Poświątecznie

Nie ma to, jak wyjechać na cztery dni i wrócić po dziewięciu. Tak to nam się przedłużyło świętowanie u Zosi. Mieliśmy wracać przed Sylwestrem, ale znajomym, z którymi miało być spotkanie, zmieniły się plany rodzinne i zostaliśmy. Miało to swoje plusy, kompletny luz, odpoczynek od gotowania, filmy, czytanie i trochę swobody dla nas, gdy Babcia zajmowała się Małym. Czas wypełniony spacerami po lesie i po miasteczku..

Trafiła się też podróż sentymentalna na odnowiony dworzec, z którego Mąż przez ponad rok kursował do mnie. I na który ja, jak na skrzydłach dojeżdżałam, by wpaść w jego ramiona. Nacieszyliśmy się obecnością Zosi, a i wspólny, domowy Sylwester był całkiem sympatyczny. Sałatka meksykańska, pomimo braku niektórych przypraw, teściowej smakowała. Udało się potańczyć z Mężem i z Małym, który w swej wytrwałości mógłby bez problemu przetańczyć nas do rana. Było pierwsze, wspólne z nim, oglądanie fajerwerków i po porządnym odespaniu powrót do domu, za którym zdążyliśmy się stęsknić.

A w domu za to stęsknione podlewania kwiaty, rybki, których jakoś więcej się zrobiło. I nie wiadomo skąd warstwy kurzu, od razu mobilizujące do działania. O praniu nawet nie wspominam, bo jestem już po czwartym. Ale do tego dołożyło się dzisiejsze szaleństwo na śniegu, którego wreszcie się doczekaliśmy. Zaczęło się nieśmiało, od drobinek na roślinach..

A skończyło na sankach i pierwszych zjazdach z pobliskich górek. Nadrobiliśmy też spotkanie z rodzicami i rodziną Brata, wędrując ponad 1.5 godziny wśród padających płatków śniegu. Także Nowy Rok przywitany pozytywnie i fajnie by było, gdyby ciąg dalszy miał podobny klimat..

I tak to

Właśnie dlatego lubię cały ten czas przed świętami. Ten właściwy mija zbyt ekspresowo. Sam klimat grudnia, strojenie domu, światła i ozdoby w mieście. Oczekiwanie.. Potem rach ciach, pogaduchy, kolędy, radość z prezentów, Kevin sam w domu, my na spacerach i pełno smakołyków, po których znowu muszę przejść na odwyk cukrowy.

Ciasta i w tym roku dostaliśmy od Taty, ale pojechały z nami do Zosi. Dzień wigilijny rozpoczęliśmy więc od podróży, która z jednej strony cieszyła, z drugiej smuciła brakiem rodziców i brata. Łączenie on-line nie zastąpi wspólnego świętowania, ale dobrze, że była choć taka namiastka widzenia się z częścią rodziny. U Zosi zresztą też czekały na nas cud, miód i bąbelki. Pod choinką 14 prezentów dla naszej skromnej czwórki, dodatkowe niespodzianki od chrzestnej Małego i masa śmiechu. Do tego same pyszności na stole i na szczęście, przy tym temacie, dobra pogoda za oknem. Spacery dwa razy dziennie, wyjazd do miasteczka obok, ku odskoczni i obowiązkowo las. Dużo lasu.

Mikołajkowo

Główne strojenie choinkowe i światełkowe przełożyliśmy na następny weekend. W ten bowiem postanowiliśmy pojechać do Zosi. Żeby poświętować Mikołajki i żeby odwiedzić ją teraz, gdyż nie wiadomo, co się będzie działo w dalszych terminach. Zawiozłam fioletowy stroik, który bardzo jej się podobał, dowieźliśmy karmę dla zwierzaków, gdyż sklep zoologiczny w okolicy zamknął podwoje i została możliwość zakupu tylko karmy z marketu. A wiadomo, że o jedzenie psiaków i kociaków też trzeba dbać. Zosia zadbała też o nasze smakołyki i aż na dwa dni odpuściłam sobie pilnowanie menu. Choć oczywiście starałam się trzymać przerwy i nie przesadzić ze słodyczami. Nie było łatwo, bo Mikołaj przyniósł Małemu masę słodkości i opędzać się od nich trzeba było. Mały wyczyścił dokładnie buty, a rano zerwał się i cud, że dał się namówić na ubranie, bo inaczej w piżamie już by leciał do korytarza. Ucieszył się z kolejnych figurek lego do kolekcji, nowego modelu na podobieństwo żółtej łodzi podwodnej Beatles’ów (kiedyś może doceni jej ponadczasowość ;)), z gazet z komiksami i zadaniami, a nawet z ciepłych skarpet w renifery.

