Czarnuszka

Wzmacnianie odporności trwa. Za radą mamy małej Zosi  zaopatrzyliśmy się w olej z czarnuszki. W smaku okropny, ale ponoć ma szereg korzystnych właściwości i jej córka rzadko choruje. Mały niechętnie to to łyka, szybko musi popijać, ale dzielny jest i daje radę. Na razie odpukać nie łapią go przedszkolne wirusy, choć widać wielu z katarem i kaszlem. Pojawił się za to coroczny problem, jasnofioletowe obwódki pod oczami, które najprawdopodobniej znowu oznaczają obniżony poziom żelaza. Czyli w następnym tygodniu wizyta u pediatry po skierowanie na morfologię i Fe. Przy okazji zrobię swoje zaległe badania laboratoryjne, po suplementacji. 

 

Byłam z Małym u dziadków, na pogaduchach i zabawach. Mężu w tym czasie odsypiał poranne pobudki i odpoczywał po pracy. Babcia jak zawsze obdarowuje wnuczka jakimiś drobiazgami, zabawkami, albo książką z dawnych lat. Na rynku obok siebie znalazła regał gdzie książki można wymieniać, zostawiać własne, przeczytać, zwrócić bądź zabrać. Coraz częściej widuję takie regały i miejsca darmowych wypożyczalni. I w pełni je popieram. 

 

Masaż ukoił ból między łopatkami, nie czuję już spięcia. Ale za to pobolewają mnie insze kręgi, zapewne po akcji ich naruszenia. Po dzisiejszych ćwiczeniach czułam już zmęczenie materiału. Także dobrze, że weekend przed nami. Zapowiada się słoneczny, a że ostatnio popadało to rodzice jadą na grzyby. Może i nam uda się wybrać na spacer po lesie i jakieś małe polowanie. Na wszelki wypadek zabiorę lekką czapkę i chustę. Trzeba słuchać tych, którzy z miłości dobrze radzili by chronić głowę przed wyziębieniem. Nie słuchałam i teraz o zatoki muszę dbać ze zdwojoną siłą, zwłaszcza w te jesienne dni. 

W chwili na film wrzucałam ostatnio na ekran, „Niewinne kłamstewka”,  „Tajniacy:Mniejsze zło”, „Życie jest piękne”, „Ugotowany”, „Wiek Adaline”, „Człowiek na krawędzi”, „Idealny mąż”, „Na karuzeli życia”, „Malowany welon”, a na wspólne, jesienne wieczory czekają do obejrzenia „Nasze najlepsze wesele”, „Dorian Gray”„Na plaży Chesil”, „Słaby punkt”„Marsylski łącznik”. Tymczasem na weekend Gandalf w innym wydaniu 🙂 

  

 


Przypomnij mi

Kolejne ćwiczenia za mną, po tygodniu miałam zniżkę formy. To chyba taki przełom. Organizm przyzwyczaja się do regularnego ruchu, ale jeszcze próbuje się buntować 😉 Dobrze mi ze świadomością, że robię coś dla siebie. Nie tylko dla rodziny, dla domu. Kiedyś w większości człek zajmował się sobą. Nauką, zabawą, tańcem, własnym rozwojem, pracą. Rodzice troszczyli się o całą resztę. Oczywiście do czasu. Potem ilość obowiązków wzrastała. Tymczasem warto w całym zabieganiu zrobić coś dla siebie i o sobie nie zapominać. O tym co się lubi robić, o czasie na książkę, film, czy spotkanie ze znajomymi. Teraz gdy czuję, że wolny czas powoli się kurczy łapię też ćwiczenia, siedzę w fotograficznych ustawieniach i zaczęłam przypominać sobie angielskie formułki (za podstawy francuskiego też się kiedyś wreszcie wezmę!). Na razie lekcje internetowe, dużo powtarzania i mówienia. Szufladki w pamięci otwierają się opornie, ale na szczęście coś tam jeszcze pamiętam. 

