Parametry

Jak człek zaczyna poszukiwania jakiegoś sprzętu, to robi się w danej dziedzinie specjalistą. Czyta, przegląda, dokształca się.. a to przy lodówce nagle poznaje zasady działania no frost, a to przy odkurzaczu, że są modele z różnymi filtrami, albo z telefonami.. Które to mają różne pamięci RAM, pojemności akumulatorów litowo-jonowych, systemy operacyjne, procesory cztero lub ośmiordzeniowe, przekątne ekranów, rozdzielczości, itd. Jestem na bieżąco. Czytam, oglądam, jeździmy po sklepach by naocznie obejrzeć dany model. A i tak kupić w necie, bo różnice cenowe kolosalne. Jeszcze trochę to potrwa, choć to tylko telefon to przywiązuję się do niego bardzo i ważne bym mogła dostosować jego wnętrze tak, jak preferuję. Oczywiście na miarę możliwości finansowych i dostępności rynkowej, bo często bywa tak, że podoba mnie się coś, czego nie ma (podobnie jak z wizjami ubrań) 😉 

Co do ubrań, to poszukiwałam ostatnio wygodnych spodni dresowych dla smyka. Jakoś tak w przedszkolu dziury robią się na kolanach, albo nagle się okazuje, że nogawka sięga do pół łydki i trzeba szybko ratować image dziecięcia. Spędzając trochę czasu na przedszkolnym korytarzu pooglądam i posłucham różnych opowieści. O markowych strojach, zakupach przebrań karnawałowych, czy zajęciach dodatkowych. Trochę jestem przerażona faktem, że zrobiła się jakaś nagonka na zajęcia poprzedszkolne dla 3 czy 4 latków. Rodzice zapisują takie maluszki na karate, na piłkę nożną, angielski czy tańce w profesjonalnych szkołach.. I ja w sumie nie mam nic przeciwko, tylko jestem za trochę późniejszym wiekiem na takie latanie. Widziałam jak mama popędzała czteroletniego synka, bo zaraz ma trening.. Może i lubi piłkę, czy pływanie.. ale chyba najbardziej lubi czas z mamą i tatą, wspólną zabawę, granie w tą piłkę z nimi, trochę spaceru, czytanie razem bajek..

A może się mylę..

Lato w maju

Poniedziałek tradycyjnie powitał mnie intensywnością prac domowych, ale że szybko je ogarnęłam mogłam otworzyć drzwi dla niespodziewanego gościa. Koleżanka Iwona zadzwoniła, że jest w pobliżu i czy może przybyć pogadać. Zrobiłam jej kawkę, zasiadła po kolejnej rozwodowej sprawie, wymęczona ale w coraz lepszej kondycji psychicznej. Dla niektórych rozstanie otwiera drzwi do lepszego, szczęśliwszego życia. Wiem coś o tym.. 

Po wizycie poleciałam na ciąg dalszy badań, uspokojona przez panią doktor, że będzie dobrze. Skoro tak mówi, to chyba się zna. Z tej radości popełniłam w piekarniku zapiekankę z mięsem mielonym i cienkimi w plastrach ziemniakami. Pochłonięta została w tempie ekspresowym i na szczęście ze smakiem.

 

 

zapieczone


 

 Potem już tylko wizyta kontrolna z Małym u alergologa. A że zapobiegawcze działania dają efekty, to na spokojnie można było zacząć cieszyć się trwającym obecnie latem. Lato jak wiadomo trzeba łapać kiedy jest, bo gdy ma być w terminie, zamienia się w jesień. Ludzi więc na plaży od groma i to bez względu na porę. Z chłopakami byłam wieczorem, a na drugi dzień umówiłam się rano z Kasią. Zaległyśmy nad jeziorem i przez bite cztery godziny trajkotałyśmy jak nakręcone. Tematy nam się nie kończą i te osobiste i te firmowe, bo kiedyś pracowałyśmy razem. Dużo leciałyśmy w kierunku zdrowotnym, po moich przejściach i obecnych jej mamy, która właśnie leży w szpitalu po operacji. Jeszcze jeden przykład, że należy choć raz w roku zrobić badania kontrolne, żeby potem w takim przybytku nie wylądować. Mąż pakiet badań nabył, teraz trzeba znaleźć czas w sobotę, by na czczo dotrzeć do laboratorium. Co w przypadku weekendowego, spowolnionego etapu wstawania do łatwych nie należy. Dobrze, że pakiet ma określony termin ważności, będzie to myślę mobilizacją. 

