Sezon

Grillowy sezon rozpoczęty. I to dość intensywnie, przez 7 godzin na działce, przy świętowaniu urodzin koleżanki. Pierwsza karkówka i kiełbaska z grilla zaliczone, pogaduchy w babskim gronie też (panowie mieli swoje, przy pieczeniu). Dzieci wyskakały się jak szalone na trampolinie, ledwo pamiętając o jedzeniu i piciu, ale za to na torty część dała się od zabawy odciągnąć.

Być może z racji obecności dzieci, ale coraz częściej i bez nich, dużo ze znajomych przeszło u nas na zabawę bezalkoholową. Trochę mnie to zaskoczyło, bo kiedyś obserwowałam inne trendy, ale mimo wszystko jest na plus. My już od lat praktycznie procentów nie tykamy. Z racji złego samopoczucia nawet po małej ilości, ale i przez ich kaloryczność, czy wpływ na zdrowie. I kompletnie za alkoholem nie tęsknię, bo od zawsze umiałam i lubiłam się bawić bez niego.

A że sezon na plenerowe pikniki też rozpoczęty, to bawimy się teraz z Małym i to jest dla mnie fajniejsze, niż wszystkie zakrapiane imprezy z młodzieńczych lat. Patrzę na uśmiechniętą buźkę skaczącego w dmuchanych zamkach, biegającego po trawie i pełnego radości Małego i przepełnia mnie szczęście. Chce się tej radości dostarczać mu jak najwięcej, bo wtedy i my z niej dla siebie czerpiemy..

Prawie przyszła

Ta cieplejsza wiosna, choć jeszcze z czapką wieczorami i płaszczem o poranku. Ale popołudnia już przyjemne, na większym plusie, słoneczne i kwieciste..

Nastrój trochę lepszy, bo już na fachowców się nie obrażam, tylko pierwsze obiady gotuję i podgrzewam. Zmywarka też wreszcie ruszyła, choć jeszcze wszystko nieśmiało i niepewnie. A bo tu kabel od ledów wisi, tam kafle niedomyte (choć już nadgarstek sobie nadwyrężyłam szorując), no i jeszcze szafki na mycie czekają. Sprzątamy więc powoli przyległości, pucuję łazienkę, Mężuś odkurza, a i Mały dokłada się do całości. Może nie sprzątając, ale przynamniej nie rozwalając klocków po podłodze;) Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie wizyta u alergologa i powrót do wziewów na kolejny miesiąc. Po nim będzie następna próba ich odstawienia i mam wielką nadzieję, że zakończy się lepiej. Przynajmniej pewność, że na wakacje od tego odetchniemy.

Wczoraj, na fali lepszego humoru, nadrobiliśmy pełną rodziną zaległe urodziny Bratanka – w plenerze, z lodami, trampolinami i wspinaczką na liny, zakończone jednak dość szybko z racji nieprzemyślanego wręczenia maluchowi prezentu. Na widok garażu do aut natychmiast zarządził powrót do domu, żeby składać budowlę. I z tego co Brat dziś pisał, ledwo go do kąpieli zaciągnęli, a od 7 rano, jeszcze w piżamie poleciał bawić się dalej. Takiej właśnie radosnej i pełnej energii majówki życzę. Tyle, że bez pobudek o 7 rano:)

Przegląd wielkanocny

Pojechaliśmy świętować do Zosi, co z jednej strony cieszyło, z drugiej łączyło się z tęsknotą za rodzicami i rodziną Brata. Trochę się podleczyli i ominęło nas spotkanie urodzinowe u Bratanka i obiad wielkanocny u moich. U Zosi jest pysznie, rejony do spacerów idealne, dużo relaksu i fajnych pogaduch. Ale najbardziej bym chciała żebyśmy byli wszyscy razem, obojętnie u kogo, byle całą rodzinną ekipą. Takie moje marzenie na kolejne święta..

Tymczasem dla Małego radość z szykowania gniazdka w ogrodzie – tu taka tradycja, zamiast chowania słodkości i prezentów po szafkach. Malowanie jajek (i wspominanie pięknej pisanki wydrapanej przez Tatę), wyjście ze święconką, a potem dużo rowerowych jazd po okolicy. Był też kolejny odcinek Harry’ego Potter’a skutkujący zabawą figurkami i tworzeniem własnej budowli.

