Łaskawy

Jak to człowiek powinien doceniać, że może wstać normalnie z krzesła (bez podpierania się stołu), poruszać się (prawie) swobodnie, pójść na spacer i nie tylko. Na ten przykład wybrać się wreszcie do okulisty i zamówić potrzebne okulary. Na razie tylko do czytania drobnego druku, plus 0,5 i niech tak zostanie jak najdłużej..

A potem zrobić zakupy, ugotować obiad na weekend i przejść się z dzieckiem na plac zabaw, by chłonąć jeszcze piękną pogodę. W sobotę ruszyć do parku, na lody i nad Odrę. Potem podrzucić koleżance ubranka, dla jej drugiego synka i znienacka zostać wciągniętym na domówkę, połączoną z kolacją i zaproszeniem na zimowe urodziny jej męża (jeśli tylko lokale będą w lutym czynne). Młody miał możliwość pograć w gry z kumplami, pobawić się i poszaleć do późna. Niedzielę za to spędzić ze szkolnym kolegą i kumpelą przedszkolną. Ja nagadałam się z dwiema mamuśkami, by później wskoczyć (raczej powoli) w letnią sukienkę i ruszyć z całą rodziną na świętowanie urodzin Mamy. W prezencie dostała bransoletkę z bursztynów, kupioną dla niej w sierpniu nad morzem i słynną książkę Luisy – Możesz uzdrowić swoje życie. Mam nadzieję, że wesprze ją tak, jak wielu potrzebujących wsparcia. Na urodzinach był pyszny obiad w czeskiej restauracji, były lody w parku i weekend naprawdę można uznać za łaskawy. Nawet grzybobranie się udało – choć trochę w innej, niż tradycyjna, wersji;)

Kierunek-wesele w Gdańsku

Super było znowu ruszyć w trasę. Tym razem dalszą i z intensywnie rozpisanym grafikiem. Najpierw do Zosi, na wieczór, nocleg i szybkie śniadanie, bo od niej do Gdańska godzinę krócej.

Trasa słoneczna, z muzyką w tle i niecierpliwością, kiedy dotrzemy i czy na ślub zdążymy. Zwłaszcza, że jeszcze przed, mieliśmy umówione spotkanie z naszą blogową Basią! W pierwszej wersji zapowiadane na niedzielę, ze spacerem po starówce, z racji wyższej konieczności przełożone na miłą wizytę domową w sobotę. Basieńka (Dojrzała Kobieta – wyglądająca na dwadzieścia lat mniej niż posiada), przybiegła do nas z uśmiechem na ustach, wyściskała i w swoje przytulne gniazdko zaprosiła. Na ciasto już nie było czasu, a szkoda, bo domyślam się, że było pyszne.

Potem pędem jechaliśmy pod hotel, gdzie już wstępnie przystrojeni Panna Młoda, wraz z Narzeczonym przywitali nas z kluczami do pokoju. Poznałyśmy się tutaj, na blogu, może ze dwa lata temu.. a stała mi się bliska, jak przyjaciółka. Z tego samego znaku zodiaku, o podobnej energii, wrażliwości, muzycznej pasji i potrzebie dzielenia się codziennością. Po pół roku codziennego pisania z nią, dzielenia się przeżyciami, marzeniami i wspomnieniami.. Mężuś, widząc naszą zażyłość, zrobił mi pamiętną niespodziankę, wywożąc w nieznane – jak się okazało do Gdańska, do Leny i na zwiedzanie. I w życiu bym nie pomyślała, że nasza krótka znajomość zaowocuje zaproszeniem na ślub i wesele! I że z taką radością pojedziemy dzielić ten wyjątkowy dzień, razem z Młodymi i ich rodzinami.

Kochani dziękujemy Wam bardzo! 🙂

A dzień to był zaczarowany, w klimatach boho, ślicznej sukni i z wiankiem we włosach. Ślub w dużym Kościele Św. Trójcy, wesele w fantastycznie przystrojonej sali. Wśród lawendy, zbóż i tańców do muzyki jakże innej, od tradycyjnej weselnej. Wytańczyliśmy się, jak na najlepszej imprezie. Był pierwszy taniec do Somebody DM, były i lata 90’te i najnowsze przeboje z Zawiałow i Podsiadło w roli głównej. Było momentami rockowo, było energetycznie, a jak już zamówienie na disco polo padało, to DJ z klasą włączał taką wersję, że w bardziej dyskotekowe nuty uderzała. A w przerwie np U2 do pysznego menu i bajecznych ciast przygrywało. Lawendowy tort wjechał godzinę przed północą, zdążyliśmy więc go posmakować, a i obejrzeć muzyczny konkurs dla gości, w ramach oczepin. Po 24tej synek odmówił współpracy i trzeba było zmykać do hotelu, na szczęście mogliśmy się tam spokojnie wyspać, wypluskać i ruszyć w dalsze gdańskie rejony.

