Smakowicie

Mąż zostający sam w domu, potrafi zaskoczyć kulinarnie, a to plus i szansa na powtórkę gdy już rodzina w komplecie. Kiedyś, jeszcze jako chłopiec, upiekł sam od podstaw ciasto-murzynka. Tym razem, wzorując się na naukach Kurta Schellera z Hells Kitchen, upichcił jajka poszetowe w panierce. I wszyscy w pozytywnym szoku. Chyba częściej musi zostawać sam w domu;)

Weekend spędziliśmy u Zosi, też wśród smakołyków, choć innego asortymentu. Naszło ją bowiem na galaretkowca, do którego tworzenia przystąpiłyśmy jeszcze w piątek wieczorem. Na drugi dzień krojenie kolorowych galaretek, ubijanie kremówki, dodawanie żelatyny i układanie masy na herbatnikach. Całość do lodówki na kilka godzin i po obiedzie deser gotowy. Uległam też namowom Małego (i internetowego boom wokół Ekipy) i kupiłam na spróbowanie owej ekipy lody. Szału nie było, ot wodne lody ze strzelającą warstwą ale syn opakowania kazał zachować ku potomności (nie wiem po co, ale niech ma, może z czasem mu przejdzie) 😉

Menu

Ponieważ dziecię już tylko na domowym garnuszku, to i menu dwudaniowe kombinować wypada. Same truskawki nie wystarczą, zwłaszcza gdy rosnąć trzeba i doganiać rówieśników (niektórzy o głowę wyżsi). Obecnie więc krupnik i sycące hamburgery własnej produkcji..

Dalej w planach spaghetti na drobiowym, makaron i gotowane warzywa. Na weekend wyproszony przez dziecię rosół i może jakaś chińszczyzna na zamówienie, żeby odskocznia od domowych posiłków była. Jak dobrze pójdzie to i ja od domu i gotowania trochę odetchnę. Szykuje się wyjście na Bulwary, z okazji Letniego Brzmienia. A ponieważ zdrowie Małego idzie ku lepszemu (po konsultacji pediatrycznej nowy lek wdrożony), jest też szansa na spotkanie z rodziną i urodzinową pizzę Bratowej. Synek z tej okazji już pizzę własnej produkcji stworzył, szkoda tylko, że mało jadalną. Chociaż kto wie, gdyby głód przyszpilił to i hey clay by się przeżuło;) Miłego weekendu!

Rozmiar mniej

Tak to właśnie wygląda w praktyce, najpierw smakowitości na ślubnym przyjęciu..

a potem powrót do codziennego trybu i pilnowania się, żeby z powrotem w boczki nie poszło. Z tym pilnowaniem różnie wychodzi, choć z efektu ogólnego jestem zadowolona. Po raz pierwszy od lat kupiłam spodnie w rozmiarze 38 ( a trafił się wcześniej i 42). Przymierzyłam wszystkie koszulki i te z rozmiaru 40 wykazują tendencję wisząco-luźniejszą. Znowu dopinają się koszule, a pasek u spodni z czwartego oczka przeszedł na piąte. Czuję się lżejsza, w niektórych sukienkach wręcz luzu za dużo, ale jak to mawia zasłyszane gdzieś powiedzonko „łatwiej kijek obcinkować, niż go potem pogrubasić”. Także ten. Obrany kierunek okazał się trafiony, system posiłków przyjmuję na stałe, a różne nowości i eksperymetnalne potrawy od sympatycznych blogerek łapię do testowania. Zaprzyjaźniłam się z ciecierzycą, soczewicą, tofu wchodzi dopiero na tapetę. Hummus uwielbiam, jem dużo warzyw, mniej mięsa, ale i coś słodkiego codziennie wpadnie, co przy dziecku nieuniknione. Tymczasem z nowych smaków, gotowe pasty niekoniecznie mi podchodzą, ale dają pole do popisu dla przyszłych smarowideł. Ogólnie polubiłam się z kuchnią i chce mi się próbować i gotować. A to duży plus.

