I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Do syta

Na fali chęci, wypróbowaliśmy jeszcze przepis na pizzę bez drożdży. Nie jest to wprawdzie spód jak z tradycyjnej pizzy, ale duży plus, że robi się szybko i po nałożeniu ulubionych składników najeść się można do syta 👍

Nasyciłam się też weekendem w pełni. Postraszono deszczem, a w żaden dzień nie spadła ani jedna kropla. Były więc spacery, był plac zabaw z Małym, który to coraz więcej dzieci z osiedla poznaje. Było też spotkanie z rodzicami i z moimi dziewczynami na rodzinnym festynie, gdzie dzieci mogły poskakać w dmuchanym zamku, pobiegać za piłką i stworzyć wielkie bańki mydlane. Potem spacer z rodzicami do Amfiteatru, żeby i oni obejrzeli go po remoncie, a na zakończenie lody w dużym gronie. Po obiedzie zajrzeliśmy jeszcze nad Odrę i weekend minął jak sen jaki złoty..

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Przetwórstwo

Nie miała baba kłopotu, to „se” ponad dziesięć kilo jabłek przygarnęła. Od koleżanki z działki. Koleżanka szczęśliwa, że się nie zmarnują, a ja, z racji małej wprawy w przetwarzaniu, za głowę się złapałam. Co też z tym fantem zrobić. Papierówki spadowe, z lekka poobijane, trzeba było szybko działać. Za nóż, ciach ciach (z pomocą Małego) obkrojone, wydrążone i heja. Część do garnka na kompot, obgotowane na mus jabłkowy, część po chwilowej konsternacji – czy można? – poszła do zamrożenia. W planach był jeszcze sok, ale mocy zabrakło i już sokowirówki nie miałam sił odpalać. Bałagan i tak był na pół kuchni;)

Idąc za ciosem, gdyż robot kuchenny poszedł w ruch, wypróbowałam kolejną tarczę do ścierania. Tym razem na tapecie cukinia i powstały pyszne placki! Nawet moim chłopakom zasmakowały i zyskały aprobatę na przyszłość.

Dowiedziałam się, że jeszcze można zrobić placki z marchewki i kto wie, może mnie kiedyś na takie natchnie. Na razie, oprócz jabłek, pomroziłam borówki i tylko żałuję, że na truskawki się nie załapałam. Może w kolejnym sezonie wreszcie się uda jakiś dżem czy konfiturę wyprodukować. Tę ze śliwek pamiętam do dziś, warta była każdego mieszania i stania przy garnku.

Powrót w domowy zakątek

Powroty też są fajne, zwłaszcza, gdy wita nas ktoś stęskniony, np z kwiatami i z niespodzianką w postaci upieczonego własnym sumptem ciasta:)

Mąż musiał znad jeziora wracać do pracy, a że tęskno mu było i pusto, postanowił wypróbować planetarnego i stworzyć orzechowca z rodzynkami. Na dokładkę, żeby nam i na kolację smacznie było przetestował przepis na bułki, lecąc nawet w tym celu po świeże drożdże do sklepu. Zaskoczenie w pełni (rzadko dzieją się takie cuda;)) i stwierdzam, że chyba częściej muszę wyjeżdżać, żeby się doczekać kolejnych jego kulinarnych wyrobów. Dodam, że bardzo smacznych.

Także powitanie miłe, a potem tradycyjny przerób popodróżnych bambetli. Dwa prania za mną, torby ogarnięte. Pogoda akurat sprzyja domowym pracom, także tylko wyskok do sklepu, jakiś mały spacer z Małym, pomiędzy ulewami i szykujemy się do intensywnego weekendu. Miłego więc i niech słońce szybko wraca.

Wypieczeni

Żeby nie było, że tylko plackiem na plaży leżymy, w poniedziałek ruszyłam z Małym do porządków. Takich naprawdę fest, ze wszelkimi zakamarkami, szafami i powierzchniami płaskimi. Tymi poziomymi i pionowymi też. Niby okna na wiosnę myłam, ale korzystając z upałów powtórzyłam całą akcję, żeby mieć spokój na dłużej. Syn dzielnie pomagał, mając wizję kolejnych kąpieli, po skończonej pracy. Mężu do nas na plażę dojechał i odpoczywaliśmy już razem wygrzewając się do samego wieczora.