 

W tym miesiącu o płatnych konwersacjach mogę zapomnieć. Po pierwszym zebraniu w przedszkolu wzrosła liczba wydatków. Wyprawka, ubezpieczenie dziecka, rada rodziców, piłki, tańce i rytmika plus opłata za przedszkole. Nie ma lekko. Na dokładkę kolejna wizyta w aptece, bo choć Mały czuje się dużo lepiej to katar przeszedł na nas. U Męża na dokładkę z gorączką. Chorują wszystkie dzieci Pauli, w przedszkolu pierwszy wirusowy pogrom, a to dopiero początek. Trzeba się uzbroić w wytrwałość i zapas lekarstw. I wierzyć, że z odpornością będzie z czasem coraz lepiej..

 

Trafiłam niedawno na bloga, w którym dwie zakochane osoby piszą do siebie (choć to może być blog wykreowany przez jedną osobę, forma książki). Widują się od czasu do czasu, opisują swoje przeżycia z każdego spotkania, tyle w tych słowach emocji, pasji, miłości. Przypominaliśmy sobie wczoraj z Mężem nasze pisanie, pierwsze spotkanie, rozkwitające uczucie. Miłe wspomnienia. Tych wspomnień jest już tak wiele, a każdy dzień niepowtarzalny. Teraz gdy dziecko łączy nas jeszcze bardziej, czuję jaki to dar. Dobre uczucia, wspólna droga, połączenie, rodzina. W uczuciowym klimacie włączyłam sobie film „Lepiej późno, niż później” i piosenkę Zaz..


..jeśli kiedykolwiek zapomnę moje najbardziej szalone marzenia .. przypomnij mi 🙂


 


Na weekend

Mało dydaktycznie, ale przyznaję się, że zrobiłam wczoraj Małemu wagary. Dzień upalny (32st.), przed zapowiadanym deszczem, postanowiłam spędzić z nim nad wodą. Tym bardziej, że i rodzina Tadzia jechała na baseny. Chłopaki mogli więc poszaleć w wodzie, z przerwami na piaskowe babki i przekąski jadalne. Od rana do wieczora. Na dokładkę jechaliśmy autobusem i tramwajem, czyli dodatkowe atrakcje zapewnione.

Z Paulą i jej mężem zamiennie opiekowaliśmy się maluchami. A gdy ich najmłodsze zasnęło zabrałam pozostałą trójkę na pływanie i wykończeni rodzice mogli się zdrzemnąć razem z nim. Mały przeszczęśliwy, skakał do wody, właził na małą fontannę, próbował pływać, bawił się zabawkami na wodę i o 18.30 jeszcze nie chciał do domu wracać. Cud, miód i bąbelki.

 

Super oglądać radość dziecka. W nocy już deszcz i po południu też ma lać. Na weekend trzeba więc zapakować tę radość w kieszeń, włączyć coś sympatycznego dla ucha i poczekać na kolejne promienie słońca 🙂

 

 


Cenny czas

Słoneczne dni były i się zmyły, ale i deszcz się przyda, niezaprzeczalnie.. Byle nie na weekend. Wystarczy domowego uziemienia, gdyż jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą. A jak się nudzą, to trzeba włączyć tryb kreatywny. Idą w ruch puzzle, plastelinki, klocki, domino, wyścigi samochodowe, piłka i co mnie cieszy – gry planszowe. Że o grze karcianej w wojnę nie wspomnę. Zwłaszcza, że nasz smyk wygrywa prawie raz za razem i to bez kantowania.


Póki jeszcze się nie rozpadało złapałam z nim plac zabaw, jakieś małe zakupy, odwiedziliśmy dziadków, którzy wrócili znad jeziora. Wydrukowałam bilet na Męskie Granie (jupi!). I trochę, przy pomocy bajek, nagotowałam zapasów obiadowych. Tłumaczyłam Małemu, że muszę zająć się domem, że naczynia trzeba umyć, pranie zrobić. I dziś w nocy, przy czytaniu książki pani Gargaś („A między nami wspomnienia”) mną tąpnęło. Łzy lały mi się strumieniami. Matka traci tam dziecko. Dotarło do mnie, że porządki i wieczne ogarnianie przestrzeni nie są warte poświęcania im zbyt dużej ilości czasu. Że najważniejszy jest czas dla synka. Zabawa z nim, rozmowy, gilgotki, śmiechy i dbanie o to, by zawsze czuł się kochany i rozumiany. Bałagan poczeka. Kiedyś chrzestna Małego powiedziała, że jej syn poszedł już na studia, ciągle nie ma go w domu, a ona ma masę czasu na sprzątnie. Może sprzątać od południa do wieczora, codziennie. Czysto u niej idealnie i cóż z tego. Oddałaby wiele, by wróciły tamte chwile gdy syn był malutki, gdy się do niej tulił i chciał się wspólnie bawić.


