Urodzinowy szał:)

Przygotowania rozpoczęłam już w piątek, tworząc ciacha dla pierwszej tury gości. Sobotnie urodziny Małego odbyły się w tej mega sali, którą odkryliśmy rok temu. Duży plac zabaw, z trampolinami, piankami, boiskiem, tyrolką i małpim gajem to ogromna radość dla dzieci:) Za to dla rodziców kolorowa sala z zastawionym stołem i pogaduchami przez kilka godzin, to niezły wypoczynek. Wyszło ich prawie 5 h i choć nam już wystarczało, to dzieci jeszcze chciały poszaleć. Jakby normalnie czerpały energię z powietrza. Włosy mokre, zadyszka, ale – Mamo jeszcze nie wychodzimy!

W domu otwieranie prezentów do nocy. Tematyka przewodnia w tym roku – Pokémony (gry, maskotka, figurki, plecak, klapki.. wszystko z Pikachu). Przeszliśmy już etap Psiego Patrolu, Avengersów i Minecrafta. Ciekawe co będzie w kolejnym roku. Może tort z Harrym Potterem?

A skoro już w temacie tortów, to po raz pierwszy popełniłam swój własny. Robiony z pomocą Męża i z masą porad. Wyszło całkiem fajnie, jak na pierwsze pieczenie. Smakowało rodzince, która w niedzielę dotarła na drugą turę urodzinowego imprezowania. Oprócz zabaw z dziadkami i bratem ciotecznym, była też degustacja mego pierwszego sernika. Aż sama byłam pełna podziwu za odwagę. Choć miałam też wsparcie i porady online, za które bardzo dziękuję! Najważniejsze, że Mały szczęśliwy i można w dobrym nastroju wchodzić w 8 rok życia:)

Reklama

Nastawienie taneczne

Spotkanie rodziny i przyjaciół rodziców miało miejsce w neorenesansowej willi. Willa klimatyczna, utrzymana w dawnym stylu, z zabytkowymi detalami i drobiazgami nawiązującymi do minionych czasów. Ale przy okazji z przytulnym wnętrzem i odrobiną nowoczesności.

Na parkiecie kolorowe światła, DJ grający nowe i starsze przeboje, a także na życzenie par wszelkie cza-cze, rumby i inne samby. Przyjaciele rodziców chodzili z nimi na kurs tańca towarzyskiego, więc mogli się wykazać. Parkiet był cały nasz, niewielki wprawdzie, ale za to z lekkim poślizgiem, więc sunęło się wyśmienicie. Dawno tyle nie tańcowałam z Mężem! Mały na początku onieśmielony, tak się później rozkręcił, że co chwilę mnie na parkiet wyciągał, skakał, kręcił się i szalał. Bratanek też fikał jak zajączek, niestety szybciej musiał się zwijać, bo po całym dniu zmęczenie dało się we znaki. Późny obiad jaki tam zjedliśmy, był po prostu mistrzostwem, ale już część przystawek średnio. Nie wszyscy lubią cebulę w sałatkach, tatara i śledzie (jak ja;)), ale większości smakowało. Balowaliśmy do północy, Tata i goście zadowoleni, a to najważniejsze.

Tymczasem ostatni tydzień mej wolności rozkręcony i rozpoczął się bardzo na plus – kawiarnianym wyjściem na imieniny Męża i wygraną w turnieju szachowym Syna. Wcześniej grał z uczniami klas 1-3, tym razem toczył walki i ze starszymi dziećmi. Ograł wszystkich i prowadząca stwierdziła, że nie ma co otwierać kółka szachowego w szkole (z nią zremisował). Jak się okazuje, nasze dziecię nie ma tam godnych sobie rywali;) Trzeba chyba pomyśleć o Pałacu Młodzieży, żeby mógł się kształcić i grać z lepszymi od siebie. Na razie jednak szkoła, tańce i dodatkowy angielski ważniejsze, a skoro dobrze mu idzie, mama może sobie wyjść spokojnie jeszcze na babskie spotkanie. Póki czas, siły i chęci są.

