Lasu nawraca

I katary i pogoda dały jeszcze skorzystać z zakończenia wakacji. Pojechaliśmy z Małym na Toy Story 4, obiad na mieście, jeszcze raz na skwer misia Wojtka i wieczorem mogłam ruszyć razem z Hanią na koncert Łąki Łan i Sylwii Grzeszczak. Na Łąkach miałam przyjemność być trzeci raz (każdy koncert bez biletów). I o dziwo nie słucham tej muzyki zbyt często, ale wiem, że na ich koncertach będę się świetnie bawić. Słowotwórstwo jakie uprawiają zadziwia, ale gdy się wgryzie w ich teksty słychać, że lubią ten świat i naszą ziemię.

„W las idę, wraz z moją całą familiją, po to by pokłonić się, oddać ziemi hołd, żeby miała cały czas nas w opiece. Hej gaje, bory, puszcze. Hej lasy. Na ciałach liści daj zawiesić oko. Skory do kory wyciągam konary. Błogo. Lasy moją modą, lasy mą modlitwą. Im głębiej w las idziemy całą sitwą. Lubię do lasu iść sobie na spaca. Lasu doradza mi, lasu nawraca. Lubię na polane się wbić z dala. Polana myśli rozwiane scala..”

Ileż te chłopaki mają mocy, jaką pozytywną energią zaraża wokalista Włodek, czyli Paprodziad (z dziadów kazimierskich), z paprotką na ubraniu i z werwą daleką od dziada 😉

Człowiek jak z buszu, zarośnięty, na boso i z mega radosnym uśmiechem. Świetna osobowość sceniczna, inteligenty facet, nie poddający się obecnym trendom. Żyjący wyraz ze śliczną żoną w swoim domku z ogrodem. Wychwalający naturę, łąki, pola i namawiający fanów by się częściej przytulali i nie byli tacy spięci. Mimo zachwytu i uciekania do leśnych zakątków lubi też być blisko ludzi, na koncertach wskakuje w tłum i tańczy razem z nim (uciekając ochroniarzom). Cały koncert to było mega przeżycie, na dokładkę zakończone zdjęciem z Paprodziadem 🙂

Niestety po czymś takim Sylwia Grzeszczak nie miała szans na przebicie. Starała się bardzo, nawet się zasapała (dosłownie) ale obie z Hanią nie dotrwałyśmy do końca. Owszem, niektóre jej piosenki wpadają w ucho, jednak są takie bardziej radiowe, studyjne. Ładna, filigranowa kobietka, muzycy z zespołu fajni, pełni zapału (czasem więcej było ich widać niż wokalistkę skrywającą się gdzieś z tyłu, lub pod czapką), Ale jakoś tak nie moja bajka..

Noc

Życie toczy się dalej i choć wydawałoby się, że małe dzieci niewiele wiedzą to jednak spryciule dużo słyszą, wyczuwają i powtarzają później w swojej dziecięcej formie.. Mały wrócił w piątek z przedszkola z wierszykiem na ustach o treści „wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy..” I tyle z ukrywania faktów przed maluchami.

Tymczasem w piątek życie me w tempie, na ćwiczeniach, na szybkiej jeździe ze sprzedaną koszulką (wystawioną na olx), po dentyście. I w akcji odświeżania Edycie umiejętności prowadzenia samochodu, po której to auto się zbuntowało i odmówiło współpracy. Na szczęście w pobliżu stacji benzynowej, więc przy pomocy mechanika mogłyśmy odstawić je na parking. Oj działo się. Po południu jeszcze tylko transport sprzedanych sandałów – nietrafionych z rozmiarem w internetowych zakupach (nigdy więcej!), freesby z Małym w parku..

I decyzja o sobotnim wyjeździe nad jezioro. A nad jeziorem świętowanie imienin Taty, urodzin Brata i Ani. Wśród czereśni, pizzy i bobu na zagryzkę. I przede wszystkim fajny dzień spędzony rodzinnie, na plaży i przy jeziornych kąpielach. W międzyczasie wiadomość od Beaty, która niespodziewanie przybyła z Mężem z duńskich rejonów, czy się spotkamy późnym wieczorem. Była możliwość i tak oto (jak śpiewa Zalewski)..