Tak właśnie. Teraz jest nasz czas. Jeszcze kilka lat i Mały nie będzie chciał się bawić z nami. Będzie wolał kumpli i latanie z nimi po podwórku. Pomijając nos w grach komputerowych, tabletach, telefonach itp. od których trzeba będzie go pewnie odciągać.

Chciałabym by lubił z nami wyjeżdżać, by wolał plener niż siedzenie przed ekranem. A może nawet jakiś wspólny wypad na koncert, choć jeszcze nie wiadomo jaki rodzaj muzyki wpadnie mu w ucho.. U mnie ostatnio w towarzystwie Korteza, Zalewskiego i Podsiadło zagościł Limboski. I jeśli się uda, to i jego niedługo usłyszę w wersji koncertowej. Już za chwileczkę, już za momencik.. W środku już wszystko tańczy 🙂

 

 


Spać

Tyle razy powtarzam sobie, żeby nie kłaść się w dzień. Nie mogę drzemać nawet 15 minut, bo potem problem z zaśnięciem. Brak nastawionego budzika w niedzielę skutkował całkowicie nieprzespaną nocą. Położyłam się po długim spacerze z Małym i wsiąkłam na 1,5 godziny. A moi mężczyźni, z dobrego serca, dali mi pospać.. Niestety 😉 


Całą noc do 6 nad ranem czytałam książkę. Dobrze, że była na tyle wciągająca, że się nie nudziłam i zdążyłam ją skończyć. Wreszcie zasnęłam, a tu.. pobudka o 7,15. Potem cały dzień musiałam się pilnować, żeby nie przysnąć nawet na chwilę. Nie ma lekko. Dziecię na wakacjach nie ma problemów z porannym wstawaniem. Śpi mocno przez bite 10 godzin i wstaje 7,15 radosny jak skowronek. Codziennie pyta czy jeszcze ma wakacje i wołając Huullaa! wyciąga mnie z wyrka. Mamuś musimy wstawać, sam się ubiolę, chcę bajkę! Baw się ze mną, układamy wieżę albo galasz? 

Dziecko moje kochane 🙂 Chciałabym włosy umyć, pranie czeka, rosół ugotować, jakieś kotlety, czy gulasz zrobić. Żeby mój głodomorek miał co jeść. Bo jeść chce co chwilę, najchętniej słodkie. Dobrze, że znów jabłka weszły do menu, że czasem pochrupie surową marchewkę i zielony ogórek wrócił do łask. Wprawdzie porcja jak dla wróbelka, ale zawsze coś. Za to mięcho to by jadł non stop i na szczęście zupy lubi, prawie wszystkie. 

 

Poszliśmy na spacer z Moniką po jej syna do przedszkola, zanieść mu prezent urodzinowy i spędzić trochę czasu na placu zabaw. Wczoraj z Mamą na ślizgawki przy jej osiedlu i układanie puzzli u dziadków w domu. Po południu Mężu przejmuje zabawianie smyka, żebym mogła posprzątać łazienkę, kuchnię i odsapnąć chwilę w te nasze pseudo wakacje. Które mam nadzieję za jakiś czas nabiorą bardziej letniego wymiaru. Na plaży, na relaksie poza domem, choć kilka dni bez gotowania i w słońcu, bo pogoda znowu cudna. Na razie doleczamy katar i inhalacje w toku, bardziej domowe te wakacje, ale powoli idą w dobrym kierunku..

 

 

 

 

dom..

Kumulacja

rose

 

Kwiatki na zakończenie przedszkola rozdane, były miłe słowa od pani dyrektor i moje wzruszenie. Urodzinowo-imieninowe spotkania również za nami. Dobrze, że już zaczęliśmy łączyć te święta, bo gdyby każde obchodzić osobno, to co kilka dni impreza. Nie żebym miała coś przeciwko, ale ponad miesięczna kumulacja robi swoje.

