Święto Gryfa

W piątek zawsze warto przejrzeć stronę swojego miasta, można bowiem trafić darmowe perełki w postaci festynów, targów i różnych innych akcji. Mały wydobrzał mogliśmy więc skorzystać z plenerowych atrakcji i na pierwszy ogień wybraliśmy podróż w czasy dawne. Kiedy to na Zamku Książąt Pomorskich Gryfici mieszkali, a obecni fascynaci owych czasów odtwarzali ich życie codzienne, pieczenie podpłomyków, rozwój instrumentów, namiotów, strojów i rycerskiego świata.

Dużo ciekawostek, historii i występów, połączonych z nauką tańca z chorągwiami i władania mieczem.

Świetna sprawa, Mały zachwycony tak, że jechaliśmy na Zamek dwa razy, ale po drodze i na inne pokazy trafiliśmy. Zupełnie z innej bajki i w innych strojach, które to w kolejnym odcinku do obejrzenia.

Mama

I tak to, dziś urodziny mojej Mamy. Różne miałyśmy etapy naszych relacji, poprzez dziecięcą i bliską, potem buntowniczą i gniewną, praktycznie pozamykaną w osobnych pokojach i na zasadzie „daj mi święty spokój”. Po uświadomienie sobie ogromu miłości, potrzebę jak najczęstszych spotkań i codziennych telefonów. Różnimy się od siebie bardzo. Charakterem, podejściem do ludzi, do prezentów, nowych sukienek (ja uwielbiam, mama nie potrzebuje), uśmiechu do świata, do poznawania nowych miejsc (mnie nosi, mama najchętniej w domu), wydawania pieniędzy, gotowania, biżuterii, makijażu. A mimo wszystko, choć tak różne, to jednak połączone. Na zawsze. I daj Boże, żeby jak najdłużej żyła w zdrowiu na tym świecie, bo świata bez niej sobie nie wyobrażam..

Także wieczorem rodzinne świętowanie, a na razie szybkie pichcenie naleśników, żeby cokolwiek na obiad było. Poranne zakupy, pranie i poszukiwanie butów zmiennych na dodatkowe zajęcia dla Małego. Ceny tak skoczyły w górę, że za głowę się łapię. I żeby choć z ceną jakość butów poszła w górę – a to te same trampki, tylko rok temu płaciłam za nie połowę mniej. Wyszliśmy z galerii mocno zniesmaczeni, na szczęście na pocieszenie trafiłam ciepłą bluzę dla siebie (w promocji, teraz tylko tak). Przyda się na zimne poranki. Kwiaty do domu, od „pani działkowej”, też się przydadzą i trochę optymizmu wniosą..

Rzutem na taśmę

Ostatnim rzutem na taśmę złapaliśmy dzień pięknej pogody. U nas lało, brat zrezygnował z wyprawy nad jezioro, bo i tam deszcze, tymczasem niedaleko nas w prognozie widać było słońce i temperaturę 26 stopni. Pojechaliśmy po rodziców, Brat wraz ze swoją rodzinką w drugim aucie i całą ferajną – nad morze:) Prognoza się sprawdziła, uciekliśmy z deszczu w fantastyczny nadmorski dzień.. i to z kąpielami w Bałtyku! Co jak wiadomo, nie jest oczywiste, a wręcz mocno zaskakujące. Rodzice od kilku lat nad morzem nie byli, a Bratanek zachwycony był dużą wodą i piaskownicą z nieograniczoną ilością piasku..

Po plażowaniu rodzinny obiad, potem lody i rodzice zabrali się do domu z synem, a my mogliśmy jeszcze pobuszować po sklepikach. Bransoletka z muszelek trafiona, Mały szaleje dalej z kartami Pokemonów, Mężu szukał okularów przeciwsłonecznych na następne lato, ale już koniec sezonu, więc większość przebrana. A szkoda, bo ceny wyprzedażowe, sama chętnie bym nowy strój kąpielowy upolowała (mój powoli dokańcza żywota) i może jakąś bluzę, choć niekoniecznie w kotwice;)

Wróciliśmy późno, komedia na dobry sen, a w niedzielę wyprawa na wystawę makiet z pociągami i malutkimi ludzikami do kompletu.