Ja natomiast ucieszyłam się z pięknej pogody, słońca, ciepłego popołudnia i długich spacerów po lesie. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę było dotlenianie wśród igliwia, wędrówki z widokami pól, łapanie kropel roztopionego śniegu.

Biegi Synka, jego uśmiech i to poczucie wolności, bez maski i z pełnym oddechem. Wieczorem Lego Masters, budowle z klocków, głaskanie psa i kota, degustacja słonego karmelu z Zosią i pogaduchy o wszystkim i o niczym. Odpoczęliśmy, baterie naładowane, obiad z ogórkami własnej roboty, na wynos. I tak zaopatrzeni możemy ruszać w nowy tydzień.

Na Zingsy i w las

Korzystając jeszcze ze swobody przemieszczania się pojechaliśmy do Zosi i na groby od strony rodziny Męża. Od mojej strony ruszymy w tym tygodniu, lepiej teraz niż w nadchodzący weekend. Podjechaliśmy też na wystawę ulubionych Super Zingsów, by zrobić Małemu niespodziankę, już taką w ramach nadchodzących urodzin. Modele tych stworków można było oglądać na dużej przestrzeni sklepu, na szczęście przy bardzo małej ilości odwiedzających. Syn przeszczęśliwy, na zakończenie zadania odnalezienia wszystkich figur dostał w prezencie nowego zingsa i wracał dumny pochwalić się nim Babci.

Babcia zresztą też już obdarowała go prezentami, ponieważ nie przyjedzie do nas w dniu urodzin. Świętowaliśmy w ogóle podwójną okazję, wraz z imieninami Męża. Był pyszny obiad, na deser ciacho, a na kolację sałatka jarzynowa, która zawsze stanowi dla mnie rarytas. Po tych smakołykach to już nic, tylko do lasu wybywać na długi spacer. Żeby nic się nie odłożyło i żeby się potem przed ekranem nie zasiedzieć.

Pogoda bajkowa, zbieranie grzybów i kilometry w nogach, dodające energii. Na rynku trafiłam dla siebie ocieplane legginsy. Choć na razie plusy w temperaturach, zapewne w listopadzie się to zmieni i wtedy się przydadzą. Małemu upolowałam kozaki, nie za grube, bo i śniegu znowu możemy nie zobaczyć, a i coroczny wyjazd w góry raczej do skutku nie dojdzie. Po podróży już się ogarnęłam, pranie jeszcze na balkon wywiesiłam i nowy tydzień czas zacząć.. Ze wspomnieniami miłych chwil i po ostatnich nerwach z naładowaniem lepszą energią. Przynajmniej na trochę..

Zabezpieczenie

Po ostatniej rozmowie z rodzicami i przeżyciach ich znajomej, która dopiero co straciła partnera i została sama z dzieckiem na łasce adwokatów i jego poprzedniej rodziny, dotarło do mnie, że w życiu nie ma co patrzeć na wiek, czy na staż bycia razem. Trzeba zabezpieczać bliskich finansowo, nie czekać na podeszłe lata i zadbać o to, co ziemskie od razu. Zrobić upoważnienie do konta, napisać testament, nie ukrywać polisy na życie.

Znajoma rodziców została bez kasy, nie pracuje i najprawdopodobniej straci dom, w którym mieszkała z dzieckiem u konkubenta. Po śmierci ukochanego nie mogła nawet zadecydować o jego pogrzebie, dzieci z pierwszej rodziny odsunęły ją kategorycznie i powtórzyła się sytuacja, jaką i Zosia przeżyła. Plus, że ona akurat miała swoje mieszkanie i pracę, bo bez tego też zostałaby z niczym. U nas wprawdzie żadne majątki, ale mamy dziecko do wychowania, oboje jesteśmy za nie odpowiedzialni i oboje musimy zapewnić mu wszystko, co potrzebne do życia. I zabezpieczyć nas samych, zwłaszcza gdy takie choróbska po świecie krążą, a człek nie zna dnia ani godziny. Choć oczywiście nikt nie zakłada najgorszego i daj nam Boże wszystkim zdrowie i jak najdłuższe życie..

A że życie toczy się dalej i trochę nerwowe ostatnio się stało, wyciszyliśmy emocje i uciekliśmy od miasta, tym razem nad wodę. W lesie z drzew jeszcze kapało po wcześniejszym deszczu. Na spacerze ludzi niewielu, trochę morsów w lodowatych kąpielach, obiad w prawie pustej restauracji i Mały wybiegany na całego. Niedzielny spacer też nad wodą, choć już bliżej miasta, a słońce, wraz z tęczą po deszczu nam wyjrzały. Tego promyka nadziei potrzeba teraz każdego dnia..

