Oczekiwanie

Zanim niespodziankowy wyjazd, cieszę się z emocji. Czekania na coś nowego, na niewiadome, na niespodziewane. Oczywiście nie mam żadnych wygórowanych tych oczekiwań, ale dreszczyk emocji jest i uśmiechamy się z Mężem do siebie każdego dnia. Z moim pytaniem w oczach – ciekawe co wymyśliłeś? I z jego odpowiedzią – dowiesz się, w swoim czasie 🙂

A skoro tak, trzeba się zająć czymś innym. Poza domem uskuteczniamy już wyjścia na plac zabaw. Po prawie trzech miesiącach Mały odzwyczaił się od huśtawki. Bał się wyżej huśtać i trzeba było dwóch dni, żeby znowu się oswoił i pozwolił trochę rozbujać. Dzień spędzony w towarzystwie sąsiadki całkiem sympatyczny. Miałyśmy czas pogadać, poznać się trochę lepiej, a nasze chłopaki wybawić się w piaskownicy i z hulajnogą za wszystkie, zamknięte ostatnio, czasy. Widać, że dzieci stęsknione towarzystwa i możliwości swobodnej zabawy. Place zabaw jeszcze nie do końca dostępne, ale dużo rodziców już wytrzymać z maluchami w domu nie dało rady. Tym bardziej, że pogoda ostatnio iście letnia.

A w tej letniej pogodzie przyszedł czas i na truskawki, te poziomkowe już smaczne i słodkie. Na razie cena wysoka, ale jak się cały rok tęskniło za tym smakiem, to choć trochę można ich sobie zafundować..

Do tego dużo zielonego i na obiad placuszki z mąki kukurydzianej z żółtym serem. Dla mnie i dla Małego ciekawa alternatywa dla naleśników, Mężowi konsystencja nie podeszła. Generalnie np makaron z mąki kukurydzianej nie zasmakował nikomu, czuć takie sproszkowanie przy mące kukurydzianej. Następna do placuszków pójdzie więc mąka gryczana. Zobaczymy jak się sprawdzi. A na razie ruszam do zdejmowania prania i do prasowania, by czas oczekiwania szybciej zleciał..

Pstryk

i minął dłuższy weekend.. Od dawna nie pamiętam tak ładnej pogody 1go listopada. Aż się prosiła o spacer, nawet jeśli na cmentarz.. Światełka zapalone, modlitwy odmówione i tłumaczenia Małemu tematu pochówku, za nami. Spotkaliśmy się z Bratem i jego rodzinką, wzięłam na ręce Bratanka, który chyba szybko przestanie być kruszynką bo rośnie jak na drożdżach. I nie przesadzam, ma pół roku, a wchodzi w rozmiar 80, gdzie my w tym czasie mieliśmy 74. Wysoki będzie z niego chłopak, po tatusiu. Z czego Brat się wcale nie cieszy, patrząc na swoje problemy z kręgosłupem i stawami.

Nie sądziłam, że palenie światełek zakończymy na leśnej polanie i w towarzystwie kilku ognisk. Słoneczna pogoda i długi weekend widać przygnały do lasu koneserów kiełbasek. Trochę dla mnie niespotykany sposób świętowania listopadowego święta. Ale co kto lubi.. My w końcu też rozpaliliśmy małe ognisko, ku radości dziecka. Ale bez kiełbasek i skocznej muzyki w tle.. Od tak, by popatrzeć w płomyki i spędzić razem wieczór..

Sobota już nie sprzyjała spacerom, od rana deszczowa i mniej sympatyczna. Pojechaliśmy po obiedzie zatankować auto i dać Małemu poskakać na trampolinie by się wyszalał i rozładował trochę energii. Skorzystałam z okazji przebywania w markecie i nabyłam czerwone i białe winko dla zaproszonych ciotek, wujków i dziadków. Do degustacji mamy jeszcze pyszną nalewkę z czarnej porzeczki, produkcji mojego Taty i mój ulubiony likier. Tworzę już przystawkowe menu i robię listę zakupów na rodzinny spęd. A lista długa i trzeba będzie podjechać na zakupy autem, żeby ręce nie odpadły. Muszę też wziąć się ostro do zmniejszenia kalorii w moich daniach, by zmieścić się w zaplanowaną na święto sukienkę. Po ostatniej rozpuście w postaci o takiej..

przerzuciłam się na twarożek z warzywami, surówki, cukinię i owoce..