Tymczasem najbliższy weekend znowu robi się miło przedłużony. Na dalsze wyjazdy zbyt krótki, ale festyny na Dzień Dziecka już są zapowiadane i pogoda między burzami również. Trzeba korzystać ile wlezie 🙂

 

 

w wodzie

Ani rusz

Synuś do przedszkola poszedł. Na dwa dni. Po południu tego drugiego wywinął orła na brzegu piaskownicy, zderzając się z ulubionym kolegą Tadziem. Zderzenie zakończyło się raną ciętą i obitym kolanem. Ale histeria, która po tym nastąpiła mogłaby świadczyć o złamaniu z przemieszczeniem i tragedią ogólnonarodową. Wrzaski, krzyki i płacz, nie do uspokojenia przez kilka godzin. Dziecię trzeba było nieść na rękach, przytulać i obchodzić się z nim jak z jajkiem.. Można powiedzieć prawdziwy facet. Oczywiście w piątek nie był w stanie pójść do przedszkola, koszmar trwał od rana. Należało usadzić na kanapie z nogą na prosto i włączyć bajkę. Wieczorem już mu się chyba znudziło i.. jeździł hulajnogą. A co. Przecież ile można dramatyzować.

 

 

Zanim jednak te dramatyczne chwile nastąpiły niespodziewanie otworzył się worek ze spotkaniami. Najpierw znienacka odwiedziła mnie Ania od Witka, oddając pożyczone jej drugiemu synowi, Guciowi, kozaki. Zrobiłam jej herbatę, usiadła i miała chwilę oddechu bo zajęłam malucha zabawą. Dziewczyna na ostatnich nogach, po czterech nieprzespanych nocach (ząbkowanie), bez czasu nawet na umycie włosów.. Rzekła, że Gucio skutecznie wyleczył ją z chęci posiadania trzeciego dziecka. Tymczasem Monika, z którą w ten sam dzień poszłam na spacer, o trzecim już myśli i marzy. Może dlatego, że jej Kubuś jest spokojnym chłopcem i bezproblemowym. Przynajmniej na razie. Dwie godziny spaceru, pogaduch i relacji z ostatnich zdarzeń dobrze nam zrobiły. Jej też, bo akurat ma ciche dni w domu (względnie, przy dwójce dzieci), więc fajnie się wygadać. Umówiłyśmy się też na spotkanie u mnie, bo już dawno nie była i chce zobaczyć nasz pokój po remoncie..


Później już byłam uziemiona przez dziecięce kolano, wieczorem stery przejął Mężu, a ja zawiozłam rodziców na imprezę. U nich z kolei spotkania związane z przechodzeniem znajomych na emeryturę. Dość popularne stało się świętowanie tego faktu. Ale jak to mówią rodzice, każda okazja dobra, byle jeszcze poszaleć. Teraz im trochę trudniej, bo oboje mają problemy z kręgosłupem. Tatę dopadła rwa kulszowa i wczoraj jechałam na szybko po leki z zaprzyjaźnionej apteki. Ani rusz – nabiera nowego wymiaru. Ech.

 

Za to my w sobotę na chodzie (odpukać) i w sam czas załapaliśmy się na wojskowy piknik, organizowany dla żołnierzy, ich rodzin i znajomych. Sylwia dała cynk, zwerbowała Katarinę z rodziną, Kasię ze swoim mężem i maluchem, Gosię z chłopakami i nas. Przy stoiskach z grillowaną kiełbasą, kurczakami i karkówką, można było się najeść. Do tego darmowy popcorn dla dzieci, wata cukrowa. Malowanie buziek, pokazy iluzjonisty, dmuchany zamek i trampolina bez ograniczeń czasowych. Występy muzyczne i pokazy walk karate. Pogoda dopisała, ciepło, słonecznie i tylko wiatr duży, ale nie było tak źle. Na przekór wiatrom czekała nas przejażdżka pancernym rosomakiem.