Poza kuchnią spacery z bliskimi, jako że Tata wyjechał nad jezioro, a Mama została, to często w jej towarzystwie. Wczoraj z okazji Dnia Dziecka również spotkanie z Bratem i jego rodziną, a i znajomi znad jeziora z dwójką dzieci do nas dołączyli. Były lody, był plac zabaw i szaleństwo Małego na drabinkach i ślizgawkach. Prezenty w domu, w przedszkolu, od wujka i od dziadków. A przed południem jeszcze występy na Dzień Mamy i Taty. Działo się i dziać będzie, bo długi weekend tuż tuż. Może nie do końca taki, jak planowaliśmy, bo Mężu wolnego nie ma, ale zapowiadają się urodziny kolegi Małego w sali zabaw, a gdy pogoda dopisze może i jakieś jednodniowe wycieczki. Miłego!

Ugotowane

Ostatni dzień wreszcie był pięknie wiosenny. Ciepło, słonecznie więc już bez wymówek ziemia do skrzynek ruszyła. Rusza się też coś ze znoszeniem obostrzeń, z czego najbardziej cieszy mnie majowe zdjęcie masek w plenerze. Duszności dostaję na sam widok maski, choć w sklepie jakoś mi nie przeszkadza, tam jednak lepiej ją mieć. Są też szanse na małe przyjęcia z okazji nadchodzących ślubów, ale to będzie się klarowało bliżej terminów. Na razie jest tu i teraz, a w tym teraz Spis Powszechny – na który większa część mnie się buntuje ((permanentna inwigilacja), ale skoro trzeba, to trzeba. Wieści o odbiorze dowodu rejestracyjnego, czyli kolejna wizyta w urzędzie planowana. Zakup botków wiosennych po raz pierwszy z bonprix – nie trafiony z rozmiarem i przybywający ze skazą na lewym bucie. Zwrot na szczęście darmowy w ramach reklamacji, ale chyba już więcej nic tam nie zamówię. Mówiłam, że nie mogę kupować ubrań i butów przez internet. Zawsze coś nie tak! Nie ma to jak przymierzyć, przejść się w sklepie, dotknąć materiału. Także dobrze, że niedługo i sklepy będą otwarte.

Zanim jednak do sklepów, wyżywam się kulinarnie w nowościach. Nowościach dla mnie, bo przepisy znane na świecie od lat i preferowane przez wielu. Ale dla początkującego, zaskakujące i przyjemne w realizacji. Na pierwszy ogień poszedł pasztet z soczewicy, według przepisu Lenki. Z jedną modyfikacją na soczewicę czerwoną, bo zielonej na stanie nie było. Tak czy inaczej wyszło smacznie, idealnie do pieczywa i bez mięsa.

Z kolei od naszej Ani Pisarki, ślimaczki z ciasta francuskiego, robione na szybko z masą krówkową. W planach na kolejny weekend będą i z makową. Domyślam się, że i ta wersja zniknie w kilka chwil, także może na dokładkę zrobię jakieś łatwe ciasto lub babeczki. Chłopakom tego słodkiego ciągle za mało, ja staram się ograniczać ale jednak dla nich lepiej coś upiec niż kupować cukierki.

Dla równowagi od słodkości wybrałam się z koleżanką na dalszy spacer po warzywa, takie świeże, pachnące, prosto z rynku. Nadźwigałam się ogórków gruntowych, nareszcie smacznych, twardych. Do tego dołożyłam pomidory malinowe, pyszne rzodkiewki i świeży czosnek. Powstało wczoraj spaghetti na mięsie drobiowym, jeśli zostanie dużo makaronu planuję zapiekankę z warzywami i może potem odważę się zrobić po raz pierwszy risotto i pierogi z mięsem. Mobilizacja do pichcenia jest, w tle jakiś film (w temacie kulinarnym polecam „Ugotowanego”) lub serial. W międzyczasie mycie okien, łazienki, sadzenie kwiatów, a popołudniami plac zabaw z Małym (póki nie pada), potem wieczór z Mężem, książka przed snem i zmyka ten czas jak szalony..

Rodzinnie

Urodziny Bratanka trafiły na dzień z dobrą pogodą. Taką przy której można poszaleć na placu zabaw, pospacerować w lesie i załapać się na gofry pod gołym niebem. Jedyny minus, że na ten sam pomysł spędzania czasu wpada wówczas pół miasta. Nic dziwnego, każdy już ciepłej wiosny spragniony.