Tylko cóż z tego, kiedy po tygodniu wyrzeczeń, długi weekend znowu sprzyjał łasuchom i wyciągał nas na takie o, pokusy..

Czekolada na gorąco z bitą śmietaną, na jesienny wieczór..

Etap

Przyjechało łoże naszego śpiącego królewicza. 180×80. Nie mógł się go już doczekać i łapał za swój zestaw małego mechanika, żeby zacząć skręcać deski plastikowym śrubokrętem. Tymczasem ja prawie ze łzami w oczach wspominam czas, gdy zajmował połowę dziecięcego łóżeczka. Gdy te stópki malutkie wierzgały w nim na wszystkie strony, a ręce wyciągały się do mamy. Serducho mi się ściska na myśl, że rośnie to nasze szczęście tak szybko i nie da się (a nawet nie wskazane by było) tego zatrzymać. Pozostaje powzdychać i uśmiechać się dzielnie na widok radości dziecka, które przecież już by chciało być dorosłe i mieć te metr osiemdziesiąt. No cóż, wraz z tym łóżkiem kończy się etap maluszka. Chłopiec nasz już rezolutny, rozgadany, pełen energii i sprytu. Nie ma lekko 😉

Lekko też nie ma, gdy kochane dziecię ma czas wolny od przedszkola i spędza się z nim czas od rana do wieczora. Dodam, że późnego. Gdyż od wczesnych miesięcy życia, twardy z syna zawodnik w temacie spania. Ileż ja się naśpiewałam kołysanek, nanuciłam, naczytałam (i nadal to robię) by wreszcie nadeszła północ i Mały odpłynął w upragniony sen. Przez nas upragniony, gdyż od lat nasze wieczory są raczej krótkie. Tak na jeden odcinek serialu, na którym Mężu i tak czasem przyśnie. Mały potrafi wstać o 7 i buszować do 22-23. Bez żadnej drzemki, odkąd skończył dwa lata. No cóż. Taki nam się trafił egzemplarz i pozostaje kochać go z całego serca 🙂

Kocham więc, ale gdy Mężu odpocznie po pracy robimy zamianę i on przejmuje urzędowanie na placu zabaw, a ja mam wtedy chwilę oddechu. Potrzebuję tej chwili bardzo. Na wyciszenie, na odrobinę czasu dla siebie. Choćby na bloga, którego coraz częściej piszę po nocach z telefonu, bo w dzień nie ma czasu. Są wspólne ćwiczenia, wyjazd do sklepu na polowanie prezentu dla dziadków z okazji ich rocznicy ślubu, zabawy z Tadziem, spotkanie z Moniką i jej chłopakami. Układanie puzzli, czy klocków i co jakiś czas bajki. Dobrze, że choć pogotować Mały daje, a i często bierze w tym gotowaniu czynny udział. Bardzo lubi wrzucać składniki do garnka, sypać przyprawy, nalewać wodę. Chętnie już by obierał i kroił ziemniaki, ale z tym jeszcze warto poczekać. Przyjdzie i ten etap, pytanie tylko jak chętnie wtedy będzie się garnął do pomagania w kuchni..

Dziś szaszłyki z kurczakiem, cebulką i papryką, a z reszty mięsa kolorowa potrawka

Inaczej

Trzecie pranie za mną, dodatkowe zakupy posiłkowane przez Męża, by uzupełnić luki w napojach i płynach do prania (ważące swoje) i wreszcie odkurzone mieszkanie. Uf, można powiedzieć, że sytuacja względnie opanowana. Przynajmniej na kilka dni, póki nie wejdą fachowcy rozwalać sufit w sypialni, pod pozorem zalania. Na łazienkowy nie mamy zgody, gdyż albowiem brak tam zaistniałej, bądź wymyślonej, szkody. I to nic, że już pierwsze pęknięcie się pojawiło. Grunt, żeby sypialnię zrobili, bo śpimy z duszą na ramieniu, czy zaraz nam sufit na głowę nie zleci. 

