Kuchnia w użyciu

Okazało się, że jednak truskawki z makaronem najbardziej dla mnie. Moi panowie nadal obstają przy kotletach i innych odmianach dań mięsnych. Także pieczone skrzydełka, pieczone na opcji grilla kiełbaski i tylko modlić się, by wybiegali cholesterol. Ale tak czy inaczej patelnię z wysokim rantem zakupiłam i może potrawki z warzywami uda się poddusić. Zwłaszcza te warzywa wszędzie przemycać próbuję tylko cóż, skoro słyszę potem od Męża mego kochanego – ta zapiekanka z makaronem byłaby idealna! Gdyby nie brokuły.

Mimo wszystko nowa kuchnia cieszy mnie ogromnie. Twórców zmywarek wychwalam pod niebiosa. Tu się myje, my w planszówki, mniejsze zmęczenie, wydajniejszy piekarnik, większa moc w palnikach i aż się gotować chce. Gorzej, gdy przyjdą rachunki za prąd;) Lampki podszafkowe, piekarnik elektryczny, zapalarka w płycie gazowej, no i zmywarka co drugi dzień swoje ciągnie. Nic to, na razie podołamy. Choć ceny paliw przerażają, wizja jeszcze rosnących cen jedzenia i wszelkich innych dóbr również. A wakacje za pasem i jednak nie chciałabym by dziecię dwa miesiące siedziało w domu i na placach zabaw z kumplami (ci znowu o stresy przyprawiają wyciągając Małego). Warto o jakichś landszaftach pomyśleć, coś zaplanować w terenie i tymi wakacjami się nacieszyć. Miłego weekendu!

Truskawkove love 🍓

A skoro lato, to i truskawki. W ilości takiej, na jaką portfel pozwala. I cud, że jeszcze one nie kosztują 35 zł za kg, nie mówiąc o 260. Także zajadamy, póki są i to już słodkie. W kuchni też się wprawiam, pierwsze ciasteczka maślane (przepis od Paulinki-dziękuję Ci:)) ciut za długo w naszym piekarniku posiedziały. Następnych będziemy bardziej pilnować, bo pyszne tak, że zniknęły w mig. Jeszcze by się przydała wersja na jakimś słodziku, moja Mama nie może jeść nic z cukrem, a dla niej też bym coś upiekła. O ile więcej trzeba dodać ksylitolu czy erytrytolu, żeby był słodki posmak?

Z mniej słodkich potraw pieczarki w ziołach pieczone w piekarniku, kotleciki drobiowe i mizeria ze śmietaną – robiona w uruchomionym wreszcie robocie. Szatkowanie i miksowanie mam już opanowane, brakuje mi jeszcze robota do wyrabiania ciast. A najchętniej bym to wszystko połączyła w jednym pomocniku tak, żeby pichcenie stało się całkowitą przyjemnością. Na razie dla przyjemności truskawkowe lody i na jutro wersja z makaronem, żeby i smacznie było i sycąco.

Ciekawie

Zapowiadało się i tak też było, na dokładkę z emocjami, z kinem i rodzinnym spotkaniem. Najpierw pierwsza rocznica ślubu Brata, w restauracji i z obiadowymi pysznościami. Skusiłam się na polędwiczki z gruszką i żurawinami, podane ze śląskimi kluskami i surówką. Cała rodzina ze swoich dań zadowolona, a że miejsce przy okazji urocze podpytałam od razu o możliwość rezerwacji terminu na komunię dla Małego. Wiem, że to jeszcze dwa lata, ale obłożenie w lokalach duże, to naprawdę trzeba się spieszyć.

Po takich smakołykach chcieliśmy iść na spacer, ale deszcz nas pogonił do domów. A tam wpadliśmy w szpony planszówki, bo Catan wiedzie teraz prym. Gramy czasami po dwa razy dziennie, a jedna rozgrywka to z 1,5 godziny zabawy. Wszyscy w emocjach i wciągnięci w budowanie swoich miast:)

Żeby jednak nie ugrzęznąć w domu, złapaliśmy po drodze koleżankę Małego i skoczyliśmy jeszcze na bajkę do kina. „Pan Wilk i spółka” okazał się świetny! Dużo akcji, morał – że lepiej jednak być dobrym i nie budzić strachu w ludziach. Do tego przed seansem dmuchany zamek, zwierzakowe balony w prezencie i oczywiście popcorn karmelowy, bo jakże by inaczej. Dzień Dziecka blisko i mam wrażenie, że imprezowanie rozciąga się już na cały tydzień. Niedługo w szkole festyn z tej okazji, ale żeby nie było iż tylko dziecię ma wyjściowe atrakcje, to i mama do kina się wybiera. Jeszcze Męża wyciągnąć na jakieś tańce i będzie komplet;)