Z Abbą w tle

Przyjęcie na pokład nowej pracy świętowałam zupełnie niespodziewanie na koncercie Tribute to ABBA, koleżanka zadzwoniła, że mają bilet i czy się wybieram z nią i jej ekipą. Chętnie dołączyłam, bo piosenki Abby bardzo lubię, wzruszają mnie i z rodzicami się kojarzą. Mama nie chciała dołączyć, bo impreza późno, ale i tak pojechałam i posłuchałam w ich imieniu fajnej muzyki.

https://www.youtube.com/watch?v=DEJXUDQF5hs

Show nie było jakieś wystrzałowe, największym minusem okazało się siedzenie na trybunach. Także nie wytrzymałam i musiałam zejść pod scenę, żeby trochę potańczyć i lepiej wszystko widzieć. Na koncertach najbardziej lubię być pod samą sceną, dopiero wtedy czuję, że biorę udział w imprezie i tak też tą zapamiętam:)

W weekend za to najpierw długie odsypianie, gotowanie różności, bo i wątróbki drobiowej z kapustą kiszoną, robinie makaronu z kurczakiem i pomidorami, a na deser muffinek jogurtowych , z poleconego przez dobrą duszkę przepisu. Było też pakowanie dużego prezentu, gdyż w sobotni wieczór mój Tata obchodził swoje okrągłe urodziny. Zapowiedziano kolację i tańce w lokalu, także odświętnie się wystroiliśmy i włączyłam nastawienie taneczne.

Z kretem i z tańcami

W ramach asekuracji do jesiennych przeziębień wcinam ostatnio tran, zagryzam miodem lipowym i popijam herbatą z cytryną. Do tego grejpfruty, pomarańcze, kapusta i ogórki kiszone. Nie łącznie, ale jednak prozdrowotnie. Poszłam też do lekarza po skierowanie na kontrolne badanie krwi, bo dobrze wiedzieć, jak tam się wszystkie parametry mają.

Na weekend nie planowaliśmy niczego szczególnego, Mężuś już wcześniej ogarnął akwarium, byliśmy zakupić nowe rybki, bo niektórym skończył się „termin przydatności” po latach i jakoś się przerzedziło w naszym małym akwenie..

Weekend jednak zaskoczył, jak to ma w zwyczaju, czymś fajnym i pozytywnym. Wzięliśmy się wreszcie za Kopiec Kreta – czekający na wypróbowanie, z ciekawości. Udał się, smakował i śladu już po nim nie ma:) Łapaliśmy słoneczne chwile na spacerach i szpaki, które podchodziły bardzo blisko ludzi.

A w niedzielę rozkręciły się tańce, na które przyciągnęliśmy rodziców. Szczęśliwych, że gdzieś sobie wreszcie potańczyć mogą. I dla mnie to była radość, poskakać z Małym, zatańczyć znów z Mężem, z Tatą. Choć muzycznie nie nasze klimaty do zabawy, to jednak do starych przebojów mam sentyment. Rodzice słuchali w domu bardzo dużo muzyki, większość utworów znałam, lubiłam i cieszyłam się, że oni mogli sobie powspominać i tak spędzić czas. A Mały też zaskoczył, pozując pewnej pani do zdjęcia, rzucając sobie liście nad głową. I polując samemu na jakieś fajne ujęcia. Te poniżej wykonał sam i coś czuję, że jak mamusia, polubił już bardzo to zajęcie:)

Bal u Rafała

Nowo otwarty Amfiteatr zaczął przyjmować artystów. Chwila wzniosła i zapisana na jego kartach, a dla nas rarytas w postaci dwóch znanych osobowości. Pierwszą był Ralph Kaminski, o którym do niedawna w ogóle nie słyszałam, a który w muzyce alternatywnej zbiera już nagrody (aktywny od 2010r). Postać nietuzinkowa, piosenkarz kontrowersyjny, o czystej barwie głosu, który do popowej, elektronicznej muzyki wprowadza dźwięki kameralne i poetyckie teksty.