 

Oczywiście nie było kiedy pojechać po karnisze, więc czekam z utęsknieniem na sobotę licząc na trochę więcej wspólnego czasu. Po powrocie z podróży szary pokój wygląda inaczej niż go zapamiętałam tuż po malowaniu. Teraz bardziej mi się podoba, jest elegancko i jaśniej bez tych pomarańczy na ścianach. Rozświetlająca wnętrze choinka i świąteczne ozdoby też dodają uroku. Szkoda mi zwijać ten wystrój, bo jeszcze się nim nie nacieszyłam..


Tymczasem na obiady tworzę mielone i gulasz drobiowy, a dla odmiany parówki z serem, w cieście francuskim. Takie niby banalne, proste w wykonaniu, a jak to brzmi i smakowicie wygląda 😉

 

 

 

inaczej

 

 

 

Pora nadrobić też towarzyskie spotkania, dziś spotkanie z Kasią w kawiarni, którą już uznałyśmy za naszą. Monice chcę podrzucić pojemnik po piernikach jej wyrobu, niestety dzieci nadal ma przeziębione, więc tylko krótka wizyta. Do tego Hania i jej córka zatęskniły za babskim wypadem do kina. I za pogaduchami o podróżach, z których i one niedawno powróciły. Na razie, jeśli się uda, złapiemy jeszcze Sylwię i wraz dziećmi wybieramy się na weekendowy WOŚP powspierać maluszki. Jeszcze przy okazji występ chóru Mamy, podczas kolędowania chórów z okolicznych miast. I choć dopiero co był sylwester, to zaraz połowa stycznia zniknie jak sen jaki złoty..

Na pocieszenie

Wreszcie się wszyscy przejęli i ruszyli do działania. Po zarwaniu kolejnego sufitu przez dom przewinęła się istna procesja. Najpierw inspektorzy budowlani, stwierdzając, że tynk został położony na goły beton i grozi nam zarwanie w kolejnych pomieszczeniach. Mama chciała nas u siebie nocować, ale Mężu opukał sufit w sypialni i wyglądało, że jeszcze się utrzyma. Później dotarli panowie z ekipy remontowej oświadczając, że pod koniec miesiąca wchodzą z remontem, usuną cały tynk i zamontują wszędzie sufity podwieszane. I tu niespodzianka – na koszt spółdzielni! My oczywiście oddamy uzyskane śmieszności od ubezpieczalni i dalej już się będą z ubezpieczycielem szarpać oni. Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie, gdyż czeka nas ogromny wydatek przy wymianie okien. Była już i firma wykonawcza w tym temacie, pomiary zrobione, czekamy na wycenę. Potem pojawili się panowie dwaj, usunęli zwisające resztki tynku, posprzątali w kuchni i całość pozamiatali (szok). Jeszcze przybył facet z protokołem zniszczeń, sam dostarczył, wypełnił, ja podpisałam i zadeklarował, że i sam odniesie. Kolejny szok do kwadratu, a jeszcze z pierwszego nie wyszłam.

Dziś kominiarz badał wyciąg w kuchni i w łazience. Ogólnie można podsumować całość tak – przestraszyli się. Nareszcie do nich dotarło, że tu się wali ludziom na głowy i życie się ryzykuje nasze i co najważniejsze małego dziecka. A że wina ewidentnie po ich stronie, to prokuratura i sądy szybko mogą się na horyzoncie pojawić. Poza tym, jak widać, moja wizyta u pana prezesa również miała wpływ na rozwój zdarzeń. I tak to powinno być.


