Silna wola

Jak tę słabą silną wolę trenować, kiedy to jest się zapraszanym na babskie pogaduchy i to na dokładkę w dziecięcym gronie, które bez słodkiego się nie obejdzie. Na stół wjeżdżają ciasta i ptysie z kremem, zbliża się pora kolacji, a głód daje o sobie znać coraz bardziej;) Dwa małe kawałki poszły, ale powstrzymałam się przed większą dokładką. Drugie pogaduchy z koleżanką odbywały się już w plenerze, jedyny minus, że mało w tym było ruchu (oprócz intensywnej i sympatycznej wymiany zdań). Ale już najtrudniejszą próbą była weekendowa wizyta u Zosi i świętowanie jej urodzin. W otoczeniu podarunkowych bombonierek, ciasta i różnych innych słodkości. Poprzedzonych krokietami, rosołem i pysznym niedzielnym obiadem z mięsem oczywiście. Po którym to zapada się w sen, jeszcze zimowy, przy rozgrzanym piecu i z pełnym brzuchem..

Na szczęście pogoda dopisała, weekend cały w skowronkach i w słońcu skąpany. Aż kusił lżejszą kurtką, spacerami i świeżym powietrzem. Niby zima ma powrócić i postraszyć trochę chłodami, ale gdy marzec coraz bliżej, dni są dłuższe i jaśniejsze, zdecydowanie czuć już wiosnę..

Przy piecu

U nas jeszcze śnieży, ale jednak zimowe obrazy u Zosi trochę inne niż w mieście, bardziej sielskie i leśne, z racji bliskości tegoż. Po dotlenieniu śpi się tam dobrze, a jeszcze gdy piec rozgrzany, to i noce cieplejsze. Fajnie też w ogień popatrzeć i czerwienią, po wielkiej bieli dla odskoczni się zachwycić.

Na dokładkę, oprócz syna i męża, do kota można się przytulić i z psem wyjść na spacer. Choć po śnieżnych szaleństwach, jakoś nikomu drugi raz w tę tonę ciuchów ubierać się nie chciały. Zresztą najpierw przy piecu wyschnąć musiały i mocy nabrać na dalsze spacery. Choćby te, po parapecie..

I tak coś czuję, że z podróży w tym roku wybierzemy Zosi rejony, do tego nasze jezioro, morze i jeśli noclegi zostaną odblokowane, może góry. Oby tylko zdrowie (nasze i otoczenia) pozwoliło spełnić te marzenia. A wycieczka do Bułgarii, poczeka na przyszły czas. Po telefonie do biura podróży, rozmowach o konieczności przeprowadzenia przed wylotem i po powrocie testów dla całej rodziny (koszty rosną o kilka tysięcy), rezygnujemy z zagranicznej wyprawy. Nie czuję żalu, a ulgę, bo na cóż się stresować zbiorowym transportem, być może kwarantanną po i tym, co się na miejscu zastanie. Przecież u nas też jest pięknie, widoków i zabytków nie brakuje. A przynajmniej rodzina blisko i jeśli tylko wirus odpuści, to na każdy weekend wakacji można coś wykombinować. Bliżej, lub dalej..

Wybielony

Na przekór wszelkim brudom tego świata, czasem pojawia się na nim niesamowita biel, przykrywająca puchową kołdrą wszystkie problemy. Wtedy i na duszy jaśniej się robi i wraz z dziecięcym śmiechem nadzieja się w serca wlewa.

Nadzieja pod postacią młodych, walczących, dbających i kochających. W piątek jeden taki do mnie wraz z sąsiadką przybył i spędziłyśmy czas na pogaduchach i z nim zabawach. Mały za to był po występach na dzień dziadków, elegancki w białej koszuli, roztańczony w układzie z kapeluszem. Z głową pełną wierszy i piosenek, pojechał prosto do babci recytować i obdarować ją naszyjnikiem z malowanego na kolorowo makaronu. Zosi było w nim nawet do twarzy i oficjalnie, gdyby nie kruchość tworzywa, mogłaby się na przyjęciach prezentować. Tych przyjęć wprawdzie ostatnio niewiele, ale choć dzieci z wnukiem przyjadą i babcię rozruszają.