 

 

 

rosomakiem w dal

 

 

Później urodzinowe lody dla Mężulka, granie w piłkę w parku i spacer. A wieczór znów filmowy. Ostatnio obejrzeliśmy kilka ciekawych produkcji.. Słynne i wzruszające „Coco”, świetny De Niro w „Kamiennych pięściach”, dobra akcja – „Pasażer” i dla uśmiechu „Gotowi na wszystko. Exterminator”. Sama obejrzałam jeszcze „Tamte dni, tamte noce”, „Dziewczynę z Monako” i „Marię, królową Szkotów”. W planach „Cudowny chłopak”, ale najpierw niedzielne plenery z kiermaszem ogrodniczym nad Odrą, występami na festynie dominikańskim i być może spotkaniem z Sylwią, jej siostrą i Mikołajem na placu zabaw, bo właśnie piszą, że się wybierają.

Zapach

Bilet na Juwenalia i koncertowanie kupiony, w przedsprzedaży było taniej, więc warto. Tymczasem katar nie chce mnie puścić. Zatoki mam zawalone po sam czubek i nawet jak uda mi się nos odetkać, to kompletnie straciłam węch. Jeszcze w życiu tak nie miałam. I o ile jest to fajne w przypadku brzydkich zapachów, to tych ładnych mi brakuje. Nie czuję perfum, zapachu kwiatów, owoców i warzyw, które teraz jem na potęgę. Co więcej, nic mi nie smakuje.. Wyczuwam, że coś jest słodkie czy słone i to tyle. Wraz z węchem poszedł i smak. Okropność. Mężu za to może teraz korzystać do woli i zajadać się szczypiorem i czosnkiem. Ten ostatni kupiłam w ramach ratowania się od antybiotyku. Choć poza potężnym katarem nic mi więcej nie dolega, czasem odkaszlnę, ale gorączki brak. Wzmacniam odporność probiotykami i prebiotykami, biorę witaminy, kwasy omega 3, piję herbatę z miodem, cytryną. I kurcze ta moja odporność po zimie coś szwankuje. A tu pogoda iście letnia, nad wodę się chce, na spacery czy na kijki..

 

Może powinnam wyleżeć, zapakować się w kołdrę, wziąć coś napotnego.. Tylko jak tu leżeć, kiedy tyle w domu do zrobienia, a poza przeszkodą w nosie energia dopisuje. Następne pranie za mną, duże zakupy zrobione, ale już kolejny obiad trzeba gotować. Opłaty porobić na nowy miesiąc, firanki zanieść do krawcowej, odesłać nietrafiony płaszcz – kolejny znak, by nie kupować w ciemno. Na zdjęciu wyglądał pięknie, z wcięciem w talii, z wąskimi rękawami. A przyszedł szyty prosto, z rękawem, w który dwie ręce bym zmieściła. Obraziłam się i nic więcej z ubrań przez net nie kupuję. Kropka.

Nie dość, że nic mi nie smakuje, to jeszcze ładnego płaszcza od trzech lat trafić nie mogę. Normalnie foch. Na pocieszenie wieczorny film z Mężem, spotkanie z „Jane Eyre”, kupię do domu tulipany, a później idę na regulację brwi. I może machnę pazurki na malinowo. Póki jeszcze dobrze widzę i mogę nacieszyć oczy kolorami 😉

 

 

 

pachnące

Z Kopernikiem

Może nie w kompletnym zdrowiu, ale udało

się wyruszyć na planowaną majówkę. Cud. Mały do ostatniej chwili robił gorączkową zmyłkę. W dzień było ok, na wieczór 37,8. Aż wreszcie nastała doba bez gorączki i prosto od Zosi mogliśmy zakotwiczyć nad Wisłą. 

Toruńskie okoliczności Staromiejskiego Rynku przywitały nas gwarem turystów, ciekawymi zabytkami i wakacyjnym klimatem. Przy boku moich dwóch podróżników, w kwiecistej sukience i aparatem w dłoni rozpoczęłam zwiedzanie tego pięknego miasta. 

