Sezon

Grillowy sezon rozpoczęty. I to dość intensywnie, przez 7 godzin na działce, przy świętowaniu urodzin koleżanki. Pierwsza karkówka i kiełbaska z grilla zaliczone, pogaduchy w babskim gronie też (panowie mieli swoje, przy pieczeniu). Dzieci wyskakały się jak szalone na trampolinie, ledwo pamiętając o jedzeniu i piciu, ale za to na torty część dała się od zabawy odciągnąć.

Być może z racji obecności dzieci, ale coraz częściej i bez nich, dużo ze znajomych przeszło u nas na zabawę bezalkoholową. Trochę mnie to zaskoczyło, bo kiedyś obserwowałam inne trendy, ale mimo wszystko jest na plus. My już od lat praktycznie procentów nie tykamy. Z racji złego samopoczucia nawet po małej ilości, ale i przez ich kaloryczność, czy wpływ na zdrowie. I kompletnie za alkoholem nie tęsknię, bo od zawsze umiałam i lubiłam się bawić bez niego.

A że sezon na plenerowe pikniki też rozpoczęty, to bawimy się teraz z Małym i to jest dla mnie fajniejsze, niż wszystkie zakrapiane imprezy z młodzieńczych lat. Patrzę na uśmiechniętą buźkę skaczącego w dmuchanych zamkach, biegającego po trawie i pełnego radości Małego i przepełnia mnie szczęście. Chce się tej radości dostarczać mu jak najwięcej, bo wtedy i my z niej dla siebie czerpiemy..

Venom w natarciu

Ferie zakończyliśmy z przytupem, na dwóch imprezach i z pierwszym nocowaniem Młodego u moich rodziców. Przez te siedem lat, a to był za mały, a to kręgosłupy bolały, potem nie było potrzeby, a jeszcze później wirus. Teraz już po szczepieniach u całej rodziny, więc zdecydowali się przyjąć wnuka na noc, żebyśmy mogli poświętować razem. W jeden dzień 40 urodziny kumpla, w drugi 8 jego syna. W tej samej, wynajętej sali, z DJem i tańcami do nocy. Niektórzy wytrwali do szóstej nad ranem, nam się moce wyczerpały w okolicy drugiej. Ale wytańczyliśmy się na całego, (ostatni raz takie hulańce w sierpniu na weselu Leny) i mogliśmy dzielić ten dzień z sympatyczną ekipą. Ludzie wyluzowani, klimaty Woodstock’owe, żona kumpla naszykowała sałatek, pieczystego, a i ciast nie zabrakło. A na deser trzypiętrowy tort z Venomem – straszności, dla wtajemniczonych – my akurat w temacie, bo Młody w Avengersach teraz siedzi.

Na drugi dzień dziecięce szaleństwo, na które na szczęście dostarczyliśmy piłkę, gry i sterowane auto, dzięki czemu nie skończyło się na bieganiu wokół stołów. Maluchy dostały frytki z keczupem i słodkości różne, łącznie z tortowymi zębami Venoma 😉 A co do zębów, to nasze dziecię wczoraj przed snem wyrwało sobie górną jedynkę, trzymającą się już tylko na włosku (obawiałam się, żeby w nocy tego zęba nie połknął!). Mrozi mnie na sam widok, ale cóż z mleczakami swoje przejść trzeba i dzielnie to przetrwać. Wróżka Zębuszka na pocieszenie zostawiła datek pod poduszką, a Walentynka drobny upominek. Dla Męża też będzie coś słodkiego, bo i on wyznaniami miłosnymi z samego rana mnie uraczył – nawet w torebce i w chlebaku się ukryły, żeby żonę zaskoczyć:) Miłych Walentynek i duużoo miłości!