Siebie też, na codziennych wędrówkach po lesie, na sankowych zjazdach, śnieżynkach i lepieniu bałwana. Może mikrego, ale z wielkim przesłaniem, że w końcu zima, jak należy nadejszła. Nosy i nogi wymarzły, ale pod kurtką człek rozgrzany i wyszalany. Dobrze było później napić się gorącej herbaty, zjeść smaczny obiad, a wieczorem poczytać książkę i odpłynąć szybko z zimowymi obrazami pod powieką..

Poświątecznie

Nie ma to, jak wyjechać na cztery dni i wrócić po dziewięciu. Tak to nam się przedłużyło świętowanie u Zosi. Mieliśmy wracać przed Sylwestrem, ale znajomym, z którymi miało być spotkanie, zmieniły się plany rodzinne i zostaliśmy. Miało to swoje plusy, kompletny luz, odpoczynek od gotowania, filmy, czytanie i trochę swobody dla nas, gdy Babcia zajmowała się Małym. Czas wypełniony spacerami po lesie i po miasteczku..

Trafiła się też podróż sentymentalna na odnowiony dworzec, z którego Mąż przez ponad rok kursował do mnie. I na który ja, jak na skrzydłach dojeżdżałam, by wpaść w jego ramiona. Nacieszyliśmy się obecnością Zosi, a i wspólny, domowy Sylwester był całkiem sympatyczny. Sałatka meksykańska, pomimo braku niektórych przypraw, teściowej smakowała. Udało się potańczyć z Mężem i z Małym, który w swej wytrwałości mógłby bez problemu przetańczyć nas do rana. Było pierwsze, wspólne z nim, oglądanie fajerwerków i po porządnym odespaniu powrót do domu, za którym zdążyliśmy się stęsknić.

A w domu za to stęsknione podlewania kwiaty, rybki, których jakoś więcej się zrobiło. I nie wiadomo skąd warstwy kurzu, od razu mobilizujące do działania. O praniu nawet nie wspominam, bo jestem już po czwartym. Ale do tego dołożyło się dzisiejsze szaleństwo na śniegu, którego wreszcie się doczekaliśmy. Zaczęło się nieśmiało, od drobinek na roślinach..

A skończyło na sankach i pierwszych zjazdach z pobliskich górek. Nadrobiliśmy też spotkanie z rodzicami i rodziną Brata, wędrując ponad 1.5 godziny wśród padających płatków śniegu. Także Nowy Rok przywitany pozytywnie i fajnie by było, gdyby ciąg dalszy miał podobny klimat..

I tak to

Właśnie dlatego lubię cały ten czas przed świętami. Ten właściwy mija zbyt ekspresowo. Sam klimat grudnia, strojenie domu, światła i ozdoby w mieście. Oczekiwanie.. Potem rach ciach, pogaduchy, kolędy, radość z prezentów, Kevin sam w domu, my na spacerach i pełno smakołyków, po których znowu muszę przejść na odwyk cukrowy.

Ciasta i w tym roku dostaliśmy od Taty, ale pojechały z nami do Zosi. Dzień wigilijny rozpoczęliśmy więc od podróży, która z jednej strony cieszyła, z drugiej smuciła brakiem rodziców i brata. Łączenie on-line nie zastąpi wspólnego świętowania, ale dobrze, że była choć taka namiastka widzenia się z częścią rodziny. U Zosi zresztą też czekały na nas cud, miód i bąbelki. Pod choinką 14 prezentów dla naszej skromnej czwórki, dodatkowe niespodzianki od chrzestnej Małego i masa śmiechu. Do tego same pyszności na stole i na szczęście, przy tym temacie, dobra pogoda za oknem. Spacery dwa razy dziennie, wyjazd do miasteczka obok, ku odskoczni i obowiązkowo las. Dużo lasu.