Komplety mega drogie, także tylko oglądanie, podziwianie wykonania i pasji, dzięki której dorośli i dzieci mają tyle zabawy.

Zjedliśmy tam obiad i z racji handlowej niedzieli kupiliśmy Małemu teczkę do plecaka – wymaganą na szkolne dokumenty. Szkoła coraz bliżej, znamy już godzinę rozpoczęcia i tylko zaskoczenie, że dzieci mają je bez rodziców. Myślałam, że zobaczę przywitanie kumpli, że udzieli mi się ten podniosły nastrój powakacyjnego spotkania. Ale nic to, odprowadzę dziecię na miejsce, pogadam chwilę z koleżankami i pora będzie rozpocząć codzienność w szkolnym wymiarze.

Północ – Południe

Po koncertowych atrakcjach i dwóch dniach na złapanie oddechu, po Trójmieście i Helu, przyszedł czas na długo planowaną wyprawę do.. Krakowa!

Już od dwóch, czy trzech lat wspominałam Mężowi, że fajnie by było w te piękne rejony zawitać. Odświeżyć moje wspomnienia po 17 latach i utworzyć nasze wspólne, gdyż on i syn jeszcze tam nigdy nie byli. Gdyby nie Paulinka z naszego blogowego świata, pewnie jeszcze kilka lat byśmy się do wyjazdu krakowskiego zbierali;) Tymczasem była i mobilizacja i ogromna chęć sprawienia jej radości w postaci urodzinowego spotkania. Przyjemność była obustronna, przyjęcie bardzo sympatyczne, a Kraków dzięki naszemu spotkaniu i poznaniu Twojej kochanej rodziny zyskał jeszcze więcej uroku:)

Udało się idealnie spasować termin, znaleźć hostel blisko Starego Miasta i połączyć zaproszenie urodzinowe ze zwiedzaniem przepięknego miasta. Nic tylko łapać i doceniać takie szczęśliwe chwile. Relacje z podróży i przeżyć, w kolejnych wpisach..

Bal u Rafała

Nowo otwarty Amfiteatr zaczął przyjmować artystów. Chwila wzniosła i zapisana na jego kartach, a dla nas rarytas w postaci dwóch znanych osobowości. Pierwszą był Ralph Kaminski, o którym do niedawna w ogóle nie słyszałam, a który w muzyce alternatywnej zbiera już nagrody (aktywny od 2010r). Postać nietuzinkowa, piosenkarz kontrowersyjny, o czystej barwie głosu, który do popowej, elektronicznej muzyki wprowadza dźwięki kameralne i poetyckie teksty.

W związku z tą wrażliwością i niekiedy nostalgią w utworach, Mężu myślał, że na tym koncercie wynudzi się i zaśnie. Tymczasem zaskoczenie! Bal u Rafała porwał nas jak prawdziwy bal. Było fantastycznie, z energią, tańcem, szczerymi oklaskami i nawet moim wzruszeniem przy utworze „Już nie ma dzikich plaż”. Przy „Kosmicznych energiach” tłum szalał, a kiedy Ralph tak po prostu zszedł sobie w ów tłum ze sceny, emocje sięgały zenitu. To był naprawdę świetny koncert, od samego początku, po same bisy.

Po takich emocjach Dawid Podsiadło już nie brzmiał tak fantastycznie, jak go pamiętam z Męskiego Grania w Poznaniu. W wersji akustycznej, z mandoliną, skrzypcami, fletem i trąbkami zabrakło pazura, który mnie kiedyś porwał i zachwycił.. Na MG jego koncert był najlepszy, tu Ralph wygrał wszystko. Owszem Dawid bardzo sławny, tłumy przy nim, większość zna teksty, a stadiony na jego koncerty wyprzedają się w kilka minut. Ale jednak no nie tym razem. Ani nas nie ruszyło, ani koleżance się nie podobało tak szalenie, jak kiedyś. Oczywiście nie ujmując nic Dawidowi, bo to po prostu nasze odczucia i tylko na tę wersję koncertową. Nadal uważam, że chłopak ma świetne muzycznie utwory, teksty i słuchać będę niezmiennie.

