Chodź pomaluj mój świat

Tym razem nie na żółto i niebiesko, a prawie całkiem na biało. Nie śniegiem pomalowany, ale mrozem, pod którym przyroda jak z baśniowej krainy lodu wygląda.

Na lodowisko jednak się nie wybraliśmy, bo Mały trochę w weekend gorączkował. Od razu panika, co zrobimy w poniedziałek, jeśli mu nie przejdzie. Jednak jest lepiej, choć dziadkowie dziś w pogotowiu i w razie czego opieka zapewniona. Wolne dni za to bardziej domowe, trochę bajek, grania w planszówki, ale i gotowania obiadu z polędwiczkami w sezamie, bigosu i pieczenia sernika. Wychodzenie z domu, na zmianę, jeden wypad do sklepu po buty i spacery w samotności. Do rodzinnego nie dołączyliśmy, żeby nikogo nie narażać, zwłaszcza, że i rodzice i wszyscy od brata (odpukać) wreszcie zdrowi. Trzymam kciuki, żeby i Mały w zdrowiu do Świąt dotrwał, energia go już rozpiera, a że odwilż zapowiadana, jest nadzieja na dłuższe spacery. Jak już się niebo wypada, a my przez nowy tydzień przebrniemy.. Powodzenia 🍀

Reklama

Spełnione

Weekend spełnił swoje zadanie. Pozwolił się wyspać, odpocząć, pograć w gry i zaliczyć kilka spacerów. W sobotę nawet poczułam zew w kuchni i zrobiłam dawno oczekiwany domowy hummus. Wyszedł ciut za czosnkowy i następnym razem zmniejszę też ilość soku z cytryny. Mimo wszystko zadowolona zajadam teraz chleb smarowany wyrobem własnym. Idąc za ciosem stworzyłam jeszcze z pasty tahini coś na kształt chałwy, mieszając ją z cukrem pudrem. A skoro poszło w słodką stronę, to do kompletu i placki na maślance ze śliwkowymi powidłami.

Po smakołykach spacer, jak na moje potrzeby zbyt krótki, ale zimno skutecznie od dłuższych odganiało.. Nic tylko zmykać wtedy do ciepłego domu, zapodać herbatę z cytryną i miodem (w tym roku faceliowy) i pograć w pociągi oraz Catana, który to naprawdę na wysokim poziomie strategicznym. Niedziela przyniosła kolejne dwa wyjścia, ale o tym w następnym odcinku, bo późna już pora i wypada w sen odpłynąć..

Z Abbą w tle

Przyjęcie na pokład nowej pracy świętowałam zupełnie niespodziewanie na koncercie Tribute to ABBA, koleżanka zadzwoniła, że mają bilet i czy się wybieram z nią i jej ekipą. Chętnie dołączyłam, bo piosenki Abby bardzo lubię, wzruszają mnie i z rodzicami się kojarzą. Mama nie chciała dołączyć, bo impreza późno, ale i tak pojechałam i posłuchałam w ich imieniu fajnej muzyki.

https://www.youtube.com/watch?v=DEJXUDQF5hs

Show nie było jakieś wystrzałowe, największym minusem okazało się siedzenie na trybunach. Także nie wytrzymałam i musiałam zejść pod scenę, żeby trochę potańczyć i lepiej wszystko widzieć. Na koncertach najbardziej lubię być pod samą sceną, dopiero wtedy czuję, że biorę udział w imprezie i tak też tą zapamiętam:)

W weekend za to najpierw długie odsypianie, gotowanie różności, bo i wątróbki drobiowej z kapustą kiszoną, robinie makaronu z kurczakiem i pomidorami, a na deser muffinek jogurtowych , z poleconego przez dobrą duszkę przepisu. Było też pakowanie dużego prezentu, gdyż w sobotni wieczór mój Tata obchodził swoje okrągłe urodziny. Zapowiedziano kolację i tańce w lokalu, także odświętnie się wystroiliśmy i włączyłam nastawienie taneczne.

I po dobrym

Wyjazd wyjazdem, było miło i doceniam każdą chwilę spokoju i relaksu. Niestety wraz z jesienią zaczęły się u Małego katary. Choć tym razem nie tylko na jesień mogę zwalić. Otóż w piątek siostra zakonna, nie radząc sobie z dokazywaniem niektórych dzieci na religii, wystawiła ferajnę na dwór, by ta ustawiła się w pary i grzecznie weszła do szkoły. Część ferajny nie posłuchała i cała akcja została powtórzona dwa razy. Dodam tylko, że dzieci były w krótkich rękawkach (moje też, w budynku ciepło, zostawiły bluzy w szafkach), a przy drugim podejściu zaczął padać deszcz! Ustawianie dzieci trwało na tyle długo, że pomarzły, a Mały od piątkowego wieczoru już z katarem. Ciśnienie mi się podniosło i słów nie mam na takie metody wychowawcze. To ja tu chronię, bronię, odporność wzmacniam, żeby mi ktoś dziecko na dwór w cienkiej koszulce wystawiał? Jestem mega wkurzona i mam nadzieję, że cała akcja dotrze do dyrektorki i wychowawczyni.

