Samodzielność

Mały Harry towarzyszył przy oglądaniu ostatniego już odcinka serii. Aż żal, że za tydzień nie będzie ciągu dalszego, choć może i dobrze, bo przez te filmy Mały zasypia po 23. Dziś jednak zasypianie trwało kilka minut, bo dołożyło się zmęczenie po szaleństwach na Festynie Policyjnym. Dostaliśmy zaproszenie od sąsiadów (miło z ich strony) i mogliśmy wraz z nimi spędzić popołudnie, pooglądać służbowe auta, motory i doświadczyć prysznica z armatki wodnej, który – podbiegających bliżej – moczył na całego.

Dobrze, że pogoda dopisała i że sąsiadka doradziła zabrać koszulkę na zmianę dla syna. Właściwie tylko po to byliśmy „przydatni” i do załatwienia posiłków, resztę chłopaki ogarniali sobie sami. Nazbierali masę gadżetów i słodyczy, biegali po całym polu we dwóch i tylko od czasu do czasu zaglądali, czy rodzice na nich czekają.

Ta samodzielność przyprawia mnie na razie o stres i momenty przerażenia. O ile na tę dotyczącą dbania o higienę, radzenia sobie z ubieraniem, nauką, porządkami w zabawkach – jestem już gotowa, o tyle na samodzielne wychodzenie z domu, przechodzenie przez ulicę i zabawy na placu, bez naszego towarzystwa – absolutnie nie. Serce mi zamiera, gdy przychodzą koledzy i koleżanki po mego syna i pytają czy wyjdzie na dwór. Nie pozwolić, to smutek wielki dla niego (i obciach przed kumplami), pozwolić to strach dla nas. Były na razie trzy takie sytuacje, przy pierwszej i drugiej czuwałam nad dziećmi z odległości (jako ten szpieg z Krainy Deszczowców). Przy ostatniej dostałam zaproszenie do domu koleżanki (jej córka ganiała razem z Małym), która ma widok na plac zabaw z balkonu. Były nas tam 4 mamy i wszystkie na tym balkonie kwitłyśmy nie spuszczając oka z ferajny. Zrobiła nam się z tego sympatyczna posiadówka, ale mimo wszystko sen z powiek znika na myśl o dorastaniu i znikaniu z pola widzenia mojego małego chłopczyka. Ten maluch zmienia się przecież z dnia na dzień i za trzy lata będzie już początkującym nastolatkiem! Szok i niedowierzanie.. Ale cóż, trzeba się z tym pogodzić i jakoś to wszystko przetrwać, żeby nie zwariować;)

Porządki wśród imprez

Ja pokusom dobranoc, a one mi dzień dobry. I w sobotę i w niedzielę – pod postacią dużych kawałków torta. Dwóch tortów, z urodzin kumpli Małego. Dzieci świętowały, dla mam czas na pogaduchy, śmiechy i obserwacje pociech. Jedna impreza bardziej udana, bo i towarszystwo lepiej znane i sala zabaw świetna. Na drugiej znałam mniej rodziców, a i forma zabawy, prowadzonej przez dwie panie w formie w-fu z dodatkami tenisa, średnio przypadła do gustu. Za to torty pyszne. Niestety;)

Po raz pierwszy cieszyłam się też z deszczowej pogody. Nie ciągnęło w plenery i można było zabrać się za porządne, domowe porządki. Na tapetę poszło wszystko. Każdy zakamarek, framugi, szafy, kurze, podłogi, podłóżka i nadłóżka. Do tego malowanie ściany w kuchni i wreszcie wstawienie tam lodówki. Po 2.5 miesiącach!

W salonie nagle zrobiło się pusto – Mąż rozmyśla nad zakupem drugiej lodówki. Coby pod ręką była, a i przestrzeń wypełniła. Mnie za to stołu zabrakło i już wiem, że będzie następnym punktem programu pod hasłem remont. Tuż po odświeżeniu korytarza i produkcji pokoju dla Małego. Ale nie tak hop siup. Trzeba zakończyć jeden temat, potem odpocząć (chyba z rok!) i zebrać siły na nowe wyzwania.

Sezon

Grillowy sezon rozpoczęty. I to dość intensywnie, przez 7 godzin na działce, przy świętowaniu urodzin koleżanki. Pierwsza karkówka i kiełbaska z grilla zaliczone, pogaduchy w babskim gronie też (panowie mieli swoje, przy pieczeniu). Dzieci wyskakały się jak szalone na trampolinie, ledwo pamiętając o jedzeniu i piciu, ale za to na torty część dała się od zabawy odciągnąć.

