Silna wola

Jak tę słabą silną wolę trenować, kiedy to jest się zapraszanym na babskie pogaduchy i to na dokładkę w dziecięcym gronie, które bez słodkiego się nie obejdzie. Na stół wjeżdżają ciasta i ptysie z kremem, zbliża się pora kolacji, a głód daje o sobie znać coraz bardziej;) Dwa małe kawałki poszły, ale powstrzymałam się przed większą dokładką. Drugie pogaduchy z koleżanką odbywały się już w plenerze, jedyny minus, że mało w tym było ruchu (oprócz intensywnej i sympatycznej wymiany zdań). Ale już najtrudniejszą próbą była weekendowa wizyta u Zosi i świętowanie jej urodzin. W otoczeniu podarunkowych bombonierek, ciasta i różnych innych słodkości. Poprzedzonych krokietami, rosołem i pysznym niedzielnym obiadem z mięsem oczywiście. Po którym to zapada się w sen, jeszcze zimowy, przy rozgrzanym piecu i z pełnym brzuchem..

Na szczęście pogoda dopisała, weekend cały w skowronkach i w słońcu skąpany. Aż kusił lżejszą kurtką, spacerami i świeżym powietrzem. Niby zima ma powrócić i postraszyć trochę chłodami, ale gdy marzec coraz bliżej, dni są dłuższe i jaśniejsze, zdecydowanie czuć już wiosnę..

Dobry dzień

Gdy wracałam z Małym, napotkaliśmy po drodze taki oto kamień. Można rzec, filozoficzny i na duchu podnoszący.

Jak się okazało, proroczy, bo nie tylko dzień był dobry ale i cały weekend. Był czas na odsypianie porannych pobudek. Na czytanie książki i wieczorny film z Mężem. Na spacery chłopaków i wspólny spacer z rodzicami. Wprawdzie krótszy, z racji słabej pogody i bez Brata, gdyż u Bratanka pojawiła się gorączka. Ale zawsze jakieś wyjście, dotlenienie i przede wszystkim możliwość pobycia razem, choć tak. Było też szykowanie na niewielkie spotkanie, z okazji urodzin syna koleżanki. Wśród gości, część była już po przechorowaniu wirusa (w sposób lekki, jak zwykłe przeziębienie), mogliśmy więc przegadać objawy, a i po czasie od tego tematu uciec. Było o planach na przyszłość, o dzieciach, zmorach nauki hybrydowej, o akwarystyce, gotowaniu i pieczeniu tak pysznych ciast, jak obłędny orzechowiec mamy jubilata. Mały wyszalał się z kolegami, wśród innych zabawek niż nasze domowe, pojedliśmy słodkości, które na wynos dziś jeszcze dojadamy. A co za tym idzie, wdrożone na powrót ćwiczenia, żeby i plecy wzmacniać i jednak przy okazji nad wszystkim innym popracować. Efekty częstych ćwiczeń już widoczne, ból kręgosłupa mniejszy i jakaś taka sprawność ogólna się polepszyła. Także niech ten dzień też będzie dobry i moc kamienia działa jak najdłużej..

Pozamykane?

Niby ferie, ale tak naprawdę co mają robić dzieci, czy młodzież, kiedy ani porządnej zimy, ani możliwości wyjazdu na obóz, czy narty. Ponoć jakiś czas działało lodowisko – w formie kwiaciarni. Zakładano łyżwy i udawano, że jedzie się na środek lodowiska kupić kwiaty. Sanepid i kara dla naszego Lodogryfu zakończyły proceder. Szkoda, że nie zdążyłam, bo z ciekawości sprawdziłabym taką opcję. Nawet jeśli nie pojeździło się za długo, to przynajmniej z kwiatami człek wrócił;) Klub fitness z kolei otwarty na zasadzie medycznej konieczności, wcześniej robił za duchowe wsparcie. Przedsiębiorcy podejmują wszelkie próby przetrwania i wcale im się nie dziwię, bo patrząc na witryny, w co drugiej widać już pustki za szybą. Przez nieczynne galerie i brak możliwości podróżowania widać więcej ludzi we wszystkich innych dostępnych sklepach. W lidlach i stonkach, w sklepach odzieżowych czy z różnościami, które mają wejście z zewnątrz, też. Staram się unikać chodzenia częstszego niż dwa razy w tygodniu na zakupy żywnościowe, ale tym razem, z ciekawości, podjechaliśmy obejrzeć nowy pasaż. Dopiero się rozkręca i jeszcze w nienaruszonym i czystym stanie próbuje przyciągnąć klientów..

