W plenerze

Wyjazd nad jezioro pozwolił odetchnąć od masek, od miasta i tej całej nagonki. I to nic, że spędzony w kaloszach, w nich też fajnie, bo można włazić do jeziora i wędrować po mokrej trawie. Z czego intensywnie całą sobotę korzystaliśmy. Mały wybiegał się za piłką, pospacerował ze swoim kuzynem, pograł ze mną i z Babcią w bule. Zjedliśmy kupiony w barze obiad i ruszaliśmy nad wodę i w las. Grzybów jadalnych z owym lesie już coraz mniej, za to te niechciane ale sympatycznie wyglądające można spotkać na każdym kroku.

Sympatyczne były też konie napotkane u sąsiada – leśniczego, które chętnie jadły jabłko prosto z ręki i dały się pogłaskać. Leśniczy powiększył im wybieg i dostęp do wyższej trawy, a maluchom nieograniczony widok na te niesamowite zwierzęta. Aż szkoda było wracać, tym bardziej, że rodzinka na nocleg, w ogrzewanych domkach, zostawała i na wieczór szykowała jeszcze ognisko..

Wina dajcie

Rybki i zdjęcia musiały poczekać, na nas bowiem czekała Zosia. I przyznam szczerze, że usłyszeć od teściowej zachwyt i słowa pod hasłem – schudłaś – bezcenne. Choć owe schudnięcie na razie mikre, to idzie w dobrą stronę. Wystarczyła wakacyjna zmiana w menu, nad jeziorem bowiem przerwy w jedzeniu wychodziły czterogodzinne, do sklepu było daleko przez co ilość posiłków (i podjadania) okrojona. Poczułam trochę luzu w garderobie i postanowiłam utrzymać ten styl. Trzy, cztery godziny przerwy i mniej słodyczy – przynajmniej w domu 😉

U Zosi już z tym trudniej, gdyż odbywało się świętowanie zakończenia jej pracy. Na stałe i z ogromną ulgą. Było ciacho w dwóch odsłonach, lampka wina i przegryzanie całości najpyszniejszymi na świecie winogronami prosto z ogrodu..

Swoją drogą ten widok przypomina mi grecką restaurację obrośniętą winogronami pod sam sufit. Jedynie temperatury inne i obecne ilości deszczu. Ale deszcz nic, a nic nie przeszkadzał w świętowaniu. Wręcz robił nastrój i dobrze się potem spało przy dźwiękach kropel. Na wynos dostaliśmy ogórki kiszone, słoik miodu, fasolkę szparagową w zalewie, syrop sosnowy i winogrona w zapasie. Będzie smacznie i zdrowo..

Zmiany

Mając wybór, wybieram plażę. Zwłaszcza, gdy w połowie września 30 stopni na plusie. Jeziora blisko, można wyskoczyć prosto po pracy i spędzić popołudnie wygrzewając się na kocu i patrząc, jak Mały buduje zamki z piasku. Wprawdzie od wczoraj już wietrznie, ale dało się jeszcze nacieszyć pogodą..

Mniej cieszyły mnie za to sprawy urzędowe, które w związku z kończącym się miejscem na przeglądy w dowodzie rejestracyjnym, zmusiły mnie do wyrobienia nowego. Nasz urząd nie powrócił do dawnego trybu pracy i obecnie wszystkie dokumenty trzeba wrzucić do skrzynki z podaniem odpowiedniego wydziału. Potem należy śledzić internetowo (zawiesza się) lub telefonicznie (20 minut czekania na połączenie) stan realizacji, gdyż jakoś informacja zwrotna nie przybywa (a zapewniają, że przybędzie). Po dwóch miesiącach od złożenia dokumentów umawiamy się na wizytę – termin oczekiwania dwa tygodnie. I biada, jeśli zapomni się (lub zapodzieje) jakiś ważny papier, bez którego nic nie wydadzą. Karta pojazdu okazała się ważna, musiałam lecieć do domu, szukać jej, bukować kolejny termin wizyty i wreszcie! Po prawie 3 miesiącach mam nowy dowód rejestracyjny. Akurat nie trzeba go obecnie wozić ze sobą, ale do sprzedaży auta jest niezbędny. A czeka mnie takowa w październiku i zdążyć z tym muszę przed listopadem, żeby nie wpakować się w kolejne OC.