Apetyt

Śnieg powrócił, na razie temperatura na 0 i jeśli się utrzyma zapowiada się sankowe szaleństwo. Młody zaciera już ręce, opatulone w grube rękawice, a ja cieszę się, że nabyliśmy z Mężem narciarskie spodnie, bo do tej pory zawsze przy takich okazjach marzły mi nogi i przemakały portki. Ale zanim sanki, spełniam się ostatnio kulinarnie. Chyba na przekór tej mojej przedpotopowej kuchni. Piekarnik może i odpada, ale trzy palniki są na chodzie, można działać. Swoją drogą podjechaliśmy wczoraj do AGD oglądać płyty gazowe i mam z nimi największy problem (piekarnik i zmywarka już wybrane). Te ze stali szlachetnej mają opinię trudnych do utrzymania czystości – plamy i rysy na porządku dziennym. Te z gazem na czarnym szkle również nie bardzo, bo sama widziałam jakie tam są mazy od szmatki, gąbki, czy ślady palców i rysy od usuwania przypalonych wycieków. Z emaliowaną powierzchnią znaleźliśmy jedną sztukę, ale też jakościowo średnio i coś czuję, że jeszcze nie raz zatęsknię za moją starą kuchenką 😉 Także korzystam z jej górnej części i tworzę. Na pierwszy ogień poszły pierogi, które lepieliśmy całą rodzinką.

Potem razem z Młodym miałam zabawę przy mieszaniu i lepieniu leniwych, tych z twarogiem – choć u nas i na te i na takie z ziemniakami wszyscy mówią kopytka. Poszły w jedną chwilę, a dziecię zjadło dwie wielkie porcje. Za to wczoraj koleżanka natchnęła mnie na tagiatelle z kurczakiem, pomidorami i rukolą, w sosie śmietanowo-serowym. Fotka jeszcze przed ugotowaniem makaronu, ale już wiem, że przepis będzie u nas często gościł. Smakowało wyśmienicie i Mężuś domagał się większych ilości.

Mam wrażenie, że wraz z nadejściem zimy powiększają nam się żołądki. Ciągle chce się jeść, znów podjadam między posiłkami (ostatnio słonecznik lub zawijańce z ciasta francuskiego z masą krówkową) i jak tak dalej pójdzie, przed wiosną trzeba będzie założyć kłódkę na lodówkę:) Miłego weekendu.

Przetwory

Po dwóch tygodniach wyjazdów, szaleństwa nad morzem i jeziorem pozostało dużo do ogarniania. Dziś zrobiłam 5 ( słownie piąte!) pranie, w ciągu pięciu dni. Dobrze, że słońce mocno grzeje na balkonie i na drugi dzień oda razu można zdejmować suche. Siaty zakupów natargane na kilka rat, ogarnięte w mieszkaniu choć pobieżnie, a na dokładkę coś trzeba było zrobić z przyniesionymi przez sąsiadów śliwkami. Z jednej strony się ucieszyłam, bo zdrowe, a z drugiej nie za bardzo znam się na przerabianiu działkowych darów natury. Przejeść się tego nie da, zmarnować szkoda. Także cóż. Zakasałam rękawy, z części zrobiłam sok dla Małego, druga poszła na powidła. Mieszałam, studziłam, mieszałam i.. nawet się udało, aczkolwiek chyba przesadziłam z konsystencją, bo wyszło gęste i trochę zbyt suche, ale.. smaczne i zjadliwe. A to najważniejsze.

Spodobało mi się i idąc za ciosem zakupiłam gazetkę o przetworach, w sieci zresztą jest dużo przepisów i pomysłów, jak przerobić warzywa, czy owoce. Zawsze podziwiałam takie umiejętności, widzę jak wiele blogerek zbiera, pasteryzyje, gotuje, piecze, tak żeby było zdrowo i smacznie. Kto wie, może jeszcze się tego nauczę;)

Tymczasem po domowych zajęciach pora trochę odpocząć, a że pogoda dopisuje, to siup z Małym nad wodę, póki wakacje trwają. Wczorajszy dzień nad rzeką, z koleżanką i jej synem pokazał, że w okolicy miasta też może być fajnie. Weekend jeszcze kusi różnymi plenerami, jakieś iluminacje wieczorne się szykują, a i koncerty z letniego brzmienia trwają, warto korzystać. Miłego!

