I wyciszenie

Po ekspresowym tygodniu nadszedł czas na relaksacyjny weekend. Taki w pełni, bez gotowania, szaleństw domowych i zadań specjalnych. Z widokami w podróży do Zosi i z powrotem..

Z leniuchowaniem u niej na kanapie – co dla moich pleców ostatnio zbawieniem. Z czytaniem książki – zabrałam się wreszcie za cykl „Kobiety z ulicy Grodzkiej” i przepadłam z kretesem. Zaliczyłam też wizytę na ryneczku, ale z racji padającego deszczu niewiele udało się zobaczyć. Za to wieczorem wyruszyliśmy na naszą randkę we dwoje – do kina – na film „Teściowie” i choć to tragikomedia, bawiliśmy się przednio. Świetna gra aktorska, atmosfera pseudoweselna (można powiedzieć czwarte wesele w tym roku;)), dużo śmiechu i odstresowanie. A dla nas też czas po kinie na rozmowy, przegadanie tematów czekających w kolejce – tych ważnych i tych mniej. I dużo czułości, która po ostatnich zdrowotnych przeżyciach, odżyła na nowo.. Słoneczna niedziela w ogrodzie, to już tylko dopełnienie spokojnego weekendu. Zabawy z piłką dla Młodego, zajadanie świeżego słonecznika i zbieranie winogron, których tyle dostaliśmy do domu, że teraz obdzielam jeszcze rodziców i koleżanki. Po takim doładowaniu i odpoczynku, można z powrotem ruszać w tempo nowego tygodnia.

Ostatni wakacyjny

Po powrocie z weselno-blogowo-zwiedzających wojaży spędziliśmy w domu trzy dni i torba była znów spakowana. Zdążyłam ogarnąć pranie, prasowanie, uzupełnić trochę lodówkę i zająć się kwiatami na balkonie..

Te nad wyraz dobrze zniosły nasze wakacyjne wybywanie z domu. Zapewne zasługa większej ilości ziemi w nowych skrzynkach i co jakiś czas deszczowego podlewania. O osobistym też nie zapominałam, bo chęć dbania, o własne hodowane, nieustannie trwała.

Pogoda sprzyjała też ogrodowym plonom u Zosi, u której spędziliśmy ostatni wyjazdowy weekend. Ogórki i borówki wprawdzie już się skończyły, ale fasola rośnie ponownie i zjadłam swój pierwszy w tym roku słonecznik – taki świeży, łuskany prosto z kwiatu, uwielbiam (pomijając ubrudzone palce). Teraz czekamy już tylko na winogrona, nabierające powoli słodyczy i szykujemy się na jutrzejsze rozpoczęcie szkolnego roku. Trzymam kciuki za Małego, który Młodym właśnie się staje:)

Mały Biały Domek

Fusilka wyściskała nas na powitanie i przyjęła smaczną kolacją, gdyż na wieczór do niej dotarliśmy. Było to zamierzone, żeby jej nie obciążać dodatkowym obiadem, który zjedliśmy jeszcze przy plaży w Brzeźnie. Goście są fajni, ale najlepiej, jak najmniej problemowi. I mam nadzieję, że do takich się zaliczyliśmy;) Z Fusilką zasiedliśmy sobie wieczorem na pogaduchy, przy nalewce ze śliwek i winku, dosładzanym miodową kompozycją – polecam każdemu, kto nie przepada za wytrawnym. Były ciastka z truskawkami wyrobu własnego, wspomnienia z Twojego Stylu, opowieści o budowaniu MBD- Małego Białego Domku, o rodzinie i znajomościach z blogowej sfery (Aniu Pisząca – wyściskanie przekazane, Wilmo – fajnie wiedzieć, że się odwiedzacie i ZielonaPiranio – przesyłka z drożdżami- duży plus:)). Przesympatyczny wieczór i spacer nad cudnym i ogromnym jeziorem, które Fusilla może oglądać codziennie i sycić oczy pięknymi wschodami i zachodami słońca..