 

Na pocieszenie, pod betonowym sufitem, oglądamy sobie dobre kino domowe.. „Marsjanina” i rewelacyjny film akcji „Tajniacy:Mniejsze zło”, z Kitem Harington’em. A już w babskich klimatach, korzystając z przedszkolnej wolności, zobaczyłam romantyczną perełkę „Od teraz na zawsze”.

Za to by pocieszyć podniebienie, po ostatnich przeżyciach, delektujemy się moim wypiekiem – odwróconym ciastem ananasowym (przepis z www.kwiestiasmaku.com), które to mimo gazowej, starej kuchenki upiekło się w sam raz. Tu jeszcze wersja przygotowawcza, zamiast dżemu warto jednak zaopatrzyć się w wisienki i polecam owe ciacho, jako smaczne i łatwe w wykonaniu. Skoro dla mnie nie stanowiło problemu, to zapewniam, że uda się każdemu 🙂 

 

 

 

 

odwrócone

Złote pierogi

Owym filmem był „Gold”, z niesamowicie odmienionym Matthew McConaughey. O tym jak gorączka złota potrafi nakręcić człowieka.. jakie los płata figle, kiedy to raz się jest na wozie, raz pod wozem. I o tym, że pycha nie jest najlepszym doradcą. Dobry film, z klimatem i zaskakującymi zwrotami akcji. Złoto i inne kruszce zawsze będą przyciągać poszukiwaczy, a w wersji świecidełek kobiety, które w większości lubią mieć na sobie coś błyszczącego..


 

 

 

 

Jak dla mnie nie musi to być ani złote, ani drogie, ważne żeby mi się podobało.. A że zbliżają się moje urodziny, mam sobie od Mężulka wybrać jakiś drobiazg. Postawiłam na kolczyki, choć wybór nie jest wcale łatwy.. Tyle wzorów i kolorów, że nie dziwię się mej drugiej połowie, że woli bym sama zdecydowała. Jeszcze przed nami kolejna rocznica ślubu i choć nie robimy sobie z tej okazji prezentów, to fajnie by było jakoś ten dzień uświetnić. Jeśli tylko będzie pogoda, coś się na pewno wymyśli..

 

Na razie dni upływają spokojnie, na spacerach z Moniką, odwiedzinach u rodziców, zakupach i gotowaniu. Zmobilizowałam się wreszcie do zrobienia, pierwszych w moim życiu, ruskich pierogów. Do tej pory brałam udział głównie w nakładaniu farszu i klejeniu pierogów świątecznych. Przepis na delikatne ciasto dostałam od Moniki, a farsz z ziemniaków, twarogu i cebulki nie sprawił żadnych problemów. Potem już wałkowanie, wycinanie i klejenie. Roboty dużo, ale efekt smakowity. Uwieczniłam tylko pierwszych pięć sztuk, bo mąka przesłoniła wszystko.. łącznie z podłogą, ubraniami i kuchenką. O ilości naczyń do mycia, po mojej inwencji twórczej, wolę już nawet nie wspominać.

Za to wieczorem przeczytałam dziecięciu bajkę o trzech piratach, którzy szukali skarbu. Skarbem okazał się złoty ślimak, przy którym znaleziono trzy złote pierogi – jak wiadomo.. ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi. Czyli – smacznego.

 

 

 

pierwsze pierogi

Wtajemniczenie

Zamiast spacerować w deszczu odwiedziliśmy Monikę i Igora w domu, chłopaki bawili się w jednym pokoju, a my rozmawiałyśmy w drugim. Obie zaskoczone, że jest cisza i spokój. Od czasu do czasu mój wyglądał, czy jestem i wracał do zabawek. Byłyśmy obie pełne podziwu..

Mogłoby tak już być coraz częściej, tyle że może jednak poproszę bez kataru. Mężu spędził trochę czasu z Małym w markecie i przywieźli stamtąd infekcję wirusową. Tradycyjnie zaczęło się niewinnie, katarek wodnisty przemienił się w potwora zatykającego kompletnie nos i pozbawiającego nas wszystkich ciągłości snu. Doszedł kaszel, a od soboty jeszcze gorączka. Spędziliśmy więc weekend w domu, kombinując i wymyślając atrakcje dla najmłodszego, by przetrwać długie godziny. Udało mi się tylko wyrwać na małe zakupy, ale przy okazji podjechałam obejrzeć szybkowar.