Po prostu WOW

Ten weekend przebił ostatnie o głowę, a nawet dwie głowy. Na dokładkę zakochane i na ślubnym kobiercu. Obie piękne, uśmiechnięte i w fantastycznych okolicznościach przyrody..

Do tego doszły jeszcze dwa wspaniałe! spotkania, a wszystko dzięki blogowi i poznanym tu przyjaznym duszom. Ale ponieważ dopiero dziecię zasnęło, a my dotarliśmy z podróży późno, wieści opiszę gdy tylko złapię trochę oddechu..

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)

Grusza zamiast Jabłoni

Codzienne spotkania na placu zabaw zacieśniły trochę więzy wśród dzieci z osiedla. Na dokładkę przybyły moje dziewczyny ze swoimi pociechami, więc kolejnego dnia było jeszcze weselej. Ogólnie powroty do domu nam się mocno przesunęły, Mały zasypia teraz po 22 i ciężko coś z tym zrobić, kiedy tyle się dzieje, lato i jasno za oknem. Działo się i w sobotę, kiedy to pojechaliśmy na basenowe urodziny koleżanki syna. Godzinna zabawa w wodzie, z przedszkolnymi znajomymi, tort, smakołyki, jeszcze kulki i zjeżdżalnia z zawodami. Szał ciał i uprzęży. I to wcale nie koniec, po imprezie zostaliśmy zaproszeni na działkę do Jubilatki, już w mniejszym gronie.

A tam basenu ciąg dalszy, huśtanie na hamaku i trampolina wyskakana do samej nocy. Mieliśmy jechać na koncert Kwiatu Jabłoni, wylądowaliśmy pod gruszą. W fajnym towarzystwie, na grillu i z pogaduchami do nocy. Z zapewnieniem, że to nie jedyne takie spotkanie i właścicielki wraz z działką czekają na kolejne.

Słoneczna niedziela wyciągnęła nas nad jezioro, na plażowanie cały dzień i kąpiele. Wreszcie skusiłam się na wejście do wody, która ociepliła się po ostatnich upałach. Obiad zjedliśmy w towarzystwie rodziców, zakończony słodkościami z okazji rocznicy ich ślubu. Zabrakło tylko Brata z rodzinką, u której niestety szaleje jakaś infekcja, zmuszająca do antybiotyku i siedzenia w domu. Także prezent na imieniny Bratanka musi poczekać na następne spotkanie. A tymczasem życzenia najlepsze składam wszystkim Aniom z okazji ich święta:)

Dawno nie było

Takiego oddechu od domu, muzyki na żywo, większej ilości ruchu. Dotarło do mnie, że i w domu mniej muzyki słuchamy. Często jest cisza, może i uspakajająca ale taka pozbawiająca energii i radości. Jakby się świat zatrzymał na ten czas strachu o zdrowie, swoje i bliskich. Rodzice przestali tańczyć, Mama śpiewać. Ucichły ich spotkania na domówkach. Wszystko się przyczaiło w oczekiwaniu na wolność i większe bezpieczeństwo. W weekend trochę tej wolności wreszcie odczuliśmy i my i oni. Zawieźliśmy rodziców na imprezę do znajomych (zdecydowali się wreszcie, bo wszyscy po dwóch dawkach), a sami ruszyliśmy z Małym na spacer. W niedzielę za to było świętowanie urodzin Brata i Bratowej, zapowiadana pizza, lody i skoki dla dzieci na trampolinach. Potem szybka kolacja, zamiana sukienki na wygodne spodnie, katana złapana w locie i jazda na koncert.

Łąki Łan jak zawsze energetycznie 🙂

A właściwie pod koncert, gdyż bilety na Łąki Łan po 80 zł sztuka dla trzech osób zbytnio obciążyłyby nasz wakacyjny budżet. Nie dziwię się, że ceny na koncerty podskoczyły, bo artyści chcą się odkuć po prawie dwóch latach ciszy. Ale poskutkowało to zdecydowanie mniejszą ilością fanów i dla wielu zabawą poza ogrodzeniem. Mimo wszystko bawiliśmy się extra, Mały tańcował, ja zresztą też. Pośpiewałam sobie, wyskakałam się, a gdy panowie pojechali na nocne kąpiele i zasypianie, mogłam ze znajomą pospacerować na Bulwarach. Jak za dawnych czasów.. no prawie, bo brakowało naszych dziewczyn, uziemionych przez dzieciaczki. A na dokładkę niedziela przypominała o porannej pobudce następnego dnia. Mąż szykował się na egzamin z dozoru technicznego, znajoma do pracy, korzystałyśmy więc ze spaceru na tyle, na ile się dało. I przyznaję, że doładowałam baterie..

