Wakacyjny początek

Zanim kolejne podróże, to najpierw zakończenie roku u naszego pierwszoklasisty. Całkiem przyjemne, w formie wesołego przestawienia, a nie nudnego apelu, jak u mnie bywało. Dzieci poprzebierane za postaci z bajek, piosenki, wzruszający wiersz dla taty i wychowawczyni dziękująca za współpracę i pomoc. Było naprawdę sympatycznie, tym bardziej cieszyłam się z Małym, że i moi rodzice dotarli i Mężowi udało się wyrwać z pracy. Na koniec kwiaty, prezenty i świadectwa z opisami, od których duma rośnie z własnego dziecka:)

Potem lody z dziadkami, drobny prezent dla, już prawie, drugoklasisty, wakacyjne przekąski na balkonie..

i.. wieczorna gorączka 38.3, żeby za wesoło nie było;) Nie wiadomo, czy to z emocji, czy ktoś z licznych gości na występie jakiegoś wirusa Małemu sprzedał grunt, że uziemiła nas w domu na kolejny dzień. Miały być urodziny koleżanki syna, w ogrodzie, z basenem i różowym tortem. Były dwie gry w Catana, który to rozbudował swoją wersję w kupieckim kierunku. Na szczęście gorączka już nie wróciła, za to humor, moce i energia jak najbardziej. Także niedzielny, rodzinny spacer, na imieniny mego Taty mógł się odbyć, a popołudnie nad rzeką dopełniło radości. I tym akcentem, przy 30 stopniowych upałach, rozpoczęliśmy wytęsknione wakacje 🙂 🏝

Początek lata

Na szczęście w weekendy koledzy i koleżanki odpuszczają (przynajmniej na razie), bo czas to jeszcze rodzinny i głównie dla nas. A że festyny letnie wysypały się jak z rękawa, to po policyjnym trafiliśmy na Dni Chemika. Pokus w postaci lodów, waty cukrowej i frytek nie brakowało, ale tym razem na lodach i popcornie się skończyło. Mały natomiast nie mógł oderwać się od stoisk z zabawkami. Prym wiodły karty Pokémonów, które namiętnie zaczął zbierać i choć na jedno opakowanie naciągnął rodziców, to drugie kupił sobie z własnych oszczędności. Co oznacza, że faktycznie mu na nich zależało, gdyż do tej pory niechętnie ze swych funduszy korzystał. W tle pod to tłumne szaleństwo przygrywały postaci trochę znane, aczkolwiek nie w naszych klimatach muzycznych. Margaret i Damian Ukeje próbowali przyciągnąć trochę luda pod scenę, ale raczej z mizernym skutkiem.

Większe kolejki ustawiały się po autograf i zdjęcie do skoczków narciarskich. A tak naprawdę dziecię nasze najbardziej zafascynowane było rzutami piłką do celu i grą w piłkę nożną. Cóż, Kamil Stoch musi poczekać;)

Po takich atrakcjach i późnym powrocie, fajnie było spędzić całą niedzielę nad jeziorem u rodziców i brata. Pogoda zrobiła się w ten dzień iście wakacyjna, słońce w pełni, więc i opalanie i pierwsze kąpiele (MK, ja poczekam na cieplejszą wodę) doszły do skutku. Wróciliśmy pachnący lasem, słońcem i letnim powietrzem. Dla mnie to początek lata i to nic, że dziś trochę padało z rana. Pierwsze letnie wspomnienia, tego roku, zebrane 🌞

Majówka

Przed pandemią co rok jechaliśmy pozwiedzać jakieś nowe miasto. Była Warszawa, Łódź, był Toruń, Poznań i Wrocław. W tym roku przez nadmierne wydatki kuchenne postanowiliśmy zostać w okolicy. Po zabawach w plenerze miastowym wybraliśmy się nad nasze utęsknione morze. Na szczęście w środku majowego weekendu, więc obyło się bez korków i dłuższego dojazdu. Przywitało nas słońce i woda tak klarowna, jak nigdy..

Na początek Międzyzdroje, żeby i atrakcji dla Małego nie brakowało. Były lody, oglądanie sklepików, gofry i śmiganie na molo. Co i ja lubię, choć tym razem łapałam się za głowę na widok cen. Żeby zwykła maskotka kosztowała 60 zł? To już nawet nie chcę wiedzieć ile teraz będzie kosztował nocleg nad morzem. A chcielibyśmy tam na kilka dni latem wyskoczyć i cóż, trzeba się będzie mocno trzymać za kieszeń. Nawet Mężu odpuścił sobie wejście do Muzeum Figur Woskowych, mówiąc, że już widział, a Małemu wystarczy jedna osoba towarzysząca. Z jednej strony racja, ale jednak chciałoby się wszystko przeżywać wspólnie, żeby i tę radość dziecka razem doświadczać..