Być może z racji obecności dzieci, ale coraz częściej i bez nich, dużo ze znajomych przeszło u nas na zabawę bezalkoholową. Trochę mnie to zaskoczyło, bo kiedyś obserwowałam inne trendy, ale mimo wszystko jest na plus. My już od lat praktycznie procentów nie tykamy. Z racji złego samopoczucia nawet po małej ilości, ale i przez ich kaloryczność, czy wpływ na zdrowie. I kompletnie za alkoholem nie tęsknię, bo od zawsze umiałam i lubiłam się bawić bez niego.

A że sezon na plenerowe pikniki też rozpoczęty, to bawimy się teraz z Małym i to jest dla mnie fajniejsze, niż wszystkie zakrapiane imprezy z młodzieńczych lat. Patrzę na uśmiechniętą buźkę skaczącego w dmuchanych zamkach, biegającego po trawie i pełnego radości Małego i przepełnia mnie szczęście. Chce się tej radości dostarczać mu jak najwięcej, bo wtedy i my z niej dla siebie czerpiemy..

Wytchnienie

Dąb sonoma poszedł w zapomnienie. Utwierdziła mnie w decyzji widziana wczoraj kuchnia u koleżanki. Z krechami wszędzie ale, że w zacienionym aneksie, to mniej widocznymi. U nas okno niedaleko mebli i te kreski wręcz na biało świeciły. Po godzinie przeglądania desek nowy blat wybrany i mam nadzieję, że spełni oczekiwania. Choć przyjdzie poczekać kolejny tydzień na dostawę i pewnie kolejny na montaż całości. Ale cóż, taki lajf.

Tymczasem dość marudzenia, płaczu i załamywania rąk. Wiosna dodaje trochę energii (jeszcze nadziei by się przydało), od poniedziałku zdejmujemy maski i gdyby nie dramaty tego świata, można by było zacząć cieszyć się życiem. W tym na razie przoduje Młody, śmigając w cieńszej kurtce na plac zabaw. Spotykając się z kolegami i koleżankami (dzięki temu i ja mam więcej spotkań ze znajomymi), mobilizując nas do ruchu i przekazując szczerbate uśmiechy. Wczoraj wypadł mu kolejny ząb! Dopiero co przeżywałam ich wyrastanie, a tu już trzeba przetrwać wymianę uzębienia (plus wydatki na wróżkę):)

Weekend przed nami, wprawdzie w zmiennych temperaturach, ale niech da wszystkim trochę wytchnienia i czasu na odpoczynek 🌷

foto od koleżanki, zapewne gdzieś z sieci

Zakątek

Ikea musi poczekać, bo meble swej formy jeszcze nie zmieniły. Pod górę idzie nam z tą kuchnią. Covid przedłużył czekanie na dostawy elementów, potem głównodowodzący złamał nogę i kuśtyka o kulach, ze śrubami w kostce. A gdy już radośnie przywieźli wszystko do domu rozchorował się drugi montażysta. Całkiem możliwe, że złapał od nas, bo i Zosia dała znać, że po naszym wyjeździe na drugą stronę ją wywróciło.

Także artystyczny nieład trwa, a ja tęsknię już za domowym jedzonkiem i doczekać się nie mogę prób pieczenia, gotowania i zmywania naczyń w nowych sprzętach. Najbardziej jednak za porządkiem i odgruzowaniem przestrzeni z kartonów i poupychanych wszędzie rzeczy. Już tylko jeden zakątek został w nienaruszonym stanie – kanapa i ława przy niej.

Dlatego jak najczęściej uciekamy z domu, wczoraj na plac zabaw z sąsiadką i jej dziećmi, dziś na spacer i do koleżanki Młodego w ramach opieki, żeby jej mama mogła na wiosnę z nowymi pazurkami wystąpić. Moje obecnie w pastelowej zieleni, by i wiosnę przyciągać i nadzieję..

Kinowo

I kolejna okazja na wyjściowy makeup się nadarzyła. Z dnia na dzień i w miłym towarzystwie Bluberki. Tym razem kinowo, ale że koszula w różowej tonacji to i oczyska w takowej – Mystic Galaxy nie zawiodło. Jestem zachwycona cieniami, przetrwały biegi z autobusu w deszczu, zgrzanie się, a potem wystawienie na wiatr w wędrówce powrotnej (obym i ja przetrwała).