W plenerze

Wyjazd nad jezioro pozwolił odetchnąć od masek, od miasta i tej całej nagonki. I to nic, że spędzony w kaloszach, w nich też fajnie, bo można włazić do jeziora i wędrować po mokrej trawie. Z czego intensywnie całą sobotę korzystaliśmy. Mały wybiegał się za piłką, pospacerował ze swoim kuzynem, pograł ze mną i z Babcią w bule. Zjedliśmy kupiony w barze obiad i ruszaliśmy nad wodę i w las. Grzybów jadalnych z owym lesie już coraz mniej, za to te niechciane ale sympatycznie wyglądające można spotkać na każdym kroku.

Sympatyczne były też konie napotkane u sąsiada – leśniczego, które chętnie jadły jabłko prosto z ręki i dały się pogłaskać. Leśniczy powiększył im wybieg i dostęp do wyższej trawy, a maluchom nieograniczony widok na te niesamowite zwierzęta. Aż szkoda było wracać, tym bardziej, że rodzinka na nocleg, w ogrzewanych domkach, zostawała i na wieczór szykowała jeszcze ognisko..

Wina dajcie

Rybki i zdjęcia musiały poczekać, na nas bowiem czekała Zosia. I przyznam szczerze, że usłyszeć od teściowej zachwyt i słowa pod hasłem – schudłaś – bezcenne. Choć owe schudnięcie na razie mikre, to idzie w dobrą stronę. Wystarczyła wakacyjna zmiana w menu, nad jeziorem bowiem przerwy w jedzeniu wychodziły czterogodzinne, do sklepu było daleko przez co ilość posiłków (i podjadania) okrojona. Poczułam trochę luzu w garderobie i postanowiłam utrzymać ten styl. Trzy, cztery godziny przerwy i mniej słodyczy – przynajmniej w domu 😉

U Zosi już z tym trudniej, gdyż odbywało się świętowanie zakończenia jej pracy. Na stałe i z ogromną ulgą. Było ciacho w dwóch odsłonach, lampka wina i przegryzanie całości najpyszniejszymi na świecie winogronami prosto z ogrodu..

Swoją drogą ten widok przypomina mi grecką restaurację obrośniętą winogronami pod sam sufit. Jedynie temperatury inne i obecne ilości deszczu. Ale deszcz nic, a nic nie przeszkadzał w świętowaniu. Wręcz robił nastrój i dobrze się potem spało przy dźwiękach kropel. Na wynos dostaliśmy ogórki kiszone, słoik miodu, fasolkę szparagową w zalewie, syrop sosnowy i winogrona w zapasie. Będzie smacznie i zdrowo..

Zmiany

Mając wybór, wybieram plażę. Zwłaszcza, gdy w połowie września 30 stopni na plusie. Jeziora blisko, można wyskoczyć prosto po pracy i spędzić popołudnie wygrzewając się na kocu i patrząc, jak Mały buduje zamki z piasku. Wprawdzie od wczoraj już wietrznie, ale dało się jeszcze nacieszyć pogodą..

Mniej cieszyły mnie za to sprawy urzędowe, które w związku z kończącym się miejscem na przeglądy w dowodzie rejestracyjnym, zmusiły mnie do wyrobienia nowego. Nasz urząd nie powrócił do dawnego trybu pracy i obecnie wszystkie dokumenty trzeba wrzucić do skrzynki z podaniem odpowiedniego wydziału. Potem należy śledzić internetowo (zawiesza się) lub telefonicznie (20 minut czekania na połączenie) stan realizacji, gdyż jakoś informacja zwrotna nie przybywa (a zapewniają, że przybędzie). Po dwóch miesiącach od złożenia dokumentów umawiamy się na wizytę – termin oczekiwania dwa tygodnie. I biada, jeśli zapomni się (lub zapodzieje) jakiś ważny papier, bez którego nic nie wydadzą. Karta pojazdu okazała się ważna, musiałam lecieć do domu, szukać jej, bukować kolejny termin wizyty i wreszcie! Po prawie 3 miesiącach mam nowy dowód rejestracyjny. Akurat nie trzeba go obecnie wozić ze sobą, ale do sprzedaży auta jest niezbędny. A czeka mnie takowa w październiku i zdążyć z tym muszę przed listopadem, żeby nie wpakować się w kolejne OC.

Nie ma lekko, dwudziestoletniej maszyny lepiej pozbyć się, zanim całkiem odmówi współpracy. Ale robię to z wielkim bólem. Nie znoszę takich zmian, przywiązuję się do samochodów, jest mi wygodnie w aucie, które znam na wylot. I każda zmiana kosztuje mnie sporo nerwów. Zresztą nie tylko samochodów to dotyczy. Ostatnią wymianę portfela też odchorowałam i nadal nie mogę przyzwyczaić się do innych przegródek czy zamków nie tam, gdzie były. Cóż, nie takie tematy się przerabiało, jakoś dam radę i tym nowościom. Zmiany są w końcu stałą częścią programu pod hasłem życie. Pogoda też już się zmienia, od dzisiaj chłodniej, choć do końca miesiąca ma być jeszcze całkiem przyjemnie..

