcach jednej ręki. Jedynie urodziny dla syna wyprawiliśmy, chociaż na raty i przy minimalnej ilości gości. Z sąsiadami widujemy się ostatnio na spacerze z hulajnogą po osiedlu, a z rodzicami tylko i wyłącznie poza domem i w maskach. Tak czy inaczej brakuje mi swobody domowych spotkań, bo choć nadal bardzo je lubię, to gdzieś z tyłu czai się stres, czy nikt się nie zarazi, nawet jeśli już część znajomych wirusa przechorowała. Także kolejni goście nieprędko, ale liczę bardzo na ciepłą wiosnę i nadchodzące lato, które raczej nie będzie wolne od wirusów, ale przynajmniej pozwoli na jakieś ognisko, spotkanie nad jeziorem, czy wypad nad morze. W plenerze, mimo wszystko, bezpieczniej..