Z pompą

Ferie zaczęliśmy z pompą, w sensie ulewy, wichury i huku (od spadającego kawałka tynku z budynku) i w sensie fajnych chwil, których do ostatniej chwili pewni nie byliśmy. Przed wichurą udał się spacer z rodzicami, zrobiłam pyszny obiad w domu i spędziliśmy rodzinny wieczór przy śmiesznych filmikach. A na sobotę wybraliśmy bajkę w kinie. „Sing 2” okazało się mega pozytywne, z przesłaniem o dążeniu do spełniania marzeń i ze świetną muzyczną oprawą (przyznaję, na kawałku U2 się wzruszyłam). Po kinie jeszcze wypad na lody do kawiarni i pełnia szczęścia dla Młodego. Niedziela zapowiadała się równie atrakcyjnie, na urodzinach u syna koleżanki.

W niewielkim gronie, ale za to najbliższym sercu. Sala zabaw ta sama, w której Młody świętował swoje 7 urodziny, pogaduchy z ekipą, trochę ganiania po sali. Przerwa na mięsko z frytkami, potem tort i inne słodkości.

Spędziliśmy tam pięć godzin, a i tak dzieciom było mało. Tylko dwie najmłodsze kruszynki poszły wcześniej do domu. Reszta szalała w piankach, małpim gaju i na trampolinach. Mnie by się teraz też przydało, żeby spalić nadmiarowe kalorie. Ale kto wie, może uda się na łyżwach, czy choćby na spacerze, jeśli pogoda dopisze i już pompę odpuści..

Sylwestrove

Podróż z górskich rejonów do domu, w Sylwestra, poszła całkiem sprawnie, za to do teraz nie mogę się po niej ogarnąć;)

A to dlatego, że należało wyszykować się na domówkę, po drodze rozpakowując torby i wstawiając pierwsze pranie (na dzień dzisiejszy czwarte za mną). W międzyczasie dać coś jeść dziecięciu, wywietrzyć mieszkanie, umyć się, zrobić make up i odnaleźć kieckę. Dobrze, że Mąż miał koszulę wyprasowaną i czyste buty. Tak zaganiani wpadliśmy z przekąskami i trunkami na chatę do M. A na owej chacie 7 dorosłych, 7 dzieci i rejwach sympatyczny:)

Panowie częstowali jakimś limonkowym wynalazkiem, dziewczyny sałatkami i pieczonym mięskiem. Dla dzieci masa słodkości, ale i spaghetti w ramach kolacji co na plus, bo do 3 w nocy ferajna wytrwała. Pogaduchy były fajne, jedynym minusem pomysł włączenia tv i stacji z sylwestrowym programem – porażka muzyczna – obiecałam sobie, że na następny rok trzeba przygotować własną playlistę i na pewno bez wizji. Gdy nadszedł etap wybierania muzyki z YT, przynajmniej trochę z Mężem potańczyliśmy. Potem już odliczanie, fajerwerki nagrywane przez maluchy i balkonowe widoki. Co do tego typu atrakcji, gdyby nie huk i strach dla zwierząt byłoby o wiele przyjemniej oglądać kolorowe rozbłyski. Od nas nie strzelał nikt.

Obdarowani smakołykami na wynos, odpłynęliśmy w sen przed czwartą i dobrze, że potem był weekend. Przydał się na odsypianie, zwłaszcza że od poniedziałku powrót na zdalne i forma mile widziana.

Imprezowy listopad

Oko przymrużone – na bałagan jaki czwórka dzieci w ciągu pięciu godzin twórczo rozkręciła i jakie my, całą zastawą w kuchni wytworzyli. Tym bardziej, że spotkanie bardzo udane, pogaduchy o wszystkim i miłe towarzystwo. MK dostał fantastyczne prezenty, które i mnie cieszą. Nowa czapka na zimę się przyda, koszulka z długim rękawem i fajna planszówka do kolekcji (dziś sześć razy grana) i klocki Lego wciągające w budowanie (zwłaszcza po kolejnym odcinku Lego Masters).