Wakacyjna okazja

Po atrakcjach przy otwarciu Amfiteatru, spakowaliśmy torbę plażową i z racji pięknej pogody pojechaliśmy nad jezioro do rodzinki. Rodzice i brat koczują tam od kilku dni, zatęskniło się więc do nich, za plażowaniem i kąpielami też..

A że Mężuś złapał wreszcie kilka dni wolnego, mogliśmy zaplanować wspólny wyjazd też w dalsze rejony naszego pięknego kraju. W trakcie rozważań nad kierunkiem podróży dostaliśmy mega propozycję od blogowej Leny (Okularnicy) – darmowego noclegu w Gdańskich rejonach, połączonego z opieką nad kotem – Krakersem:)

Okazja w idealnym momencie i grzechem było nie skorzystać. Zwłaszcza, że i Lenę wraz z Fotografem mogliśmy odwiedzić i wszystkie miasta w Trójmieście zaliczyć, nawet z extra bonusem. Ale, że już w domu i noc po ogarnianiu walizek, zakupach i praniu mnie zastała, to wojaże opiszę w kolejnych odcinkach.

Amfiteatr

Weekend rozpoczęliśmy wędrówką do biblioteki. I prócz kolejnych książek do listy Małego (przeczytał osobiście już 37) spotkała go niespodzianka w postaci ulubionej koleżanki z przedszkola. Natalka wkręciła nas w plac zabaw na trzy godziny i potem w tempie ekspresowym leciałam do sklepu i obiad też na szybko produkowałam. W sobotę panowie śmignęli na rowery, a ja ogarnęłam pranie i prasowanie, by później ze spokojną głową ruszyć w plener. Tym razem spacery powiodły nas na Wyspę Grodzką z miejską plażą i leżakami. Na lody w parku, oraz do świeżo wyremontowanego Amfiteatru, który wreszcie doczekał się zadaszenia i wymiany starych ławek. W okolicy pojawiły się nowe miejsca odpoczynku, huśtawki na drzewach i oświetlenie, a przy okazji nad Rusałką utworzono letnią strefę zabaw na wodzie..

W Amfiteatrze wszystko teraz pachnie nowością, ławki są wygodne, scena i dach podświetlane, więc będzie ciekawy efekt na koncertach. Można było wieczorem załapać się na iluminacje, ale że za późno przybyliśmy oglądaliśmy je tylko sprzed wejścia. Było zbyt wielu chętnych na otwarcie, choć i tak fajnie było wyjść z Małym, z koleżankami i chłonąć letni klimat przy muzyce Heleny Majdaniec, którą uczyniono patronką Amfiteatru..

Wychodne

Nie mogę uwierzyć, dopiero co była niedziela, a już zaraz piątek. Jak to? Nie zdążyłam ze wszystkimi planami na ten tydzień! Normalnie gonię czas i chyba muszę nastawić budzik na wcześniejszą godzinę. Przed chwilą wesołe miasteczko z Małym, a już kolejne pomysły na nowy weekend. Na wesołym tradycyjnie MK wybrał autodrom, skakanie z linami na trampolinie i salę z przeszkodami, którą po raz pierwszy pokonał bez asysty. Za to odeszła mu chęć na karuzele i jeśli przejął błędnik po mamusi, wcale się nie dziwię. Od samego patrzenia mam zawroty głowy.

Po poniedziałkowym plażowaniu (od rana do wieczora) w towarzystwie koleżanki z dzieckiem i z moim Małym szczęściem stwierdziłam, że na wtorkowe świętowanie imienin Ani idę bez dziecięcia;) Trzeba czasem odpocząć od nieustannego trajkotania, stu pytań do i od domowych zajęć też. Także mamuśka miała wychodne. Na pięć godzin wskoczyłam w towarzystwo szkolnych mam, które spotkały się u Ani na działce. Wieczór okazał się sympatyczny, z dużą dawką śmiesznych opowieści, a że mieszkamy wszystkie na tym samym osiedlu nie musiałam wracać sama. Duży plus i zaproszenie na kolejną imprezę, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego.