A gdy chłodniej się robi, znów zmykamy w cztery ściany i szukamy pomysłów, jak tu przy dziecku, w kolejnym tygodniu bez przedszkola, nie zwariować. Tym razem padło na wspólne pieczenie babeczek i intensywne dekorowanie ich lukrem z kolorową posypką.

Ku uciesze chłopaków i mej zgryzocie, jak odrobinę zjeść ale żeby w boczki nie poszło;) Co do boczków, to obrany kierunek powoli daje efekty. Dopięłam się ostatnio w spodnie, w które już dawno nie wchodziłam, a w ulubionej koszuli zrobiło się troszkę luźniej. Byle to utrzymać, najlepiej na stałe, dołożyć do tego spacery, trochę ruchu i będzie dobrze. Kiedy zrobi się cieplej, łatwiej będzie umykać od pokus i spędzać jeszcze więcej czasu poza domem.

Tu przy trzech orłach, w wersji mniejszej.

Próby kulinarne

Mężuś postanowił uświetnić dzień kobiet kwiatami i goframi, które wreszcie urosły tak, jak trzeba. Jeszcze musimy wyczuć ustawienia w gofrownicy i przetestować przepis na ciasto od Leny. To dołączone do sprzętu wyszło za twarde, ale przynajmniej upieczone w środku, a nie jak poprzednie gumowate i niezjadliwe. Mały narysował laurkę z serduszkami, z sobą i mamą w roli głównej. Rysować lubi, ale jego rysunki są malutkie (jak moje kiedyś). Takie drobne i nieśmiałe. Próbuję go trochę otworzyć na tę dużą białą kartkę, by nie bał się rozmachu, by nabierał pewności siebie. Mnie do tego namawiał Tata i dzięki niemu próbowałam sił w szkicowaniu węglem, w malowaniu akwarelami. Zawsze to lubiłam, ale większego talentu zabrakło. Ot takie tam kopiowanie już istniejących kształtów i obrazów. Kursy plastyczne jednak swoją rolę odegrały, a przyjemność z rysowania pozostała do dziś.

W kuchni za to brak talentu nadrabiam nieustającymi próbami, a to przy kopytkach, leniwych, różnych sałatkach, kotlecikach z fasoli i zupach bez mięsa, lub z niewielką jego ilością. Ostatnio naszło mnie na placki ziemniaczane, za które do tej pory sama się nie zabierałam, z racji pokaleczonych palców na tarce. Tarka wreszcie zastąpiona robotem kuchennym, a efekt końcowy wart obierania i wietrzenia po smażeniu.

Żeby nie było za tłusto i dla równowagi, dużo warzyw, które już coraz lepsze w smaku. Ale i tak doczekać się nie mogę wiosennych nowalijek i tych moich ziół z balkonu. Skrzynki dotarły, pora poczytać, jak się za ten domowy ogródek zabrać, żeby cokolwiek tam urosło. Jeszcze tylko niech mrozy ustąpią, bo teraz nawet na balkon wychodzić się nie chce.

A skoro nie na balkon, to do kolejnej próby – na ciasto pierogowe. Drugi raz w życiu zrobiłam podejście do pierogów, przepis dostałam od koleżanki i oczywiście nie obyło się bez problemów, jej szklanka miała inną pojemność niż moja;) Trzeba było dosypać mąki i ciasto przestało się kleić. Na dokładkę wyszło tak dobre, że Mąż, który nie przepada za pierogami ruskimi zajadał ze smakiem i poprosił o dużą porcję do pracy. Kilka sztuk udało się zamrozić, ale reszta zniknęła w dwa dni. Już nie mogę doczekać się letnich owoców, to może i Mały pierogi będzie zajadał. Jedyny minus, że roboty przy tym dużo, a i bałaganu nie da się uniknąć. Mimo wszystko. Warto:)