 

 

 

toruńsko


 

A jest tu co podziwiać.. Kopernik dumnie spogląda z góry swego postumentu, Flisak z nieodłącznymi żabami na szczęście, Krzywa wieża, Dwór Artusa, Zamek Krzyżacki z jarmarkiem w tle, śliczna kamienica pod gwiazdą, Planetarium, monumentalne kościoły, mury obronne, zabytkowe bramy i spacer Bulwarem Filadelfijskim.. Cudnie, po prostu cudnie..

 

Byłoby jeszcze cudniej, gdyby nie pozostałości kaszlu po przebytym przeziębieniu. Ale już mamy przetestowane, że musi się oczyścić część płucna i nosowa, dopiero wtedy zdrówko wróci do całkowitej formy. Oprócz tego Małemu i energia dopisuje, chęć do ganiania gołębi na rynku i zachwyt nad zwierzakami w  toruńskim Ogrodzie Zoobotanicznym. Spacery robimy codziennie kilometrowe, aż do padnięcia w jednej z licznych kawiarni tuż przy Ratuszu. Choć ceny kosmiczne więc i Bar Miś chętnie odwiedzamy, zwłaszcza że rodem z kultowego „Misia” przeniesiony. 

Niesamowity jest urok naszych polskich miast, może za rok uda się trafić do Krakowa, bo jeszcze razem nas tam nie było. Warszawa, Zakopane, Sandomierz i Mazury znajdują się też na wymarzonej liście podróży. Nie  wspominając o ciepłych krajach.

Ale na razie cieszę się, że Toruń dołączył do wspólnych wspomnień i z naładowanymi bateriami możemy marzyć dalej..

 

 

 

zaczarowany

Końcówki

Plany oczywiście poszły do weryfikacji, z pierwszym kaszlem u Małego. Schemat po powrocie od Zosi się powtórzył, cztery dni w przedszkolu, katar, kaszel i od nowa inhalacje. Zaczynamy podejrzewać, że to jednak na tle alergicznym. Oddech robi mu się szybki i płytki, a inhalacja pomaga w moment. Po kolejnych dniach wszystko wraca do normy. Na wiosnę ruszamy do alergologa i laryngologa. Teraz strach do przychodni zaglądać, bo grypa szaleje.

Na szczęście gorączki żadnej nie miał, energia synkowi dopisywała, więc mogłam zrealizować choć część zaproszeń. Spotkanie z Moniką przełożyłyśmy na następny weekend. Żeby nie ryzykować zarażenia jej chłopaków, choć my zdrowi i Mały nie wygląda na żadną wirusową akcję. Ale wiadomo, ona po trzech tygodniach spędzonych przy chorych dzieciach nareszcie cieszy się ich zdrowiem i unika wszelkich katarów. Może za tydzień zdarzy się cud i wszyscy będą zdrowi, by móc nadrobić wizytę.


W domu zrobiło się odświętnie i nastrojowo.. Naszykowałam sałatek, przystawek, oliwek, serków, owoców i ciasta. Zapaliłam wszystkie dodatkowe lampki i świeczki. W piątek przybyła Kasia i miałyśmy czas na pogaduchy, przerywane tylko od czasu do czasu Małym, domagającym się zabawy. W sobotę pod wieczór odwiedziła nas Hania, ze swoim dobrym sercem i pozytywnym nastawieniem do życia. Nagadałam się za wsze czasy, spędziłam fajne chwile wraz z moimi chłopakami.

Obie dziewczyny pochwaliły nowy wystrój i rozjaśnienie salonu. Każda miała inny pomysł na przybranie okna w firanki i zasłony. I gdyby była możliwość, przetestowałabym każdy, by zobaczyć efekt. Ale cóż, z racji ograniczeń kosztowych można wybrać tylko jedną wersję. Tymczasem tyle wariantów mi się podoba i jeszcze Duża podsyła super pomysły 🙂 Chcę z tych wszystkich porad wybrać to, co będzie miłe memu oku. A tu nawet końcówki karniszy trzeba dołożyć do decyzji.