Imprezy w plenerze

Zanim kinowe spotkanie, działo się w weekend mocno imprezowo i wyjazdowo. Pierwsze były urodziny koleżanki Małego, świętowane w ogrodzie, na działce. Tam oto zamieszkał syn mojej koleżanki, wraz z żoną i dwoma córkami. Dom całoroczny, a latem idealne miejsce wakacyjne. Gdzie można rozłożyć basen i szaleć od rana, do wieczora na dworze. Wśród własnych warzyw, drzewek i kwiatów. Dzieci były zachwycone i niespodzianka się udała, bo jedna z jubilatek nie wiedziała, że przyjedzie jej ulubiony kolega. Druga za mała, by cokolwiek jeszcze kojarzyć, ale gdy oswoiła się z gośćmi rozbawiła się i ona.

Pani domu nastawiona na zdrowe żywienie sama zrobiła pyszny tort, naszykowała sałatkę brokułową z migdałami, upiekła udka z ziołami, zrobiła lemoniadę ze świeżych owoców i postawiła trochę słodkości. W tym warstwową galaretkę, w słoiczkach, która znikała w ekspresowym tempie.

A w niedzielę od rana małe pakowanie nad jezioro i cały dzień świętowanie imienin mojego Taty. Rozpoczęte na plaży, tym razem w cieniu – bo po drugiej dawce szczepienia. Pfizer był w miarę łaskawy, u mnie zero efektów ubocznych, u Męża wieczorne dreszcze i gorączka, ale na drugi dzień już wszystko ok. Załapaliśmy się na obiad z dwóch dań i desery, przeplatane zabawami z Bratankiem, graniem w piłkę z Małym i partie szachów – w drewnianej odsłonie, które przy okazji syn załapał w prezencie od dziadków. Szachy wiekowe, rzeźbione, pamiętam jak sama uczyłam się na nich zasad. Teraz nie ma zmiłuj, nowy tydzień szachami rozpoczęty i tyle dobrego, że choć raz Mały dał mi wygrać. Dosłownie i łaskawie 🙂 Powrót z podróży to podziwianie letnich krajobrazów i sycenie oczu słonecznymi widokami (zdjęcie zza szyby samochodu, mało ostre, ale klimat z trasy złapany)..

Weselicho

Kumulacja świętowania nam się zrobiła. Najpierw nasza rocznica, potem moje urodziny, z rodzinką wśród kwiatów i w kawiarni na pysznych lodowych deserach. Potem na spacerze w parku, gdzie dwuletni Bratanek też zrobił mi prezent pierwszy raz mówiąc do mnie – ciocia 🙂 Także ciocia zadowolona, obsypana kwiatami i prezentami w postaci karty do drogerii i świetnym zestawem garnków i brytfanną z Ambition. Przydadzą się pod te moje ostanie kulinarne próby, a i kosmetycznie będę mogła zaszaleć:)

Dwa dni później, już spakowani, czekaliśmy na przyjazd Zosi by ruszyć w upalną podróż na wesele kuzynki Męża. Auto w balonach, przystrojony kościół i odświętni Młodzi, piękni w swej miłości i radości (wreszcie doczekali się ślubu).

Wesele przygotowane z pompą, pierwszy taniec w białych chmurach, suknia jak z bajki. Duży wybór jedzenia, a na dworze park z leżakami, fontanną i podświetlanym sercem. Miejsce idealne do świętowania. Wreszcie się wytańczyliśmy, Mały poszalał z balonami, ale o północy opadliśmy już z sił. I fajnie, że pod pretekstem położenia dziecka mogliśmy się wymknąć do naszego pokoju. Po takim dniu sen bardzo się przydał..

Odreagowane

Odespane i to z nawiązką, bo nawet w dzień zdarzyło się oko przymknąć. Jednak stres ma nad nami wielką moc. Niby się nie przejmujemy, a organizm i tak swoje odreaguje. Ale poprawiaczy nastroju nie zabrakło, ostatni szoping (miał być z Bluberką, szkoda że nie wyszło) zakończony został zakupem fajnych koszulek z nadrukami i wygodnych sandałów. Sprzedawcy nie ukrywali radości ze zniesienia blokad i ograniczeń..

