Cichosza

Ależ było błogo w ten wyjazdowy weekend.. Sennie, sielsko, spacerowo. Strzelający ogień w piecu, śmiech w kinie, zabawy z kotem i nowa koszula w kartę, na wiosnę. Na nią jednak jeszcze trochę poczekamy, bo w niedzielę u Zosi sypnęło śniegiem.

Niby niewiele, ale jednak zimowe opony bardziej się przydadzą. Już zamówione i czekamy na dostawę, by wreszcie uwolnić moje autko z dojazdówki.

Mały szczęśliwy, wyspany, uczy się samodzielnego mycia pod prysznicem (u nas jest wanna) i może jednak część ferii spędzi u babci. Zobaczymy, bo choć radzi sobie z dbaniem o siebie (dziś nawet sam przygotował kolację), to jednak emocjonalnie nie do końca jest gotowy na pierwszy wyjazd bez rodziców. I chce i boi się.. Jak każdy, przed nieznanym..

Reklama

Wśród raf koralowych

Dopiero co tamten weekend wspominałam, a tu już nowy za pasem. Kiedy i jak to się dzieje? Gdzie te dni znikają? Budzę się w poniedziałek i zaraz już piątek. A jeszcze przeżyciami z Oceanarium żyję, zdjęcia oglądam i podziwiam ten kolorowy podwodny świat..

Pełen stworów różnistych, ryb przypominających foki lub węże, kolczatek, krabów i koników morskich..

Świat jak zaczarowany, pokazujący niesamowite stworzenia, których nie oglądamy na co dzień, a które zaciekawiają i wzbudzają zachwyt – pod warunkiem, że nie stykam się z nimi oko w oko, pod wodą. Wystarczy zza szyby:)

Tymczasem powrót z morza na twardy grunt, praca, tempo po niej. Mały zajęty równie mocno jak my. Z zajęciami w świetlicy, pracami domowymi, kolejnym konkursem (na maskę karnawałową), trenowaniem tabliczki mnożenia i czytaniem nowej lektury. Dlatego też należy się chwila oddechu, u mnie na dzisiejsze, przyjemne wyjście z koleżanką do kawiarni. U niego na jutrzejsze spotkanie z kumplami i u Męża na oglądanie Stranger. W sobotę może wreszcie większe porządki, a niedziela na zbieranie sił do kolejnego tygodnia w biegu:) Miłego weekendu!

Pierwsza podróż

Dłuższe weekendy są idealne na regenerację. W piątek odsypianie porannych pobudek, leniuchowanie z książką, śniadanie w piżamie i kąpiel na rozbudzenie, jakoś w południe. Potem wspólny, wzruszający film „Za duży na bajki”, ze świetną rolą p. Kolak, spacer ku dotlenieniu i wizyta u koleżanki, z zaległymi prezentami świątecznymi w tle.

A w kolejny dzień, nieplanowana podróż nad, wytęsknione od lata, morze! Wpasowana w okienko pomiędzy deszczami i w cieplejszą temperaturę niż u nas(+7). Było rewelacyjnie, od samego rana..

z zabawą na plaży, spacerem po molo, obiadem w naszej ulubionej restauracji, długą wędrówką na Kawczą Górę (cała sobota 15tyś kroków), fantastycznymi widokami w Oceanarium (o tym w następnym odcinku), placem zabaw i aż po sam magiczny wieczór..

Dobry czas

Wigilijny dzień rozpoczęłam od porządnego wyspania się, od zachwytów nad prezentami (storczyk z klocków Lego rządzi) i radością Małego na widok nowych skarbów. A potem zebrania sił do lepienia z Mamą pierogów drożdżowych – tradycji stało się zadość i można było odliczać do kolacji. Wieczorem do rodziców przybył też barat z rodzinką, powiększoną o jego teściową. Pojedliśmy pyszności, dzieci bawiły się klockami i plasteliną, a pogaduchy trwały do późna. Było naprawdę sympatycznie i na luzie..

Brakowało tylko Zosi, która bez nastroju na odwiedziny w większym gronie, ale już w lepszej formie, przyjęła nas w kolejny dzień do siebie. Po szybkim pakowaniu, ruszyliśmy w trasę, by spędzić ciąg dalszy świątecznych dni. Było dużo snu, były spacery po lesie i miasteczku, kaloryczne smakołyki, Listy do M 2 i 3, czytanie książki i relaks przedłużony o jeden dzień urlopu. Warto było go wziąć, dzięki temu nie musiałam wracać pociągiem i w pełnym składzie dotarliśmy do domu. A przy okazji jeden telefon uruchomił temat Sylwestra i już nawet w piękną suknię, na zbliżający się bal, jestem zaopatrzona. To był naprawdę dobry czas..

Bezcenny

Ten wolny czas był bardzo potrzebny i przydatny. Wysypianie do 9tej, odskocznia od pędu, wyciszenie, gry planszowe i pasjanse karciane z Małym. I co najważniejsze, dużo na powietrzu i spacery, w okolicy i po lesie..