Ostatnio zaprzątały mnie poszukiwania prezentów. Zawsze chcę by było coś słodkiego, coś praktycznego i jakiś drobiazg od serca. I wcale niełatwo znaleźć coś odpowiedniego, mimo, że to dla najbliższych. Tym bardziej, że wszyscy są już na takim etapie, że co chcą to mają. Wiadomo, że prezenty nie są w tym wszystkim najważniejsze, ale zawsze lubiłam obdarowywać innych i nadal sprawia mi to ogromną przyjemność. 

 

Brat z Anią zaprosili nas do restauracji nad jeziorem. Wraz z rodzicami odpoczywali w domkach już od czwartku. Też mieliśmy dojechać na cały weekend, ale wietrzna pogoda, chłodniejsze noce i niedawne przeziębienie u Małego pokrzyżowały plany. Pogoda taka w kratkę, że momentami głowę chciało urwać, by za chwilę grzać porządnie, gdy słońce wyjrzało zza chmur. Co chwilę bluzy zakładane, zdejmowane, chowanie się przed wiatrem i nieunikniony wiatr nad samym jeziorem. Wróciliśmy z katarem, ale fajnie było. Spotkanie, pogaduchy, zabawy z Małym. Pyszny obiad i spacer zakończony występami dzieci. Pomiędzy nimi, znienacka, gotujący Kevin Aiston i festyn na którym z chęcią by się dłużej zostało. Tymczasem dzień pełen wrażeń mija w moment i trzeba wracać, by synek na wakacjach nie przestawił się na zbyt późne usypianie. Już zresztą ciężko dziecku wytłumaczyć, czemu ma iść spać gdy za oknem tak jasno.. 

 

 

 

wietrznie-słonecznie

Prześwit

prześwit

 

 

Od początku tygodnia słońce próbuje przebijać się przez chmury. W dniu grilla z Moniką i jej chłopakami do samej godziny zero brakowało pewności, czy zaraz nam deszcz nie spadnie. Nie spadł. Rozłożyliśmy wałówkę i wszelkie słodkości na stole z wielkiego pnia drzewa. Upieczone kiełbaski robiły za obiado-kolację, a na deser Monika przyniosła sernik. Obdarowali mnie bukietem kwiatów i breloczkiem z Rodos. Wspomnienia z podróży, zabawy chłopaków na pobliskim placu zabaw i fajny czas spędzony razem. Trochę tego czasu było mało żeby się nagadać, ale cieszyłam się, że wreszcie udało nam się spotkać we dwie rodziny. 

 

Obie stwierdziłyśmy, że ten rok przedszkolny minął w moment. Jesteśmy już po zebraniu i podsumowaniu postępów Małego, niedługo pożegnanie i od września starsza grupa i przeniesienie do nowej sali. Dobrze, że panie się nie zmieniają, bo Mały już tę zmianę przeżywa. Dostał dyplom za udział w zajęciach z piłkami, a w następnym tygodniu zakończenie tańców. Aż się wierzyć nie chce, że zaraz będą wakacje. Na szczęście nie musimy kombinować opieki, ani łapać dyżurów w innych przedszkolach. W domu za to muszę łapać czas na sprzątanie i ogarnianie przestrzeni, bo później już szkrabek będzie mi się tu codziennie kręcił. Robię też porządki w szafie, chcę wystawić na sprzedaż dwie, zbyt krótkie już spódnice i strój kąpielowy, ani razu nie założony. 

 

Przyda się każda złotówka, bo zbliża się przegląd auta i niemałe oc do zapłacenia. A na dokładkę człek by chciał zrealizować wyjazd na Męskie Granie, na które po długiej walce koleżance Kamili udało się upolować bilet. Dwa tygodnie temu 72 tysiące osób o tej samej godzinie zasiadło do logowania! Na jedynej stronie prowadzącej sprzedaż. Strona padła, co było do przewidzenia. Nie wiem, czemu nikt nie pomyślał, żeby zrobić osobną dla każdego miasta organizującego koncerty. W drugim podejściu udostępniono strony dwie, ale i dziewczyny (rzucając na ten czas pracę) również podwoiły siły. Najważniejsze, że się udało i przy dobrych układach (zdrowotno-dojazdowych) zobaczę Korteza, Podsiadło i Zalewskiego, life.