W związku z tą wrażliwością i niekiedy nostalgią w utworach, Mężu myślał, że na tym koncercie wynudzi się i zaśnie. Tymczasem zaskoczenie! Bal u Rafała porwał nas jak prawdziwy bal. Było fantastycznie, z energią, tańcem, szczerymi oklaskami i nawet moim wzruszeniem przy utworze „Już nie ma dzikich plaż”. Przy „Kosmicznych energiach” tłum szalał, a kiedy Ralph tak po prostu zszedł sobie w ów tłum ze sceny, emocje sięgały zenitu. To był naprawdę świetny koncert, od samego początku, po same bisy.

Po takich emocjach Dawid Podsiadło już nie brzmiał tak fantastycznie, jak go pamiętam z Męskiego Grania w Poznaniu. W wersji akustycznej, z mandoliną, skrzypcami, fletem i trąbkami zabrakło pazura, który mnie kiedyś porwał i zachwycił.. Na MG jego koncert był najlepszy, tu Ralph wygrał wszystko. Owszem Dawid bardzo sławny, tłumy przy nim, większość zna teksty, a stadiony na jego koncerty wyprzedają się w kilka minut. Ale jednak no nie tym razem. Ani nas nie ruszyło, ani koleżance się nie podobało tak szalenie, jak kiedyś. Oczywiście nie ujmując nic Dawidowi, bo to po prostu nasze odczucia i tylko na tę wersję koncertową. Nadal uważam, że chłopak ma świetne muzycznie utwory, teksty i słuchać będę niezmiennie.

Wychodne

Nie mogę uwierzyć, dopiero co była niedziela, a już zaraz piątek. Jak to? Nie zdążyłam ze wszystkimi planami na ten tydzień! Normalnie gonię czas i chyba muszę nastawić budzik na wcześniejszą godzinę. Przed chwilą wesołe miasteczko z Małym, a już kolejne pomysły na nowy weekend. Na wesołym tradycyjnie MK wybrał autodrom, skakanie z linami na trampolinie i salę z przeszkodami, którą po raz pierwszy pokonał bez asysty. Za to odeszła mu chęć na karuzele i jeśli przejął błędnik po mamusi, wcale się nie dziwię. Od samego patrzenia mam zawroty głowy.

Po poniedziałkowym plażowaniu (od rana do wieczora) w towarzystwie koleżanki z dzieckiem i z moim Małym szczęściem stwierdziłam, że na wtorkowe świętowanie imienin Ani idę bez dziecięcia;) Trzeba czasem odpocząć od nieustannego trajkotania, stu pytań do i od domowych zajęć też. Także mamuśka miała wychodne. Na pięć godzin wskoczyłam w towarzystwo szkolnych mam, które spotkały się u Ani na działce. Wieczór okazał się sympatyczny, z dużą dawką śmiesznych opowieści, a że mieszkamy wszystkie na tym samym osiedlu nie musiałam wracać sama. Duży plus i zaproszenie na kolejną imprezę, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego.

Wczorajszy dzień znów intensywny i na dokładkę wychodzony po zakupach jedzeniowych i po wielkiej Ikei, gdzie wreszcie trafiłam brakujące talerze. Ile tam się robi kilometrów to głowa mała, kroki w tym przybytku nabija się w ilości hurtowej. Tym chętniej jedzie się potem do rodziców, gdzie można klapnąć w spokoju, dostać obiad i popatrzeć, jak bawią się z Małym w… sklep. A na deser dostać coś słodkiego, w ramach świętowania ich rocznicy ślubu. Nic tylko życzyć im jak najwięcej takich słodkich chwil, w zdrowiu i w szczęściu, a nam byśmy mogli być z nimi jak najczęściej..

