Wyszliśmy

Pogoda w weekend była tak piękna, że aż się wierzyć nie chciało w tę grozę panującą na świecie..

Wybraliśmy się do lasu nad jezioro, jak i duża część miastowych, ale staraliśmy się trzymać z daleka od innych. Ludzie zresztą schodzili sobie z drogi i mijali się na odległość. W wielu drzemie już strach przed zarażeniem, choć przyroda kusi swoimi urokami i trudno usiedzieć w domu..

Ale nie wszyscy stosują się do zaleceń, widać było wielu grillujących, w grupkach, zwłaszcza Ukraińców, odstresowujących się chyba od tematu zamkniętej granicy. Choć może są im te granice na rękę, bo bawili się przy piwku i muzyce przednio. Jest jednak masa osób, które chcą wrócić do kraju i czekają w kilometrowych kolejkach. Zwłaszcza osoby rozdzielone z rodziną mają trudną sytuację i zdecydowanie wolą przechodzić kwarantannę we własnym domu niż na obczyźnie.

Doceniliśmy, z Bratem, możliwość podjechania do rodziców w dziesięć minut i to, że mamy siebie blisko. Decyzja o świętowaniu imienin Mamy w domu też była trafiona, zamknięto bowiem większość restauracji. A i tak nikt by się tam obecnie nie pchał. Ale o imieninach następnym razem, teraz jeszcze nacieszę oko spacerem, czekają bowiem domowe zajęcia. Zima już chyba za nami, warto przejrzeć wszelkie buty, kurtki i porobić trochę porządku. Obiad też wzywa i synek, któremu już zaczyna się nudzić 😉 Wytrwałości i cierpliwości.. przydadzą się.

Kwarantanna

I tak to. Zostaliśmy na dłużej uziemieni bez przedszkoli, szkół, teatrów, kin, restauracji i wszelkich miejsc użyteczności publicznej. Granice prawie pozamykane, kwarantanny dla przybywających z zagranicy (Beatko szkoda bardzo, że nie przyjedziecie, ale siła wyższa. Bądźcie zdrowi!). Okolice pustoszeją, choć część osób bez zapasów, nadal okupuje lidle i stonki. Ilość samochodów na parkingach nie maleje, mimo iż skupiska nie są zalecane. Przed aptekami widać kolejki, ludzie wpuszczani są pojedynczo i czekają na tych ostatnio wichurach, które tylko potęgują jeszcze wrażenie grozy. Doniesienia medialne przerażają i naprawdę zrobiło się poważnie. Poważny jest i sam wirus, choć i inne choroby nie stały się przez to mniej groźne. Koleżanka pracująca w szpitalu mówi o wypisywaniu osób czekających na operacje, do domu i zamienianiu całego szpitala w oddział zakaźny. Trudne to wszystko..

Nie wiem, czy mamy wychodzić z Małym na spacer, czy nie? Wiadomo, że nie grupowo i nie w tereny zaludnione. Ale nie wyobrażam sobie zamknąć go w domu prawie na miesiąc (już coś słychać, że termin będzie przedłużany), bez wybiegania się, z powietrzem które wpadnie do domu tylko przy wietrzeniu mieszkania. Z tego to głównie osłabienie, brak dotlenienia, spadek odporności i brak kondycji. Ale z drugiej strony wirusy latają i w powietrzu. Wychodzić więc, czy lepiej siedzieć w domu? Oto jest pytanie..

Przygotowałam sobie herbaciany zestaw relaksacyjny, bo przecież od tych wszystkich obaw poziom stresu rośnie i myślę, jak to wszystko przetrwać..