Mikołajkowo

Główne strojenie choinkowe i światełkowe przełożyliśmy na następny weekend. W ten bowiem postanowiliśmy pojechać do Zosi. Żeby poświętować Mikołajki i żeby odwiedzić ją teraz, gdyż nie wiadomo, co się będzie działo w dalszych terminach. Zawiozłam fioletowy stroik, który bardzo jej się podobał, dowieźliśmy karmę dla zwierzaków, gdyż sklep zoologiczny w okolicy zamknął podwoje i została możliwość zakupu tylko karmy z marketu. A wiadomo, że o jedzenie psiaków i kociaków też trzeba dbać. Zosia zadbała też o nasze smakołyki i aż na dwa dni odpuściłam sobie pilnowanie menu. Choć oczywiście starałam się trzymać przerwy i nie przesadzić ze słodyczami. Nie było łatwo, bo Mikołaj przyniósł Małemu masę słodkości i opędzać się od nich trzeba było. Mały wyczyścił dokładnie buty, a rano zerwał się i cud, że dał się namówić na ubranie, bo inaczej w piżamie już by leciał do korytarza. Ucieszył się z kolejnych figurek lego do kolekcji, nowego modelu na podobieństwo żółtej łodzi podwodnej Beatles’ów (kiedyś może doceni jej ponadczasowość ;)), z gazet z komiksami i zadaniami, a nawet z ciepłych skarpet w renifery.

Ja natomiast ucieszyłam się z pięknej pogody, słońca, ciepłego popołudnia i długich spacerów po lesie. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę było dotlenianie wśród igliwia, wędrówki z widokami pól, łapanie kropel roztopionego śniegu.

Biegi Synka, jego uśmiech i to poczucie wolności, bez maski i z pełnym oddechem. Wieczorem Lego Masters, budowle z klocków, głaskanie psa i kota, degustacja słonego karmelu z Zosią i pogaduchy o wszystkim i o niczym. Odpoczęliśmy, baterie naładowane, obiad z ogórkami własnej roboty, na wynos. I tak zaopatrzeni możemy ruszać w nowy tydzień.

Na Zingsy i w las

Korzystając jeszcze ze swobody przemieszczania się pojechaliśmy do Zosi i na groby od strony rodziny Męża. Od mojej strony ruszymy w tym tygodniu, lepiej teraz niż w nadchodzący weekend. Podjechaliśmy też na wystawę ulubionych Super Zingsów, by zrobić Małemu niespodziankę, już taką w ramach nadchodzących urodzin. Modele tych stworków można było oglądać na dużej przestrzeni sklepu, na szczęście przy bardzo małej ilości odwiedzających. Syn przeszczęśliwy, na zakończenie zadania odnalezienia wszystkich figur dostał w prezencie nowego zingsa i wracał dumny pochwalić się nim Babci.

Babcia zresztą też już obdarowała go prezentami, ponieważ nie przyjedzie do nas w dniu urodzin. Świętowaliśmy w ogóle podwójną okazję, wraz z imieninami Męża. Był pyszny obiad, na deser ciacho, a na kolację sałatka jarzynowa, która zawsze stanowi dla mnie rarytas. Po tych smakołykach to już nic, tylko do lasu wybywać na długi spacer. Żeby nic się nie odłożyło i żeby się potem przed ekranem nie zasiedzieć.

Pogoda bajkowa, zbieranie grzybów i kilometry w nogach, dodające energii. Na rynku trafiłam dla siebie ocieplane legginsy. Choć na razie plusy w temperaturach, zapewne w listopadzie się to zmieni i wtedy się przydadzą. Małemu upolowałam kozaki, nie za grube, bo i śniegu znowu możemy nie zobaczyć, a i coroczny wyjazd w góry raczej do skutku nie dojdzie. Po podróży już się ogarnęłam, pranie jeszcze na balkon wywiesiłam i nowy tydzień czas zacząć.. Ze wspomnieniami miłych chwil i po ostatnich nerwach z naładowaniem lepszą energią. Przynajmniej na trochę..

Zabezpieczenie

Po ostatniej rozmowie z rodzicami i przeżyciach ich znajomej, która dopiero co straciła partnera i została sama z dzieckiem na łasce adwokatów i jego poprzedniej rodziny, dotarło do mnie, że w życiu nie ma co patrzeć na wiek, czy na staż bycia razem. Trzeba zabezpieczać bliskich finansowo, nie czekać na podeszłe lata i zadbać o to, co ziemskie od razu. Zrobić upoważnienie do konta, napisać testament, nie ukrywać polisy na życie.