Nocne życie

Wstęp do weekendu rozkręcił się niespodziewanie, po placu zabaw, u nas w domu. Dziewczyny, wraz z dziećmi, przybyły oglądać kuchnię i bardzo mnie cieszył ich zachwyt. Na szczęście było czym poczęstować – przy dziecku zawsze coś do pochrupania jest w szafce. A i w czereśnie akurat się zaopatrzyłam i zaraz też jakiś babski likierek, czy kapka nalewki ku zdrowotności się znalazły. Zrobiło się gwarno i sympatycznie, a dla mnie radość, że po miesiącach remontu znowu w domu goście.

W kolejny dzień za to gościliśmy się i my. Najpierw fantastyczne urodziny koleżanki Małego, w sali zabaw, w której jeszcze nas nie było. Ogromny małpi gaj do wspinaczki, piniata, tort i osobna restauracja dla rodziców. Czego chcieć więcej..

Tymczasem było i więcej, bo po sali zabaw dostaliśmy zaproszenie na działkę do Jubilatki. A tam kiełbaski z grilla i ogórki małosolne w pakiecie. Ciąg dalszy pogaduch i dzieci wybawione na trampolinie. Mężuś przyjechał po nas przed 22gą i postanowił zaprezentować nam Bulwary nocą..

I tu dotarło do mnie, jak wielu ludzi imprezuje, gdy my już jako te stateczne mamy i taty ogarniamy dziecię do snu i sami padamy jak kawki. Nie, żeby było mi z tym źle, bo kocham to nasze rodzinne życie. Ale jednak raz na jakiś czas tęskni się za dawnym, swobodnym wyjściem. Za tańcami w klubie, wieczornym spacerem, wśród kolorowych świateł i takim poczuciem lata w innym wymiarze. Dobrze, że można już naszego nocnego marka zabrać ze sobą (choć i dużo młodsze dzieci, nawet w wózkach było widać), posłuchać latem muzyki w plenerze i uśmiechnąć się na widok szaleństwa w nocnym, wesołym miasteczku.

Letnie koncerty

Owszem, Mężu po nas przyjechał, ale to nie oznacza, że trafiliśmy do domu;) Prosto znad jeziora ruszyliśmy do Zosi, stęsknionej za rodzinką i za naszym wspólnym czasem. Choć w sumie dla nas ten czas spokojniejszy i całkowicie relaksacyjny. Dla niej bardziej pracowity kuchennie, a nie przepada zbytnio za gotowaniem. Ale myślę, że w te dwa dni pichci dla nas z sercem, bo wychodzą jej same smakołyki. Tym bardziej, że fasolka już własna z ogródka i ogórki – w smaku nieziemskie!

Sobota rozpoczęła się deszczowo – co akurat ogórkom służy, nam mniej. Postanowiliśmy więc uciec do kina, a że w okolicy nic innego nie grano, prócz Thora i bajki – wybraliśmy Thora Miłość i Grom – co po części było błędem;) Pół filmu z humorem dla nastolatków, drugie pół mroczne, ale jednak głupawka z pierwszej części udzieliła się nam po całości. Na to dzieło należy iść w roześmianym towarzystwie i bez górnolotnych oczekiwań, albo nie iść wcale.

Na powrocie okazało się, że w okolicy grają koncert, co w letnim czasie zdarza się często i nawet za darmo. Nam trafiła się gratka z dawnych lat – Róże Europy i choć dla mnie to zespół jednej piosenki, niektórzy kiedyś bardzo go lubili. Fajnie było usłyszeć „Jedwab” life i w oryginale, tym bardziej, że dopiero co śpiewaliśmy ten utwór przy ognisku, w gitarowym wydaniu..

Po Różach pojechaliśmy po Małego i załapaliśmy się z nim na wieczorne tańce, także dzień zakończył się sympatyczną niespodzianką. W następnym miesiącu czeka nas jeszcze koncert Dawida Podsiadło i Ralpha Kamińskiego, bilety kupione, oczekiwanie mega radosne i niecierpliwe. A co tam u Was grają w ten letni czas?