Dzięki jednej koleżance mieliśmy animację dla maluchów, a dzięki drugiej obiad na dzisiaj. Przyniosła ze sobą pyszne drożdżowe buły z kurczakowo-warzywnym farszem. Rarytas idealny pod sos czosnkowy i po podgrzaniu w piekarniku smakujące równie dobrze, co w dniu pieczenia.

Od nas tradycyjnie sałatki, przekąski, słodkości, chrupanki dla dzieci i dużo ciasta, które jeszcze na niedzielę zostało. Także zaopatrzenie mamy, jutro do sklepu skoczę tylko po piżamę dla Młodego. Pora go cieplej ubrać, gdyż nadal nie chce się w nocy przykrywać i sama marznę na widok tych jego odkrytych nóg i podwiniętych rękawów.

Listopad mimo wszystko okazał się łaskawy z pogodą, jest już chłodniej, wichry znad morza docierają (choć dużo mniejsze niż tam), ale spacery nadal przyjemne i widoki wieczorne miłe dla oka. Wkleję fotki przy następnym łączeniu z bazą, bo teraz wreszcie nasz Jubilat zasnął i lecę wybierać świąteczne prezenty od Mikołaja. Rodzina postanowiła, że już – z obawy przed kolejnymi podwyżkami w grudniu.

Dziecięcy raj

Imprezy urodzinowej ciąg dalszy, tym razem wśród znajomych i ich dzieci. Było wesoło, z pogaduchami dorosłych i szaleństwem dzieci w kulkach, piankach i na trampolinach. Dwanaścioro młodych i małych gości (miało być 17, ale przeziębienia zrobiły swoje), skakało, biegało, grało w piłkę i zjeżdżało z czego się dało. Trudno było łapać ich na zdjęciach w tej ogromnej sali zabaw i w ciągłym ruchu. My za to w ferworze dbania o gości, o smakołyki i dolewanie napojów, żeby nikomu niczego nie brakowało. Tort, który Młody dostał w prezencie od mamy koleżanki, zrobił furorę. Podziwialiśmy jej zdolności, a przy okazji świetne smaki, jakie połączyła w środku- malina i oreo.

Całość bardzo udana i ten jeden raz zaszaleliśmy na taką skalę, następne tak kosztowne i wielkie spotkanie przewidujemy dopiero na komunię.

Tymczasem z dziecięcego raju wracamy do codzienności. Po sobotnim nalocie na markety z AGD, trochę bardziej klaruje się temat kuchennych sprzętów. Jutro oddajemy też próbki blatu i frontu i bierzemy kolejne, do obejrzenia w kuchni i przy dziennym świetle. Czeka też dentysta dla MK i znowu auto trzeba oddać do mechanika – tym razem jakiś żarnik przy świetle i blokada bagażnika. Nie ma lekko, wracamy na ziemię.

Siedem

Coś jest takiego w tej liczbie, że dla wielu szczęśliwa, a i my ją bardzo lubimy. Młody nawet w dzienniku pod ten numer trafił i choć nie od cyfry powodzenie w szkole zależy, to jak na razie same szóstki i piątki z plusem przynosi.

Tymczasem siedem lat temu nasza Miłość przyniosła nam na świat maluszka takiego, słodziaka dla nas najpiękniejszego na świecie. I JUŻ BEZ NIEGO NIC. Z nieporadnego niemowlaka wyrósł zaradny pierwszoklasista, który przez te lata nauczył się tak wiele. Biega, tańczy, maluje, czyta całe zdania, dodaje, odejmuje i w tabliczkę mnożenia już wskakuje. Ogarnia techniczne sprzęty czasem lepiej niż my, babcię uczy obsługi smartfona, ale na szczęście i w domowych sprawach sobie nieźle radzi. Czasem przychodzi do kuchni i pyta, w czym Ci pomóc mamusiu. A mnie serce z radości i dumy podskakuje.