Ktoś dojrzy co jest na łyżeczce? 🙂

Potrzebny mi jakiś plan zabaw i atrakcji dla dziecka, wyciągnięcie gier, farb i zapomnianych już zabawek z piwnicy. Do tego muszę zorganizować sobie czas na angielski, gdyż przechodzimy na zajęcia prowadzone przez internet. Nasza sześcioosobowa grupa ma otrzymać dostęp do platformy i w tych samych terminach będziemy spotykać się przed ekranami. Tylko jak przez 1,5 godziny utrzymać dziecko w ciszy, nawet w drugim pokoju i w obecności Męża, który może próbować go czymś zająć ale na tak długo się nie uda. Kombinuję wożenie Małego do rodziców na ten czas, a potem odbieranie go w porze kolacji. I wychwalam pod niebiosa nasze wiekowe auta, które pozwalają uniknąć, w obecnej sytuacji, jazdy komunikacją miejską. I cieszę się, że swoich rodziców mam blisko, a z drugiej strony smucę, bo Mąż swojej Mamy nie widział już miesiąc i mieliśmy niedługo się do niej wybierać. Ale cóż zrobić.. Wizytę w urzędzie i nasze lekarskie przełożyłam na maj i pozostaje czekać do tego maja z nadzieją, że – jak mawia nasz syn – ten niedobly wilus poleci w kosmos i zniknie.

Leśne skarby

Spacer ku dotlenianiu i zrzucaniu kalorii postanowiliśmy zrobić tym razem w lesie. I choć początki nie były zachęcające, z racji ubłoconych szlaków i odczuwalnej wilgoci po ostatnich deszczach, to jednak natura i widoki rekompensowały wszystko. Im dalej w las.. tym było ciekawiej. Tajemnicze huby na drzewach, dziuple pełne elfów, kij zamieniający się w miecz, tudzież w wiosło przy kałuży i korzenie wielkich drzew jak łapa stwora z innej planety..

Dla bardziej wrażliwych i lubiących cieszyć oko kwiatami też znalazły się małe rarytasy. Także dla każdego coś dobrego i w ogólnym rozrachunku fajna wyprawa. Czekam tylko na więcej słońca i mam nadzieję, że częściej ruszymy w takie trasy. Na cieplejszą wiosnę mamy w planach np wyjazd do Doliny Miłości, pełnej cudnych widoków, kilometrów tras do przejścia i zakątków, nie tylko dla zakochanych..

Tymczasem wszelkie plany może pokrzyżować wstrętne wirusisko, przez które właśnie odwołano masowe występy, koncerty i spotkania. Przez które ludzie zaczynają bać się siebie nawzajem. Pustoszeją sklepy, Mały nie jedzie do teatru na swoją bajkę i przez które ogólna panika wzrasta i sięga powoli paranoi (co całkowicie rozumiem). Koleżanka z angielskiego, pracująca w szpitalu, w którym leży pięć zarażonych koronawirusem osób (w tym dwie na oiomie) przekazuje nam czarne wieści, nie mogąc już słuchać samej siebie, bo temat ma wałkowany od rana do nocy od ponad dwóch miesięcy. A nie wiadomo, jak długo jeszcze. Wycieramy biurka po poprzednich kursantach, nikt nie podaje sobie ręki, Ania myśli o zakładaniu jednorazowych rękawiczek przy przejeździe komunikacją miejską, dyrektorka w szkole zakazuje dzieciom mówić do siebie na wprost (wiadomość od siostry Stasia), a wyjście na sztukę w przyszłym miesiącu staje pod znakiem zapytania. Zresztą już podpisano decyzję o zamknięciu szkół i przedszkoli – od poniedziałku na razie na dwa tygodnie. Zaraz mogą zostać zamknięte centra handlowe. Coś czuję, że niedługo tylko natura stanie się odskocznią od tego szaleństwa i azylem, w którym można się schronić.. Chociaż tyle złego tej naturze człowiek robi, że i ona zaczyna się już buntować..

Weekend Kobiet

Tak, zdecydowanie kobiece święto trwało dla mnie od piątku do niedzieli. Dzielone wśród fajnych ludzi, wśród kwiatów i z przyjemnościami, które uwielbiam..

Już piątkowe spotkanie z sąsiadami było sympatyczne, pełne pogaduch i na szczęście również panowie świetnie się dogadywali. A o to trochę się obawiałam, bo nie raz relacje mogą się popsuć jeśli tylko połowa ekipy znajduje ten wspólny, tak zwany flow. Flow jest i myślę, że jeszcze niejedno sąsiedzkie spotkanie przed nami. Tym bardziej, że sąsiad powoli rozstawia rattanowe meble na tarasie i zamierza ciepłą wiosną i latem biesiadować (oczywiście nie za głośno). Padł też pomysł niewielkiego basenu dla dzieci i Mały został zaproszony by wraz z Tymkiem bawić się do woli.