Prezenty

Przesympatyczny to był dzień, kiedyś jednak inaczej odbierałam świętowanie kolejnego roku życia. Teraz to jak pocieszenie pod hasłem – już tyle na liczniku – warto uczcić i korzystać z okazji, póki trwa;) A jak wiadomo prezenty na pocieszenie są mile widziane. Zwłaszcza takie od serca, od wysłuchania o czym się marzy, ale i te osobiście wyszukane, bo już od lat i sama sobie jakiś prezent z okazji urodzin robię.

Z samego rana Synek poleciał do szafy, gdzie miał ukrytą bransoletkę – wprawdzie wcześniej ją wypatrzyłam, ale to on poszedł z Tatą i kupił za swoją kasę, skrupulatnie odkładaną i liczoną. Dumny od razu przykazał założyć i najlepiej cały dzień w błyskotce chodzić. Dzień wcześniej dostałam wieści, że w paczkomacie czeka kolejna niespodzianka, ale odebrać mogę dopiero w dniu urodzin – poleciałam w mig. Zupełne zaskoczenie i radość niezmierna:) Jak tu nie dziękować, za pamięć, za przepiękne życzenia ubrane w słowa, które aż wzruszyły i za bardzo przydatne dodatki do nowej kuchni (ta rękawica silkonowa, bajer!). Była jeszcze koszulka, akurat robiłam w niej zdjęcie i znalazło się też coś fajnego dla Małego – za co i on serdecznie dziękuje:)

A potem przybył Mężu z buziakami, perfumami i kartą na kosmetyki – która niezmiernie cieszy. Po południu pojechaliśmy po rodziców, by spotkać się z nimi, oraz z rodziną Brata na lodowych słodkościach. Wskoczyłam z tej okazji w spódnicę, pazurki przybrały malinowy odcień i spędziłam fajne chwile z bliskimi. Takie dni to ja lubię i to nie koniec atrakcji, bo dłuższy weekend się rozpoczął. Niech świętuje i odpoczywa, kto tylko może.

Początek lata

Na szczęście w weekendy koledzy i koleżanki odpuszczają (przynajmniej na razie), bo czas to jeszcze rodzinny i głównie dla nas. A że festyny letnie wysypały się jak z rękawa, to po policyjnym trafiliśmy na Dni Chemika. Pokus w postaci lodów, waty cukrowej i frytek nie brakowało, ale tym razem na lodach i popcornie się skończyło. Mały natomiast nie mógł oderwać się od stoisk z zabawkami. Prym wiodły karty Pokémonów, które namiętnie zaczął zbierać i choć na jedno opakowanie naciągnął rodziców, to drugie kupił sobie z własnych oszczędności. Co oznacza, że faktycznie mu na nich zależało, gdyż do tej pory niechętnie ze swych funduszy korzystał. W tle pod to tłumne szaleństwo przygrywały postaci trochę znane, aczkolwiek nie w naszych klimatach muzycznych. Margaret i Damian Ukeje próbowali przyciągnąć trochę luda pod scenę, ale raczej z mizernym skutkiem.

Większe kolejki ustawiały się po autograf i zdjęcie do skoczków narciarskich. A tak naprawdę dziecię nasze najbardziej zafascynowane było rzutami piłką do celu i grą w piłkę nożną. Cóż, Kamil Stoch musi poczekać;)

Po takich atrakcjach i późnym powrocie, fajnie było spędzić całą niedzielę nad jeziorem u rodziców i brata. Pogoda zrobiła się w ten dzień iście wakacyjna, słońce w pełni, więc i opalanie i pierwsze kąpiele (MK, ja poczekam na cieplejszą wodę) doszły do skutku. Wróciliśmy pachnący lasem, słońcem i letnim powietrzem. Dla mnie to początek lata i to nic, że dziś trochę padało z rana. Pierwsze letnie wspomnienia, tego roku, zebrane 🌞