„noc noc szukam po mieście..” 🙂

Spędziłyśmy, wraz z koleżanką Beaty, cztery godziny na pogaduchach, wędrówce Bulwarami, wśród wakacyjnego klimatu – gdzieś pomiędzy juwenaliami, a Woodstock’iem. Wśród gitary, drinkujących na brzegu Odry studentów (i nie tylko), wspomnieniach o wolności, poznawaniu naszych życiowych partnerów i rozmowach zakończonych piwkiem na Starym Mieście. Dużo śmiechu, kobiecych fluidów, ciepła, otwartości i tego, co też potrzebne (prócz wsparcia Męża i rodziny), by wszystko co straszne odeszło w siną dal.

Muzyczne wspomnienia

Muzyka towarzyszy mi od dziecka i zajmuje bardzo wysokie miejsce w Muzyka towarzyszy mi od dziecka i zajmuje bardzo wysokie miejsce w sprawach dla mnie istotnych. W rodzinnym domu zawsze grało radio, rodzice codziennie włączali swoje ulubione zespoły i co jakiś czas zapraszali znajomych na domówki. Były tańce, śpiewy, od zawsze kojarzące mi się z dobrym humorem, z zabawą i takim nieuchwytnym poczuciem szczęścia. Później to szczęście zaczęłam łapać sama. Bazując na latach 60-80’tych, począwszy od Abby, The Beatles, płycie winylowej Prince’a zasłuchanej na maksa, Modern Talking, Bad Boys Blue, CC Catch, Boney M, Sabrinie – do których przetańczyłam niejedną dyskotekę na pierwszej kolonii nad morzem. Później był etap polskiego rocka, mieszanego z punkiem, mocniejszą nutą, butami glanami i nawet pogowaniem na deskach domu kultury. Był czas na Maanam, Kobranockę, Chłopców z placu broni, KSU, Sztywny pal Azji, Republikę, Hey (powstały w 92r w moim mieście), Perfect, Kult, Dżem, O.N.A, Oddział zamknięty, Budkę Suflera, Lady Pank, Wilki, Myslovitz, IRĘ, T.Love. Przeżyłam masę koncertów tych kapel i ogrom imprez w różnych stronach naszego kraju. W miarę zwiększania dostępności do kaset poznawało się i zagraniczne zespoły, był czas na Metallicę, Pearl Jam, U2, The Cure (2 koncerty w Katowicach), Roda Stewart’a, Sinead O’Connor (koncert w Poznaniu), Pet shop boys, Davida Bowie, Queen, Sisters Of Mercy, Alphaville (koncert w Dąbiu), Madonnę (w Berlinie), Erasure, Yazoo, Fancy, OMD, Savage, Tinę Turner i ponad 20 lat zakotwiczone przy Depeche Mode (5 koncertów-Warszawa, Berlin, Praga), który grał mi w uszach i zapoznał ze zlotami fanów w każdym większym i mniejszym mieście polski.

Później przyszedł etap na Woodstock, festiwale w Bolkowie i erę elektro, pod którą to nazwą kryła się cała lista elektronicznych kapel (VNV Nation, Solitary Experiments, Camouflage, And One, Wolfsheim, De Vision, Covenant, Project Pitchfork) w które wsiąknęłam na długo i również koncertowo. Wraz ze zmianami, jakie zachodziły w moim życiu osobistym i uczuciowym, zmieniała się i muzyka, ale towarzyszyła mi i jest ze mną niezmiennie do teraz. Wiadomo, że gdy jest rodzina, czas na koncerty i słuchanie całych płyt jest okrojony. Ale póki sił w nogach i płucach, łapię wszelkie dostępne nam imprezy, poznaję nowe zespoły, a do tych słuchanych w latach młodzieńczych wracam z wielkim sentymentem..