Dostaliśmy we władanie piętro MBD, wygody więc były zapewnione i przemiłe ze strony właścicielki. Jak to ja, trochę czułam skrępowanie, że po takim najeździe, to i bałagan i pranie dodatkowe, ale w końcu gdyby możliwości i chęci nie było, Fusilka proponowałaby jakiś hotel, których w okolicy nie brakowało. Także miło nam było bardzo i po nocy, z nieśpiesznego rana ruszyliśmy wszyscy razem na zwiedzanie Chojnic – miasta, w którym byłam ze 20 lat temu i tylko jak przez mgłę pamiętałam. Były Planty ze spacerem, był Rynek z Ratuszem, była Brama Człuchowska i Amfiteatr w Fosie Miejskiej, który obecnie przechodzi remont, by w przyszłości można było tam koncertować i delektować się Nocami Poetów.

A potem powrót nad kaszubskie jezioro, z wietrznym i chmurnym już trochę spacerem przy porcie, kuszącym żeglarzy swoimi wodami. W środku lata, przy pięknej pogodzie, to miejsce na pewno tętni żeglarskim życiem. A i zaplecze dla łasuchów lubiących gofry i lody posiada. Jest też teren dla dzieci do zabawy i duża plaża. Są automaty do gry, gdzie moi panowie skorzystali z piłkarzyków i bilarda, by powrócić w domowe zacisze na pyszną kaczkę z buraczkami przygotowaną przez Panią Domu. Tak nasyceni i zaopatrzeni w przetwory na zimę ruszyliśmy już w trasę do domu, kończąc ten szalony i przedłużony weekend wakacji. Fusilko, dziękujemy serdecznie za gościnę! Cudownie było spotkać w realu wszystkie trzy kobietki – Fusillę, Basię i Lenę, a i wcześniejsze fantastyczne blogerki też – Bluberkę, Margę, Anię, Wilmę i Beatkę. Dziękujemy Wam za spotkania, ściskamy i jak kiedyś trasa przypasuje przybywajcie na pogaduchy i zwiedzanie u nas. Też mamy przystań jachtową w okolicy, choć czy aż tak okazałą, jak u Fusilki, trzeba przekonać się samemu:)

Gdańskie rejony

Z racji, że Stare Miasto zwiedzane było już trzykrotnie (choć dla mnie i tak mało) podpytaliśmy znajomych Państwa Młodych co by tu jeszcze obajrzeć, zanim po odespaniu ruszymy w dalszą trasę. Polecili nam Park Oliwski i Brzeźno, gdzie z przyjemnością się udaliśmy. W parku tematyczne ogrody i długi spacer wyciszyły weselne emocje i nacieszyły oko pięknymi widokami..

Pogoda dopisała, można więc było śmigać na krótki rękaw, pod wodospad, do japońskiego ogrodu i podziwiać rzadkie drzewa i rośliny. Szkoda, że palmiarnia była nieczynna, ale i tak podobało nam się bardzo. Może teren nie jest tak wielki i tak zagospodarowany, jak w Ogrodach Hortulus (zwiedzaliśmy je jeszcze przed narodzinami Małego), ale też robi wrażenie i miło było spędzić tam czas..

A po spacerze, odpocząć i zalec na plaży w Brzeźnie, która wprawdzie mocno oblegana, ale wakacyjne klimaty nam przypomniała. Duże molo, muzyka, bary, boiska do siatkówki, sklepiki i lody w okolicy. Na pewno nie dla koneserów spokojnych i cichych rejonów, ale raz na jakiś czas można tam zajrzeć, zwłaszcza gdy komuś nie przeszkadzają takie atrakcje. My jednak wsiadaliśmy już do auta, by przemieścić się w bardzo klimatyczne i spokojniejsze okolice, w które w swej dobroci zaprosiła nas blogowa Fusilka do swojego Małego Białego Domku! 🙂 Ale o tym już w następnym odcinku, bo Mały i codzienność wzywają.