Zimno zaczyna się robić coraz bardziej, a spółdzielnie jeszcze nie rozpoczęły sezonu grzewczego. Objechaliśmy więc miasto w poszukiwaniu grzejnika, gdyż nasza farelka zbyt głośna i zbyt dmucha, żeby ją używać na co dzień. Padło na grzejnik olejowy i dogrzewamy się już trochę, by Mały mógł w cieple ubrać się o poranku i w cieple wziąć kąpiel.

Dokładam też miód na ten jesienny czas, herbatki z cytryną i tyle warzyw i owoców, na ile nas stać. A zauważam, że na coraz mniej, głównie marketowo i w promocjach. I walkę z katarem toczymy, leki przeciwwirusowe dziecku podając, witaminę C, D i krople do nosa. Jak mi ciśnienie nie zejdzie rachunek za leki wystawię siostrze zakonnej.

Do syta

Na fali chęci, wypróbowaliśmy jeszcze przepis na pizzę bez drożdży. Nie jest to wprawdzie spód jak z tradycyjnej pizzy, ale duży plus, że robi się szybko i po nałożeniu ulubionych składników najeść się można do syta 👍

Nasyciłam się też weekendem w pełni. Postraszono deszczem, a w żaden dzień nie spadła ani jedna kropla. Były więc spacery, był plac zabaw z Małym, który to coraz więcej dzieci z osiedla poznaje. Było też spotkanie z rodzicami i z moimi dziewczynami na rodzinnym festynie, gdzie dzieci mogły poskakać w dmuchanym zamku, pobiegać za piłką i stworzyć wielkie bańki mydlane. Potem spacer z rodzicami do Amfiteatru, żeby i oni obejrzeli go po remoncie, a na zakończenie lody w dużym gronie. Po obiedzie zajrzeliśmy jeszcze nad Odrę i weekend minął jak sen jaki złoty..

Chęci

Na ten miesiąc wizyty u fizjo zakończone (w październiku jedna asekuracyjna zamówiona), ćwiczenia zadane, tylko poczekać muszę, aż bóle całkiem miną. Pozostały bowiem efekty uciskania, ugniatania i chińskich baniek. A przy biodrach to chyba siniaki, po odblokowywaniu stawów. Swoją drogą wielki szacun dla fachowców, którzy wyuczyli się, jak ten nasz kręgosłup (i inne elementy kostne) do pionu stawiać.

Że jest lepiej, to już nie tylko w dłuższych spacerach widać (dziś 10 tyś kroków), ale i w chęci, by np podłogi umyć, czy kurze powycierać (bez schylania). Spotkałam się też na placu zabaw z koleżanką i jej maluchami, potem zupełnie znienacka ze szkolnymi dziewczynami, przy okazji wyjścia na dwór kumpli syna. A po robocie przy zdjęciach jeszcze naszła mnie chęć by zamieszać w misce ciasto na muffinki i to godzinę przed wyjściem po Małego do szkoły.

Naprawdę dobrze mieć znów energię i chęci do działania (wiem, wiem – ostrożnego). I niech zapowiadane na weekend deszcze nie próbują mi tego popsuć;)

Przetwórstwo

Nie miała baba kłopotu, to „se” ponad dziesięć kilo jabłek przygarnęła. Od koleżanki z działki. Koleżanka szczęśliwa, że się nie zmarnują, a ja, z racji małej wprawy w przetwarzaniu, za głowę się złapałam. Co też z tym fantem zrobić. Papierówki spadowe, z lekka poobijane, trzeba było szybko działać. Za nóż, ciach ciach (z pomocą Małego) obkrojone, wydrążone i heja. Część do garnka na kompot, obgotowane na mus jabłkowy, część po chwilowej konsternacji – czy można? – poszła do zamrożenia. W planach był jeszcze sok, ale mocy zabrakło i już sokowirówki nie miałam sił odpalać. Bałagan i tak był na pół kuchni;)

Idąc za ciosem, gdyż robot kuchenny poszedł w ruch, wypróbowałam kolejną tarczę do ścierania. Tym razem na tapecie cukinia i powstały pyszne placki! Nawet moim chłopakom zasmakowały i zyskały aprobatę na przyszłość.

