Przeskok

Ostatnie szoki termiczne są nie do ogarnięcia, w jeden dzień lato w pełni, opalamy się nad morzem i wygrzewamy w promieniach słońca.. By w kolejny dzień oglądać niebo zasnute na gęsto chmurami. Wprawdzie już nad jeziorem i jeszcze w miarę ciepłej aurze, no ale przeskok niesamowity.

Rodzinka, nie patrząc na pogodę, delektuje się pobytem na łonie natury i za nic sobie mają zimne noce i deszczowe prysznice. Na grilla jeszcze się załapaliśmy, tym razem z delikatnym kurczaczkiem zamiast kiełbas, ale przed deszczem wolałam schować się jednak pod stabilniejszym dachem. Mimo wszystko i taki widok jeziora kusi i jeszcze nie raz tego lata tam pojedziemy..

Sielsko

Weekend w ogrodzie, w lesie i ogólnie poza miastem pozwala oderwać się od wirusowych myśli. Zapominam wręcz o masce, o nerwowej sytuacji z wyborami i o wszelkich problemach.. Wiadomo, że one nie znikają, ale łapanie od nich oddechu jest niezbędne, dla zachowania równowagi..

Zresztą w pięknych okolicznościach przyrody i wśród zwierząt zawsze człowiekowi robi się lepiej. Głaskanie kota obniża napięcie, a przytulający się pies uaktywnia ogromne pokłady miłości. Cieszę się, że Mały ma kontakt ze zwierzętami, że nie szarpie ich za ogon, czuje, że i one są wrażliwe na ból i potrzebują opieki.

Nic dziwnego, że lubi jeździć do Zosi i spędzać tam czas. My zresztą też, choć moje ostatnie postanowienia zostają u niej mocno nadwyrężone. Starałam się trzymać przerwy między posiłkami i nie objadać się za bardzo, ale na urodzino-imieninach trudno było odmówić ciasta, czy czekoladki. W domu pora wrócić do pilnowania się i unikania kulinarnych pokus. Ale najpierw tradycyjne ogarnianie popodróżne, porządki, pranie, gotowanie. Czekają telefony do wykonania i opłata za internet, żeby nas i od tego wirtualnego świata nie odcięło. Nie ma wprawdzie porównania z naturalnym, ale i on stał się teraz niezbędny do życia i też jest oknem na świat. Takie widoki jednak, na żywo najlepsze..

Prezenty

Nie ma to jak rozpocząć dbanie o zmniejszenie obwodów wszelakich i trafić prosto w górę smakołyków (opieram się dzielnie, ale nie do końca skutecznie ;)). Albowiem imieniny Zosi, Małego i świętowanie urodzin Męża skumulowało się w jednym czasie. Terminy wprawdzie nie wspólne, ale bliskie sobie, więc połączenie ich z wyjazdem i dłuższym weekendem idealnie się złożyło.

U Zosi jak zawsze relaks, leśne spacery, pyszne obiady, zabawy i gry, które są tylko tutaj. Ogród w wiosennych barwach i majowe konwalie pachnące nieziemsko..

Każdy dostał coś fajnego w prezencie, choć i z tym łatwo nie było. Mały dokładnie wiedział, co chce, Super Zingsy nadal rządzą i wybór był prosty. Zosia dostała drobiazgi upiększające nowo wyremontowaną łazienkę, ale dla Męża coraz trudniej mi coś wykombinować. Prezent był wspólny, ode mnie i od Zosi i trochę miałam obaw czy dobrze wybrany. Na początku Mężuś wyborowi się dziwił i nie do końca był zachwycony, ale po przemyśleniu tematu uznał, że jest dobrze, a nawet lepiej. Uff 🙂

Dla mnie też nie tak łatwo zrobić prezent. Lubię dostawać to, co bym chciała i najbardziej cieszę się, gdy sama mogę zdecydować i wybrać. Choć i niespodzianki bywają fajne i ręcznie robione drobiazgi, zwłaszcza od syna. Ale jednak trafienie w gust z rzeczami kupnymi bywa skomplikowane, tym bardziej, że ten z czasem się zmienia..

Dobrze, że prezent w postaci podróży, wyjazdu w nowe miejsce, miasto czy nad morze jest niezmienny. Cieszy mnie każda taka możliwość i jak widać nie musi to być nic materialnego..

Buszując w..

akurat nie w zbożu, ale w rzepaku się przytrafiło. Wprawdzie z zastopowaniem na chwilę trasy nad jezioro, ale nie mogłam się oprzeć, by nie podejść bliżej i zobaczyć jak te złote łany wyglądają oko w oko..

Wyglądały zachęcająco i szkoda, że nie mogłam wleźć w nie po pas i zrobić sobie zdjęcia z Mężem. Mamy takie jedno z całusem na polu pełnym słoneczników, jest wywołane i zdobi ścianę w sypialni. Niezapomniana chwila i idealny plener do zdjęć ślubnych 🙂 No ale nie tylko o zdjęcia w plenerze chodzi, takie widoki na żywo pozwalają odetchnąć pełną piersią, bez maseczki, z dala od ludzi.. Toteż weekend spędzony na łonie natury, z nadprogramowym piątkiem z racji zmniejszenia godzin pracy u Męża.