A wczoraj wzięło mnie na pieczenie chleba. Mnie, która kiedyś daleka była od takich działań. Dla której piekarnik stanowił czarną magię i nie miała pojęcia, jak się do tego zabrać.

Tymczasem z nowym sprzętem, aż się chce. A kiedy jeszcze zaczyna w domu pachnieć chlebem.. Dzieje się magia.

Nie była to pierwsza próba, ale pierwsza w pełni udana i taka, po której chleb nadaje się do jedzenia:)

Chciałabym spróbować jeszcze innych wersji, potrenować trochę, by znaleźć dla nas przepis i chleb idealny. Ten jest trochę zbyt „ciastowy”, ale myślę, że prędzej, czy później dojdę do wprawy, konsystencji i smaku, który przypasuje wszystkim domownikom. W ogóle zapowiada się wzmożone gotowanie, bo wreszcie robot planetarny zamówiony i mam nadzieję, że nie tylko z wypiekami ruszę, ale i w innych potrawach pomoc będę miała.

Kuchnia w użyciu

Okazało się, że jednak truskawki z makaronem najbardziej dla mnie. Moi panowie nadal obstają przy kotletach i innych odmianach dań mięsnych. Także pieczone skrzydełka, pieczone na opcji grilla kiełbaski i tylko modlić się, by wybiegali cholesterol. Ale tak czy inaczej patelnię z wysokim rantem zakupiłam i może potrawki z warzywami uda się poddusić. Zwłaszcza te warzywa wszędzie przemycać próbuję tylko cóż, skoro słyszę potem od Męża mego kochanego – ta zapiekanka z makaronem byłaby idealna! Gdyby nie brokuły.

Mimo wszystko nowa kuchnia cieszy mnie ogromnie. Twórców zmywarek wychwalam pod niebiosa. Tu się myje, my w planszówki, mniejsze zmęczenie, wydajniejszy piekarnik, większa moc w palnikach i aż się gotować chce. Gorzej, gdy przyjdą rachunki za prąd;) Lampki podszafkowe, piekarnik elektryczny, zapalarka w płycie gazowej, no i zmywarka co drugi dzień swoje ciągnie. Nic to, na razie podołamy. Choć ceny paliw przerażają, wizja jeszcze rosnących cen jedzenia i wszelkich innych dóbr również. A wakacje za pasem i jednak nie chciałabym by dziecię dwa miesiące siedziało w domu i na placach zabaw z kumplami (ci znowu o stresy przyprawiają wyciągając Małego). Warto o jakichś landszaftach pomyśleć, coś zaplanować w terenie i tymi wakacjami się nacieszyć. Miłego weekendu!

Truskawkove love 🍓

A skoro lato, to i truskawki. W ilości takiej, na jaką portfel pozwala. I cud, że jeszcze one nie kosztują 35 zł za kg, nie mówiąc o 260. Także zajadamy, póki są i to już słodkie. W kuchni też się wprawiam, pierwsze ciasteczka maślane (przepis od Paulinki-dziękuję Ci:)) ciut za długo w naszym piekarniku posiedziały. Następnych będziemy bardziej pilnować, bo pyszne tak, że zniknęły w mig. Jeszcze by się przydała wersja na jakimś słodziku, moja Mama nie może jeść nic z cukrem, a dla niej też bym coś upiekła. O ile więcej trzeba dodać ksylitolu czy erytrytolu, żeby był słodki posmak?

Z mniej słodkich potraw pieczarki w ziołach pieczone w piekarniku, kotleciki drobiowe i mizeria ze śmietaną – robiona w uruchomionym wreszcie robocie. Szatkowanie i miksowanie mam już opanowane, brakuje mi jeszcze robota do wyrabiania ciast. A najchętniej bym to wszystko połączyła w jednym pomocniku tak, żeby pichcenie stało się całkowitą przyjemnością. Na razie dla przyjemności truskawkowe lody i na jutro wersja z makaronem, żeby i smacznie było i sycąco.