Miasto latem

Żagle 2021 w miejsce Zlotu Żaglowców właśnie się rozpoczęły. Ale nie kuszą aż tak bardzo. Tłumy, upał i statki, które już wiele razy widzieliśmy. Może w niedzielę zajrzymy nad Odrę podziwiać flotę, na razie z początkiem tygodnia zajrzeliśmy do pewnego sklepu. Albowiem w naszym mieście można zobaczyć też coś więcej niż Wały, Bulwary, ogródki, baseny, zabytki i podziemne przejścia. Jest też na ten przykład, IKEA. Ikea, która to nareszcie się pojawiła, choć proces pojawiania się był długi i jak droga przez mękę. Kilka lat kłótni o miejsce, przetargów i czekania. A gdy już ją wybudowano, w całym swym majestacie, stała pusta i czekała na łaskawe epidemii odpuszczenie. Odpuszczono i ludzi do środka wpuszczono. Najpierw tłumnie, ale skoro już tyle czekaliśmy, można było jeszcze miesiąc. A potem siup, w maski i w regały podziwiać mebelki, drobiazgi wszelakie i ozdoby. Teren duży, wszystkiego pełno, oko rozlatane. I cóż. Byliśmy chyba jedynymi, którzy wyszli z Ikei – bez zakupów! Nie dlatego, że nic się nie spodobało. Tam zawsze coś w to rozlatane oko wpadnie, ale wygodniej będzie obejrzeć to to w necie, bo sklep duży i nogi można nieźle schodzić.

Nie skusiły nas nawet klopsiki w ikeowskim barze. A może to te mega kolejki odstraszyły, bo woleliśmy pojechać na ucztę do Ziemniaka i spółki. Porcja placków ziemniaczanych przedkładanych kotletami schabowymi, polanymi sosem grzybowym – majstersztyk, ale i mega dawka kaloryczna. Nic to, raz na rok można zaszaleć:) Smacznego weekendu!

Smakowicie

Mąż zostający sam w domu, potrafi zaskoczyć kulinarnie, a to plus i szansa na powtórkę gdy już rodzina w komplecie. Kiedyś, jeszcze jako chłopiec, upiekł sam od podstaw ciasto-murzynka. Tym razem, wzorując się na naukach Kurta Schellera z Hells Kitchen, upichcił jajka poszetowe w panierce. I wszyscy w pozytywnym szoku. Chyba częściej musi zostawać sam w domu;)

Weekend spędziliśmy u Zosi, też wśród smakołyków, choć innego asortymentu. Naszło ją bowiem na galaretkowca, do którego tworzenia przystąpiłyśmy jeszcze w piątek wieczorem. Na drugi dzień krojenie kolorowych galaretek, ubijanie kremówki, dodawanie żelatyny i układanie masy na herbatnikach. Całość do lodówki na kilka godzin i po obiedzie deser gotowy. Uległam też namowom Małego (i internetowego boom wokół Ekipy) i kupiłam na spróbowanie owej ekipy lody. Szału nie było, ot wodne lody ze strzelającą warstwą ale syn opakowania kazał zachować ku potomności (nie wiem po co, ale niech ma, może z czasem mu przejdzie) 😉

Menu

Ponieważ dziecię już tylko na domowym garnuszku, to i menu dwudaniowe kombinować wypada. Same truskawki nie wystarczą, zwłaszcza gdy rosnąć trzeba i doganiać rówieśników (niektórzy o głowę wyżsi). Obecnie więc krupnik i sycące hamburgery własnej produkcji..

Dalej w planach spaghetti na drobiowym, makaron i gotowane warzywa. Na weekend wyproszony przez dziecię rosół i może jakaś chińszczyzna na zamówienie, żeby odskocznia od domowych posiłków była. Jak dobrze pójdzie to i ja od domu i gotowania trochę odetchnę. Szykuje się wyjście na Bulwary, z okazji Letniego Brzmienia. A ponieważ zdrowie Małego idzie ku lepszemu (po konsultacji pediatrycznej nowy lek wdrożony), jest też szansa na spotkanie z rodziną i urodzinową pizzę Bratowej. Synek z tej okazji już pizzę własnej produkcji stworzył, szkoda tylko, że mało jadalną. Chociaż kto wie, gdyby głód przyszpilił to i hey clay by się przeżuło;) Miłego weekendu!

Rozmiar mniej

Tak to właśnie wygląda w praktyce, najpierw smakowitości na ślubnym przyjęciu..

a potem powrót do codziennego trybu i pilnowania się, żeby z powrotem w boczki nie poszło. Z tym pilnowaniem różnie wychodzi, choć z efektu ogólnego jestem zadowolona. Po raz pierwszy od lat kupiłam spodnie w rozmiarze 38 ( a trafił się wcześniej i 42). Przymierzyłam wszystkie koszulki i te z rozmiaru 40 wykazują tendencję wisząco-luźniejszą. Znowu dopinają się koszule, a pasek u spodni z czwartego oczka przeszedł na piąte. Czuję się lżejsza, w niektórych sukienkach wręcz luzu za dużo, ale jak to mawia zasłyszane gdzieś powiedzonko „łatwiej kijek obcinkować, niż go potem pogrubasić”. Także ten. Obrany kierunek okazał się trafiony, system posiłków przyjmuję na stałe, a różne nowości i eksperymetnalne potrawy od sympatycznych blogerek łapię do testowania. Zaprzyjaźniłam się z ciecierzycą, soczewicą, tofu wchodzi dopiero na tapetę. Hummus uwielbiam, jem dużo warzyw, mniej mięsa, ale i coś słodkiego codziennie wpadnie, co przy dziecku nieuniknione. Tymczasem z nowych smaków, gotowe pasty niekoniecznie mi podchodzą, ale dają pole do popisu dla przyszłych smarowideł. Ogólnie polubiłam się z kuchnią i chce mi się próbować i gotować. A to duży plus.