Odliczanie

Wzięło nas na placki ziemniaczane, nie robione w domu z racji niechęci do tarcia ziemniaków i zapachów, jakimi wtedy mieszkanie nasiąka. Placki jedliśmy okazyjnie, w restauracjach, nad morzem lub innych wyjazdach. Tymczasem okazało się, że wcale trzeć nie trzeba, a i otwarte okno wystarczy. Ziemniaki wrzuciliśmy do miksera, choć można było i do robota kuchennego. Tyle, że robot za duży na niewielką, próbną ich ilość. Na weekend planowany jest więc skok na rynek, po dobre ziemniaki (nie miałam pojęcia, że jest tyle odmian). Cebulę już kupiłam, Mężu chce zrobić tak zwany „gzik”, który jedzono tradycyjnie do „plęcków”, u niego w rodzinie. U nas jadło się głównie z cukrem i śmietaną, ale chętnie wypróbuję wersję z twarożkiem. Na dokładkę chcemy zrobić drugie podejście do pierogów własnej roboty, dla chłopaków z mięsem, dla mnie ruskich. Sprawdzony przepis na ciasto dostaliśmy do koleżanki, dla której pierogi to pikuś. Ale chciałabym jeszcze poznać dobry przepis na mięsny farsz, żeby chłopakom smakowało. Kto wie, może jak nas poniesie, to i z kapustą i grzybami zrobimy. Żeby się do świątecznego menu dołożyć.

Na razie odliczanie włączone i uwierzyć nie mogę, że został tylko tydzień do Wigilii. Pogoda za oknem w ogóle nie wskazuje na zimową porę (+7), ale miasto przybrane choinkami i światłami, więc spacery przy tej aurze są całkiem przyjemne i do Świąt nawiązujące..

Nawet naszego Marynarza ubrano w odpowiedni strój 🙂

A Szczecińska Agencja Artystyczna nagrała piosenkę dodającą otuchy w tym porąbanym czasie. Marynarz i choinka z naszego zdjęcia się tam znalazły i kilka innych zakątków ze spacerów. Choć chciałoby się i w góry pojechać tej zimy, to raczej przyjdzie góry powspominać i tyle. Zakaz przemieszczania się, narodowa kwarantanna, zamknięte hotele, stoki narciarskie i godzina policyjna w Sylwestra. Bezprawnie.

Nic to, jeszcze będzie pięknie, jak śpiewają nasi artyści, poza tym piękno i światło w duszy przecież są i tam niech nigdy nie gasną. Spokojnego weekendu, jeśli choć trochę taki ma szansę być.

Poimieninowo

W imieninowy poranek Mały przywitał mnie laurką, którą już od tygodnia ukrywał w swojej szufladzie. Wyściskał, wycałował i trzeba było lecieć do przedszkola.

Za to po powrocie miałam czas na pieczenie ciacha i szykowanie deseru lodowego z galaretką i bitą śmietaną dla moich domowych łasuchów, ze mną włącznie. Za to obiecałam sobie, że od nowego tygodnia ograniczam słodkie do minimum i jeśli tylko się uda, przechodzę na potrawy mniej mięsne. Nie wiem czy dam radę, ale próbować będę!

Jeden z prezentów od Męża jeszcze przede mną, gdyż karta podarunkowa do kosmetycznego ma długą datę przydatności. Ale znając siebie ruszę w regały jeszcze w tym tygodniu. Po pierwsze dlatego, że ten cały Black Week przyciąga promocjami, po drugie, bo uwielbiam kosmetyki. Testować, używać i kupować (albo choć oglądać na półkach). Zresztą nie tylko kosmetyki, przez te zniżki szalone – tym razem nie udawane, bo wiele sklepów musiało pozbyć się towaru z zamkniętych galerii – nabyłam dodatkowe dwie pary butów, o których już od roku marzyłam. Niby miałam tej zimy nic nie kupować, ale jak tu nie skorzystać. Zresztą nie da się nic nie nabyć, kiedy Mikołaj tuż tuż, a i pod choinkę Bratankowi prezent trzeba zrobić. Dla Małego drobiazgi do buta już są, na Święta jeszcze jakieś klocki by się przydały. Niby galerie już otwierają, ale na razie się tam nie wybieram. Wybieramy za to spacer z rodzicami na weekend, oczywiście w maskach i z dystansem. Ale choć na trochę, żeby wnuczek po dwóch miesiącach dziadków zobaczył i ich nie zapomniał. Miłego weekendu..

Od Męża.. with love..