Jednak mniejszy wybór, to łatwiejsze życie..

 

 

 

karniszowe końcówki

Dalej

Życie toczy się dalej.. Myśli przy Zosi, ale na szczęście ona trzyma się dzielnie.. Nie odmówiła rozpoczęcia remontu i dwóch znajomych Męża działa tam już pełną parą, robiąc bałagan i tworząc nową przestrzeń w sypialni. U nas też się zapowiada, dziś właśnie ustaliliśmy termin rozwalania sufitu na połowę lutego. Dlatego trzeba szybko korzystać z jako takiego ładu i nadrabiać zaległe spotkania. Mały prezenty od koleżanek nadostawał, miło więc będzie im podziękować. Weekend zapowiada się intensywnie, najpierw Hania i Kasia, w kolejny dzień Monika ze swoimi chłopakami. Gotuję już warzywa na sałatkę, na raty robię zakupy i obmyślam przystawki. Może nawet upiekę odwrócone ciasto ananasowe, które już raz się udało, to i teraz powinno 😉

 

Synek powrócił do przedszkola, po kolejnej przerwie. Trochę mu się wstawać nie chce, ale za to miał już atrakcję w postaci balu karnawałowego i przebrania za Papę Smerfa. Co się nad tą białą brodą nasiedziałam, to moje. Dziadek wyciął formę, a potem do północy obszywałam ją frotką. Czapkę mikołaja też trzeba było przerobić na czapkę smerfa, wypychając ją watą i obcinając pompon. Grunt, że zdążyłam na czas. 

 

 

 

broda

 

 

 

Później mogliśmy ruszyć na zakupy w poszukiwaniu klimatycznych dodatków do pokoju. Zaczyna wreszcie wyglądać przytulnie, choć nadal brak karniszy i zasłon. O tyle dobrze, że zdecydowałam się wreszcie na ich kolor. Trwają tylko debaty, czy dać krótkie firanki, czy długie. I czy zasłony będą tylko ozdobnie, czy mają zasłonić całe okno. Jeszcze trochę nad tym pewnie pomyślimy..

Grudniowe morze

Z ostatniego spotkania u rodziców mam wspaniałe zdjęcie, na którym dziadek czyta wnuczkowi bajkę.. Łapię takie chwile w każdym możliwym momencie, bo coraz bardziej jestem świadoma upływu czasu i tego że dla naszego smyka to będą ważne wspomnienia. Zaczęłam też rozglądać się za figurkami Mikołaja, jakimś drzewkiem i nabyłam gwiazdę betlejemską. Żeby trochę świąteczniej zrobiło się w domu.

Cóż z tego, kiedy tuż przed malowaniem ostatnich dwóch ścian, człek się budzi rano i widzi fontannę wody, lecącą do wanny. Na szczęście do wanny. A nie na podłogę, bo prawdopodobnie ciurkało całą noc. Malowanie idzie na bok, a w łazience zapanowuje pandemonium. Cały dzień jestem bez wody, na szczęście obiad ugotowany. Do wymiany oba kolanka i zakamieniona bateria, a w efekcie końcowym trzy odłupane kafle spod zabudowy wanny i oczywiście jeden pęknięty. A zapasu brak. Dziura straszy nie tylko nas, ale i Małego, który boi się, że mu stamtąd pająk wyjdzie. Na dokładkę znienacka wizyta naszych ulubionych fachowców, którzy dostali zielone światło na rozwalanie sufitu w sypialni i chcą działać jeszcze przed Świętami! Nosz, chyba nigdy tego pyłu nie ogarnę.. W łazience na suficie pojawiło się nowe pęknięcie, więc od razu chcą naprawić to i korytarz. Jak robić dalszy bajzel to może jednorazowo?