Na szczęście w Międzywodziu było już mniej pokus, tym bardziej, że umówiliśmy się z przedszkolną koleżanką syna, na placu zabaw. A tam wyszaleli się, wybiegali i cieszyli spotkaniem. Choć na koniec do automatów nas zaciągnęli, bo przecież ileż można wspinać się na ślizgawkę czy na sznurkową drabinkę. Kolejny dzień to już spokojny relaks nad jeziorem u rodziców. Plaża, koc, pogaduchy z Mamą i cały czas na świeżym powietrzu.. Fajne były te cztery dni, poproszę więcej:)

Kierunki

Odpoczynek mieliśmy dość intensywny w ten weekend, choć gdy tak spojrzę wstecz, większość naszych weekendów tak wygląda. Wybrałam się na spacer z koleżanką, na jej działkę po maliny i na wędrówki po działkach okolicznych. Dwie godziny ruchu, duże tempo wędrówki i ćwiczenia zaliczone, pogaduchy przy okazji też. W sobotę mieliśmy jechać do rodziców nad jezioro, ale okazało się, że tam pada, a u nas zrobiło się upalnie i kropla żadna spaść nie miała. Pojechaliśmy więc nad wodę, pograć w piłkę na plaży, pospacerować i łapać złotą jesień, która jak lato się tym razem zaprezentowała.

Niedziela była jeszcze bardziej upalna, dotarliśmy nad Odrę, Młody śmigał na rowerze i 6 tysięcy kroków do obiadu wskoczyło. Obiad na mieście, z racji odpoczynku od kuchni i tęsknoty Męża za pizzą. Lody też były, więc rozpusta kulinarna w pełni. Ale że potem dużo ruchu, gra w piłkę w parku i znienacka kolejna wizyta na innej działce, z grabieniem i zbieraniem liści – to bilans energetyczny wyrównany. Mama koleżanki przedszkolnej Młodego zaprosiła nas na skoki trampolinowe w dziecięcym wykonaniu, a mnie na pogaduchy do wieczora, przy zerówkowym piwku. Miałam wrażenie, że byliśmy wszędzie i w różne kierunki miasta dotarliśmy. Choć przy takiej pogodzie, to i dalej wyruszyć by się chciało..

Letni wrzesień

Początek września ciepły i słoneczny, momentami jest lepiej niż było w sierpniu.

Po stresach na rozpoczęcie roku przydał się weekend pełen relaksu i zaskakująco – plażowania. 22 stopnie w pełnym słońcu, Młody wędrujący brzegiem jeziora, zabawy w piasku i pyszna rybka z grilla na obiad. Zdecydowanie wakacyjny klimat..

Niedziela równie sympatyczna, choć już w większym towarzystwie. Zrobiliśmy dzieciom „zlot przedszkolaków”, na dużym placu zabaw. Zebrała się ich dziewiątka, rodzice też dopisali. Było szaleństwo z piłką, na karuzeli, huśtawkach i wspinaczka po drabinkach. Dla nas pogaduchy, relacje z rozpoczęcia szkoły i pierwsze stamtąd wrażenia. A gdy już część się rozeszła, piątka młodych poszła oglądać pokaz breakdance’a. Który to tak rozkręcił nam Młodego, że wyskoczył przed publikę i zatańczył wraz z kumplem! Ku naszemu zaskoczeniu, bo on raczej z tych nieśmiałych. Szczęki nam opadły jeszcze niżej, gdy postanowił wziąć udział w warsztatach i uczył się kroków wraz z innymi dziećmi pod dyktando właściciela szkoły tańca. A potem jak gdyby nic zapozował do zdjęcia z całą grupą. Teraz już mam pewność, że dobrze zrobiliśmy zapisując go na pozalekcyjne zajęcia taneczne. Za dwa tygodnie rozpoczynają się w naszej szkole i myślę, że będą fajną odskocznią od stresów i nauki.

Foto z pokazu

Gdańskie rejony

Z racji, że Stare Miasto zwiedzane było już trzykrotnie (choć dla mnie i tak mało) podpytaliśmy znajomych Państwa Młodych co by tu jeszcze obajrzeć, zanim po odespaniu ruszymy w dalszą trasę. Polecili nam Park Oliwski i Brzeźno, gdzie z przyjemnością się udaliśmy. W parku tematyczne ogrody i długi spacer wyciszyły weselne emocje i nacieszyły oko pięknymi widokami..

Pogoda dopisała, można więc było śmigać na krótki rękaw, pod wodospad, do japońskiego ogrodu i podziwiać rzadkie drzewa i rośliny. Szkoda, że palmiarnia była nieczynna, ale i tak podobało nam się bardzo. Może teren nie jest tak wielki i tak zagospodarowany, jak w Ogrodach Hortulus (zwiedzaliśmy je jeszcze przed narodzinami Małego), ale też robi wrażenie i miło było spędzić tam czas..

