Świat zamknięty

Coś promyki nadziei na razie przyćmione i to coraz bardziej. Już nie ma mowy o setkach zakażonych, ilości idą w tysiące, a choroba jest coraz bliżej. U koleżanki w pracy na posterunku zostały dwie osoby, reszta załogi chora. Część zrobiła test – wynik pozytywny, część twierdzi, że to bez sensu skoro i tak nie ma lekarstwa, ani miejsca w szpitalu. Wielu nawet nie dzwoni do przychodni, ratują się paracetamolem i witaminami. I tylko cud, jeśli objawy są łagodne i da się to wyleżeć w domu..

Kolejne obostrzenia wprowadzane od jutra, czerwona strefa wisząca nad całym krajem, zamknięte szkoły, baseny, siłownie, lokale gastronomiczne. Zakaz zgromadzeń i spotkań towarzyskich, seniorzy po 70 pozamykani w domu, dzieci poza domem tylko pod opieką. W międzyczasie łamane prawa kobiet i wykorzystywanie władzy do łamania konstytucji. Nie wiem już gdzie my żyjemy i w jaką stronę zmierza ten świat. Z najbliższego otoczenia wyczuwa się wzrost paniki i stresu, a to nic dobrego i raczej odporności nie sprzyja.

Tymczasem Mały rozpłakał się dziś o poranku, że chce iść do przedszkola, choć miał możliwość zostać w domu (a tak liczyłam na dłuższy sen). Życie dla niego toczy się normalnie, niedawno miał bal przebierańców, bawi się w najlepsze i póki w przedszkolu nie zostanie zarządzona kwarantanna, póki nie zamkną firmy Męża, codzienność idzie nam utartym trybem. Jedynie urodziny Małego szykowane na większą ilość gości trzeba będzie podzielić na trzy małe spotkania, żeby nie robić kumulacji. Ze względu też na zakazy zgromadzeń Kuzynka odwołała ślub i wesele, przekładając termin za rok lub za dwa, w zależności od sytuacji. A my czekamy jeszcze na wiadomość, czy znowu zostanie wprowadzony zakaz przemieszczania się między województwami. Pozostaje obserwować rozwój wydarzeń, uzbroić się w cierpliwość i uciekać w przyrodę, bo tylko tam można jeszcze trochę odetchnąć..

Zabezpieczenie

Po ostatniej rozmowie z rodzicami i przeżyciach ich znajomej, która dopiero co straciła partnera i została sama z dzieckiem na łasce adwokatów i jego poprzedniej rodziny, dotarło do mnie, że w życiu nie ma co patrzeć na wiek, czy na staż bycia razem. Trzeba zabezpieczać bliskich finansowo, nie czekać na podeszłe lata i zadbać o to, co ziemskie od razu. Zrobić upoważnienie do konta, napisać testament, nie ukrywać polisy na życie.

Znajoma rodziców została bez kasy, nie pracuje i najprawdopodobniej straci dom, w którym mieszkała z dzieckiem u konkubenta. Po śmierci ukochanego nie mogła nawet zadecydować o jego pogrzebie, dzieci z pierwszej rodziny odsunęły ją kategorycznie i powtórzyła się sytuacja, jaką i Zosia przeżyła. Plus, że ona akurat miała swoje mieszkanie i pracę, bo bez tego też zostałaby z niczym. U nas wprawdzie żadne majątki, ale mamy dziecko do wychowania, oboje jesteśmy za nie odpowiedzialni i oboje musimy zapewnić mu wszystko, co potrzebne do życia. I zabezpieczyć nas samych, zwłaszcza gdy takie choróbska po świecie krążą, a człek nie zna dnia ani godziny. Choć oczywiście nikt nie zakłada najgorszego i daj nam Boże wszystkim zdrowie i jak najdłuższe życie..

A że życie toczy się dalej i trochę nerwowe ostatnio się stało, wyciszyliśmy emocje i uciekliśmy od miasta, tym razem nad wodę. W lesie z drzew jeszcze kapało po wcześniejszym deszczu. Na spacerze ludzi niewielu, trochę morsów w lodowatych kąpielach, obiad w prawie pustej restauracji i Mały wybiegany na całego. Niedzielny spacer też nad wodą, choć już bliżej miasta, a słońce, wraz z tęczą po deszczu nam wyjrzały. Tego promyka nadziei potrzeba teraz każdego dnia..