Wczorajszy dzień znów intensywny i na dokładkę wychodzony po zakupach jedzeniowych i po wielkiej Ikei, gdzie wreszcie trafiłam brakujące talerze. Ile tam się robi kilometrów to głowa mała, kroki w tym przybytku nabija się w ilości hurtowej. Tym chętniej jedzie się potem do rodziców, gdzie można klapnąć w spokoju, dostać obiad i popatrzeć, jak bawią się z Małym w… sklep. A na deser dostać coś słodkiego, w ramach świętowania ich rocznicy ślubu. Nic tylko życzyć im jak najwięcej takich słodkich chwil, w zdrowiu i w szczęściu, a nam byśmy mogli być z nimi jak najczęściej..

Nocne życie

Wstęp do weekendu rozkręcił się niespodziewanie, po placu zabaw, u nas w domu. Dziewczyny, wraz z dziećmi, przybyły oglądać kuchnię i bardzo mnie cieszył ich zachwyt. Na szczęście było czym poczęstować – przy dziecku zawsze coś do pochrupania jest w szafce. A i w czereśnie akurat się zaopatrzyłam i zaraz też jakiś babski likierek, czy kapka nalewki ku zdrowotności się znalazły. Zrobiło się gwarno i sympatycznie, a dla mnie radość, że po miesiącach remontu znowu w domu goście.

W kolejny dzień za to gościliśmy się i my. Najpierw fantastyczne urodziny koleżanki Małego, w sali zabaw, w której jeszcze nas nie było. Ogromny małpi gaj do wspinaczki, piniata, tort i osobna restauracja dla rodziców. Czego chcieć więcej..

Tymczasem było i więcej, bo po sali zabaw dostaliśmy zaproszenie na działkę do Jubilatki. A tam kiełbaski z grilla i ogórki małosolne w pakiecie. Ciąg dalszy pogaduch i dzieci wybawione na trampolinie. Mężuś przyjechał po nas przed 22gą i postanowił zaprezentować nam Bulwary nocą..

I tu dotarło do mnie, jak wielu ludzi imprezuje, gdy my już jako te stateczne mamy i taty ogarniamy dziecię do snu i sami padamy jak kawki. Nie, żeby było mi z tym źle, bo kocham to nasze rodzinne życie. Ale jednak raz na jakiś czas tęskni się za dawnym, swobodnym wyjściem. Za tańcami w klubie, wieczornym spacerem, wśród kolorowych świateł i takim poczuciem lata w innym wymiarze. Dobrze, że można już naszego nocnego marka zabrać ze sobą (choć i dużo młodsze dzieci, nawet w wózkach było widać), posłuchać latem muzyki w plenerze i uśmiechnąć się na widok szaleństwa w nocnym, wesołym miasteczku.

Czarodziejsko

Wiadomo jak wygląda powrót z biwaku, gdzie większość ciepłych ubrań pachnie dymem z ogniska. I po weekendzie ze zwierzaczkami i w ogrodzie, gdzie sierść i ziemia przeplatają się ze sobą na ciuchach. Także tryb szopa pracza odpalony, ale i przy okazji na porządki generalne w domu i na balkonie mnie wzięło, na zakupy i gotowanie też. Także w pół dnia po relaksie śladu nie było. Na szczęście wieczorne spotkanie ze znajomymi, z okazji urodzin ich syna, przyniosło trochę oddechu i uspokoiło tempo.

A spotkanie owo okazało się w klimatach, ostatnio przez nas ulubionego, Harry’ego Pottera. Także i smacznie było i ciekawie w kwestii wystroju lokalu.

Nazwy potraw takie, że zwykłe naleśniki nabierają czarodziejskiego wymiaru. Do tego można sobie kupić np. figurkę Mandragory, zaczarowane cukierki, czy inne ciekawe gadżety nawiązujące do filmu. Szkoda tylko, że ceny tak wysokie..

Na pocieszenie pogoda też ostatnio jak zaczarowana i takim upałem sypnęła (36’C), że od dwóch dni na okrągło plażujemy, kąpiemy się i nawet dziś Mężuś ku schłodzeniu się, po pracy do nas dołączył..