A po spacerze, odpocząć i zalec na plaży w Brzeźnie, która wprawdzie mocno oblegana, ale wakacyjne klimaty nam przypomniała. Duże molo, muzyka, bary, boiska do siatkówki, sklepiki i lody w okolicy. Na pewno nie dla koneserów spokojnych i cichych rejonów, ale raz na jakiś czas można tam zajrzeć, zwłaszcza gdy komuś nie przeszkadzają takie atrakcje. My jednak wsiadaliśmy już do auta, by przemieścić się w bardzo klimatyczne i spokojniejsze okolice, w które w swej dobroci zaprosiła nas blogowa Fusilka do swojego Małego Białego Domku! 🙂 Ale o tym już w następnym odcinku, bo Mały i codzienność wzywają.

Się dzieje

Poszłam za ciosem i z czeluści kuchennych szafek wyciągnęłam sokowirówkę. Mężu zrobił zaopatrzenie w marchewki, jabłka, arbuza i w ruch poszły soki. W różnej konstelacji smakowej, ale wszystkie na plus dla Małego – w tej postaci wreszcie owoce mu wchodzą, a i ja z dobroci witamin korzystam.

Korzystamy też jeszcze z letnich uroków, swobody ciepłych dni i wieczorów. Dwa wyjścia nad rzekę, kąpiele, spotkanie z koleżanką i jej synem. I wieczorny wypad z drugą, w celu podziwiania miastowych iluminacji (zbyt szumnie nazwanych). Z dwójką dzieci, którym spać się nie chciało..

Sobotnie południe tam właśnie, na wesołym miasteczku, spędzone. Mały więc w pełni uszczęśliwiony.

Choć byłby jeszcze bardziej, gdyby wczoraj wieczorem mógł wybrać się ze mną na koncert naszej szczecińskiej Kasi. Nosowskiej. Tym razem z biletem i pod sceną. Koncert mega pozytywny i zaskakujący. Zarówno przesłaniem, humorem, dystansem, jak i stroną muzyczną, która to po trochu o dawną Kasię z Hey’a zahacza, ale i dużo nowoczesności wprowadza. Nie sądziłam, że tak się wytańczę, że takie emocje towarzyszyć mi będą, kiedy to oprócz świetnych kawałków nowej Kasi (na żywo brzmią lepiej), w tym jednym (rewelacyjnym) zaśpiewanym z synem, poleciały aranżacje Smalltown Boy i utworu Chemical Brothers. Zaskakująco, energetycznie i poproszę więcej:)

O niespodziance

Po pięciu dniach urzędowania w domku Brata mieliśmy zwijać się i wracać do miasta, gdyż Brat przejmował włości na weekend. Tymczasem o 6.30, w piątek rano, budzi mnie Mąż i mówi że musi gdzieś pojechać, że mam się nie martwić i że będzie niespodzianka. Pojechał. A w głowie masa myśli, począwszy od kwiatów (żadnej okazji na horyzoncie), zakupów (sklepy raczej od 9 czy 10), może jakiś koncert w okolicy czy cuś i po bilety pojechał (ale tak rano)? Tymczasem ruszył 160 km w dwie strony, wskoczył do domu na 10 minut (kwiaty podlał! kochany), złapał kołdrę, koce, materac i.. NAMIOT! Jupii:) Dzięki temu mogliśmy zostać do niedzieli i wreszcie spędzić nad jeziorem czas też z Bratem i jego rodziną. Przyjechali w piątek, Bratanek już do mnie ręce wyciąga i zaczął mówić ciocia. Z kim pójdziesz do piaskownicy? „Ciociom!”. A kto ma rzucać samolotem „Ciocia”! Jak fajnie było znowu trzymać takiego dwulatka w ramionach, pobawić się autkami i patrzeć jak Mały razem z kuzynem próbuje łapać wspólny front, pomimo dzielącej ich 5 letniej różnicy.

Dawno nie byliśmy pod namiotem, ostatnio z 9 lat temu, jedna noc na powrocie z wyprawy na Hel. Ale jakoś i spać się tam dało i trochę rzeczy pomieścić, trzymając resztę w samochodzie. Niestety w obie noce padał deszcz i po pierwszej musieliśmy przenosić cały majdan spod drzew, żeby było ciszej i mniej mokro. Na szczęście za dnia słońce wszystko osuszało i spokojnie można było potem spać, a w dwie noce i kręgosłup dał radę wytrzymać na materacu. Rodzice poratowali nas obiadem na niedzielę, bo reszta zapasów się skończyła. Mały szczęśliwy, że mógł jeszcze załapać się na dwa ogniska, plażować i trenować pływanie pod wodą, a ja że cała rodzina zebrała się w jednym miejscu.