Znaki

Spotkanie u rodziców zakończyło się decyzją o tymczasowym zawieszeniu odwiedzin, dla bezpieczeństwa, by ich chronić. Nie wiadomo tylko na jak długo.. U Męża w pracy dwie osoby zarażone. Jedna ma problemy z zatokami, u drugiej objawów brak, ale obie na chorobowym, a ich rodziny na kwarantannie. Mąż już po teście na wirusa, na szczęście zdrowy, tylko co będzie dalej? Korona coraz bliżej i raczej nikt nie chce jej nosić. Nawet jeśli ilości zakażonych są zawyżane to i tak już połowa tych cyfr szokuje. Obostrzenia pozbawiły kuzynkę Męża złudzeń, wesele się nie odbędzie. Z racji żółtej strefy może być do 20 osób i bez tańców, a jeśli wejdziemy w czerwoną, całkowity zakaz. U nas pod znakiem zapytania stanęło listopadowe spotkanie z okazji urodzin Małego. I w sumie bez względu na decyzje raczej żadnej większej imprezy wyprawiać nie będziemy. Ot zamówimy tort i spotkamy się w małym gronie. Oby wszyscy zdrowi..

Z reguły jestem optymistką i to taką często na wyrost. Szklanka u mnie do połowy pełna, słowa pocieszenia znajduję dla wszystkich i dla samej siebie też. Choć ostatnio trochę z tym trudniej, bo sytuacja zaczyna przerastać każdego. Jestem spod znaku Bliźniąt, z całym zapleczem cech pasujących do opisów tego znaku. Dwoistość natury, po części kochanej, dobrej i uśmiechniętej, ale gdy się wkurzy to i wybuchowej. Czasem trochę nerwowej, choć w większości do rany przyłóż, wrażliwej i z ogromną potrzebą pomagania i garnięcia się do ludzi. No tak już mam i nie zmieni tego fakt, że ponoć po astrologicznych zmianach w przestworzach, weszłam w znak Byka. Zresztą Byki też są fajne, mam jednego w domu i kocham go całym sercem, ze wszystkimi wadami i zaletami, jakie posiada. Jednak bez względu na znak zodiaku, wszystkie znaki na niebie i ziemi sprawiają, że radość na tym świecie się umniejszyła. Warto zacząć szukać jej obok siebie, w domu, wśród bliskich. Wśród swoich pasji, dobrych książek, filmów, zdjęć, różnych gier, zabaw z dziećmi jeśli są, czy rozwijania posiadanych już, lub czekających na naukę umiejętności. Trzymajmy się, spokojnego weekendu i zdrowia życzę wszystkim znakom 🙂

Plandemia?

O to zdrowie to teraz strach największy. Coraz więcej wiadomości o znajomych znajomych, co to już wirusa złapali. Jedno małżeństwo, gdzie zachorował mąż, a żona zdrowa. W drugim odwrotnie. Lekarz przepisujący na covida witaminę C, wejście w żółtą strefę. Dziś wieści o siostrze koleżanki, która w Krakowie zmaga się z bólami gardła, kości i brzucha. Nie czuje smaku, zapachu i jest bardzo osłabiona. Wyniki testu jutro. Pytanie, na ile te testy są wiarygodne i czy faktycznie można im ufać. Już nie wiadomo w co wierzyć, a poziom stresu rośnie. Od soboty maseczki już nie tylko w zamkniętych pomieszczeniach, ale i na zewnątrz. Dobrze, że jeszcze w tamtą niedzielę załapaliśmy się na w miarę spokojny spacer..

W miarę, bo w parku trwała agitacja do strajku. Przeciwko..