A w niedzielę, po uroczystym śniadaniu, pęd do ogródka z nadzieją i pytaniem, co tam zajączek za prezenty i słodkości zostawił. Kolejne zabawy, spacery i nic dziwnego, że po atrakcjach buszowanie do nocy.

Trudno było nad ranem obudzić dziecię, ale że dni bez pośpiechu, to i dzisiejszy wyjazd do parku miniatur na spokojnie zorganizowany. Ale o tych światowych budowlach już w następnym odcinku, bo zaraz północ i wypadałoby odpłynąć w sen..

Pozytywna energia

Kiedy weekend zaczyna się fajnym spotkaniem z Blubrą w kawiarni, pogaduchami, jogurtem z granolą i pyszną, owocową herbatą – znaczy, że nadszedł lepszy czas. I dobrze, bo już był bardzo potrzebny. Przydało się też dużo śmiechu na lekkiej komedii „Zaginione miasto”, gdzie Sandra Bullock i Channing Tatum stworzyli rewelacyjny duet, samotnej twardzielki i mięczaka z wielkim sercem. Do tego Brad Pitt jako ta wisienka na torcie i mamy udany film na relaksujący wieczór.

Kolejne dni wypełnione radością z nowych sprzętów, uruchamianiem zmywarki, przepalaniem piekarnika, testowaniem pierwszego mycia i ustawień temperatur. A dziś pierwsze gotowanie na nowej płycie gazowej – ekspresowe – bo i palniki z większą mocą i wreszcie wszystkie działające. Było i spotkanie z Mamą, gdyż panowie w sobotę wyjechali nad jezioro malować deski pod wakacyjną wiatę. Także spokojne popołudnie i odpoczynek zaliczone..

Niedziela palmowa wprawdzie z palmą (wyszła nam metrowa), ale z racji resztek kaszlu u Młodego jeszcze bez wyjścia w kościelne tłumy. Myślę, że na święcenie jajek już się załapiemy, na razie palma poszła w konkursy i niech się jej darzy. Co do darów, z racji zbliżającego się zajączka dokupiłam synkowi zingsową maskotkę, a sobie zrobiłam prezent w postaci kubka do smoothie. Wygodny, na jednorazową porcję, lekki do przewiezienia w podróże i z ładowaniem usb. Dziś pierwsze testowanie – pod ręką jabłko, borówki i winogrona. Czekam na smaczne truskawki i inne owoce sezonowe, potestuję sprzęt decydując, czy zostanie ze mną, czy nie. A jeśli tak, to może wreszcie uwolnię się od podjadania słodyczy, zastępując je czymś zdrowszym..

Venom w natarciu

Ferie zakończyliśmy z przytupem, na dwóch imprezach i z pierwszym nocowaniem Młodego u moich rodziców. Przez te siedem lat, a to był za mały, a to kręgosłupy bolały, potem nie było potrzeby, a jeszcze później wirus. Teraz już po szczepieniach u całej rodziny, więc zdecydowali się przyjąć wnuka na noc, żebyśmy mogli poświętować razem. W jeden dzień 40 urodziny kumpla, w drugi 8 jego syna. W tej samej, wynajętej sali, z DJem i tańcami do nocy. Niektórzy wytrwali do szóstej nad ranem, nam się moce wyczerpały w okolicy drugiej. Ale wytańczyliśmy się na całego, (ostatni raz takie hulańce w sierpniu na weselu Leny) i mogliśmy dzielić ten dzień z sympatyczną ekipą. Ludzie wyluzowani, klimaty Woodstock’owe, żona kumpla naszykowała sałatek, pieczystego, a i ciast nie zabrakło. A na deser trzypiętrowy tort z Venomem – straszności, dla wtajemniczonych – my akurat w temacie, bo Młody w Avengersach teraz siedzi.

Na drugi dzień dziecięce szaleństwo, na które na szczęście dostarczyliśmy piłkę, gry i sterowane auto, dzięki czemu nie skończyło się na bieganiu wokół stołów. Maluchy dostały frytki z keczupem i słodkości różne, łącznie z tortowymi zębami Venoma 😉 A co do zębów, to nasze dziecię wczoraj przed snem wyrwało sobie górną jedynkę, trzymającą się już tylko na włosku (obawiałam się, żeby w nocy tego zęba nie połknął!). Mrozi mnie na sam widok, ale cóż z mleczakami swoje przejść trzeba i dzielnie to przetrwać. Wróżka Zębuszka na pocieszenie zostawiła datek pod poduszką, a Walentynka drobny upominek. Dla Męża też będzie coś słodkiego, bo i on wyznaniami miłosnymi z samego rana mnie uraczył – nawet w torebce i w chlebaku się ukryły, żeby żonę zaskoczyć:) Miłych Walentynek i duużoo miłości!