Kierunek-wesele w Gdańsku

Super było znowu ruszyć w trasę. Tym razem dalszą i z intensywnie rozpisanym grafikiem. Najpierw do Zosi, na wieczór, nocleg i szybkie śniadanie, bo od niej do Gdańska godzinę krócej.

Trasa słoneczna, z muzyką w tle i niecierpliwością, kiedy dotrzemy i czy na ślub zdążymy. Zwłaszcza, że jeszcze przed, mieliśmy umówione spotkanie z naszą blogową Basią! W pierwszej wersji zapowiadane na niedzielę, ze spacerem po starówce, z racji wyższej konieczności przełożone na miłą wizytę domową w sobotę. Basieńka (Dojrzała Kobieta – wyglądająca na dwadzieścia lat mniej niż posiada), przybiegła do nas z uśmiechem na ustach, wyściskała i w swoje przytulne gniazdko zaprosiła. Na ciasto już nie było czasu, a szkoda, bo domyślam się, że było pyszne.

Potem pędem jechaliśmy pod hotel, gdzie już wstępnie przystrojeni Panna Młoda, wraz z Narzeczonym przywitali nas z kluczami do pokoju. Poznałyśmy się tutaj, na blogu, może ze dwa lata temu.. a stała mi się bliska, jak przyjaciółka. Z tego samego znaku zodiaku, o podobnej energii, wrażliwości, muzycznej pasji i potrzebie dzielenia się codziennością. Po pół roku codziennego pisania z nią, dzielenia się przeżyciami, marzeniami i wspomnieniami.. Mężuś, widząc naszą zażyłość, zrobił mi pamiętną niespodziankę, wywożąc w nieznane – jak się okazało do Gdańska, do Leny i na zwiedzanie. I w życiu bym nie pomyślała, że nasza krótka znajomość zaowocuje zaproszeniem na ślub i wesele! I że z taką radością pojedziemy dzielić ten wyjątkowy dzień, razem z Młodymi i ich rodzinami.

Kochani dziękujemy Wam bardzo! 🙂

A dzień to był zaczarowany, w klimatach boho, ślicznej sukni i z wiankiem we włosach. Ślub w dużym Kościele Św. Trójcy, wesele w fantastycznie przystrojonej sali. Wśród lawendy, zbóż i tańców do muzyki jakże innej, od tradycyjnej weselnej. Wytańczyliśmy się, jak na najlepszej imprezie. Był pierwszy taniec do Somebody DM, były i lata 90’te i najnowsze przeboje z Zawiałow i Podsiadło w roli głównej. Było momentami rockowo, było energetycznie, a jak już zamówienie na disco polo padało, to DJ z klasą włączał taką wersję, że w bardziej dyskotekowe nuty uderzała. A w przerwie np U2 do pysznego menu i bajecznych ciast przygrywało. Lawendowy tort wjechał godzinę przed północą, zdążyliśmy więc go posmakować, a i obejrzeć muzyczny konkurs dla gości, w ramach oczepin. Po 24tej synek odmówił współpracy i trzeba było zmykać do hotelu, na szczęście mogliśmy się tam spokojnie wyspać, wypluskać i ruszyć w dalsze gdańskie rejony.

Po prostu WOW

Ten weekend przebił ostatnie o głowę, a nawet dwie głowy. Na dokładkę zakochane i na ślubnym kobiercu. Obie piękne, uśmiechnięte i w fantastycznych okolicznościach przyrody..

Do tego doszły jeszcze dwa wspaniałe! spotkania, a wszystko dzięki blogowi i poznanym tu przyjaznym duszom. Ale ponieważ dopiero dziecię zasnęło, a my dotarliśmy z podróży późno, wieści opiszę gdy tylko złapię trochę oddechu..