Nie ma lekko, dwudziestoletniej maszyny lepiej pozbyć się, zanim całkiem odmówi współpracy. Ale robię to z wielkim bólem. Nie znoszę takich zmian, przywiązuję się do samochodów, jest mi wygodnie w aucie, które znam na wylot. I każda zmiana kosztuje mnie sporo nerwów. Zresztą nie tylko samochodów to dotyczy. Ostatnią wymianę portfela też odchorowałam i nadal nie mogę przyzwyczaić się do innych przegródek czy zamków nie tam, gdzie były. Cóż, nie takie tematy się przerabiało, jakoś dam radę i tym nowościom. Zmiany są w końcu stałą częścią programu pod hasłem życie. Pogoda też już się zmienia, od dzisiaj chłodniej, choć do końca miesiąca ma być jeszcze całkiem przyjemnie..

Plaża, czy grzyby?

Nie wiadomo co wybrać, bo nowy sezon uraczył i tym i tym. Pogoda iście letnia, ale w końcu kalendarzowe lato jeszcze w toku. Nie spodziewałam się jednak aż takich upałów i powrotu do sandałów..

A te przydałyby się nad jeziorem, na które wybraliśmy się w sobotę, na spotkanie z rodzinką. I na świętowanie urodzin Mamy, do której przybyłam z prezentami. Ucieszyła się z książki o pani Kwiatkowskiej i z kremu do twarzy, coraz bardziej wymagającej, choć jak dla mnie nadal młodej.. Na plaży błogo, leniwie, ale Mały nie odpuszczał i za piłką też trzeba było trochę polatać. Bratanek dzielnie w tym uczestniczył i fajnie tak popatrzeć na obu naszych małych chłopaków, trzymających się za rękę. Rodzice od czwartku na wyjeździe, po leśnych wędrówkach i niewielkich grzybowych zbiorach..

Brat dojechał w piątek i z racji pięknej pogody przedłużył pobyt do wczoraj, a my po urodzinowym obiedzie zwinęliśmy żagle, by kolejny dzień spędzić już nad innym jeziorem. W planach było morze, ale jednak wietrzniej tam było w niedzielę i chłodniej, wolałam zostać na miejscu i przy okazji uniknąć nadmorskich korków. Trzeba korzystać, póki Mały zdrowy i katary na razie odpuściły..

Nowy wymiar

Do tej pory, na palcach dwóch rąk mogłam policzyć noce, kiedy nie byliśmy razem. Cztery, gdy po porodzie leżałam z Małym w szpitalu, ale codziennie się z Mężem widziałam. Dwie, gdy pojechał rok po roku, na firmową wigilię nad morze. I jedną, gdy pomagał Zosi w trudnej chwili. Nie jest to więc dla nas coś normalnego, że się wyjeżdża osobno i osobno spędza czas. Nawet do tej pory nie mieliśmy ani takich możliwości, ani chęci. Z tymi chęciami to nadal nie do końca, bo po prostu lubimy być razem. Jednak gdy trwają upalne wakacje, Mężowi kończy się urlop, a jest dostępny wolny domek.. to grzech nie skorzystać. Zwłaszcza, że Mały tak bardzo lubi spędzać czas nad wodą, jak i ja.

Pojechaliśmy więc na jeden dzień razem, a potem Mężuś wrócił do domu i zostałam na tydzień z synem nad naszym jeziorem. Nie sama, bo rodzice w domku obok, ale to dobrze. Mały miał czas z dziadkami, ja z rodzicami, a i bezpieczniej w środku lasu, w razie gdyby coś się działo i np trzeba jechać do lekarza, czy po prostu na zakupy do miasta. Część rzeczy została po poprzednim wyjeździe, nie musiałam targać pościeli, kaloszy i ciepłych bluz, które praktycznie się nie przydały. Dni były upalne, wieczory często też, codzienne kąpiele od rana, zabawy w piasku i wygłupy na plaży. Pierwsze próby pływania i nurkowania, łowienie ryb z dziadkiem, mały rejs na łódce i opalanie, po którym wyglądam jak mulatka. Relaks prawie całkowity, gdyby nie trzeba było gotować obiadów 😉

W domu bez nas było pusto i cicho, więc odwiedziny mieliśmy już po dwóch dniach. Ku mej radości i jak balsam dla serca. Przy okazji, w ten dzień, załapaliśmy się na spotkanie z przyjaciółmi rodziców. Impreza na całego, przy śpiewach, gitarze i wesołych anegdotach z dawnych lat. Przyjaciele owi jeździli nad to jezioro razem z nami, jeszcze pod namioty. Najedliśmy się pieczonego szczupaka i innych smakołyków, były zawody w strzelaniu z wiatrówki do tarczy, nawet Mały mógł spróbować, przy asekuracji Taty.