 

Od kilku lat Mama namawiała mnie do przejścia na gotowanie pod ciśnieniem. Sama ma ze trzy takie garnki, o wiele krócej wychodzi jej przygotowanie zupy, stworzenie pysznego gulaszu czy ugotowanie kaszy i ryżu. Posiada jednak szybkowary, w których pokrywę zamyka się do środka i nawet nie wspominam ile razy taka pokrywka wpadła mi do zupy, czy zahaczyła paznokieć. Byłam zrażona i moje gotowanie było jednak tradycyjne. Dopóki nie trafiłam na szybkowar z pokrywą zakładaną od zewnątrz i zamykaną jednym, płynnym ruchem rączki. Po przeczytaniu tony opinii, zapoznaniu się z ofertą na rynku, po obejrzeniu zdjęć i po odwiedzeniu dwóch sklepów AGD, postanowiliśmy zrobić sobie prezent świąteczny w postaci ciśnieniowego garnka. 

 

Garnek jest, już nawet przetestowany na gotowaniu ziemniaków i zupy z kaszą pęczak – która w 10 minut była gotowa. Jestem tak pozytywnie nakręcona i nastawiona na tworzenie posiłków w szybkowarze, że teraz pozostaje mi tylko nauczenie się jego obsługi i czasów gotowania różnych potraw. Można powiedzieć, że wchodzę na wyższy stopień wtajemniczenia 😉 

 

 

 

czasy

(fot. ronatsklep – tylko ściąga, bo nie tu garnek kupowany)

 

 

Czasy czasami, da się to opanować. Mama do ściągi od dawna nie musi zaglądać, a ja już widzę, że przydałby mi się jeszcze drugi szybkowar o mniejszej pojemności. Można by w jednym robić gulasz, a w tym samym czasie gotować w drugim kaszę gryczaną. Na razie jednak spróbuję opanować jeden, a potem się zobaczy..

 

Tu się trochę sprzętem nacieszyłam, a tu jednak zdrowotne problemy znowu dały znać o sobie.. z Małym na szczęście nic groźnego, infekcja, którą musi odchorować. Za to przy wychodzeniu od pediatry Mężowi strzeliło coś w kręgosłupie, zgięło go i do końca wyprostować się nie dało. Normalnie idzie się załamać. Rodzice wychodzą na prostą, to teraz u nas atrakcje. Jutro małego chorego będę musiała wziąć ze sobą wioząc drugiego chorego do lekarza. W razie czego są już namiary na ustawianie kręgosłupa, ale jakoś z dużą dozą nieśmiałości podchodzimy do takich praktyk..

Folklor

Skrzydła jeszcze na stanie, a to za sprawą kolejnej rocznicy naszego pierwszego spotkania.. Taka niepozorna data, a jak wiele w naszych życiach zmieniła. Wprawdzie nie od razu, bo jeszcze po tym spotkaniu najeździliśmy się pociągami do siebie w tą i z powrotem przez ponad rok.. Ale te podróże, utęsknienia i radości z każdej wspólnej chwili wspominamy do dziś z uśmiechem. Z tej oto okazji upiekłam dla Mężulka muffinki i przystroiłam je na wesoło – wprawdzie trochę folklorystycznie mi wyszło, bo lukier w łowickich barwach i wzory mało pomysłowe.. ale grunt, że smacznie było. Przepis od Moniki sprawdził się idealnie i można powiedzieć, że przy okazji potrenowałam babeczkowe wypieki przed urodzinami Syna. Jeszcze by się przydał jakiś dobry plan na kruche ciastka, to już bym miała i pomysł na świąteczne ozdoby 😉

 

 

 

 

kolorki

 

 

 