Z pompą

Ferie zaczęliśmy z pompą, w sensie ulewy, wichury i huku (od spadającego kawałka tynku z budynku) i w sensie fajnych chwil, których do ostatniej chwili pewni nie byliśmy. Przed wichurą udał się spacer z rodzicami, zrobiłam pyszny obiad w domu i spędziliśmy rodzinny wieczór przy śmiesznych filmikach. A na sobotę wybraliśmy bajkę w kinie. „Sing 2” okazało się mega pozytywne, z przesłaniem o dążeniu do spełniania marzeń i ze świetną muzyczną oprawą (przyznaję, na kawałku U2 się wzruszyłam). Po kinie jeszcze wypad na lody do kawiarni i pełnia szczęścia dla Młodego. Niedziela zapowiadała się równie atrakcyjnie, na urodzinach u syna koleżanki.

W niewielkim gronie, ale za to najbliższym sercu. Sala zabaw ta sama, w której Młody świętował swoje 7 urodziny, pogaduchy z ekipą, trochę ganiania po sali. Przerwa na mięsko z frytkami, potem tort i inne słodkości.

Spędziliśmy tam pięć godzin, a i tak dzieciom było mało. Tylko dwie najmłodsze kruszynki poszły wcześniej do domu. Reszta szalała w piankach, małpim gaju i na trampolinach. Mnie by się teraz też przydało, żeby spalić nadmiarowe kalorie. Ale kto wie, może uda się na łyżwach, czy choćby na spacerze, jeśli pogoda dopisze i już pompę odpuści..

Wolność, dzień Dziadków i fikająca foka

Wczoraj wreszcie odzyskaliśmy wolność, całą rodziną. Kwarantanna dla zdrowego dziecka to zuo. Nawet jeśli wrócą lekcje zdalne, liczę, że uziemienie już nas ominie. Młody wypuszczony w plenery skakał jak pasikonik. Pasikonik z zadyszką. Tak mu kondycja siadła. Dla mnie wyczynem było wyjście na kijki z koleżanką i 1,5 godzinna przebieżka w dużym tempie. Wróciłam wykończona, ale z szalejącymi endorfinami i radością, że wreszcie możemy też wyjść na spacer z rodzicami. Młody sprezentował babci ręcznie robiony świecznik, a dziadkowi łyżeczkę do kawy z dedykacją. I dołożył laurkę, gdzie sam mógł wypisać wyuczonymi już literami, wiersz dla dziadków. Oni w podzięce zaprosili na gofry i tylko szkoda, że drugiego wnuczka zabrakło, biedny znów przeziębiony. Wyszedł z ospy, wrócił do przedszkola na trzy dni i apiać gorączka. Nie ma lekko, teraz my kciuki trzymamy, żeby nasz w tym tygodniu niczego nie złapał i żeby nikogo z wirusem w klasie nie było.

Wolność poza domem uczciliśmy też wyjściem do pizzerii, graniem w planszówki, pomiędzy dwoma spacerami i wreszcie naszym wieczorem we dwoje- gdyż syn po zrobieniu 11 tysięcy kroków (na kwarantannie miał 3tyś.) zasnął snem mocnym po 21szej. Ostatni tydzień bez zmęczenia i wybiegania zasypiał około 23-24 (pomimo pobudki o 7), więc i my padaliśmy. Mamy tyle filmów do nadrobienia i praktycznie zero czasu na oglądanie.. A teraz jeszcze za szafki kuchenne się wzięłam, powoli robię czystkę, wyrzucając nieużywane naczynia, jakieś pokrywki, starocie i inne przydasie, więc czasu za dnia będzie jeszcze mniej. Plus, że synek wrócił do szkoły i trochę swobody w domu odzyskałam. Za to po szkole od razu praca domowa i czytanki. Widzę, że tempo nauki wzrasta i coraz trudniejsze teksty maluchy dostają. Dla przykładu Foka Fryderyka – polecam 🙂