Dowiedziałam się, że jeszcze można zrobić placki z marchewki i kto wie, może mnie kiedyś na takie natchnie. Na razie, oprócz jabłek, pomroziłam borówki i tylko żałuję, że na truskawki się nie załapałam. Może w kolejnym sezonie wreszcie się uda jakiś dżem czy konfiturę wyprodukować. Tę ze śliwek pamiętam do dziś, warta była każdego mieszania i stania przy garnku.

Powrót w domowy zakątek

Powroty też są fajne, zwłaszcza, gdy wita nas ktoś stęskniony, np z kwiatami i z niespodzianką w postaci upieczonego własnym sumptem ciasta:)

Mąż musiał znad jeziora wracać do pracy, a że tęskno mu było i pusto, postanowił wypróbować planetarnego i stworzyć orzechowca z rodzynkami. Na dokładkę, żeby nam i na kolację smacznie było przetestował przepis na bułki, lecąc nawet w tym celu po świeże drożdże do sklepu. Zaskoczenie w pełni (rzadko dzieją się takie cuda;)) i stwierdzam, że chyba częściej muszę wyjeżdżać, żeby się doczekać kolejnych jego kulinarnych wyrobów. Dodam, że bardzo smacznych.

Także powitanie miłe, a potem tradycyjny przerób popodróżnych bambetli. Dwa prania za mną, torby ogarnięte. Pogoda akurat sprzyja domowym pracom, także tylko wyskok do sklepu, jakiś mały spacer z Małym, pomiędzy ulewami i szykujemy się do intensywnego weekendu. Miłego więc i niech słońce szybko wraca.

Wypieczeni

Żeby nie było, że tylko plackiem na plaży leżymy, w poniedziałek ruszyłam z Małym do porządków. Takich naprawdę fest, ze wszelkimi zakamarkami, szafami i powierzchniami płaskimi. Tymi poziomymi i pionowymi też. Niby okna na wiosnę myłam, ale korzystając z upałów powtórzyłam całą akcję, żeby mieć spokój na dłużej. Syn dzielnie pomagał, mając wizję kolejnych kąpieli, po skończonej pracy. Mężu do nas na plażę dojechał i odpoczywaliśmy już razem wygrzewając się do samego wieczora.

A wczoraj wzięło mnie na pieczenie chleba. Mnie, która kiedyś daleka była od takich działań. Dla której piekarnik stanowił czarną magię i nie miała pojęcia, jak się do tego zabrać.

Tymczasem z nowym sprzętem, aż się chce. A kiedy jeszcze zaczyna w domu pachnieć chlebem.. Dzieje się magia.

Nie była to pierwsza próba, ale pierwsza w pełni udana i taka, po której chleb nadaje się do jedzenia:)

Chciałabym spróbować jeszcze innych wersji, potrenować trochę, by znaleźć dla nas przepis i chleb idealny. Ten jest trochę zbyt „ciastowy”, ale myślę, że prędzej, czy później dojdę do wprawy, konsystencji i smaku, który przypasuje wszystkim domownikom. W ogóle zapowiada się wzmożone gotowanie, bo wreszcie robot planetarny zamówiony i mam nadzieję, że nie tylko z wypiekami ruszę, ale i w innych potrawach pomoc będę miała.

Kuchnia w użyciu

Okazało się, że jednak truskawki z makaronem najbardziej dla mnie. Moi panowie nadal obstają przy kotletach i innych odmianach dań mięsnych. Także pieczone skrzydełka, pieczone na opcji grilla kiełbaski i tylko modlić się, by wybiegali cholesterol. Ale tak czy inaczej patelnię z wysokim rantem zakupiłam i może potrawki z warzywami uda się poddusić. Zwłaszcza te warzywa wszędzie przemycać próbuję tylko cóż, skoro słyszę potem od Męża mego kochanego – ta zapiekanka z makaronem byłaby idealna! Gdyby nie brokuły.

Mimo wszystko nowa kuchnia cieszy mnie ogromnie. Twórców zmywarek wychwalam pod niebiosa. Tu się myje, my w planszówki, mniejsze zmęczenie, wydajniejszy piekarnik, większa moc w palnikach i aż się gotować chce. Gorzej, gdy przyjdą rachunki za prąd;) Lampki podszafkowe, piekarnik elektryczny, zapalarka w płycie gazowej, no i zmywarka co drugi dzień swoje ciągnie. Nic to, na razie podołamy. Choć ceny paliw przerażają, wizja jeszcze rosnących cen jedzenia i wszelkich innych dóbr również. A wakacje za pasem i jednak nie chciałabym by dziecię dwa miesiące siedziało w domu i na placach zabaw z kumplami (ci znowu o stresy przyprawiają wyciągając Małego). Warto o jakichś landszaftach pomyśleć, coś zaplanować w terenie i tymi wakacjami się nacieszyć. Miłego weekendu!