Znajoma rodziców została bez kasy, nie pracuje i najprawdopodobniej straci dom, w którym mieszkała z dzieckiem u konkubenta. Po śmierci ukochanego nie mogła nawet zadecydować o jego pogrzebie, dzieci z pierwszej rodziny odsunęły ją kategorycznie i powtórzyła się sytuacja, jaką i Zosia przeżyła. Plus, że ona akurat miała swoje mieszkanie i pracę, bo bez tego też zostałaby z niczym. U nas wprawdzie żadne majątki, ale mamy dziecko do wychowania, oboje jesteśmy za nie odpowiedzialni i oboje musimy zapewnić mu wszystko, co potrzebne do życia. I zabezpieczyć nas samych, zwłaszcza gdy takie choróbska po świecie krążą, a człek nie zna dnia ani godziny. Choć oczywiście nikt nie zakłada najgorszego i daj nam Boże wszystkim zdrowie i jak najdłuższe życie..

A że życie toczy się dalej i trochę nerwowe ostatnio się stało, wyciszyliśmy emocje i uciekliśmy od miasta, tym razem nad wodę. W lesie z drzew jeszcze kapało po wcześniejszym deszczu. Na spacerze ludzi niewielu, trochę morsów w lodowatych kąpielach, obiad w prawie pustej restauracji i Mały wybiegany na całego. Niedzielny spacer też nad wodą, choć już bliżej miasta, a słońce, wraz z tęczą po deszczu nam wyjrzały. Tego promyka nadziei potrzeba teraz każdego dnia..

W plenerze

Wyjazd nad jezioro pozwolił odetchnąć od masek, od miasta i tej całej nagonki. I to nic, że spędzony w kaloszach, w nich też fajnie, bo można włazić do jeziora i wędrować po mokrej trawie. Z czego intensywnie całą sobotę korzystaliśmy. Mały wybiegał się za piłką, pospacerował ze swoim kuzynem, pograł ze mną i z Babcią w bule. Zjedliśmy kupiony w barze obiad i ruszaliśmy nad wodę i w las. Grzybów jadalnych z owym lesie już coraz mniej, za to te niechciane ale sympatycznie wyglądające można spotkać na każdym kroku.

Sympatyczne były też konie napotkane u sąsiada – leśniczego, które chętnie jadły jabłko prosto z ręki i dały się pogłaskać. Leśniczy powiększył im wybieg i dostęp do wyższej trawy, a maluchom nieograniczony widok na te niesamowite zwierzęta. Aż szkoda było wracać, tym bardziej, że rodzinka na nocleg, w ogrzewanych domkach, zostawała i na wieczór szykowała jeszcze ognisko..

Wina dajcie

Rybki i zdjęcia musiały poczekać, na nas bowiem czekała Zosia. I przyznam szczerze, że usłyszeć od teściowej zachwyt i słowa pod hasłem – schudłaś – bezcenne. Choć owe schudnięcie na razie mikre, to idzie w dobrą stronę. Wystarczyła wakacyjna zmiana w menu, nad jeziorem bowiem przerwy w jedzeniu wychodziły czterogodzinne, do sklepu było daleko przez co ilość posiłków (i podjadania) okrojona. Poczułam trochę luzu w garderobie i postanowiłam utrzymać ten styl. Trzy, cztery godziny przerwy i mniej słodyczy – przynajmniej w domu 😉

U Zosi już z tym trudniej, gdyż odbywało się świętowanie zakończenia jej pracy. Na stałe i z ogromną ulgą. Było ciacho w dwóch odsłonach, lampka wina i przegryzanie całości najpyszniejszymi na świecie winogronami prosto z ogrodu..

Swoją drogą ten widok przypomina mi grecką restaurację obrośniętą winogronami pod sam sufit. Jedynie temperatury inne i obecne ilości deszczu. Ale deszcz nic, a nic nie przeszkadzał w świętowaniu. Wręcz robił nastrój i dobrze się potem spało przy dźwiękach kropel. Na wynos dostaliśmy ogórki kiszone, słoik miodu, fasolkę szparagową w zalewie, syrop sosnowy i winogrona w zapasie. Będzie smacznie i zdrowo..