Sylwestrove

Podróż z górskich rejonów do domu, w Sylwestra, poszła całkiem sprawnie, za to do teraz nie mogę się po niej ogarnąć;)

A to dlatego, że należało wyszykować się na domówkę, po drodze rozpakowując torby i wstawiając pierwsze pranie (na dzień dzisiejszy czwarte za mną). W międzyczasie dać coś jeść dziecięciu, wywietrzyć mieszkanie, umyć się, zrobić make up i odnaleźć kieckę. Dobrze, że Mąż miał koszulę wyprasowaną i czyste buty. Tak zaganiani wpadliśmy z przekąskami i trunkami na chatę do M. A na owej chacie 7 dorosłych, 7 dzieci i rejwach sympatyczny:)

Panowie częstowali jakimś limonkowym wynalazkiem, dziewczyny sałatkami i pieczonym mięskiem. Dla dzieci masa słodkości, ale i spaghetti w ramach kolacji co na plus, bo do 3 w nocy ferajna wytrwała. Pogaduchy były fajne, jedynym minusem pomysł włączenia tv i stacji z sylwestrowym programem – porażka muzyczna – obiecałam sobie, że na następny rok trzeba przygotować własną playlistę i na pewno bez wizji. Gdy nadszedł etap wybierania muzyki z YT, przynajmniej trochę z Mężem potańczyliśmy. Potem już odliczanie, fajerwerki nagrywane przez maluchy i balkonowe widoki. Co do tego typu atrakcji, gdyby nie huk i strach dla zwierząt byłoby o wiele przyjemniej oglądać kolorowe rozbłyski. Od nas nie strzelał nikt.

Obdarowani smakołykami na wynos, odpłynęliśmy w sen przed czwartą i dobrze, że potem był weekend. Przydał się na odsypianie, zwłaszcza że od poniedziałku powrót na zdalne i forma mile widziana.

Świątecznie

Wigilijny cud rozciągnął swe działanie na całe Święta. Sprawił, że wskoczyłam w kozaki do sukienki, by na uroczystą kolację dobrnąć w śniegu. A był to wspaniały wieczór, w rodzinnym gronie – które to grono jeszcze bardziej doceniam, słuchając jak dookoła rozpadają się małżeństwa, czy odchodzą powoli rodzice i bliscy. Mam za co dziękować, dochowaliśmy się z bratem dzieci (oboje późno, ale najważniejsze, że są, bo upragnione były bardzo), nasi rodzice wspierają nas i starają się, pomimo wieku, byśmy wszyscy mogli spotkać się u nich. Co doceniam jeszcze bardziej, bo taka Wigilia jaką pamiętam z dzieciństwa może być tylko z nimi, z pysznościami, jakie tylko oni potrafią przyrządzić. Także dziękuję, że są i daj im Boże jak najlepsze zdrowie i jak najdłuższe życie, nie tylko ze względu na Święta.

Ale te są takim szczególnym czasem.. I tym razem też było przytulnie, ciepło, z kolędami i moimi próbami grania Cichej nocy na gitarze (trzeba jednak wcześniej zacząć próby, a nie tydzień przed;)). Było wzruszająco przy życzeniach i zabawnie, z naszymi maluchami, które to raz się czubią i wyrywają sobie zabawki, a raz lubią i trzymając za rękę na krok siebie nie odstępują. Młody po takich emocjach zasnął po 23ciej, a potem ciężko było go dobudzić, gdy już w trasę do Zosi się szykowaliśmy, na dalsze świętowanie. A trasa była jak z bajki.. Widoki poza miastem, niesamowite i aż szkoda, że już odwilż zapowiadana, bo takiej zimy mi brakowało.

U Zosi też smakowicie, z kolejnymi prezentami i nową grą (Super Farmer na początku wydaje się skomplikowany, po kilku rundach do ogarnięcia). Z mroźnymi spacerami (w niedzielę rano -17’C!) w skrzypiącym śniegu. Z Listami do M, bajkami dla wnuczka i jego czytaniem pierwszej książki. Nareszcie i ja miałam czas poczytać („Imię Twoje” p. Nurowskiej wciągające od pierwszej strony) i wyspać się, nie tylko w nocy, ale i po południu przy rozgrzanym piecu kaflowym. Modlę się, by za rok dane nam były znowu takie Święta i za kolejny i jeszcze jeden i jeszcze.. I nie musi być śniegu, byle były w tym samym składzie. Choć i śnieg mile widziany ❄