Tymczasem w sobotę odwieźliśmy syna do dziadków, by móc wyruszyć w trasę na spotkanie ze sztuką i ze znajomymi. Cała, 10 osobowa, ekipa dopisała i Bluberce też udało się dotrzeć, na przekór wszelkim przeciwnościom. A komediowy spektakl małżeński, pod hasłem „Związek otwarty”, sprostał nawet najbardziej wymagającym poczuciom humoru. Przez godzinę uśmialiśmy się bardziej niż na niejednych występach kabaretowych, podobało się wszystkim i mam nadzieję, że wyjdzie nam kolejne spotkanie z Bałtyckim Teatrem z Koszalina. Sylwia już ogarnia bilety, a chętnych nie brakuje.

Dzień Kobiet właściwy rozpoczęłam od śniadania do łóżka, przygotowanego przez Męża, a dostarczonego przez Małego, który na ten pomysł wpadł sam, ku mej radości. Po śniadaniu zostałam uraczona jeszcze ciastem i wyjściem do kawiarni, a kwiaty od moich kochanych chłopaków już od wczoraj cieszyły oko. Po takich rarytasach, warto było jeszcze pomyśleć o spacerze i myśl tę zamienić w czyn. Ale o spacerze następnym razem, bo jak zwykle noc mnie zastaje przy pisaniu..

Szanowni klienci

Chcąc nie chcąc człek się przejmuje tym całym wirusem i ogólną paniką. Choćby nawet nie miał potrzeby robić zapasów, świadomość, że niedługo ceny brakujących produktów mogą wzrosnąć, zmusza do zaopatrzenia. Po tygodniu polowania udało się wreszcie trafić na paczkę kaszy gryczanej. Jęczmienną, ryż i makaron mamy już na stanie. Tata złapał w zaprzyjaźnionej hurtowni środek dezynfekujący w sprayu i chusteczki antybakteryjne. I w sumie dobrze, bo w drogerii widnieją takie wieści..

Zakupiłam też kilka podstawowych leków, artykuły higieniczne, krople do nosa i konieczne dla Małego maści i aerozole do inhalacji. Może już nawet nie ze strachu, że zamkną aptekę, ale żeby się tam nie kręcić przy wzmożonych atakach wirusów. Do przychodni pojechałam z nadzieją, że nic mnie nie dopadnie, wizyta krótka, ale jednak na korytarzu kręciło się kilka kaszlących i kichających osób. Poprosiłam o skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa i już mnie nie było.

Na angielskim każde zajęcia zaczynamy od najnowszych wiadomości. Zwłaszcza od koleżanki, która jest pielęgniarką w szpitalu. Choć ona ma już po dziurki w nosie tematu wirusa i działań prewencyjnych. Jednak pięć przypadków podejrzeń choroby i ten potwierdzony w Zielonej Górze robią swoje. Na dokładkę od niej przyszła wiadomość, że w hurtowniach, prócz żeli antybakteryjnych zaczyna brakować papieru toaletowego. Także wesoło.

Jakby mało było problemów zaczęły nam się psuć auta. Męża już naprawione, natomiast mój 20-to latek wymaga wymiany dziurawego tłumika, posklejania pokrywy od schowka i nowego filtra oleju, łącznie z owym olejem. Nie ma lekko. Mimo wszystko żyć trzeba i jakoś na tym naszym kawałku podłogi funkcjonować i nie dać się zwariować. Dlatego dziś spotykamy się z nowymi sąsiadami, w weekend z okazji Dnia Kobiet jedziemy do teatru, a w następnym tygodniu Mały ma swoje występy. U niego teatr mały, same przedszkolne dzieci (przed i po chirurgicznym myciu rąk), z którymi widzi się codziennie, więc mam nadzieję, że będzie dobrze. Czego i Wam życzę 🙂

No ładne kwiatki

Bardzo lubię to krokusowe szaleństwo, te dywany w parkach i przy skwerach. Kolorowy dodatek, który ożywia pozimowe otoczenie. Szkoda, że nie mogę obejrzeć krokusów w górach, na polanach i łąkach, gdzie rosną sobie w pięknych okolicznościach przyrody. Nasze dywany jednak też mi się podobają i co roku się nimi zachwycam..