A Syn nasz już i przy pieczeniu pomaga, mąkę przesiewa i zupy ze mną gotuje. Widać, że sprawia mu to przyjemność i w ogóle lubi być potrzebny i ważny. Na rytmice jednak czuje się jeszcze trochę niepewnie. Trzyma mnie cały czas za rękę i dopiero może ze dwa okrążenia przy marszu zrobił samodzielnie. Myślę, że jeszcze z miesiąc będzie potrzebny, żeby nabrał pewności i odwagi. Ale naprawdę widzę, że takie wspólne zajęcia i ze mną i z innymi dziećmi pomogą mu płynniej przejść w poczet przedszkolaków. Może nawet obędzie się bez histerii, które od września przeżywają dzieci znajomych z piaskownicy. Dobrze, że jeszcze nasz smyk ma czas się przyzwyczaić i poznać trochę inny świat niż dom czy plac zabaw. 

 

Choć oczywiście wraz z rytmiką znowu zawitał do niego katar, przerodził się w kaszel i już asekuracyjnie robimy inhalacje z solą fizjologiczną. Pomagają bardzo i oby jak najszybciej nabierał odporności, bo nie chciałabym z zajęć rezygnować. Mimo katarów energia go nie opuszcza, u Dziadków roznosi zabawki po całym pokoju, lata do naszego pacjenta, woła tup tup i pokazuje, że noga mu nie działa. Za każdym razem mówię Małemu, że jedziemy wspierać i ucieszyć Dziadka, który chodzić teraz nie może. Przytula się więc maluch i przynosi zapasy uśmiechów i radości. Od nadmiaru tej energii też jednak czasem trzeba odpocząć 😉 Dlatego wysyłam chłopaków do chrzestnej Iwony, niech obdarują nią ciocię, a ja będę miała wreszcie czas by porządnie umyć podłogi i całą łazienkę, do tego przejrzeć pościel i w ogóle zacząć ogarniać mieszkanie na przyjęcie gości. Przy dziecku wszystko trzeba rozpoczynać przed terminem.. Czas okrojony, a jeszcze będzie mnie czekało gotowanie i pieczenie, do którego trzeba zaplanować zakupy i menu. Dwa tygodnie zlecą w moment, a po drodze przecież imieniny Mężulka, urodziny Taty i Kiermasz książki, który jest dla mnie równie fajnym świętem. Dzieje się, oj dzieje i to bez ustanku 🙂

Rytm

Zajęcia próbne za nami, trochę oszołomiły malucha, ale nic dziwnego.. nowe miejsce, dużo zabawek, dzieci i dość głośne dźwięki muzyki. Wystarczyło jednak trzymać go za rękę, by raźnie maszerował dookoła sali, biegał w takt szybkiej melodii i siadał ze wszystkimi gdy muzyka cichła. Atrakcją były też nowe trampki z autem, bo przecież to jak nowa zabawka.

 

 

 

sprzęt do ćwiczeń ważny

 

 

 

Trochę za duże tempo narzucono na tej pokazowej lekcji, prowadząca tak jakby chciała wszystko przedstawić na hura. Ale nie dziwię jej się, miała tylko pół godzinki, by się zaprezentować. Wiadomo, że zajęcia będą różne, czasem mniej energiczne, czasem bardziej. Zapowiadane są tam też święta, mikołajki czy tańczenie na dzień babci i dziadka. Mam nadzieję, że w styczniu Dziadek będzie już na chodzie i będzie mógł przyjść zobaczyć, wraz z Babcią, występ Wnuczka 🙂

 

Niestety Monika musiała wyjść z Igorkiem z zajęć, płakał bidulek co chwilę, był bardziej wystraszony i chyba mu się niezbyt spodobało. Może podejmą jeszcze jedną próbę w następnym tygodniu, ale jeśli nie będzie się tam czuł komfortowo, to nic na siłę. Szkoda by było, bo bardzo chciałyśmy chodzić razem..