Jak to trzeba uważać, o czym się marzy.. O czterodniowym tygodniu pracy rozmawialiśmy nie raz, ale nie sądziłam, że marzenie spełni się wskutek wirusowej zarazy. Teraz najważniejsze, by firma przetrwała ciężkie czasy i żeby nie trzeba było zacząć marzyć – o pracy. Na razie korzystamy z wydłużonych weekendów i póki możliwość (i pogoda) polecieliśmy do rodziców nad jezioro. Na grillu oczywiście uległam i kawałek podpieczonego chleba zjadłam, ale za to ograniczyłam się do jednego kawałka kiełbaski i dołożyłam na talerz dużo surówki. Po takiej porcji, na kolację już tylko cukinia w plastrach, zapakowanie pralki na jutro, kąpiel i wieczorny film, w piżamie. Dobranoc. I uważajmy, o czym marzymy 😉

Majowe wspomnienia

Mieliśmy szczęście, mogąc wyjeżdżać w każdą majówkę w jakieś nowe miejsca. Podziwiać nasze polskie miasta i ich okolice. Niektóre majówki były nastawione typowo na zwiedzanie. Na postawienie nogi, w miejscu, gdzie chłopaków jeszcze nie było i gdzie chciałam być razem z nimi. Pierwsza majówka z Mężem nad małym jeziorem w Wielkopolsce, kolejna w Poznaniu, Wrocławiu. Nasza cudna wyprawa do Torunia, minięta o włos z CieniemWiatru 😉

Rok temu szalone zwiedzanie Warszawy, podczas którego, oprócz sławnych miejsc udało się spotkać z Beatką z BlogCaffe, z Wilmą z Mojego Skaliska i z naszą Piszącą Anią 🙂 Mały do tej pory wspomina tamtą wyprawę i często powtarza, że chce jeszcze raz jechać do Warszawy (my też chcemy!). Na dniach oglądaliśmy stamtąd zdjęcia, żeby przypomnieć mu zabytki przy przedszkolnej tematyce 1-majowej o stolicy i patriotyzmie.

Jeszcze zanim Mały się urodził, udało nam się spędzić majówkę w Szklarskiej Porębie i na jeden dzień wyjechać do Pragi. Marzę, by pojechać tam po raz kolejny i pokazać ten cudny kawałek świata synowi..

Tymczasem w tym roku cud będzie, jeśli uda się wyskoczyć na grilla nad jezioro. Choć na kilka godzin. Pogoda średnia, noclegi jeszcze niedostępne, zresztą do nich akurat się nie spieszy. W tym roku miał być wyjazd do Krakowa, może jakiś weekend w górach i Gdańsk, na który z niecierpliwością czekam. Tymczasem plany wyjazdowe pozmieniane i pozawieszane przez wirusisko. Cóż, byle zdrowie dopisało i morowe powietrze się oczyściło, to za rok jest szansa na majówkę w ciekawszym wydaniu. Mimo wszystko, miłego wypoczynku 🙂

W trasie

Rozruszane biodro doszło do formy, pogoda dopisała, można było spakować kilka ciuchów, wskoczyć w auto i pojechać dalej niż nasze miastowe rejony. A na trasie cudnie. Kwitnący rzepak, błękit nieba przetykany chmurami i choć odrobina poczucia wolności. Przemieszczać się bowiem już można, ale dla bezpieczeństwa robimy to tylko z punktu A do punktu B. Bez wysiadania po drodze i tankując wcześniej do pełna (mega tanie paliwo), żeby omijać stacje. Przerwy w sumie niepotrzebne, Mały bez problemu wysiedzi dwie godzinki, także rozprostowywanie kości niekonieczne. Oczywiście nie obędzie się bez ciągłego pytania „daleko jeszcze? kiedy dojedziemy? czy już?”, ale to nic w porównaniu z radością, jaką taka podróż sprawia. Zwłaszcza teraz..

A na miejscu, u Zosi, ogród dostępny od rana do wieczora. Ganianie za piłką, pies, kot, świeże powietrze, z dala od zatłoczonych dróg i parkingów. Bliskość lasu, do którego tym razem jednak nie wchodziliśmy. I możliwość zrobienia grilla w ramach obiadu. Także pierwsze kiełbaski i podpiekany na grillu chleb, za nami. Mały wybiegany, kopiący piłkę po kilka razy dziennie, bezpieczny za ogrodzeniem ogródka (no prawie, bo drzazga jak się okazuje staje się przyczyną niezłej histerii). Dla mnie odetchnięcie od kuchni, gotowania i zmywania. Pomimo mych chęci pomocy, Zosia nie daje się dotknąć do garów. Łazienka u niej już prawie skończona, efekt wizualny i funkcjonalność to po prostu bajka, w porównaniu do tego, co było. Przed wyjazdem nabyłam dodatki łazienkowe w kolorystyce beżowo-zielonej, z których teściowa bardzo zadowolona. A ja zadowolona z oddechu, jaki złapałam, z dużej ilości czasu na czytanie książki, przebywania na dworze i zakupów w pobliskim sklepie. Gdzie ani kolejek, ani tłumów nie było. Zapasy na najbliższy tydzień zrobione, pranie już za mną. Z Małym podlewam kwiaty, zaraz bierzemy się za gotowanie zupy i nowy tydzień rozpoczęty. Krótszy, bo już majówka za pasem, niestety tylko trzy dni, ale dla pracujących będąca na pewno wytchnieniem. Choć w dużej mierze zależna od pogody i od ustaleń odgórnych, które w jednej chwili mogą zablokować wszelkie możliwości. Nic to, cieszmy się tym, co jest..