Ale i tak, mimo tych zachęt, wybieramy plener, tam jednak bezpieczniej. A już zwłaszcza na spotkanie z rodzicami, z którymi od kwietnia widujemy się tylko na spacerach i w maskach. Ostatnio zaczęliśmy wybierać też inne miejsca, niż ich osiedle. Po Syrenich Stawach zobaczymy, gdzie nas teraz poniesie. Jak dla mnie mogą to być choćby Jasne Błonia, które wprawdzie wrzesz i wzdłuż znamy już na pamięć, ale jakoś nigdy się nie nudzą. Tutaj w wersji z najnowszego kalendarza, zdobiącego obecnie ścianę u Zosi. Miłego weekendu 🌺

Skok w Nowy Rok

Pamiętam zabawę z poprzedniego Sylwestra, na 140 osób, z orkiestrą i balowymi sukniami. Teraz wręcz nie do pomyślenia. I okazuje się, że wcale nie mam potrzeby tego powtarzać i szaleć na parkiecie do białego rana. Z przyjemnością piszę się na domówkę, na luzie i bez całej szalonej otoczki. Przygotuję sałatkę meksykańską, poustawiamy przekąski dla Małego, włączymy muzyczne show i może poskaczemy trochę tanecznym krokiem.

I jedyne czego pragnę, to powrotu normalności, mniej stresu i strachu o zdrowie najbliższych. Swobodnego wychodzenia z domu, bez maski. Powrotu bezpiecznych spotkań z rodziną i ze znajomymi. I zdrowia, zdrowia. Niby tak niewiele, a jednak to wszystko, czego można teraz życzyć sobie i innym na ten Nowy 2021 Rok. Także niech się spełnia! 🎉

I tak to

Właśnie dlatego lubię cały ten czas przed świętami. Ten właściwy mija zbyt ekspresowo. Sam klimat grudnia, strojenie domu, światła i ozdoby w mieście. Oczekiwanie.. Potem rach ciach, pogaduchy, kolędy, radość z prezentów, Kevin sam w domu, my na spacerach i pełno smakołyków, po których znowu muszę przejść na odwyk cukrowy.

Ciasta i w tym roku dostaliśmy od Taty, ale pojechały z nami do Zosi. Dzień wigilijny rozpoczęliśmy więc od podróży, która z jednej strony cieszyła, z drugiej smuciła brakiem rodziców i brata. Łączenie on-line nie zastąpi wspólnego świętowania, ale dobrze, że była choć taka namiastka widzenia się z częścią rodziny. U Zosi zresztą też czekały na nas cud, miód i bąbelki. Pod choinką 14 prezentów dla naszej skromnej czwórki, dodatkowe niespodzianki od chrzestnej Małego i masa śmiechu. Do tego same pyszności na stole i na szczęście, przy tym temacie, dobra pogoda za oknem. Spacery dwa razy dziennie, wyjazd do miasteczka obok, ku odskoczni i obowiązkowo las. Dużo lasu.

Świątecznie

Spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia, wesołych na tyle, na ile mogą być. By przyniosły promyk nadziei, żeby już więcej nie trzeba było ich spędzać bez tych, których kochamy. Świąt niosących wytchnienie zapracowanym, gotującym i sprzątającym. Z rodzinnym ciepłem, bez udawania, z sercem na dłoni i miłymi prezentami pod choinką. I tym, co w Świętach najważniejsze, dla każdego..

Opłatek na ławce

Weekend faktycznie był spokojny, rodzinny, spacerowy i ze świątecznymi filmami. Mały wziął udział w Jasełkach, których w tym roku nie można było obejrzeć na żywo. Dobrze, że choć film jest i dużo zdjęć na pamiątkę zrobionych. Moja wizyta u dermatologa zakończona sukcesem, kremy i szampon już przynoszą efekty. Uszczupliły wprawdzie mocno portfel, ale było warto. Mężuś w piątek odkurzył całe mieszkanie, ogarnęłam zakątki, zrobiłam dwa prania i tyle będzie naszego przedświątecznego sprzątania. Potem to już tylko relaks..