O niespodziance

Po pięciu dniach urzędowania w domku Brata mieliśmy zwijać się i wracać do miasta, gdyż Brat przejmował włości na weekend. Tymczasem o 6.30, w piątek rano, budzi mnie Mąż i mówi że musi gdzieś pojechać, że mam się nie martwić i że będzie niespodzianka. Pojechał. A w głowie masa myśli, począwszy od kwiatów (żadnej okazji na horyzoncie), zakupów (sklepy raczej od 9 czy 10), może jakiś koncert w okolicy czy cuś i po bilety pojechał (ale tak rano)? Tymczasem ruszył 160 km w dwie strony, wskoczył do domu na 10 minut (kwiaty podlał! kochany), złapał kołdrę, koce, materac i.. NAMIOT! Jupii:) Dzięki temu mogliśmy zostać do niedzieli i wreszcie spędzić nad jeziorem czas też z Bratem i jego rodziną. Przyjechali w piątek, Bratanek już do mnie ręce wyciąga i zaczął mówić ciocia. Z kim pójdziesz do piaskownicy? „Ciociom!”. A kto ma rzucać samolotem „Ciocia”! Jak fajnie było znowu trzymać takiego dwulatka w ramionach, pobawić się autkami i patrzeć jak Mały razem z kuzynem próbuje łapać wspólny front, pomimo dzielącej ich 5 letniej różnicy.

Dawno nie byliśmy pod namiotem, ostatnio z 9 lat temu, jedna noc na powrocie z wyprawy na Hel. Ale jakoś i spać się tam dało i trochę rzeczy pomieścić, trzymając resztę w samochodzie. Niestety w obie noce padał deszcz i po pierwszej musieliśmy przenosić cały majdan spod drzew, żeby było ciszej i mniej mokro. Na szczęście za dnia słońce wszystko osuszało i spokojnie można było potem spać, a w dwie noce i kręgosłup dał radę wytrzymać na materacu. Rodzice poratowali nas obiadem na niedzielę, bo reszta zapasów się skończyła. Mały szczęśliwy, że mógł jeszcze załapać się na dwa ogniska, plażować i trenować pływanie pod wodą, a ja że cała rodzina zebrała się w jednym miejscu.

Takie niespodzianki to ja lubię:)

Jeziorna wyprawa

I tak to, znad morza powrócili, jeden dzień w domu spędzili, zrobili pranie i heja na ciąg dalszy urlopu. Podjechaliśmy po Mamę i z racji wolnego domku, w poprzedni poniedziałek, śmig nad nasze jezioro. Tata już tam koczował, Brat z rodzinką mieli przyjechać w piątek. Pogoda nie zapowiadała się zbyt przyjemnie, jakieś 20 stopni, chmury i inne straszności. Ale okazało się, że i słońce zza tych chmur wyglądało i w ciągu dwóch dni temperatura skoczyła na akuratne 23-24 stopnie. Były nawet momenty upalne i ustawianie parasola od słońca. Co do kąpieli to głównie się zamaczałam, pływając ze dwa razy. Woda dla mnie była za zimna, choć i tak lepsza niż w morzu, ale reszta rodziny chętnie z kąpieli korzystała. Zwłaszcza Mały, który pomimo szczękania zębami nie chciał z wody wychodzić. Plusem było też to, że w tygodniu plaża cała była nasza i synek nauczył się płynąć pod wodą. Wszystkim już o tym opowiada i dumny chodzi, a my wraz z nim.

Oprócz kąpieli udały się dwa wypłynięcia łódką, Mały zaopatrzony wreszcie w certyfikowany kapok mógł nawet trenować zarzucanie wędki i co jakiś czas wyciągał rybki. Nie obawia się już brać ich w rękę, ale zdejmowanie z haczyka jeszcze odpada i zakładanie robaków też. Najchętniej łowił na kulki z chleba i już zapowiedział, że chce wziąć udział w zawodach wędkarskich dla dzieci. Dla nas taka jeziorna wyprawa to dużo relaksu na plaży, spacerów, wspólnego czasu i codziennych wieczorów przy ognisku..