Tak też było na wczorajszym festiwalu, gdzie dane mi było zobaczyć

Kobranockę

Chłopców z placu broni

Sztywny pal Azji

Byłam mocno wzruszona na widok tych chłopaków, którzy poruszali kiedyś setki serc. Do ich muzyki skakałam ile sił w nogach, z przyjemnością pośpiewałam razem z nimi i nacieszyłam oczy tłumem takich zakrętasów muzycznych, jak i ja. Świetne przeżycie, niesamowite wspomnienia z czasów klubu muzycznego w liceum, z czasów wielkich paczek znajomych, których łączyła właśnie muzyka. Mam nadzieję, że nasz syn też będzie miał w muzyce oparcie, radość i że będzie go równie pasjonowała 🙂

„Pank” not dead

W piątek idąc za przykładem naszej pracowitej i dzielnej Marysi rzuciłam się w wir sadzenia kwiatów na balkonie. Mężu przytachał dwa wory ziemi, Mały ciesząc mnie swym zdrowiem poszedł do przedszkola. Mogłam poćwiczyć i z Edytą ruszyć na zakupy mięsne, gadając przy okazji na okrągło. Obiad ugotowany, „Przyjaciółki” w tle, a ja w rękawiczkach, z łopatą i heja, do sadzenia. Zosia obdarowała mnie swoimi działkowymi roślinami, które na szczęście przetrwały czas oczekiwania, posadziłam je w dolnych doniczkach, a w górnych pelargonie i dwa kwiatki, samosiejki.

Wieczorem wyprawa z Sylwią, jej małym synkiem, Hanią i jej córką do Polic na Lady Pank. Koncert godny najlepszych występów! Jakby nie minęło te dwadzieścia parę lat.. Jakby Lady Pank grał swoje „Marchewkowe pole” wczoraj, a nie na zakończenie mej nauki w liceum.. Jakby zespół założony w 1981 roku właśnie dziś odnosił największe sukcesy. Ludzi był tłum, wszyscy znali teksty, a i Janusz Panasewicz, nic nie zmieniony- z tą samą fryzurą, w odwiecznych okularach, odśpiewał najbardziej znane utwory. Było „Mniej niż zero”, „Kryzysowa narzeczona” i „Zawsze tam gdzie ty” – przy którym to wzruszyłam się do łez. Koncert świetny, podobało się wszystkim..

W sobotę od rana świętowanie Dnia Dziecka, święta naszego i wszystkich maluchów. Miasto przygotowało tyle atrakcji, że nie wiadomo było co wybierać. Różne występy, bajki w kinach, wystawy, pociągi do zwiedzania i kilka festynów. Wybraliśmy się z moją Mamą do Parku Kasprowicza, łapiąc słodkości i korzystając z zamków do skakania, lin do ćwiczenia równowagi i innych atrakcji. Wszędzie kolorowo, muzycznie. Mały szalał i na obiad nie chciał wracać, a zaprosiliśmy do nas Mamę, żeby sama w domu nie została. Tatko ze swym bratem pojechał na weselicho do syna ich kuzyna. Droga bardzo daleka, Mama wolała zostać z nami. Choć po obiedzie już zmęczona i nie miała siły na wesołe miasteczko, na którym Mały załapał się na trampolinę, autodrom i rollercoastera. Dziś Brat ze swoją rodzinką wybierają się z Mamą na długi spacer, a my rozpoczęliśmy sezon letni nad wodą. Przy 30 stopniach to tylko nad wodę, na koc i pomoczyć nogi w wodzie. Niektórzy już się kąpali, ale ja tam wolę, żeby rzeka zdążyła się trochę nagrzać. Co całkiem prawdopodobne, gdy takie upały potrwają dłużej.

A przed nami jeszcze dziś mega przeżycia z „dinozaurami” pod dźwigozaurami – przypomnę sobie muzykę z dawnych lat, powzruszam się i poskaczę trochę. Uwielbiam takie weekendy, pełne emocji i fajnych przeżyć 🙂

Posylwestrowo

Impreza sylwestrowa za nami. Na domówce u Damiana, w 10 osób, z nowymi znajomościami i tańcami w parach. Nareszcie razem poszaleliśmy, korzystając z opieki Zosi nad Małym. Choć z tego, co mówiła i on tańcował przy muzyce z Zakopanego i zasnął dopiero po 22. Fajerwerki już go nie ruszały..

Za to my objedzeni, wytańczeni i uchachani wyszliśmy postrzelać o północy. Szybka jednak była akcja, życzenia, szampany i powrót do ciepłego. Trochę to już jednak inna domówka niż kiedyś. A naimprezowaliśmy się u Damiana nie raz, w małym pokoju, siedząc na jednej kanapie, pijąc bez myślenia jak to będzie rano 😉 Teraz w salonie, przy zastawionym stole, debatach o dzieciach, pracy i ze świadomością, że wcześnie pobudka.