Nasz smyk też momentami czuł się nieswojo, łezki ze dwa razy poleciały ale maszerował dzielnie i na koniec nie chciał wychodzić z sali. Garnął się do dzieci i był zaciekawiony instrumentami. Ja natomiast miałam pół godziny gimnastyki, bo i biegać trzeba było i kucać i kłaść się i schylać uff 😉 Ale przyda mi się to bardzo, taki ruch dwa razy w tygodniu to jak dawno zapomniany fitness..

 

A skoro już przy zdrowym trybie życia jestem, to w kuchni też trzeba poeksperymentować. Przygotowałam na obiad kotleciki z mielonego mięsa drobiowego, z koperkiem i dużą przewagą ryżu w środku. Wprawdzie usmażone, ale na małej ilości oleju i odsączane na papierze tuż przed podaniem.

 

 

 

ryżowe

 

 

 

Chcę też wypróbować przepis od Moniki na muffinki z dżemem banan-mango, zawsze jej się udają to może i ja będę mogła się nimi pochwalić. Muszę tylko potrenować, zwłaszcza, że zbliżają się drugie urodziny Synka i chcę poczęstować wtedy gości czymś dobrym do kawki. 


Tymczasem zimno za oknem, poranne spacery z Igorkami nadal uskuteczniamy, ale wieczorami częściej jesteśmy z wizytą u dziadków. Dziś nawet byliśmy na występach chóru Babci. Małemu tak się podobało, że z zapałem bił brawo i machał do taktu nogami. Najlepsze jak w przerwie między piosenkami krzyczał na cały głos – Baba! Dobrze, że siedziałam z nim daleko 😉

Za to teraz szykują się jeszcze większe atrakcje, bo zaczyna się Festiwal Czytania! Czyli kulturalne przeżycia dla fanów literatury i aktorskiego świata. Już się doczekać nie mogę!

Działkowe last minute

Ostatnim rzutem na taśmę załapaliśmy się na maliny z ogrodu znajomego. Trzeba je było niestety pozrywać samemu, a że kolega jechał od razu po pracy na działkę, to Mężowi przypadła ta fizyczna robótka. Przyznaję, że się napracował.. i jeszcze kumpel nie chciał go ponoć wypuścić póki nie obskubie wszystkich krzaków.

 

 

 

mała część

 

 

 

 

Zostałam więc obdarowana, na sam wieczór, pudełkami z malinami i od razu trzeba było ruszyć do przerabiania. Kuchnia przybrała barwę czerwoną, garnki, miski i słoiki poszły w ruch. Zagotowało się, zakręciło, jest sok, są maliny mrożone na koktajle z maślanką i jeszcze Monika załapała się na sporą porcję. Z owej porcji już jedliśmy ciasto bananowo-malinowe. A dziś i ja wzięłam się za smakołyki i usmażyłam racuchy w malinowo-borówkowej odsłonie. 

 

 

 

 

smacznego

 

 

 

 

Jesień może nadchodzić, ale na szczęście jeszcze jej się nie spieszy. Wręcz przeciwnie! Gorąco jak w samym szczycie wakacji, czyli majowo-czerwcowo 😉 Nie mam nic przeciwko, by we wrześniu leżeć plackiem nad wodą.. ale jednak postulowałabym za dobrą pogodą w tradycyjne, wakacyjne miesiące.. Tymczasem w sklepach pojawiły się już swetry i buty na deszczową porę. Dziecię również trzeba w takie zaopatrzyć i tu tradycyjnie pojawia się problem rozmiaru i wygody małej stopy. Że o wydatku nie wspomnę. Na razie jesteśmy na etapie przymierzania i poszukiwania. Oraz kombinowania jak tu miło spędzić nadchodzący, słoneczny weekend.. Zosia wraz z małymi kociakami, którymi tymczasowo się opiekuje, zaprasza do siebie i na najpyszniejsze w świecie winogrona z własnej działki. Morze kusi, Brat okupuje Zakopane, a Tatę ciągnie na ryby i przy okazji chce ciągnąć i nas.

Nosz! Że też się nie da być wszędzie, w tym samym czasie 🙂