I z jednej strony bardzo chciałoby się spełnienia każdego z tych postulatów. Gdyby nie fakt tysięcy zachorowań, nawet jeśli zawyżonych, to jednak w dużym stopniu istniejących. Bo cóż da takie Stop, kiedy wirus szaleje i zbiera żniwo. Kiedy każdy się boi, a świat staje do góry nogami. Niby wygląda normalnie, jak gdyby nigdy nic. Trwa sobie złota jesień, dopiero co byłam u znajomych, przedszkole działa, firmy otwarte, sklepy też. A jednak to nie jest już ten sam świat, w którym spokojnie można było wyjść do ludzi i na spacer. Wychodzi się, ale z zapalającą się lampką z tyłu głowy, że jednak ryzyko istnieje i to w każdej chwili. A tak by się chciało powrotu do tego pięknego świata..

Zmiany

Mając wybór, wybieram plażę. Zwłaszcza, gdy w połowie września 30 stopni na plusie. Jeziora blisko, można wyskoczyć prosto po pracy i spędzić popołudnie wygrzewając się na kocu i patrząc, jak Mały buduje zamki z piasku. Wprawdzie od wczoraj już wietrznie, ale dało się jeszcze nacieszyć pogodą..

Mniej cieszyły mnie za to sprawy urzędowe, które w związku z kończącym się miejscem na przeglądy w dowodzie rejestracyjnym, zmusiły mnie do wyrobienia nowego. Nasz urząd nie powrócił do dawnego trybu pracy i obecnie wszystkie dokumenty trzeba wrzucić do skrzynki z podaniem odpowiedniego wydziału. Potem należy śledzić internetowo (zawiesza się) lub telefonicznie (20 minut czekania na połączenie) stan realizacji, gdyż jakoś informacja zwrotna nie przybywa (a zapewniają, że przybędzie). Po dwóch miesiącach od złożenia dokumentów umawiamy się na wizytę – termin oczekiwania dwa tygodnie. I biada, jeśli zapomni się (lub zapodzieje) jakiś ważny papier, bez którego nic nie wydadzą. Karta pojazdu okazała się ważna, musiałam lecieć do domu, szukać jej, bukować kolejny termin wizyty i wreszcie! Po prawie 3 miesiącach mam nowy dowód rejestracyjny. Akurat nie trzeba go obecnie wozić ze sobą, ale do sprzedaży auta jest niezbędny. A czeka mnie takowa w październiku i zdążyć z tym muszę przed listopadem, żeby nie wpakować się w kolejne OC.

Nie ma lekko, dwudziestoletniej maszyny lepiej pozbyć się, zanim całkiem odmówi współpracy. Ale robię to z wielkim bólem. Nie znoszę takich zmian, przywiązuję się do samochodów, jest mi wygodnie w aucie, które znam na wylot. I każda zmiana kosztuje mnie sporo nerwów. Zresztą nie tylko samochodów to dotyczy. Ostatnią wymianę portfela też odchorowałam i nadal nie mogę przyzwyczaić się do innych przegródek czy zamków nie tam, gdzie były. Cóż, nie takie tematy się przerabiało, jakoś dam radę i tym nowościom. Zmiany są w końcu stałą częścią programu pod hasłem życie. Pogoda też już się zmienia, od dzisiaj chłodniej, choć do końca miesiąca ma być jeszcze całkiem przyjemnie..

Sądny dzień

Niedziela po części była relaksująca, odsypiałam nocne harce, poszliśmy na pchli targ, a później dotarliśmy na Wały by obejrzeć stoiska podczas Pikniku nad Odrą. Wystawców w tym roku było dużo, ale ludzi jeszcze więcej. Nie wyglądało, by ktokolwiek się pandemią, epidemią, czy choćby przeziębieniem przejmował. Tłumy wędrowały sobie spacerkiem, zajadały smakołyki, brały udział w konkursach i odwiedzały podstawione zabytkowe autobusy. My też, choć nie byliśmy tam długo, mimo ładnej pogody..

Mały zresztą z katarem, lepiej więc było zmykać w spokojniejsze rejony. W przedszkolu już większość dzieci kicha i prycha, ale tak wyglądał każdy wrzesień, więc panie nie podnoszą alarmu. Mają tylko obowiązek informowania rodziców o gorączce przekraczającej 37 stopni. Odpukać u nas tylko katar, szybko ogarnięty inhalacjami i kroplami i oby się na nim skończyło..