Zasnęłam ok 5, a po czterech godzinach Mały już pełen werwy. Nie ma lekko. Odespałam godzinę za dnia, ale że dziąsło nie do końca odpuściło, to przyplątała się gorączka i pojawił kaszel. Stwierdzam, że zawsze coś. Jak już jest sympatycznie to potem łup. Żeby nie było za różowo. Także początek roku i fajny i nie. Życiowa mieszanka wybuchowa, która ma ciąg dalszy w następnych atrakcjach. Ale o tym w kolejnym, górskim już odcinku 🙂

Tradycja

Gitara musiała poczekać z racji mikołajkowej niespodzianki, na którą porwał nas Mężu. Ale zanim niespodzianka, to w nocy mieliśmy pobudkę. Mały się przebudził, dojrzał pluszowego mikołaja w ramach prezentu pod poduszką i jeszcze w ciemnościach musiał o tym poinformować rodzicieli. Rano natomiast przy ubieraniu butów natknął się na auto w jednym z nich. Od razu pytał czemu w drugim nic nie ma? Spryciarz. Swoją drogą z racji rozbieżności między naszymi tradycjami wyniesionymi z domu i tak załapał się na dwa prezenty. U mnie drobiazg kładziono pod poduszką, u Męża do buta.. Cóż, gdzie dwoje nie może się dogadać, tam trzeci korzysta 🙂

 

W przedszkolu miał ciąg dalszy mikołajkowego imprezowania. Czekoladowe lizaki, zdjęcia w czerwonych czapkach z pomponem i zabawa w kilka grup. Potem szybki obiad i niespodzianka w postaci przedstawienia dla dzieci. Znowu spotkaliśmy moją koleżankę z dawnych lat, która tym razem w przebraniu renifera zabawiała ferajnę maluchów. Były bańki, zwierzaki z balonów robione przez elfa, tańce z wielkim pluszowym miśkiem i największa atrakcja – przyjazd Mikołaja i rozdawanie paczek. Całe szczęście, że po Wigilijnych prezentach nastąpi przerwa aż do Dnia Dziecka! Bo normalnież rozpasanie prezentowe przesadne.

 

 

 

mikołajkowo

Lets dance

Ależ się działo ostatnio.. dużo i intensywnie. Mówiąc o przytupie na listopadowe zakończenie miałam na myśli tańce hulańce. Które może nie do końca wyszły w formie, jakiej miały. Ale co się wytańczyłam to moje. Forma natomiast miała być bardziej zdrowa i w większym gronie. Ale cóż zrobić, zdrowie siła wyższa.. Wirus rozpanoszył się po wsiech i tylko duża dawka medykamentów pozwoliła mi dotrzymać terminu i umówionego spotkania. Hania była jeszcze z katarem, Kasia z koleżanką wpadły na godzinkę, na szczęście Ani dopisała energia i poszalałyśmy na parkiecie w rytmach disco i dawnych przebojów do 3 w nocy. Potem odsypianie, dzień w domu dla kuracji i „Auta” oglądane na raty, żeby dziecię za długo przed ekranem nie siedziało. 

 

A dziś kolejne emocje, choć też jeszcze z chrypką. W dzień zrobiliśmy tylko mały spacer z hulajnogą, żeby się dotlenić i podejść do Edyty z lekami dla jej taty. Wieczorem natomiast koncert Maryli Rodowicz 🙂

 

 

Marylka

 

 

Pełen energii, z ogromnym szacunkiem dla jej całej muzycznej kariery i zapału. Może to nie moja bajka muzyczna, ale któż nie zna Marylki i jej słynnych „Kolorowych jarmarków” czy „Małgośki”. Zagrała i nostalgicznie i w szybkim tempie. Przebierała się z pięć razy, śpiewała ile sił w płucach i bez playbacku bo zadyszkę było słychać, niespodziewane przerwy dla publiczności i ogólnie klasa sama w sobie. Nic tylko podziwiać jej kreacje, siłę i fakt, że w wieku 72 lat nadal występuje na scenie. Byłyśmy z Hanią naprawdę pełne podziwu.

 

 

 

Maryla