Najlepiej było by na ten czas się wyprowadzić i niech się dzieje co chce 😉

 

Gdybym mogła dołączyłabym do firmowej wigilii Męża, spakowała na szybko torbę i poszła na spacer brzegiem grudniowego morza. Ponoć słońce było i prawie bezwietrznie. Zupełnie jak w bajce.. A tych bajek, dla dodania nastroju, trochę się ostatnio naoglądałam i naczytałam (teraz w planach „Zbrodnia w efekcie” Chmielewskiej). I stwierdzam, że wyrosłam ze świątecznych filmów i książek. Wolę iść na jarmark, chłonąć widok Mikołaja, reniferów, słyszeć dzwonki i kolędy śpiewane intensywnie przez naszego smyka. Albo jechać nad morze, obecnie mało zimowe, ale zawsze jak zaczarowane..

 

 

 

grudniowe

Klitka

Nie ma to jak spędzać czas z przeziębionym dzieckiem na 12m2, w których to prócz sypialni upchnęło się kuchnię, salon, garderobę i plac zabaw 😉 Drobiazgi poupychane w każdy kąt, garnki na szafie, przeciskanie się obok stołu i właściwie prosto z krzesła można skakać do łóżka. Tak oto żyjemy przez ostatnie cztery dni, dobrze, że z dojściem do łazienki. Połączenie ze światem owszem zachowane. Późnym wieczorem oglądamy filmy sensacyjne w odskoczni na kostiumowe melodramaty. Ale żeby dziecię jakoś w miejscu wytrwało w ciągu dnia, włączałam mu co jakiś czas bajki.. z przerwami między czytaniem książek, układaniem puzzli, skakaniem na poduszkach i włażeniem mi na głowę. Nie ma szansy na odpoczynek, na film czy na spokojne czytanie. Ale za to sufit w dużym pokoju jest podwieszony, ocieplony i lśni już bielą! 


Ekipa remontowa składa się z dwóch sympatycznych panów, którzy za cel postawili sobie zdążyć z robotą do urodzin naszego smyka. Chwała im za to. Robią sumiennie, nie obijają się, dwie przerwy na kawę i dalej do pracy. Mówili, że nie pracują w soboty – przyszli i zostali tak długo, aż wszystkie płyty i w kuchni położyli. Zostało szpachlowanie i malowanie. Naprawdę jesteśmy pełni podziwu i przy okazji w podzięce podrzucam im ciacha i zapraszam choć na zupę. Zdążyłam ugotować późnym wieczorem, kiedy kuchnia była jeszcze czynna. Obecnie nie jest. Raz obiad przywiozłam z pobliskiego baru, a gdy Mały lepiej się poczuł wyskoczyliśmy zjeść na miasto. Kaszle jeszcze bidulek, ale na szczęście bez gorączki, więc wyjechaliśmy wreszcie z naszej klitki i na jesienny spacer. Po ostatnich deszczach, wichrach i szarościach taki widok naprawdę cieszył oko..

 

 

 

 

słoneczna wolność

Laurka

Zdrowie trochę podreperowane, po wizycie u pediatry zalecone inhalacje z ventolinem i od razu widać poprawę. Mimo wszystko powrót do przedszkola dopiero w następnym tygodniu. Ugotowałam zabielaną zupę ogórkową,  Zaplanowane filmy obejrzane, a książkę czytam jedną za drugą. Nadrabiam polskie autorki, choć powoli mam przesyt. Za dziesięć książek wskoczy mi tysiąc przeczytanych i tak się zastanawiam, którą wybrać na tysięczną sztukę. To powinna być jakaś wyjątkowa opowieść..

 

W domu spokojnie, jeśli można tak powiedzieć przy małym dziecku 😉 No ale nic szczególnego się nie dzieje.. Robiliśmy wczoraj laurkę dla mojej Mamy, z okazji jej urodzin. Mały uwielbia prace plastyczne, wszelkie rysowanie, wycinanie i klejenie. Był tak podekscytowany, że pokrzykiwał radośnie i nie dawał tacie odpocząć po pracy i zabiegach. Rehabilitacja u Męża trwa i na szczęście kręgosłup teraz w dobrej kondycji. Oby tak dalej i byle szybko do weekendu, bo choć niby spokój, to całe doby z przeziębionym maluchem dają w kość. Już chce się trochę odmiany, przede wszystkim powrotu do zdrowia, ale i czasu dla siebie.. 

 

 

 

 

laurka