Ciekawie

Zapowiadało się i tak też było, na dokładkę z emocjami, z kinem i rodzinnym spotkaniem. Najpierw pierwsza rocznica ślubu Brata, w restauracji i z obiadowymi pysznościami. Skusiłam się na polędwiczki z gruszką i żurawinami, podane ze śląskimi kluskami i surówką. Cała rodzina ze swoich dań zadowolona, a że miejsce przy okazji urocze podpytałam od razu o możliwość rezerwacji terminu na komunię dla Małego. Wiem, że to jeszcze dwa lata, ale obłożenie w lokalach duże, to naprawdę trzeba się spieszyć.

Po takich smakołykach chcieliśmy iść na spacer, ale deszcz nas pogonił do domów. A tam wpadliśmy w szpony planszówki, bo Catan wiedzie teraz prym. Gramy czasami po dwa razy dziennie, a jedna rozgrywka to z 1,5 godziny zabawy. Wszyscy w emocjach i wciągnięci w budowanie swoich miast:)

Żeby jednak nie ugrzęznąć w domu, złapaliśmy po drodze koleżankę Małego i skoczyliśmy jeszcze na bajkę do kina. „Pan Wilk i spółka” okazał się świetny! Dużo akcji, morał – że lepiej jednak być dobrym i nie budzić strachu w ludziach. Do tego przed seansem dmuchany zamek, zwierzakowe balony w prezencie i oczywiście popcorn karmelowy, bo jakże by inaczej. Dzień Dziecka blisko i mam wrażenie, że imprezowanie rozciąga się już na cały tydzień. Niedługo w szkole festyn z tej okazji, ale żeby nie było iż tylko dziecię ma wyjściowe atrakcje, to i mama do kina się wybiera. Jeszcze Męża wyciągnąć na jakieś tańce i będzie komplet;)

Apetyt

Śnieg powrócił, na razie temperatura na 0 i jeśli się utrzyma zapowiada się sankowe szaleństwo. Młody zaciera już ręce, opatulone w grube rękawice, a ja cieszę się, że nabyliśmy z Mężem narciarskie spodnie, bo do tej pory zawsze przy takich okazjach marzły mi nogi i przemakały portki. Ale zanim sanki, spełniam się ostatnio kulinarnie. Chyba na przekór tej mojej przedpotopowej kuchni. Piekarnik może i odpada, ale trzy palniki są na chodzie, można działać. Swoją drogą podjechaliśmy wczoraj do AGD oglądać płyty gazowe i mam z nimi największy problem (piekarnik i zmywarka już wybrane). Te ze stali szlachetnej mają opinię trudnych do utrzymania czystości – plamy i rysy na porządku dziennym. Te z gazem na czarnym szkle również nie bardzo, bo sama widziałam jakie tam są mazy od szmatki, gąbki, czy ślady palców i rysy od usuwania przypalonych wycieków. Z emaliowaną powierzchnią znaleźliśmy jedną sztukę, ale też jakościowo średnio i coś czuję, że jeszcze nie raz zatęsknię za moją starą kuchenką 😉 Także korzystam z jej górnej części i tworzę. Na pierwszy ogień poszły pierogi, które lepieliśmy całą rodzinką.

Potem razem z Młodym miałam zabawę przy mieszaniu i lepieniu leniwych, tych z twarogiem – choć u nas i na te i na takie z ziemniakami wszyscy mówią kopytka. Poszły w jedną chwilę, a dziecię zjadło dwie wielkie porcje. Za to wczoraj koleżanka natchnęła mnie na tagiatelle z kurczakiem, pomidorami i rukolą, w sosie śmietanowo-serowym. Fotka jeszcze przed ugotowaniem makaronu, ale już wiem, że przepis będzie u nas często gościł. Smakowało wyśmienicie i Mężuś domagał się większych ilości.

Mam wrażenie, że wraz z nadejściem zimy powiększają nam się żołądki. Ciągle chce się jeść, znów podjadam między posiłkami (ostatnio słonecznik lub zawijańce z ciasta francuskiego z masą krówkową) i jak tak dalej pójdzie, przed wiosną trzeba będzie założyć kłódkę na lodówkę:) Miłego weekendu.