Kolejne dni nabrały stałego rytmu, śniadanie, plaża i pływanie, aż do obiadu, potem spacery, gry w karty, w piłkę, rakietki różniste i wyprawy do lasu. Wieczorem na pomost podziwiać kolory na jeziorze, a potem ognisko, gitara, pogaduchy, czytanie książki i zasypianie po północy. Wakacje, jak wymarzone, a i za Mężem i za domem zatęskniłam..

Świat mini

Kiedyś z Mężem byłam w parku, w którym wyrosła wieża Eiffla, gdzie można było podziwiać Sfinksa i turecki meczet Hagia Sofia (widziałam life, miałam porównanie). Tym razem zrobiliśmy wyprawę do Parku Miniatur i Kolejek

W którym to oprócz podziwiania latarni morskich z różnych miast naszego wybrzeża, można było przejechać się małą kolejką stukającą po torach jak prawdziwa. Dla dzieci super frajda, ale i my z przyjemnością zaliczyliśmy przejażdżkę. Choć przyznaję, że budowle i niesamowite ich odwzorowanie wzbudzały mój większy podziw..

Można było, za jednym zamachem, stanąć przed latarnią w Świnoujściu, w Sopocie, czy na Helu. Albo odwiedzić znowu Gdańsk, chociaż tak 🙂 Pogoda nadal upalna, wakacje trwają w pełni i to w nowym wymiarze, ale o tym w następnym odcinku..

Morze nasze morze

Znad jeziora wrócili, pranie porobili, walizki przepakowali i nad morze ruszyli.

Była całkowita zmiana sposobu wypoczywania, otoczenia i krajobrazów. Ale przyznaję, że i tego mi brakowało. Uwielbiam nadmorskie klimaty, zwłaszcza, gdy pogoda dopisuje. A tej, przez drugi tydzień wspólnego urlopu, ani na chwilę nie brakowało. Nie brakowało też atrakcji, choć wybraliśmy mniejszą miejscowość. I to był duży plus. W pensjonacie tylko od czasu do czasu mijaliśmy sąsiadów, było spokojnie i bez większych kumulacji. Choć na plaży wydawało się, że jest dużo ludzi, to można było utrzymać dystans, a parawany nabrały nowego znaczenia – odizolowania się i zapewnienia sobie przestrzeni. Na promenadzie, w dzień, dało się swobodnie spacerować, wieczorem było już ciaśniej. Ale za to w barach ani razu nie zabrakło nam stolika (pilnowano dezynfekcji), dużo osób jednak zakładało maski na wejściu, a i w sklepach zakładaliśmy maseczki.

Z racji przełożonej na następny rok Bułgarii, postanowiliśmy nie trzymać się kurczowo za kieszeń i poszaleć trochę, by sprawić synkowi (i sobie) małe przyjemności. Były więc pyszne obiady, lody na deser, skoki na trampolinie, były gry na automatach (szaleństwo dla dzieci) i wygrane za nie zabawki. Mały próbował na każdym kroku naciągać nas na różne pierdółki. Ale i na moją wymarzoną, białą, plażową sukienkę wystarczyło, na słomkowy kapelusz i nowe okulary przeciwsłoneczne dla Męża.

Wróciliśmy opaleni, owiani morską bryzą, z kolejnym magnesem na lodówkę, toną zdjęć do przejrzenia i mam nadzieję, że zdrowi..

Jeziorne wakacje

Wróciliśmy. Po prawie tygodniu spędzonym nad jeziorem, w lesie, z daleka od ludzi. Kiedy to dni wypełnione były spacerami, powietrzem i wakacyjnym klimatem. Zdarzał się czas, że jezioro i plaża były całe dla nas. Ewentualnie dla kilku osób, które przyjechały po relaks i odpoczynek. Jak my. Na początku trochę się gubiliśmy. Mąż po ciągłej pracy i wyrwany z miasta nie mógł się odnaleźć w ciszy. Czasem ciężko się przestawić z pędu w całkowity spokój. Ale wystarczyły dwa dni, by każdy dzień nabrał nowego wymiaru.

Z ciągłym przebywaniem na powietrzu, z pływaniem w przezroczystej wodzie, zabawami na plaży i zmianą widoków. Bez bloków, spalin i samochodów. Choć przyznaję, że i do miasteczka na obiad, czy na lody się wyskoczyło. Ale coraz mniej chętnie i zdecydowanie rzadziej. Bo po co, skoro dookoła jest tak pięknie..