To już, albo dopiero Siedmiolatek, który wszystko mocno przeżywa. Popłacze, gdy ktoś się z nim bawić nie chce, przybiegnie się przytulić, omówić w tempie katarynki swoje ważne tematy. A radości i dziecięcej ufności ma w sobie tak dużo, że i my z niej czerpiemy garściami.

Urodziny na razie w gronie rodzinnym, druga tura będzie z kumplami i wśród naszych znajomych. A w domu sympatycznie, z dziadkami, wujkiem, ciocią i kuzynem, o którego trochę Młody zazdrosny;) Głównie o uwagę, którą młodszemu się poświęca, ale i dzielenia się tą uwagą musi się nauczyć. Pierwsze prezenty ucieszyły dziecię, a nas spotkanie, ciacha, tort i różne smakołyki.

Kochamy Cię Synku najmocniej na świecie ❤ i życzymy by ten świat był dla Ciebie przychylny. Byś szedł przez życie uśmiechnięty, szczęśliwy, spotykał dobrych ludzi i spełniał swoje marzenia 🤗 Wszystkiego co najlepsze dla Ciebie! 🎁

Dzień Anioła

Dzień Anioła po mszy rozkręcił się w świetną zabawę dla dzieci. Były słodkości i tańce do wieczora. Młody bawił się wyśmienicie, śmigając ze skrzydłami, które na szybko robiłam po szkole. Koniecznie chciał tam iść i na szczęście jeszcze czwórka z klasy dołączyła, więc miał z kim szaleć. Było o wiele więcej dzieci, ale jednak co znane, to znane. Na dokładkę obchodzono imieniny siostry Teresy, z prezentami i konkursami, także postarano się o świąteczną oprawę.

Ja w tym czasie mogłam nagadać się z nową, szkolną koleżanką. Młody zaprzyjaźnia się z jej synem, a i my złapałyśmy ten słynny flow. M. chętnie do mnie pisze, czeka żebyśmy trafiły się po drodze o poranku i czasem nawet zawraca byśmy razem szły ten kawałek drogi, co jest bardzo miłe. Umawiamy się na jakieś spotkanie, czy wyjście, ale pewnie spontan uda się najszybciej.

W sobotę upolowaliśmy wreszcie krzesło dla Młodego – trafiło się takie z regulacją wysokości i odległości oparcia do pleców. Synek zadowolony i siada teraz co chwilę, żeby takie cuda przy biurku wyczarować, które mnie za serce chwytają..

Potem były obiady na mieście, spacer z rodzicami i kilka naszych w trójkę. A że trochę kataru u syna się pojawiło, niedzielę spędziliśmy bardziej domowo, na graniu w Zakręcone robale. Wciągnęliśmy się w te zakrętasy, układamy gąsienice i polecamy grę na jesienne wieczory.

Łaskawy

Jak to człowiek powinien doceniać, że może wstać normalnie z krzesła (bez podpierania się stołu), poruszać się (prawie) swobodnie, pójść na spacer i nie tylko. Na ten przykład wybrać się wreszcie do okulisty i zamówić potrzebne okulary. Na razie tylko do czytania drobnego druku, plus 0,5 i niech tak zostanie jak najdłużej..