Poza kuchnią spacery z bliskimi, jako że Tata wyjechał nad jezioro, a Mama została, to często w jej towarzystwie. Wczoraj z okazji Dnia Dziecka również spotkanie z Bratem i jego rodziną, a i znajomi znad jeziora z dwójką dzieci do nas dołączyli. Były lody, był plac zabaw i szaleństwo Małego na drabinkach i ślizgawkach. Prezenty w domu, w przedszkolu, od wujka i od dziadków. A przed południem jeszcze występy na Dzień Mamy i Taty. Działo się i dziać będzie, bo długi weekend tuż tuż. Może nie do końca taki, jak planowaliśmy, bo Mężu wolnego nie ma, ale zapowiadają się urodziny kolegi Małego w sali zabaw, a gdy pogoda dopisze może i jakieś jednodniowe wycieczki. Miłego!

Ugotowane

Ostatni dzień wreszcie był pięknie wiosenny. Ciepło, słonecznie więc już bez wymówek ziemia do skrzynek ruszyła. Rusza się też coś ze znoszeniem obostrzeń, z czego najbardziej cieszy mnie majowe zdjęcie masek w plenerze. Duszności dostaję na sam widok maski, choć w sklepie jakoś mi nie przeszkadza, tam jednak lepiej ją mieć. Są też szanse na małe przyjęcia z okazji nadchodzących ślubów, ale to będzie się klarowało bliżej terminów. Na razie jest tu i teraz, a w tym teraz Spis Powszechny – na który większa część mnie się buntuje ((permanentna inwigilacja), ale skoro trzeba, to trzeba. Wieści o odbiorze dowodu rejestracyjnego, czyli kolejna wizyta w urzędzie planowana. Zakup botków wiosennych po raz pierwszy z bonprix – nie trafiony z rozmiarem i przybywający ze skazą na lewym bucie. Zwrot na szczęście darmowy w ramach reklamacji, ale chyba już więcej nic tam nie zamówię. Mówiłam, że nie mogę kupować ubrań i butów przez internet. Zawsze coś nie tak! Nie ma to jak przymierzyć, przejść się w sklepie, dotknąć materiału. Także dobrze, że niedługo i sklepy będą otwarte.

Zanim jednak do sklepów, wyżywam się kulinarnie w nowościach. Nowościach dla mnie, bo przepisy znane na świecie od lat i preferowane przez wielu. Ale dla początkującego, zaskakujące i przyjemne w realizacji. Na pierwszy ogień poszedł pasztet z soczewicy, według przepisu Lenki. Z jedną modyfikacją na soczewicę czerwoną, bo zielonej na stanie nie było. Tak czy inaczej wyszło smacznie, idealnie do pieczywa i bez mięsa.

Z kolei od naszej Ani Pisarki, ślimaczki z ciasta francuskiego, robione na szybko z masą krówkową. W planach na kolejny weekend będą i z makową. Domyślam się, że i ta wersja zniknie w kilka chwil, także może na dokładkę zrobię jakieś łatwe ciasto lub babeczki. Chłopakom tego słodkiego ciągle za mało, ja staram się ograniczać ale jednak dla nich lepiej coś upiec niż kupować cukierki.

Dla równowagi od słodkości wybrałam się z koleżanką na dalszy spacer po warzywa, takie świeże, pachnące, prosto z rynku. Nadźwigałam się ogórków gruntowych, nareszcie smacznych, twardych. Do tego dołożyłam pomidory malinowe, pyszne rzodkiewki i świeży czosnek. Powstało wczoraj spaghetti na mięsie drobiowym, jeśli zostanie dużo makaronu planuję zapiekankę z warzywami i może potem odważę się zrobić po raz pierwszy risotto i pierogi z mięsem. Mobilizacja do pichcenia jest, w tle jakiś film (w temacie kulinarnym polecam „Ugotowanego”) lub serial. W międzyczasie mycie okien, łazienki, sadzenie kwiatów, a popołudniami plac zabaw z Małym (póki nie pada), potem wieczór z Mężem, książka przed snem i zmyka ten czas jak szalony..