Jeden wyciek opanowaliśmy, drugi jeszcze w toku, gdyż przeciekające wc trudniej ogarnąć. Mężu zamienił się wczoraj w hydraulika i walczył dzielnie. Oczywiście całość rozkręciła się w chwili, gdy miała przyjść do mnie koleżanka na kawkę. Tia.. wiadomo jak wygląda mieszkanie przy armagedonie. Skrzynki, narzędzia, części i śrubki różne, w tym spłuczki stare, nowe, miski i ścierki. Idealna aranżacja na babskie spotkanie 😉 Na szczęście wizyta przeniosła się do koleżanki i tam mogłam odsapnąć. Nie na długo, jak się okazało.

Po południu miałam spotkanie z inną kumpelą, na pogaduchy podczas spaceru. Szłyśmy sobie spokojnie, dzień jasny, słoneczny, ulica pusta, a po drugiej stronie dwóch chłopaków – jak się później okazało – lat 13, z procą w ręku i durnowatym pomysłem wycelowania w naszą stronę. Oberwałam w głowę! Nie wiadomo czym, patykiem, orzechem, na szczęście nie był to kamień. Do tej pory w szoku jesteśmy, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce! Chłopaki pobiegli za róg i nie spodziewali się, że w ogóle za nimi pójdziemy. Po drodze spotkali kolegę, ale jak nas zauważyli zaczęli uciekać. Ten kolega jednak nieświadomy o co chodzi wpadł w nasze sidła. Na spokojnie wyłożyłyśmy mu, że nie warto z takimi kumplami trzymać. Wyśpiewał ich nazwiska, podał do której szkoły chodzą i był tak wystraszony, że prawie się rozpłakał. Obiecałyśmy, że go nie wydamy, że zrzucimy na monitoring. Miałam dylemat czy zgłaszać temat do szkoły, czy nie, ale dotarło do mnie, że takiego huligaństwa nie można zostawić bezkarnie! Że jeśli teraz nie zastopuje się takich durnych zachowań, to szybko pójdą w gorszym kierunku. Sprawę do szkoły zgłosiłam. Pedagog była bardzo przejęta i poważnie podeszła do tematu, trafiłam na czas lekcji wychowawczej, od razu postanowiła działać. Chłopaki zostaną porządnie nastraszeni konsekwencjami i poinformowani będą ich rodzice. Dziękowano mi za interwencję, ale przyznaję, że cała jestem zestresowana. Dla rozładowania negatywnych emocji zabieram się za sprzątanie i ciąg dalszy robienia mega porządków w szafie.

Dwie tony z głowy

Sąsiadka była tak miła i Małego przygarnęła, a ja mogłam oddać się w ręce specjalistki fryzjerki pod nazwą Pani Marzenka. Pani Marzenka to kobieta, która w pracy stoi obecnie od rana do nocy i spełnia marzenia innych kobiet zarośniętych po izolacji. Izolacja pokazała, jak ważny jest to zawód i jakże powinniśmy doceniać nożyczkowe zdolności. Doceniam. Po godzinie pogaduch i ustawiania głowy pod różnym kątem, wyszłam z gabinetu lżejsza i z dobrym humorem. Ach jak fajnie mieć znów krótsze włosy! Nie sądziłam, że posiadanie długich bywa takie męczące, bo już dawno takowych nie nosiłam. Ale zapuszczanie zaczynam od nowa, pod to zapowiadane wesele, które nie wiadomo czy się w listopadzie odbędzie. Po tym co obserwujemy widać, że przyrost zachorowań jest nieunikniony i po wakacjach możemy od nowa ugrzęznąć na domowych kwarantannach.

Myślę o tym coraz bardziej, bo jednak Małego zerówka to już nie taka sobie zabawa, tylko program do przerobienia i początki nauki. Literki ćwiczymy wprawdzie każdego dnia, niewielkie dodawanie czy odejmowanie na palcach, trochę angielskich piosenek i zadań z książeczek dla przedszkolaków. Ale nic nie zastąpi pracy w przedszkolu, integracji z dziećmi, szykowania się do występów, ćwiczeń i wszystkiego, co tam maluchy mają zapewnione. Wybory blisko, nie wiadomo, co to będzie, jakie zapadną później decyzje odnośnie szkół i przedszkoli. Pozostaje czekać..