A potem zrobić zakupy, ugotować obiad na weekend i przejść się z dzieckiem na plac zabaw, by chłonąć jeszcze piękną pogodę. W sobotę ruszyć do parku, na lody i nad Odrę. Potem podrzucić koleżance ubranka, dla jej drugiego synka i znienacka zostać wciągniętym na domówkę, połączoną z kolacją i zaproszeniem na zimowe urodziny jej męża (jeśli tylko lokale będą w lutym czynne). Młody miał możliwość pograć w gry z kumplami, pobawić się i poszaleć do późna. Niedzielę za to spędzić ze szkolnym kolegą i kumpelą przedszkolną. Ja nagadałam się z dwiema mamuśkami, by później wskoczyć (raczej powoli) w letnią sukienkę i ruszyć z całą rodziną na świętowanie urodzin Mamy. W prezencie dostała bransoletkę z bursztynów, kupioną dla niej w sierpniu nad morzem i słynną książkę Luisy – Możesz uzdrowić swoje życie. Mam nadzieję, że wesprze ją tak, jak wielu potrzebujących wsparcia. Na urodzinach był pyszny obiad w czeskiej restauracji, były lody w parku i weekend naprawdę można uznać za łaskawy. Nawet grzybobranie się udało – choć trochę w innej, niż tradycyjna, wersji;)

Kierunek-wesele w Gdańsku

Super było znowu ruszyć w trasę. Tym razem dalszą i z intensywnie rozpisanym grafikiem. Najpierw do Zosi, na wieczór, nocleg i szybkie śniadanie, bo od niej do Gdańska godzinę krócej.

Trasa słoneczna, z muzyką w tle i niecierpliwością, kiedy dotrzemy i czy na ślub zdążymy. Zwłaszcza, że jeszcze przed, mieliśmy umówione spotkanie z naszą blogową Basią! W pierwszej wersji zapowiadane na niedzielę, ze spacerem po starówce, z racji wyższej konieczności przełożone na miłą wizytę domową w sobotę. Basieńka (Dojrzała Kobieta – wyglądająca na dwadzieścia lat mniej niż posiada), przybiegła do nas z uśmiechem na ustach, wyściskała i w swoje przytulne gniazdko zaprosiła. Na ciasto już nie było czasu, a szkoda, bo domyślam się, że było pyszne.

Potem pędem jechaliśmy pod hotel, gdzie już wstępnie przystrojeni Panna Młoda, wraz z Narzeczonym przywitali nas z kluczami do pokoju. Poznałyśmy się tutaj, na blogu, może ze dwa lata temu.. a stała mi się bliska, jak przyjaciółka. Z tego samego znaku zodiaku, o podobnej energii, wrażliwości, muzycznej pasji i potrzebie dzielenia się codziennością. Po pół roku codziennego pisania z nią, dzielenia się przeżyciami, marzeniami i wspomnieniami.. Mężuś, widząc naszą zażyłość, zrobił mi pamiętną niespodziankę, wywożąc w nieznane – jak się okazało do Gdańska, do Leny i na zwiedzanie. I w życiu bym nie pomyślała, że nasza krótka znajomość zaowocuje zaproszeniem na ślub i wesele! I że z taką radością pojedziemy dzielić ten wyjątkowy dzień, razem z Młodymi i ich rodzinami.

Kochani dziękujemy Wam bardzo! 🙂

A dzień to był zaczarowany, w klimatach boho, ślicznej sukni i z wiankiem we włosach. Ślub w dużym Kościele Św. Trójcy, wesele w fantastycznie przystrojonej sali. Wśród lawendy, zbóż i tańców do muzyki jakże innej, od tradycyjnej weselnej. Wytańczyliśmy się, jak na najlepszej imprezie. Był pierwszy taniec do Somebody DM, były i lata 90’te i najnowsze przeboje z Zawiałow i Podsiadło w roli głównej. Było momentami rockowo, było energetycznie, a jak już zamówienie na disco polo padało, to DJ z klasą włączał taką wersję, że w bardziej dyskotekowe nuty uderzała. A w przerwie np U2 do pysznego menu i bajecznych ciast przygrywało. Lawendowy tort wjechał godzinę przed północą, zdążyliśmy więc go posmakować, a i obejrzeć muzyczny konkurs dla gości, w ramach oczepin. Po 24tej synek odmówił współpracy i trzeba było zmykać do hotelu, na szczęście mogliśmy się tam spokojnie wyspać, wypluskać i ruszyć w dalsze gdańskie rejony.