A jeszcze, gdy przyjechali rodzice, wypoczynek zmienił wymiar. Mały ganiał i do nich, bawił się z dziadkami w wodzie, śmigał do ich domku i grał z Babcią w ping ponga. Zrobiło się więcej czasu dla nas. Wieczorem ognisko, z biesiadnymi piosenkami i moim trenowaniem chwytów. Sama już widzę, że lepiej idzie granie i płynniej zmieniam akordy. Ale jeszcze długa droga, by grać i nie patrzeć do śpiewnika. Wieczorem za to spoglądaliśmy w gwiazdy. Nigdzie nie są tak piękne, jak z dala od miasta. I na gładką taflę wody, w którą można patrzeć bez końca..

Dary natury

Pakowanie na weekend mam już opanowane. Rach ciach, dwie zmiany ubrań, ładowarki, czytnik i gotowe. Kosmetyki w podwójnej wersji zawsze czekają w torbie, leki też. Tylko napoje na drogę i przekąski dokupujemy. Weekend u Zosi jak zawsze relaksujący. Trochę w domu, dużo w ogrodzie, spacer z hulajnogą, plac zabaw. Mały wybiegany na całego, śpi potem spokojnie i ma lepsze trawienie. Ja zachwycona ogrodowym światem, kwiatami i przede wszystkim świeżymi warzywami. Dawno nie jadłam ogórków prosto z krzaka, tak smacznej kalarepy i przepysznej fasolki z bułką tartą, którą się najeść nie mogłam. Żadne warzywa sklepowe, ani nawet z warzywniaka nie umywają się do tych, prosto z ogrodu..

Czekamy na borówkę, która pięknie owocuje ale jeszcze do granatowych kolorów jej kawałek..

I na najsłodsze winogrona, które jeszcze potrzebują słońca i czasu.. może pod koniec sierpnia będą gotowe, albo z początkiem września. Zosia za dwa miesiące kończy zawodową część życia, będziemy mogli przyjeżdżać kiedy tylko dusza zapragnie i kiedy tylko będziemy mieli chęć.. Miło 🙂

Powrót lata – na chwilę

Dzień przed weekendem spędziłyśmy znienacka, wraz z sąsiadką, na placu zabaw. Miała być godzinka, z racji zapowiadanego deszczu, wyszły trzy, bo nic nie spadło. Chłopcy do domu wracać nie chcieli, ale udało ich się pod koniec wyciągnąć na zakupy do warzywniaka. Cenami tam jestem przerażona, naprawdę.. Żeby jabłka były droższe od bananów? Żeby ceny bobu, truskawek, czereśni i fasolki zwalały z nóg.. Źle się dzieje z naszą ziemią, z klimatem, zbiorami i z polityką również. Bo i od niej tak wiele w sprzedaży zależy. Bardzo mało w tym roku pojemy sezonowych darów. To ile ostatnio wydałam na dwie garści truskawek, trochę warzyw, czy innych owoców, jest kosmiczne. Prawie 6 zł za 3 jabłka? Które powinniśmy jeść codziennie i to każde z nas, żeby stało się zadość prozdrowotnemu powiedzeniu..

Cóż zrobić, na pocieszenie najlepiej wybrać się w trasę, bo przynajmniej paliwo teraz tańsze.. Łapanie letnich chwil w obecnej huśtawce pogodowej sprawia, że torba plażowa czeka spakowana, a w samochodzie zawsze są przygotowane zabawki do piasku. I dziś z upalnej pogody skorzystaliśmy, jadąc nad jezioro do rodziców.

Widoki zachęcające i iście wakacyjne, ocieplenie również mile widziane. A dzisiejsze 27 stopni w słońcu sprzyjało plażowaniu.

Jedynym minusem był niesamowity wysyp komarów, które w cieniu czekały, by rzucić się na każdy skrawek odsłoniętej skóry. Mnie komary na szczęście średnio lubią, ale moi panowie wrócili z dużą ilością swędzących bąbli. Maści poszły w ruch i zastanawiam się nad kupnem antyhistaminowego preparatu w postaci syropu. Ponoć u dzieci bardzo pomaga i nie drapią się aż tak bardzo. Szkoda, że w wakacje też znajdzie się coś, prócz deszczu, co chce popsuć frajdę 😉 Ale nic to, wyjazd i tak był tego wart.