Plaża, czy grzyby?

Nie wiadomo co wybrać, bo nowy sezon uraczył i tym i tym. Pogoda iście letnia, ale w końcu kalendarzowe lato jeszcze w toku. Nie spodziewałam się jednak aż takich upałów i powrotu do sandałów..

A te przydałyby się nad jeziorem, na które wybraliśmy się w sobotę, na spotkanie z rodzinką. I na świętowanie urodzin Mamy, do której przybyłam z prezentami. Ucieszyła się z książki o pani Kwiatkowskiej i z kremu do twarzy, coraz bardziej wymagającej, choć jak dla mnie nadal młodej.. Na plaży błogo, leniwie, ale Mały nie odpuszczał i za piłką też trzeba było trochę polatać. Bratanek dzielnie w tym uczestniczył i fajnie tak popatrzeć na obu naszych małych chłopaków, trzymających się za rękę. Rodzice od czwartku na wyjeździe, po leśnych wędrówkach i niewielkich grzybowych zbiorach..

Brat dojechał w piątek i z racji pięknej pogody przedłużył pobyt do wczoraj, a my po urodzinowym obiedzie zwinęliśmy żagle, by kolejny dzień spędzić już nad innym jeziorem. W planach było morze, ale jednak wietrzniej tam było w niedzielę i chłodniej, wolałam zostać na miejscu i przy okazji uniknąć nadmorskich korków. Trzeba korzystać, póki Mały zdrowy i katary na razie odpuściły..

Nowy wymiar

Do tej pory, na palcach dwóch rąk mogłam policzyć noce, kiedy nie byliśmy razem. Cztery, gdy po porodzie leżałam z Małym w szpitalu, ale codziennie się z Mężem widziałam. Dwie, gdy pojechał rok po roku, na firmową wigilię nad morze. I jedną, gdy pomagał Zosi w trudnej chwili. Nie jest to więc dla nas coś normalnego, że się wyjeżdża osobno i osobno spędza czas. Nawet do tej pory nie mieliśmy ani takich możliwości, ani chęci. Z tymi chęciami to nadal nie do końca, bo po prostu lubimy być razem. Jednak gdy trwają upalne wakacje, Mężowi kończy się urlop, a jest dostępny wolny domek.. to grzech nie skorzystać. Zwłaszcza, że Mały tak bardzo lubi spędzać czas nad wodą, jak i ja.

Pojechaliśmy więc na jeden dzień razem, a potem Mężuś wrócił do domu i zostałam na tydzień z synem nad naszym jeziorem. Nie sama, bo rodzice w domku obok, ale to dobrze. Mały miał czas z dziadkami, ja z rodzicami, a i bezpieczniej w środku lasu, w razie gdyby coś się działo i np trzeba jechać do lekarza, czy po prostu na zakupy do miasta. Część rzeczy została po poprzednim wyjeździe, nie musiałam targać pościeli, kaloszy i ciepłych bluz, które praktycznie się nie przydały. Dni były upalne, wieczory często też, codzienne kąpiele od rana, zabawy w piasku i wygłupy na plaży. Pierwsze próby pływania i nurkowania, łowienie ryb z dziadkiem, mały rejs na łódce i opalanie, po którym wyglądam jak mulatka. Relaks prawie całkowity, gdyby nie trzeba było gotować obiadów 😉

W domu bez nas było pusto i cicho, więc odwiedziny mieliśmy już po dwóch dniach. Ku mej radości i jak balsam dla serca. Przy okazji, w ten dzień, załapaliśmy się na spotkanie z przyjaciółmi rodziców. Impreza na całego, przy śpiewach, gitarze i wesołych anegdotach z dawnych lat. Przyjaciele owi jeździli nad to jezioro razem z nami, jeszcze pod namioty. Najedliśmy się pieczonego szczupaka i innych smakołyków, były zawody w strzelaniu z wiatrówki do tarczy, nawet Mały mógł spróbować, przy asekuracji Taty.

Kolejne dni nabrały stałego rytmu, śniadanie, plaża i pływanie, aż do obiadu, potem spacery, gry w karty, w piłkę, rakietki różniste i wyprawy do lasu. Wieczorem na pomost podziwiać kolory na jeziorze, a potem ognisko, gitara, pogaduchy, czytanie książki i zasypianie po północy. Wakacje, jak wymarzone, a i za Mężem i za domem zatęskniłam..