Były też pogaduchy z Zosią, wspólne filmy – Listy do M 4 i bajki – Coco. Były pyszne obiady i nasza mała randka, z wyjściem do kina bo skoro 4 to i 5 część Listów do M obejrzeć chcieliśmy. Film, jak dla mnie na plus, może trochę bardziej nostalgiczny, gorzko prawdziwy, ale śmiech też był i ogólnie fajnie spędzony czas. Już się cieszę na rodzinne oglądanie poprzednich części. To taka nasza tradycja przedświąteczna i tylko na grudzień poczekamy, żeby bardziej klimat do filmu pasował.

Tymczasem zakupy na nowy tydzień wczoraj zrobione i przywiezione do domu. Zapas warzyw prosto z ryneczku, po części na obiad, reszta do zamrożenia. Lodówka uzupełniona we wszystko, co na urodziny z niej wyszło. Upolowałam też cienki, ale ładny sweter, pod marynarkę do pracy i wreszcie mały plecak, bo mój po wielu podróżach dokonał żywota. Ten jednak na dalsze podróże trochę sobie poczeka, nie wiem kiedy trafi się jakikolwiek urlop. Pozostaje cieszyć się weekendami i będę na nie czekać z utęsknienieniem.

Grzybiarze

Słońca nie zabrakło, ale i deszcz nocno-poranny się przydał, bo weekend zdecydowanie mogliśmy podpiąć pod hasło – grzyby. Pojechaliśmy do Zosi, odpoczywać, spacerować i choć zrezygnowałam z kina (nie uśmiechał mi się powrót o 23 po późnym seansie), to czas to był bardzo na plus. W piątek zabraliśmy na grzyby też Zosię i jej psa. Ekipa się nachodziła, ale było warto, bo sobotni sos grzybowy wygrał w całym menu..

Nie zabrakło potem wędrówki na rynek, a i skok do nowego sklepu się trafił, gdzie wreszcie upolowałam dwa ciepłe swetry. Nie wiem, czy się przydadzą, bo od jutra zapowiadane jakieś wiosenne 20 stopni, ale w razie W jestem zaopatrzona. Pod wieczór jeszcze spacer nad jezioro..

A w niedzielę ciąg dalszy grzybowego szaleństwa, tym razem z prawdziwkami do kolekcji i prawie całą torbą podgrzybków. I wreszcie to zbieractwo sprawiało mi przyjemność, bo nikt mnie nie zrywał o 5 rano, by niedospaną ciągać po lesie. Zamysł rodziców był może i słuszny (wiadomo, że z rana większe zbiory), ale na wiele lat zniechęcił mnie do grzybobrania. Jak się okazało i w południe można trafić grzyby, a i po obiedzie bywają 👍

Dobry czas

Dałam radę w skórzanej kurtce, ale nie obeszło się bez ocieplanej bluzy. I kaptur się przydał i kalosze. Ale te nie non stop, bo i słońce wychodziło i spacery po lesie się trafiły..

Pojechaliśmy do Zosi i dobrze było znowu poczuć się w trasie. Patrzeć na mijane krajobrazy, momentami przypominające jeszcze letnie, ale już jednak coraz bardziej jesienne.. W ogrodzie dojrzały winogrona, załapałam się na słonecznik, odpoczęłam i wyciszyłam początkowy wrześniowy pęd. Jak zwykle czas przy dobrym jedzonku, cieple z opalanej drzewem kuchni (oby tego drzewa nie zabrakło), bajkach dla Małego i pogaduchach do nocy. To był dobry czas, a weekendy mogłaby wolniej upływać, żeby trwał trochę dłużej..

Rzutem na taśmę

Ostatnim rzutem na taśmę złapaliśmy dzień pięknej pogody. U nas lało, brat zrezygnował z wyprawy nad jezioro, bo i tam deszcze, tymczasem niedaleko nas w prognozie widać było słońce i temperaturę 26 stopni. Pojechaliśmy po rodziców, Brat wraz ze swoją rodzinką w drugim aucie i całą ferajną – nad morze:) Prognoza się sprawdziła, uciekliśmy z deszczu w fantastyczny nadmorski dzień.. i to z kąpielami w Bałtyku! Co jak wiadomo, nie jest oczywiste, a wręcz mocno zaskakujące. Rodzice od kilku lat nad morzem nie byli, a Bratanek zachwycony był dużą wodą i piaskownicą z nieograniczoną ilością piasku..

Po plażowaniu rodzinny obiad, potem lody i rodzice zabrali się do domu z synem, a my mogliśmy jeszcze pobuszować po sklepikach. Bransoletka z muszelek trafiona, Mały szaleje dalej z kartami Pokemonów, Mężu szukał okularów przeciwsłonecznych na następne lato, ale już koniec sezonu, więc większość przebrana. A szkoda, bo ceny wyprzedażowe, sama chętnie bym nowy strój kąpielowy upolowała (mój powoli dokańcza żywota) i może jakąś bluzę, choć niekoniecznie w kotwice;)

Wróciliśmy późno, komedia na dobry sen, a w niedzielę wyprawa na wystawę makiet z pociągami i malutkimi ludzikami do kompletu.