Taniec radości oddtańczony 🙂 

 

 

 

We dwoje

Ochłodziło się trochę, dzięki czemu pewnie wielu odetchnęło.. ja też, choć brak mi jednak słońca. W słońcu świat wygląda bajecznie i od razu jest więcej energii. Przydałaby nam się ładna pogoda na weekend, bo w planach nasz wspólny urodzinowy grill. Rodzinka już zapowiedziana, Sylwia z Hanią i Anią zaproszone. Po drodze jeszcze festyn rodzinny z Małym. A tu jakieś deszcze na horyzoncie, które na razie straszą ale na szczęście nie padają. No cóż, pożyjemy, zobaczymy jak to będzie..

 

Na razie robię pod tego grilla zakupy mięsne, warzywne i do pochrupania. Najwyżej upiecze się kiełbaski i karkówkę w piekarniku, choć jednak impreza w plenerze bardziej mi się uśmiecha. Mały był teraz na wycieczce agroturystycznej, znowu jechał autokarem, widział konie i przeżywał zabawy na świeżym powietrzu z dwiema przedszkolnymi grupami. Wrócił wprawdzie z katarem, ale już rozpoczęłam akcję przywracania odporności i mam nadzieję, że nic mu się nie rozwinie. Trzymał się bez chorowania tak długo, że się człek do dobrego stanu przyzwyczaił.

A skoro już w temacie stanu zdrowotnego, to moje zawroty głowy po dawkach żelaza się zmniejszyły. Nadal jednak mam momenty że obraz umyka i wzroku skoncentrować nie mogę. Dziś wizyta u okulisty, ustalimy czy to ten kierunek. Powinnam jeszcze laryngologa odwiedzić, żeby mi sprawdził ciśnienie w uchu wewnętrznym (nie wiedziałam, że takowe posiadam), choć według mnie, to mój odwieczny problem z błędnikiem, który właśnie się nasilił. Dobrze, że filmy oglądać mogę, bo ostatnio całkiem fajne trafiamy. Trochę akcji, sensacji i bardzo dobry melodramat „Bliżej” z Natalie Portman, Julią Roberts, w którym do kompletu jeszcze panowie – Jude Law i Clive Owen wystąpili. Mały zasypia o 21, więc dwie godzinki dla siebie mamy.. A ten wspólny czas przecież taki cenny.. 

Dziś nasza rocznica ślubu. Tak niedawno bawiliśmy się na weselu, oświadczyny nad greckim morzem – jakby wczoraj, pierwszy wspólny spacer, pocałunek.. Ach te emocje 🙂 

 

 

 


Zakwitły

Początek tygodnia nigdy nie rozpieszcza..chyba, że jest początkiem urlopu. A że jeszcze nie jest, to pranie, sprzątanie i zakupy targane na raty witają mnie niezmiennie. Nowy miesiąc, więc i rachunki wszelakie do popłacenia, w przedszkolu też już wcześniej upominają się o należności. Nie mogę uwierzyć, że zbliża się koniec szkolnego roku. Dopiero co się zaczynał.. a tu teraz atrakcji na zakończenie masa. Dzień sportu, czytanie w ramach akcji cała Polska czyta dzieciom, a dzisiaj dyskoteka w eleganckiej koszuli z tej okazji. Dzieje się dużo i całe szczęście, że Mały może korzystać z tych dobroci. Po przedszkolu odwiedziny u Dziadków i kolejny prezent z okazji Dnia Dziecka. Klocki lego zaczynają dominować nad dużymi klockami i coś czuję, że pochłoną Synka, tak jak i kiedyś, za dzieciństwa, Męża. Niech sobie chłopaki budują te swoje maszyny, na jesienne wieczory będzie zabawa w sam raz.

Teraz trzeba korzystać z pogody i śmigać na podwórko kiedy tylko wolna chwila. Nawet na balkon chce mi się co chwilę zaglądać. Małe pelargonie poszły w górę i zakwitły wreszcie, choć myślałam, że nie dadzą rady. Takie to było delikatne, drobne, a tu proszę..

 

 

 kwitną

 

 

 

Mi też jest kwitnąco, jak zawsze na wiosnę.. no może prócz efektów kichania, przy trawiastych pyłkach. Ale czerwiec już się rozkręca i z nim przychodzi letnie ukojenie alergii i plenerowe szaleństwo. Chce mi się nad morze, nad jeziora, rzeki.. Tymczasem na razie idę na piknik z Mamą, z okazji zakończenia kolejnego roku trwania jej chóru. Będzie ognicho i zapewne śpiewy chóralne, a capella 😉

Nad Odrą natomiast już niedługo Chór Akademii Morskiej, muzyka Lady Punk, Lanberry, później lata 90’te i szanty w ilości hurtowej z żaglowcami w tle.