I było warto wyjść, w te mało sprzyjające okoliczności przyrody, dla pogaduch, dla filmowej adaptacji pani Christie i sajgonek na kolację. Film klimatyczny, retro, z dobrymi zdjęciami i dobrą grą aktorską. Może bez zaskoczenia, bo wiele się już kryminałów pani Agaty naczytałam i „Śmierć na Nilu” też wśród nich była, ale zawsze ciekawie zobaczyć jak sobie detektyw Poirot poradzi na ekranie.

Tymczasem ja też muszę przeprowadzić prywatne śledztwo, bo gdzieś nam się zapodział fachowiec od kuchni. Kafelki do domu zatargane (150kg), płyta gazowa stoi w salonie, zmywarka przyjeżdża w poniedziałek, a tu ni widu ni słychu. W weekend rozwalanie kolejnych szafek i w nowym tygodniu trzeba ruszyć temat. Niby nam się nie spieszy, ale ja chcę już piec te bułeczki drożdżowe, robić zapiekanki, myć naczynia w zmywarce i pomieścić się z całym sprzętem. Mam nadzieję, że do Wielkanocy marzenie się spełni.

Polecane

Walentynki spędziliśmy tylko trochę romantycznie, z miłymi niespodziankami i kwiatami..

ale za to później też z przyjacielskim wsparciem z naszej strony. Po szkolnym zebraniu ustalonym na 17tą, pojechaliśmy pomóc ogarniać salę po weekendowych zabawach. Było zamiatanie podłóg, zdejmowanie ozdób i pakowanie sprzętów kuchennych, których koleżanka zabrała multum. Nic dziwnego, żeby przyjąć 30 osób, w wynajętej sali, trochę się trzeba nagimnastykować. Dlatego cieszę się, że mogliśmy pomóc w sprzątaniu i zawieźć im, na dwa auta, wszystkie rzeczy do domu.

Od poniedziałku i powrotu Młodego do szkoły odzyskałam czas dla siebie, który pożytkuję na zamawianie sprzętów kuchennych, gotowanie, ale i trochę relaksu połączonego z czytaniem książek, czy nadrabianiem filmów. Mogę też bardziej zadbać o siebie i przyłożyć się do domowego spa ciesząc świeżo dostarczonymi mydełkami z serii dermatologicznej, które polecam do wymagającej cery.

A z ostatnich poleceń ulubionych blogerek, przetestowałam tonik z Lirene od Bluberki i cudne cienie z Eveline od Leny. Nabyłam dwa zestawy, Ruby Glamour – pachnące faktycznie jak rubiny i to takie w szampanie maczane, oraz Mystic Galaxy z fantastycznymi odcieniami. Ruby’m miałam okazję malować oczyska już w tamtą sobotę na imprezę i cienie sprawdziły się rewelacyjnie. Jako bazy użyłam korektora z L’Oreal, ale myślę o sprawieniu sobie bazy z Artdeco – polecanej z kolei przez Ms.Blond. Chciałabym też wypróbować szampon Dermaglin od PaniKa, ale tu muszę się wybrać do Natury, której brak w okolicy i podjechać trzeba. Jednak czasem warto zapolować, bo a nuż produkt będzie dobry dla moich włosów i zostanie na dłużej w codziennej pielęgnacji.

Venom w natarciu

Ferie zakończyliśmy z przytupem, na dwóch imprezach i z pierwszym nocowaniem Młodego u moich rodziców. Przez te siedem lat, a to był za mały, a to kręgosłupy bolały, potem nie było potrzeby, a jeszcze później wirus. Teraz już po szczepieniach u całej rodziny, więc zdecydowali się przyjąć wnuka na noc, żebyśmy mogli poświętować razem. W jeden dzień 40 urodziny kumpla, w drugi 8 jego syna. W tej samej, wynajętej sali, z DJem i tańcami do nocy. Niektórzy wytrwali do szóstej nad ranem, nam się moce wyczerpały w okolicy drugiej. Ale wytańczyliśmy się na całego, (ostatni raz takie hulańce w sierpniu na weselu Leny) i mogliśmy dzielić ten dzień z sympatyczną ekipą. Ludzie wyluzowani, klimaty Woodstock’owe, żona kumpla naszykowała sałatek, pieczystego, a i ciast nie zabrakło. A na deser trzypiętrowy tort z Venomem – straszności, dla wtajemniczonych – my akurat w temacie, bo Młody w Avengersach teraz siedzi.