Trochę

To „trochę” z lepszą energią nie trwało zbyt długo. Dookoła smutne wieści, u bliskich mi osób wirus w rodzinie, u koleżanki brat odchodzący za tęczowy most, któremu już pomóc nie można i tylko pożegnanie zostaje. Rodzice moi coraz bardziej zestresowani, tracący siły na siedzeniu w domu i słuchaniu tych wszystkich ciężkich wiadomości (teraz jeszcze ataki we Francji, jakby wirusa było mało). Od czasu do czasu Tata jedzie w sprawie pracy, albo na zakupy się wybiorą . Mama dzwoni codziennie z zapytaniem, czy jesteśmy zdrowi, jak się czujemy. Słychać stres i troskę.

Tymczasem jakoś się trzymamy, życie toczy się dalej, trzeba do sklepu pojechać, kurtkę na zimę kupić, apteczkę zaopatrzyć. Mały drugi cały miesiąc chodził do przedszkola (aż szok) – choć nauczycielki zaczynają coś mówić o zamknięciu i tego przybytku. Mąż na razie pracuje jednozmianowo, ale i tu są słuchy, że zmiany może wejdą i trzy. Jak to wszystko się potoczy, czas pokaże. A na razie staram się łapać najdrobniejsze choć chwile spokoju, lekką książkę, czy choćby tworzenie w kuchni, przy serialu. Gotowanie sprawia mi coraz większą przyjemność i chętniej chce mi się sięgać po nowe przepisy. Tym razem przemycałam otrzymaną od Zosi dynię w napojach z sokowirówki, z mandarynką i jabłkiem i w zapiekance makaronowej, z której i tak moje chłopaki jej kawałki wyławiali. Jakby normalnie czujnik przeciw-warzywny posiadali.

Dziś jedziemy na cmentarz do moich Dziadków, a na jutrzejszy wieczór zapowiadana kolejna manifestacja kobiet, do której planuję się przyłączyć wraz z koleżankami. Obawy o wirusa są, ale w słusznej sprawie trzeba walczyć i nie wolno pozwolić na ograniczanie ludziom wolności wyboru. To co się ostatnio wyczynia w naszym kraju przechodzi ludzkie pojęcie.

Rybka lubi pływać

Tańce tańcami, ale i w domu podziałać trzeba. Ostatnio nawet dość kulinarnie się rozszalałam, po pysznej potrawce naszej Ani przyszła pora na przetestowanie specjałów Leny. Powstało więc spaghetti z sosem pomidorowym i kulkami białej kiełbasy, mocno czosnkowe i aromatyczne, którym zachwyceni jesteśmy wszyscy. Oraz jego druga wersja, bez mięsa, ze szpinakiem, serem i podprażonymi płatkami migdałowymi, którą zajadałam się sama bo wiadomo, dla moich panów bez mięsa absolutnie nie, a szpinak to zło wcielone 😉 Z tego co widzę u Leny, do przetestowania jest jeszcze masa kombinacji dodatków do spaghetti i będzie w czym wybierać jesienną porą.

Tymczasem w nadchodzący klimat idealnie wpasowało się do pokoju nowe akwarium, dużo mniejsze od poprzedniego (30 litrów zamiast 112), ale też rozświetlające wieczorne mroki i nadające przestrzeni przytulności. A na dokładkę uczące Małego opieki nad zwierzątkami, które jak na razie sam chętnie karmi i ogląda z zaciekawieniem.

Do tej pory ryby widział głównie w jeziorze, ewentualnie złowione przez dziadka. Ale te bardziej mu się podobają, bo po pierwsze są jego, a po drugie mają kolorowe ogony i podpływają, gdy wsypuje im jedzenie. Pierwszego akwarium w ogóle nie pamięta, Mąż zrezygnował z jego posiadania gdyż przy małym dziecku i pracy ciężko było o czas na porządki i wymianę takiej ilości wody. Teraz mam nadzieję pójdzie lepiej. A żeby nie zapomnieć o tym, co było oddałam kolejne zdjęcia do wywołania. Tym razem, zgodnie z obietnicą, nie zbierałam siedmiuset sztuk, tylko po stu czekam już na dostawę. Albumy też czekają i z przyjemnością pooglądamy je jesienną porą, przy podświetlonym akwarium i zapalonych świeczkach, do których teraz chętnie wracam.