A na początek.. „Początek”, który nie dość, że w ucho wpadł to nakręcił mnie niesamowicie na Męskie Granie. I tylko trzymam kciuki, żeby koleżance udało się złapać dla nas bilety. Jak tylko się pojawią znikną w moment, więc trzeba rozpocząć polowanie.

 

 

 


Muzyczne emocje

Działo się w ten weekend, oj działo.. pozytywnie w każdym momencie. W piątkowy wieczór złapałam Hanię z Kasią do auta i po dłuższym poszukiwaniu parkingu zakotwiczyłyśmy nad Odrą. Wśród ogromnego tłumu studentów i młodzieży starszej. Na całych bulwarach, jak okiem sięgnąć, rozsiedli się ludzie świętujący Juwenalia. Odżyły wspomnienia i moje studenckie czasy.. Świetne imprezy i niesamowite koncertowe przeżycia. Tym razem też ich nie zabrakło.

I kto by pomyślał, że Krzysztof Krawczyk zrobi taką furorę wśród młodych? Że sami wybiorą, by to właśnie on wystąpił podczas ich święta. I że 72 letni piosenkarz, da taki koncert podczas którego wszystkich wzruszy i rozbawi. Coś niesamowitego! Świetny głos, masa emocji, falujący, roztańczony i rozśpiewany tłum. Większość zna jego piosenki na pamięć, zwłaszcza, że zagrał same największe przeboje. Były Parostatek, Jak minął dzień, Chciałem być, Mój przyjacielu, Bo jesteś Ty i wiele innych. 

 

 

 

juwenalia

 

 

 

W przeciwieństwie do Dżemu, który przez trzy czwarte czasu grał nowe, nieznane przeboje. Wynudzając nas niezmiernie, do stanu ziewania i marzeniu o poduszce. Dopiero pod koniec koncertu rozkręcił tłum Wiktorią, Czerwonym jak cegła i na zakończenie śpiewając Whisky. A tak zero kontaktu z publicznością, brak charyzmy i smęcenie. I całe szczęście, że później nadeszła lepsza muza. Przy Bass Astral x Igo obudziłam się całkowicie. Nogi same poszły w ruch. Chłopaki z humorem, wyluzowani i ze świetnym podejściem do słuchających. Grali energetycznie, elektronicznie i z euforią godną wielkich koncertów. Choć akurat ich z chęcią posłuchałabym i na mniejszej scenie, bardziej klimatycznej. Mimo wszystko odżyłam, a tu pora była wracać by zasnąć o 2 w nocy, ze świadomością pobudki o 7..

 

 

 


 

Nie ma lekko, ale że prócz tego była i świadomość dnia spędzonego z rodzinką, dałam radę. Święto Mamy spędziliśmy w restauracji podającej najlepsze placki ziemniaczane, jakie do tej pory jadłam poza domem. Brat miał dobry nastrój, więc czas upływał w miłej atmosferze. Na dodatek sprezentował całej ekipie bilety na charytatywny mecz siatkówki z gwiazdami. Gwiazdami byli mistrzowie w siatkówce, światowi i krajowi. I niemistrzowie, tacy jak Bilguun i Misheel z Rodzinki zastępczej. Największą jednak atrakcją dla Małego były przebrane smerfy, cheerleaderki, balony i gryf przybijający piątkę. Najmniejszą hałas na wielkiej hali, dlatego nie dotrwaliśmy do końca imprezy. Zmykając do rodziców na deser lodowy i pogaduszki.

A w niedzielę niespodziewana wizyta cioci Iwony, chrzestnej Małego. Pierwsze prezenty na Dzień Dziecka i wyjście w plener na wielki piknik pasji – Pod Platanami. A tam stoiska z różnościami, naturalnymi wyrobami, ozdobami, miejsca do gry w piłkę, pokazy tańca, malowanie Minionków i twarzy smyka, tym razem w wersję tygrysa. I przede wszystkim nasz wspólny czas, który jest z tego najcenniejszy..