W sobotę wybraliśmy się z bliskimi na spacer. Rodzice i Brat z rodziną przynieśli już prezenty dla nas i dla Małego. Wymieniliśmy się nimi, po części potajemnie, żeby dzieci nie widziały. Mama przyniosła opłatek i jakże znamienne było dzielenie się nim na dworze, w maskach i na dystans, bez przytulania. Może niektórzy przytulać się z rodziną nie lubią, mnie brakuje tego bardzo. Dla Mamy te święta będą jednymi ze smutniejszych, będą wprawdzie we dwoje z Tatą, ale widzę jak przeżywa to, że z dziećmi ich nie spędzi. Miała łzy w oczach i złość na wirusy wszelakie, na obostrzenia, które i w Sylwestra nie pozwolą nam się spotkać. Jakoś trzeba będzie to przetrwać i trzymać kciuki za lepszy, nowy rok. Po spacerze i obiedzie na wynos – na chińszczyznę i odetchnięcie od gotowania też nachodzi czasem chęć – ruszyliśmy ponownie w miasto, oświetlone już, z racji ciemnego popołudnia..

Niedziela natomiast zupełnie inna w klimacie, rozświetlona słońcem, z wędrówką nad rzekę. Z podziwianiem pływających morsów i Małego biegającego po piasku bez wytchnienia. Mogę patrzeć na jego radość nieustannie i słuchać śmiechu dźwięczącego jeszcze dziecięcym głosem. Tak bardzo cieszę się, że mamy dziecko, że dane mi było zostać mamą i poczuć całym sercem ogrom miłości. Bezwarunkowej.

Z tej miłości po powrocie zrobiliśmy obiecaną masę placków ziemniaczanych. Z cukrem dla Małego, z gzikiem (twarogiem ze śmietaną i cebulą) dla Męża, z twarogiem na słodko dla mnie, wersję na słono i z samą śmietanką też. Raz nie zawsze, po ostatnim pilnowaniu menu można zrobić czasami taki kaloryczny obiad. Następna wyżerka będzie już świąteczna, ale wiadomo, że nie ona tu najważniejsza. A my sami, wraz z bliskimi i znajomymi, z którymi spotkać się można by przekazać im choć trochę naszej dobroci..

Na jarmarku

Dużym zaskoczeniem był fakt, że Jarmark Bożonarodzeniowy został w ogóle przygotowany. Nie wiem na jakiej zasadzie wydano pozwolenie, ale widać było, że ludzie mimo obaw odwiedzali plac ze stoiskami. My zawitaliśmy tam tylko na chwilę i oczywiście w maskach. Zabrakło przepięknej karuzeli weneckiej i pociągu dla dzieci, ale to akurat dobrze. Za to, jak co roku stanęła na miejscu duża, oświetlona od góry do dołu choinka..

Były stoiska ze smakołykami, pierogami, bigosem, z gorącą herbatą czy grzanym winem, oczywiście na wynos, bez stolików. Było też dużo ozdób, świeczników, bombek i ozdobnych pierników. Światełka i choinki dodawały całości klimatu..

A we mnie ta namiastka świąteczna obudziła trochę radości. Wiem, że ta radość taka bardziej przytłumiona, bo o zachorowaniach nadal się pamięta, maski obowiązkowo nosi i odległość stara trzymać. Ale taka dająca nadzieję, że może za rok będzie lepiej, normalniej. Już tak bardzo każdy tego chce. I tęskni się za swobodą, za podróżowaniem i za spotkaniami w pełnym gronie, bez limitów. Zdrowie jednak najważniejsze, a to coś mnie ostatnio od strony okulistycznej i dermatologicznej dopada. Skierowania mam pobrane i zaskakująco dermatologa udało się umówić na ten piątek. Ale żeby nie było tak pięknie, okulista ma termin dopiero w sierpniu. Czeka mnie jeszcze rehabilitacja kręgosłupa, ale to na pewno w nowym roku. Także na razie skupiam się na tym, co już i dostępne, a świątecznego nastroju nie będę sobie umniejszać. Choinka rozświetlona, lampki wszędzie powłączane, ozdoby cieszą oko i odliczanie rozpoczęte.