Ale są i minusy, komary, gzy, słaby zasięg (dla niektórych to plus, ja tam lubię mieć łączność) i duża ilość tobołów, jaką trzeba zabrać. W takim lesie trzeba być przygotowanym i na mokrą trawę, na zimne noce, upały, owady, na deszcze (gry podróżne się przydają), a jak się okazało i na oparzenia gdy Mały złapał ręką rozżarzony patyk (konieczny zakup hydrożelowych opatrunków!). Do tego przywieźć własną pościel, koce, materac dla syna, gdyż w domku tylko dwie kanapy i łóżeczko dwuletniego Bratanka. Zaopatrzyć się w wodę pitną, tonę zabawek na plażę, nabrać duże zapasy jedzenia i gotować na słabszej kuchence elektrycznej. Ale czymże to jest, gdy można spędzić tak fantastyczne wakacje z całą rodziną, które zupełnie znienacka, za sprawą Mężowej niespodzianki, przedłużyły się nam na weekend. O niespodziance jeszcze będzie, a na razie ogarniam toboły, prania, gotowania i zakupy do pustej lodówki. Jest co robić po takiej wyprawie.

Szczęki trzy

A nawet więcej szczęk napotkaliśmy w Rewalu w Parku Wieloryba. I choć te morskie stwory były tylko trójwymiarowymi figurami i tak robiły wrażenie.

Cała atrakcja nastawiona głównie na dzieci, ale i nam się podobała. Była ścieżka z bałtyckimi i ogromnymi oceanicznymi rybami. Były też różne inne wodne żyjątka, płetwonurek i największa atrakcja dla maluchów – poszukiwanie skarbów z „prawdziwym” piratem. Zaangażowane dzieci śpiewały piracką pieśń i szukały ukrytych wskazówek, by dotrzeć do tajemniczej skrzyni. Po drodze jeszcze jedna niespodzianka, papugarnia, gdzie można nakarmić ptaki, dotknąć ich i przyjrzeć się z bliska. A na zakończenie duży plac zabaw ze statkiem, poduchą do skakania, karuzelami i zjeżdżalniami – jak to ujął Mały – i to wszystko za darmo w jednym miejscu! Tia. Niekoniecznie darmo, ale szczęście dziecka bezcenne:) Miłego weekendu 🌞

Nadmorskie atrakcje

W jeden z wietrznych dni podjechaliśmy poszukać czegoś fajnego dla dziecka, żeby było pod dachem i z dala od wzburzonych fal. Idealne okazały się dom do góry nogami, sala Oko iluzji i Oceanarium w Pobierowie. Choć oczywiście wszystko było za małe jak na nasze wymagania;) Za to ceny oczywiście za wysokie, ale czego się nie robi by umilić Małemu wakacje. Oceanarium sam zresztą wybrał, chyba ze względu na posiadane w domu akwarium i zaciekawienie innymi rybami.

Do domu, w którym wszystko jest przymocowane na suficie weszłam kilka lat temu raz i zapowiedziałam, że nigdy więcej. Mój błędnik tam wysiada, ale synowi się podobało. Za to w salach iluzji nieźle się pośmiałam i różne trójwymiarowe zdjęcia będą stamtąd ciekawą pamiątką. Ciekawe były też lustrzane labirynty, gdzie naprawdę można się zagubić, a przez nieuwagę nawet przydzwonić nosem w szybę. Wracaliśmy do labiryntów po kilka razy i Mały z sal iluzji nie chciał wychodzić.

Kolejna wycieczka następnym razem, dodam tylko ujęcie pod hasłem szczęki trzy, które było i w niej atrakcją.