Mniej mi się podoba obecne szaleństwo, już ogólnoświatowe, wirusowe i przetrzebiające półki w sklepach. Panika staje się odczuwalna, kiedy zwykły człek, który lubi kaszę gryczaną, zastaje po niej puste miejsce. Zresztą nie tylko po kaszy. I to w dużych marketach, w których podobno magazynierzy nie nadążają z wystawianiem towaru, bo jeszcze w kartonach ląduje w koszykach. W okolicy mamy dwa większe markety i tam już i makaron i ryż w resztkowych ilościach pozostał. A to początek tygodnia, świeżo po dostawie. Przyjrzałam się dziś koszykom i prawie w każdym jakieś suche produkty, konserwa, lub zapasy mięsa. I nie chodzi już nawet o to, czy również zaczniemy panikować, czy nie. Ale o to, że miało się ulubione produkty na wyciągnięcie ręki, a teraz ich brak.

Tak szczerze, to nie wyobrażam sobie zamkniętych sklepów. Zwłaszcza aptek, bo bez leków wielu ludzi nie jest w stanie przetrwać. A tu już wczoraj słyszę, że zamknięto pierwszą szkołę w okolicy Szczecina i tylko czekać, jak zaczną zamykać przedszkola. Już zresztą wiszą w nich kartki informujące, że nie będą przyjmowane dzieci przeziębione i chore. I tak to, chcąc nie chcąc zaczyna się szerzyć strach w oczach. Choć niby nie dopuszczamy do siebie myśli, że zagrożenie staje się realne. To Mężu zadzwonił już do Zosi z informacją, że w razie W przeprowadzamy się do jej mniejszego miasteczka. Na razie w żartach, ale..

Dla relaksu, krokusowe widoki i muzyczny kawałek, który ostatnio Mały życzy sobie włączać codziennie, bez względu na fakt, że nawet przy tej wersji łezka mi się w oku kręci. Mój jest ten kawałek podłogi, tu jest moje miejsce, mój świat i mam nadzieję, że z czasem znów poczuję się na nim bezpiecznie..

Tym razem..

Nie każdy weekend bywa miły i zaskakujący. Choć w sumie ten też taki był, ale bardziej w negatywnym klimacie.. Mały od piątku kicha i prycha, trzyma się jednak na tyle, że nie zostaliśmy całkiem uziemieni w domu. Choć niewiele brakowało, bo w ów dzień o poranku niefortunnie mnie coś zgięło. I cud, że w ogóle się wyprostowałam i dałam radę odprowadzić go do przedszkola. Zakupy szły opornie, ale jakoś je dotargałam, zaległam później w pozycji horyzontalnej i doszłam na tyle do formy, by mieć siłę odebrać dziecię.

Leki pomogły, wróciła jako taka ruchomość i już w sobotę działałam na obrotach w domu. Dwudaniowy obiad i pranie samo się przecież nie zrobi. Choć przyznaję, że obaj panowie mi pomagali, a i fakt że poszli razem na spacer dał mi czas na ogarnięcie samej siebie. Nabrałam nawet chęci na mierzenie dżinsów, w jednym z ulubionych sklepów. Ale że spodnie najtrudniej mi dobrać, wyszłam z niczym..

Niedzielny spacer nadrobił jednak niefortunny początek wolnych dni..

Pospacerowaliśmy na Wałach, nad Odrą..

Pomiędzy deszczowymi chmurami załapaliśmy się na tęczę, potem dotarliśmy nad Goplanę w Lesie Arkońskim. By dzień zakończyć wędrówką wśród krokusów, ale o krokusach to już następnym razem, gdyż noc wzywa, a rano wstać trzeba. Powodzenia więc w nowym tygodniu..