Na drugi dzień dziecięce szaleństwo, na które na szczęście dostarczyliśmy piłkę, gry i sterowane auto, dzięki czemu nie skończyło się na bieganiu wokół stołów. Maluchy dostały frytki z keczupem i słodkości różne, łącznie z tortowymi zębami Venoma 😉 A co do zębów, to nasze dziecię wczoraj przed snem wyrwało sobie górną jedynkę, trzymającą się już tylko na włosku (obawiałam się, żeby w nocy tego zęba nie połknął!). Mrozi mnie na sam widok, ale cóż z mleczakami swoje przejść trzeba i dzielnie to przetrwać. Wróżka Zębuszka na pocieszenie zostawiła datek pod poduszką, a Walentynka drobny upominek. Dla Męża też będzie coś słodkiego, bo i on wyznaniami miłosnymi z samego rana mnie uraczył – nawet w torebce i w chlebaku się ukryły, żeby żonę zaskoczyć:) Miłych Walentynek i duużoo miłości!

Ludzka dobroć

Pogoda na chwilę odpuściła, przynajmniej w kwestii wichury, ale pada nadal. Dziś mocniej, więc trochę nam plan spacerowo-łyżwowy popsuła. Ale jestem pełna podziwu, że pomimo niesprzyjających warunków na WOŚP dotarło dużo ludzi, w każdym mieście zbiórki trwały, naprzeciw nagonkom i niechęciom zawistników. A i wielu wolontariuszy, jak co roku, było mocno zaangażowanych. My wprawdzie nie dotarliśmy do punktu, ale przelew z banku poszedł i to większy niż wcześniejsze. Pomagać trzeba, bo często tylko dzięki takim zbiórkom ratuje się życie. Nie tylko dzieci.

Dobre serce spotkało też ostatnio i nas, w miłych gestach. Jednym z nich była paczka z Krakowa! Przemiła niespodzianka dla Młodego, który będąc fanem Minecrafta kolekcjonuje wszystko, co z tej serii wyszło. Począwszy od gry, poprzez ludziki Lego, naklejki, plecak i bidon ze śniadaniówką (dostanie od Zajączka, choć już niewiele brakowało, a i od Bluberki by dostał – doceniam i dziękuję Ci bardzo!). Nie mogło zabraknąć więc i kubeczka – niestety w naszej okolicy wyprzedał się w kilka minut i ślad po nim zaginął. A tu proszę, pewnego dnia przybywa kurier, przynosząc prezent wraz ze słodkościami i z przesłaniem, że zdarzają się cuda. I cudowni ludzie! Dziękujemy Paulinko z całego serca :))

Mieliśmy jeszcze jedną sytuację, która mnie wzruszyła i utkwiła w pamięci. Wychodząc kiedyś od lekarza, z zapłakanym Młodym (on z tych, co to nic się nie dzieje, a oczy ma już w mokrym miejscu ;)) spotkaliśmy panią, która na widok owych łez poczęstowała nas cukierkami. I mówi – to nie są zwykłe cukierki – to Boże krówki, z przesłaniem. I faktycznie na każdym papierku była sentencja, o dobroci i miłości. Także trzeba w tę ludzką dobroć wierzyć i pomnażać ją, kiedy tylko się da. I nie tylko dlatego, że wraca zwielokrotniona..

Z pompą

Ferie zaczęliśmy z pompą, w sensie ulewy, wichury i huku (od spadającego kawałka tynku z budynku) i w sensie fajnych chwil, których do ostatniej chwili pewni nie byliśmy. Przed wichurą udał się spacer z rodzicami, zrobiłam pyszny obiad w domu i spędziliśmy rodzinny wieczór przy śmiesznych filmikach. A na sobotę wybraliśmy bajkę w kinie. „Sing 2” okazało się mega pozytywne, z przesłaniem o dążeniu do spełniania marzeń i ze świetną muzyczną oprawą (przyznaję, na kawałku U2 się wzruszyłam). Po kinie jeszcze wypad na lody do kawiarni i pełnia szczęścia dla Młodego. Niedziela zapowiadała się równie atrakcyjnie, na urodzinach u syna koleżanki.

W niewielkim gronie, ale za to najbliższym sercu. Sala zabaw ta sama, w której Młody świętował swoje 7 urodziny, pogaduchy z ekipą, trochę ganiania po sali. Przerwa na mięsko z frytkami, potem tort i inne słodkości.

Spędziliśmy tam pięć godzin, a i tak dzieciom było mało. Tylko dwie najmłodsze kruszynki poszły wcześniej do domu. Reszta szalała w piankach, małpim gaju i na trampolinach. Mnie by się teraz też przydało, żeby spalić nadmiarowe kalorie. Ale kto wie, może uda się na łyżwach, czy choćby na spacerze, jeśli pogoda dopisze i już pompę odpuści..