Komplety mega drogie, także tylko oglądanie, podziwianie wykonania i pasji, dzięki której dorośli i dzieci mają tyle zabawy.

Zjedliśmy tam obiad i z racji handlowej niedzieli kupiliśmy Małemu teczkę do plecaka – wymaganą na szkolne dokumenty. Szkoła coraz bliżej, znamy już godzinę rozpoczęcia i tylko zaskoczenie, że dzieci mają je bez rodziców. Myślałam, że zobaczę przywitanie kumpli, że udzieli mi się ten podniosły nastrój powakacyjnego spotkania. Ale nic to, odprowadzę dziecię na miejsce, pogadam chwilę z koleżankami i pora będzie rozpocząć codzienność w szkolnym wymiarze.

Wakacyjny finisz

Wakacje już na końcówce i aż wierzyć się nie chce, że za tydzień dzieci wracają do szkoły.. Ale, że Mężu miał jeszcze kilka dni wolnego, a Zakopane odjechało w siną dal, to skorzystaliśmy z upalnej pogody u Zosi. Trochę w ogrodzie, na spacerach, ale i na wyjazdach nad jeziora. Było ponad 30 stopni, więc kąpiele mile widziane, nowe okolice zwiedzone i nawet obiad w Strzelcach Krajeńskich zjedzony.

Po Męża urlopie mieliśmy wracać do domu, ale nastąpił zwrot akcji – domek u Brata się zwolnił i mogłam znowu zakotwiczyć z Małym nad jeziorem u rodziców. Szkoda było dziecię trzymać w murach podczas mega upałów, więc trochę leśnych przygód, pływania, pieczenia kiełbasek przy ognisku i leniuchowania na plaży jeszcze zaliczyliśmy. Było fantastycznie, do tego powrót pociągiem, więc radość dla dziecięcia dodatkowa, a na dworcu czekał na nas stęskniony tatuś i mąż (w jednej osobie).

Jakby pogoda wyczuła, że zakończyliśmy podróżowanie, temperatury spadły, trochę pokropiło i chmury zasłoniły niebo. Co nie oznacza, że zasiedliśmy w domu na kanapie, trafiły nam się bowiem Żagle2022, zwiedzanie okrętu ORP Toruń i długi spacer na Wałach..

Do tego wspaniałe spotkanie z Beatką, która z Danii przybyła na nasze Męskie Granie, pogaduchy z nią i odprowadzanie się tak, by jak najdłużej ze sobą pobyć w tym życiowym pędzie. Potem plac zabaw i spacery z koleżanką i jej wnuczkami, a pomiędzy tym wszystkim ogarnianie mieszkania, szop pracz nieustanny, zapełnianie lodówki (matko, co za drożyzna!) i próby gotowania, od którego po trzech tygodniach zdążyłam się odzwyczaić. Czuje się, że to już finisz wakacyjnej swobody, ale weekend przed nami i słońce też się jeszcze trochę uśmiecha. Łapiemy więc te uśmiechy na zapas i lecimy w plener. Miłego!

Kopiec, nie kreta, ale i zwierzęta były.

Skoro już spod ziemi wyjechali, należało odetchnąć świeżym powietrzem i wzbić się na wyżyny. Czyli kolejny punkt programu Kopiec Kościuszki – jeden z pięciu krakowskich kopców poświęcony panu Tadeuszowi, naszemu narodowemu bohaterowi. Usytuowany na Górze św. Bronisławy i pięknie eksponujący się na tle nieba. Tuż obok restauracja, z której można podziwiać panoramę Krakowa i nie omieszkaliśmy się tam wdrapać.

A że podczas tego wyjazdu postanowiliśmy pooglądać co się da w plenerowej odsłonie nie mogło zabraknąć krakowskiego ZOO. Tym bardziej, że Mały z poprzednich wyjazdów do zoo niewiele pamięta (a trochę tego było) i frajdę miał niesamowitą oglądając na żywo zwierzęta, nie widywanych na co dzień. Dla nas to też atrakcja, ale powiem szczerze, niektórych zwierzaczków bardzo mi szkoda. Większość pewnie wolałaby żyć na wolności (zwłaszcza ptaki), choć te stworki, co się w zoo urodziły może i chwalą sobie tamtejszą opiekę..

W dniu wyjazdu zrobiliśmy jeszcze spacer przy Sukiennicach i przeszliśmy się ulicą Grodzką, upolowałam tam nowy magnes na lodówkę, zaopatrzyliśmy się w słynne i smaczne obwarzanki i ruszyliśmy w dalszą trasę. Miało być do Zakopanego, ale z racji burz w tamtejszych rejonach i ostrzeżeń przed wędrówkami w góry zmieniliśmy kierunek na Wielkopolskę. Przez chwilę miałam plan zakotwiczenia w Częstochowie – ale termin był mocno oblegany przez pielgrzymów (15 sierpnia) i o noclegu można było pomarzyć. Nic to, co się odwlecze to nie uciecze, Zakopane, Częstochowę i Katowice wpisuję na listę kolejnych podróży:)