Poimieninowo

W imieninowy poranek Mały przywitał mnie laurką, którą już od tygodnia ukrywał w swojej szufladzie. Wyściskał, wycałował i trzeba było lecieć do przedszkola.

Za to po powrocie miałam czas na pieczenie ciacha i szykowanie deseru lodowego z galaretką i bitą śmietaną dla moich domowych łasuchów, ze mną włącznie. Za to obiecałam sobie, że od nowego tygodnia ograniczam słodkie do minimum i jeśli tylko się uda, przechodzę na potrawy mniej mięsne. Nie wiem czy dam radę, ale próbować będę!

Jeden z prezentów od Męża jeszcze przede mną, gdyż karta podarunkowa do kosmetycznego ma długą datę przydatności. Ale znając siebie ruszę w regały jeszcze w tym tygodniu. Po pierwsze dlatego, że ten cały Black Week przyciąga promocjami, po drugie, bo uwielbiam kosmetyki. Testować, używać i kupować (albo choć oglądać na półkach). Zresztą nie tylko kosmetyki, przez te zniżki szalone – tym razem nie udawane, bo wiele sklepów musiało pozbyć się towaru z zamkniętych galerii – nabyłam dodatkowe dwie pary butów, o których już od roku marzyłam. Niby miałam tej zimy nic nie kupować, ale jak tu nie skorzystać. Zresztą nie da się nic nie nabyć, kiedy Mikołaj tuż tuż, a i pod choinkę Bratankowi prezent trzeba zrobić. Dla Małego drobiazgi do buta już są, na Święta jeszcze jakieś klocki by się przydały. Niby galerie już otwierają, ale na razie się tam nie wybieram. Wybieramy za to spacer z rodzicami na weekend, oczywiście w maskach i z dystansem. Ale choć na trochę, żeby wnuczek po dwóch miesiącach dziadków zobaczył i ich nie zapomniał. Miłego weekendu..

Od Męża.. with love..

Fajniak

Dopiero ogarnęłam mieszkanie i kuchnię, po urodzinowych przeżyciach naszego Fajniaka. Ozdoby pochowane, naczynia umyte, nowe zabawki poukładane i intensywnie, z radością eksploatowane. Pozostało dojadanie smakołyków, ale na powrót z dłuższymi przerwami między posiłkami. Równowaga w menu musi być, inaczej szybko wrócę do stanu sprzed pilnowania zdrowszego trybu. A już kolejne dobre słowo usłyszałam (na rentgenie), odnośnie powrotu do mniejszego rozmiaru i tego chcę się trzymać. Moje plecy zresztą też, bo jak wiadomo nadmiar jest szkodliwy i dla kręgosłupa. A ten zdecydowanie wymaga wzmocnienia, tylko po ostatnich wiadomościach ciężko coś zaplanować, albowiem każdy plan może być zaraz odgórnie zablokowany.

Wiadomości dochodzą sprzeczne, z jednej strony rosnące statystyki i możliwość narodowej kwarantanny, z drugiej jakieś słuchy, że idzie ku lepszemu i byle dotrwać do stycznia. Już naprawdę, czy się chce, czy nie, lepiej zacząć żyć dniem teraźniejszym, bo na przyszłość nic pewnego.. Także trochę zapasów do zamrażalnika porobiłam i zaopatrzyłam nas w pieczywo, też z racji jutrzejszego święta. Z tej okazji Mały ma dziś występy w przedszkolu w stroju żołnierza i od tygodnia śpiewa po domu „Legiony”, „Rotę” i „O mój rozmarynie”. Ten patriotyzm wpajany dzieciom miałby ogromne znaczenie, gdyby kraj tak samo żarliwie dbał o swoich obywateli, ich wolność i prawa.

Tymczasem nasz mały patriota wspiera gospodarkę naciągając rodziców na zakupy polskich produktów w portugalskiej stonce, bo przecież fajniak musi być i nie ma zmiłuj 😉