W tym oczekiwaniu świętowaliśmy wczorajszy Dzień Taty w parku, grając w piłkę i podjadając lody. Wzięłam się dziś z Małym za wymianę i pranie pościeli. Zrobiliśmy przegląd mojego starego auta, składam wniosek o wymianę dowodu rejestracyjnego i zaczynamy się zastanawiać jak w tym roku spędzić urlop. Nad morzem tłumy bez masek, na południe strach jechać, zagranica odpada. Pozostaje nasze jezioro, nad które możemy jechać na tydzień. Ale drugi chciałoby się spędzić gdzieś indziej, zmienić otoczenie, zobaczyć coś nowego. Tylko co, gdzie, jak? Dziwne będą wakacje tego roku, choć mam nadzieję, że mimo wszystko będą..

Sprzeciw

Nie da się przejść obojętnie nad tym co się stało, tak blisko nas, w takim czasie, który sprawia, że wtedy wierzy się w ludzi. W ich dobre serca i chęć niesienia pomocy innym. Nie wyobrażam sobie WOŚPu bez Owsiaka w roli głównej i nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie rozpaczy dzieci, żony, po stracie ojca i męża. Zamordowanego na oczach innych, ludzi świętujących, cieszących się że robią coś dobrego, że biorą udział w akcji, która powinna jednoczyć nas wszystkich. Nie da się o tym nie myśleć..

 

Spędzam czas na czytaniu wiadomości, dużo tego czasu, z dzieckiem w domu, z codziennością która jakby teraz w zawieszeniu. Trzeba żyć dalej, ale to co się stało napawa buntem i chęcią wykrzyczenia sprzeciwu.. przeciw złu, przeciw nienawiści i tym podziałom, które zawsze rozwalają nasz kraj. Przykre to i bardzo smutne.. Tak bardzo bym chciała, żeby kraj, w którym przyjdzie dorastać memu dziecku był lepszy, wspólny w dążeniu do dobrego rozwoju i bezpieczny. Chciałabym.. 

 

Synek już zdrowy, odsypia przekaszlane noce, czasem nawet do 10. Potem zasnąć nie może i zapętla się nam noc z dniem. Ja też chodzę niewyspana, ale z nadzieją że w następnym tygodniu unormuje się poranne wstawanie i normalny tryb dnia. Gotujemy razem obiady, Mały wrzuca wszystko do garnka, odmierza, dosypuje. Myje ziemniaki, chce kroić już warzywa, dolewać wodę i obierać jajka. Jest coraz bardziej samodzielny, dosięga do włączników światła i lubi się czuć potrzebny i pomocny. Po trzech dniach wreszcie wyszliśmy z domu, na mały spacer i na moje ćwiczenia. Jest w sali kącik dla dzieci, z kolorowankami i układankami. Na sali ćwiczeń można pobiegać i bawić się piłką. Na czas zamknięcia przedszkola mam zamiar powtórzyć z nim takie wyjście, dzięki temu nie stracę tygodnia.

 

 

 

kosmetyczne


 

Dla oddechu i relaksu od domu spotkałam się wczoraj z Bluberką, podjechałyśmy do kolejnej galerii w poszukiwaniu pasujących nam kosmetyków. Nie obyło się bez rozmów o bieżących wydarzeniach, o pracy, dzieciach i marzeniach.. Lubię te nasze spotkania, bo dobrze nam się rozmawia i mamy podobne podejście do ludzi, muzycznych pasji i książkowo-filmowego świata. Szkoda tylko, że kosmetyczne zdobycze nie cieszą aż tak, jak powinny. Co tu się dziwić, na tle takich dramatów jakie się dzieją tuż obok nas, trudno się radować i żyć spokojnie..