Takie niespodzianki to ja lubię:)

Jeziorna wyprawa

I tak to, znad morza powrócili, jeden dzień w domu spędzili, zrobili pranie i heja na ciąg dalszy urlopu. Podjechaliśmy po Mamę i z racji wolnego domku, w poprzedni poniedziałek, śmig nad nasze jezioro. Tata już tam koczował, Brat z rodzinką mieli przyjechać w piątek. Pogoda nie zapowiadała się zbyt przyjemnie, jakieś 20 stopni, chmury i inne straszności. Ale okazało się, że i słońce zza tych chmur wyglądało i w ciągu dwóch dni temperatura skoczyła na akuratne 23-24 stopnie. Były nawet momenty upalne i ustawianie parasola od słońca. Co do kąpieli to głównie się zamaczałam, pływając ze dwa razy. Woda dla mnie była za zimna, choć i tak lepsza niż w morzu, ale reszta rodziny chętnie z kąpieli korzystała. Zwłaszcza Mały, który pomimo szczękania zębami nie chciał z wody wychodzić. Plusem było też to, że w tygodniu plaża cała była nasza i synek nauczył się płynąć pod wodą. Wszystkim już o tym opowiada i dumny chodzi, a my wraz z nim.

Oprócz kąpieli udały się dwa wypłynięcia łódką, Mały zaopatrzony wreszcie w certyfikowany kapok mógł nawet trenować zarzucanie wędki i co jakiś czas wyciągał rybki. Nie obawia się już brać ich w rękę, ale zdejmowanie z haczyka jeszcze odpada i zakładanie robaków też. Najchętniej łowił na kulki z chleba i już zapowiedział, że chce wziąć udział w zawodach wędkarskich dla dzieci. Dla nas taka jeziorna wyprawa to dużo relaksu na plaży, spacerów, wspólnego czasu i codziennych wieczorów przy ognisku..

Ale są i minusy, komary, gzy, słaby zasięg (dla niektórych to plus, ja tam lubię mieć łączność) i duża ilość tobołów, jaką trzeba zabrać. W takim lesie trzeba być przygotowanym i na mokrą trawę, na zimne noce, upały, owady, na deszcze (gry podróżne się przydają), a jak się okazało i na oparzenia gdy Mały złapał ręką rozżarzony patyk (konieczny zakup hydrożelowych opatrunków!). Do tego przywieźć własną pościel, koce, materac dla syna, gdyż w domku tylko dwie kanapy i łóżeczko dwuletniego Bratanka. Zaopatrzyć się w wodę pitną, tonę zabawek na plażę, nabrać duże zapasy jedzenia i gotować na słabszej kuchence elektrycznej. Ale czymże to jest, gdy można spędzić tak fantastyczne wakacje z całą rodziną, które zupełnie znienacka, za sprawą Mężowej niespodzianki, przedłużyły się nam na weekend. O niespodziance jeszcze będzie, a na razie ogarniam toboły, prania, gotowania i zakupy do pustej lodówki. Jest co robić po takiej wyprawie.

Plażing

Co tam żagle na rzece, lepsze są te na morzu, nad które wreszcie tego lata dotrzeć się udało. Dziś wprawdzie już w domu, ale i pogoda się pogorszyła, więc nie ma żalu. Za to kilka dni plażowania i słońca złapaliśmy. Jak na cały bajeczny tydzień, przy krajowej pogodzie, to i tak dużo. Były skoki przez fale, był ten nasz wspaniały, miękki piasek, było leniuchowanie za parawanem, z książką w ręku. Mały zachwycony każdym dniem, wędrówkami brzegiem morza, kolorowymi sklepikami w miasteczku, budowaniem basenu na plaży i zachodami słońca. Zachwycony też lodami, słodkościami i zakręconą frytką. Do tego drobiazgami, na które co i rusz nas naciągał (o dziwo nie chciał kolorowych bąbelków do wyciskania;)) i graniem na automatach, dzięki którym też kilka zabawek wygrał. Dla mnie najpiękniejszy był wspólny czas, dużo zabawy, śmiechu, tańców na deskach przy plaży i morze, samo w sobie, które niezmiennie zachwyca..

Ogólnie wyjazd idealnie wpasowuje się w napotkane w drodze na plażę hasło. Taki mały szał ciał z poczuciem wolności i swobody. Może trochę na wyrost, ale tak bardzo potrzebny po ostatnich blokadach i zamknięciach. W dniach, gdy wiatr uprzykrzał plażowanie, a ratownicy wywieszali czerwoną flagę uciekaliśmy do pobliskich miasteczek na dostępne dla dzieci atrakcje. Niektóre i nam się bardzo podobały, ale o tym w kolejnym wpisie. Na razie trzeba ochłonąć po podróży, ogarnąć ubrania, zdjęcia i siebie. Tak czy inaczej baterie pozytywnie naładowane:)