Owe sandały kupiłam z myślą o upalnych weselach, ale przydały się i na sobotnie urodziny koleżanki Małego. Maja cała w skowronkach gdy goście zaczęli się schodzić. Niespodziewanie z 6 osób zrobiło się 14, bo i bliskie sąsiadki zajrzały oraz przyjaciele i szef babci, wszyscy znani całej rodzinie. Dziadek jubilatki grał na akordeonie, zrobiło się wesoło i klimatycznie. I nawet tort kombinowany na szybko z herbatników i masy budyniowej miał uznanie, wyszedł smaczny i w towarzystwie innych przekąsek znikał z talerzy. W pierwotnym planie miało być przyjęcie plenerowe, ale pogoda popsuła szyki. W niedzielę było trochę lepiej, mogliśmy wybrać się na obiad do restauracji i mały spacer nad Odrą. Odetchnęłam i baterie naładowane, można wskakiwać w nowy tydzień.

Goście

W obecnym czasie uzasadniona rzadkość, a kiedyś przyjmowani bardzo często, z uśmiechem i otwartym sercem. Zawsze lubiłam, kiedy dom był gwarny, grała muzyka i toczyły się rozmowy wśród sympatycznych ludzi. Zostało mi tak chyba dzięki rodzicom, którzy chętnie zapraszali gości do naszego rodzinnego domu. Pamiętam tańce, dużo radości i smakołyki na stole podbierane, gdy nikt nie zwracał uwagi na maluchy. Mama zawsze wtedy się uśmiechała, była roztańczona, Tata sypał żartami, a my z bratem mogliśmy siedzieć do późnego wieczora.

Większość moich znajomych, wraz z zakończeniem poprzedniego etapu życia, zniknęła w odmętach losu. Z dawnych lat dzieciństwa i pierwszej młodości pozostali ludzie poznani nad jeziorem, gdzie spędzałam z rodziną praktycznie całe wakacje pod namiotem. Spotkałam tam wiele fajnych osób i z garstką przyjaźnię się do dziś. Ale z nimi widujemy się wiosennie i wakacyjnie właśnie tam, pisząc przez resztę roku życzenia i przesyłając bieżące wiadomości. Nowe dusze zaczęły pojawiać się, od kiedy spotkałam się z moim Mężem (wtedy potencjalnym chłopakiem) na imprezie Andrzejkowej. Najpierw jego znajomi, a potem nowi przy budowaniu naszego wspólnego życia, wraz ze świetnymi ludźmi z bloga. Część nowych postaci poznanych też wspólnie nad jeziorem, wraz z nimi ich koledzy i koleżanki, którzy przyjęli nas jak swoich. Wiadomo, że nie od razu, że trwało to latami, od spotkania do spotkania, od świętowania razem urodzin, imienin, a potem narodzin dzieci. Ale też i od chwil kiedy była potrzebna pomoc, np przy przeprowadzce, czy gdy potrzebna jest teraz, przy szykowaniu całej wyprawki dla chłopczyka, który ma przyjść na świat w te wakacje. Właśnie przyszłych rodziców tego chłopczyka gościliśmy w niedzielę u nas, na kawie, cieście i przy sałatkach, z których część powędrowała do nich na wynos.

Selerowa z ananasem i kukurydzą, oraz makaronowa z odrobiną szynki, ogórkiem konserwowym, papryką i fetą. W tle Lech – bezprocentowy i oliwki z migdałami.

Dzięki mobilizacji mieszkanie lśni teraz blaskiem umytych podłóg, a w szafkach kuszą jeszcze pozostałości smakołyków. Przez ostatni, okropny wirusowy rok spotkania w domach można policzyć na palcach jednej ręki. Jedynie urodziny dla syna wyprawiliśmy, chociaż na raty i przy minimalnej ilości gości. Z sąsiadami widujemy się ostatnio na spacerze z hulajnogą po osiedlu, a z rodzicami tylko i wyłącznie poza domem i w maskach. Tak czy inaczej brakuje mi swobody domowych spotkań, bo choć nadal bardzo je lubię, to gdzieś z tyłu czai się stres, czy nikt się nie zarazi, nawet jeśli już część znajomych wirusa przechorowała. Także kolejni goście nieprędko, ale liczę bardzo na ciepłą wiosnę i nadchodzące lato, które raczej nie będzie wolne od wirusów, ale przynajmniej pozwoli na jakieś ognisko, spotkanie nad jeziorem, czy wypad nad morze. W plenerze, mimo wszystko, bezpieczniej..