Choina

Wreszcie i my doczekaliśmy się ubranej, kolorowej choinki. Światełka wczoraj dotarły, dodając energii i chęci do przystrajania drzewka. Mały wieszał bombki, podawał ozdoby, kręcił się przy choince z uśmiechem na twarzy (i resztkami kataru). Ta dziecięca radość sprawia, że skrzydła rosną u ramion i przeżywa się świąteczny czas ze zdwojoną siłą 🙂

A że poszło dziecię wreszcie do przedszkola (choć na 1 dzień przed świętami), to mogłam spożytkować energię na ćwiczenia i na pomoc Edycie w transporcie wielkich zakupów i przywiezieniu choinki wraz z doniczką. Do domu za dużo nie kupuję, bo już mam cynk, że i ciasto będzie od rodziców i na wynos też pewnie niejedną potrawę załapiemy. Szczerze powiedziawszy, nie lubię mieć za dużo jedzenia.. bo potem żal gdy coś się zmarnuje, ale jak za pusto w lodówce to też źle. Ponieważ Wigilię spędzamy u rodziców, to za dużo w domu szykować nie muszę. Trochę posprzątać, wstawić pranie i pomyśleć o obiedzie na ten weekend. Chciałam pomóc Mamie, umyć jej podłogi, ogarnąć kurze.. ale w tym roku ma dużo zapału i siły jej dopisują, postanowiła po kawałku sama sprzątać. W danym dniu coś jednego za cel, w kolejnym następne prace. Na szczęście zbuntowała się w temacie mycia okien, bo i tak świąteczna kolacja przy zasłoniętych zasłonach, a takie zimowe mycie nie raz kończyło się katarem.. Zresztą nie przesadzajmy, czyste okna nie są najważniejsze przy wigilijnym, rodzinnym spotkaniu..

 

 

nie przesadzajmy

(foto z fb – pozytywniej.pl)

 

 

Ale na lepienie pierogów na pewno przyjeżdżam. To już tradycja, nasze pogaduchy i tworzenie setki drożdżowych pyszności. U nas bowiem pierogi z kapustą i grzybami smażone są na patelni. Niepowtarzalne.. A wieczorem kolorowy, choinkowy nastrój. Piękny, rozświetlony stroik na ławie. Spokojnie śpiący synek (mam nadzieję) i czas, tylko dla nas..

Zapasy

Przed wolnym dniem Tatko podwiózł nam chleb, jak co tydzień. Trzy bochenki to aż nadto jak dla nas. Choć Mężu do pracy bierze kilka kromek, wiadomo na śniadanie i kolację też idzie.. Tak czy siak na weekend mieliśmy zabezpieczenie. Niechcący trafiłam jednak do sklepu, gdzie ludzie robili zapasy chyba na miesiąc! Zapomniałam, że w czwartek sklepy nieczynne. Kolejki po same regały, wszystkie kasy otwarte, a wielkie kosze wypełnione po brzegi. Nie wnikam ile się w tej kolejce nastałam.. ale że Paula zaprosiła naszego smyka do swoich dzieci na zabawę, więc zrobiły mi się wolne dwie godzinki. I choć bardzo lubię robić zakupy, to akurat stanie w kolejkach nie należy do przyjemności. 


Mały za to miał frajdę, wyścigi samochodami, załapał się na naleśniki z bananami i do domu wychodzić nie chciał. Choć mówiłam, że „Strażak Sam” leci i w naszym tv. Wiadomo, z kumplami fajniej. Tymczasem trzeba było się zbierać i na wczorajszy dzień uszykować znicze. Łącznie ze sposobem wytłumaczeniem dziecku zagadkowego tematu cmentarza i odchodzenia z tego świata.. 

– „Mamusiu, ale przecież ludzie nie umią iść do nieba?” 

No cóż.. jeszcze trochę czasu minie, zanim zrozumie..

Mieliśmy iść później na cmentarz, żeby nie pchać się w te tłumy i hałasy. Czasem wolę nawet w inny dzień, żeby był spokój, na chwilę rozmowy w myślach, na wyciszenie i wspominanie bliskich osób.. Nie było jednak źle, dobra organizacja, światełka zapalone i moment na zadumę też się znalazł.

Dziś już Mężu w pracy, obiady mam zrobione na zapas i z Małym wybieram się do Edyty na jej zaproszenie. A w weekend zaplanowane spotkania rodzinne i może jakiś spacer, gdyż pogoda piękna, jak na początek listopada.. 

 

 

dyńki