Wyjściowo

O tym, że ganiam i jestem w wiecznym niedoczasie to już nawet nie wspominam. Ale co zrobić, jak tu po odprowadzeniu synka i po ćwiczeniach trzeba jeszcze zakupy zaliczyć, potem lecieć do miasta na poszukiwanie prezentu imieninowego Męża i urodzinowego Taty, dotrzeć do urzędu, po powrocie zrobić pranie, wymienić pościel i wyszykować się na pasowanie Małego starszaka. Występy były super, dzieci śpiewały, tańczyły no i atrakcja główna recytowanie wiersza do mikrofonu, a potem odbiór dyplomu i książek. Ach jakże dumne i wzruszone jest serce matki na taki widok i przeżycia..

 

Mimo, że impreza skończyła się w miarę wcześnie, to powrót i obiadowe smażenie placków z dynią, zajęło mi tyle czasu, że musiałam potwierdzać iż na pewno dojedziemy po odbiór rezerwacji biletów. A kino tym razem wraz z Hanią i Bluberką, która dotarła prosto z pracy i miała czas odpocząć przy oczekiwaniu na zalatane koleżanki 😉 Film „Serce nie sługa” okazał się bardzo ciepły i podobał nam się niezmiernie. Oczywiście na miarę obyczajówki z wątkiem miłosnym w tle.. A wątek ów wycisnął łezkę w oku, choć było i kilka sympatycznych momentów dla uśmiechu. Udało nam się też pogadać przed seansem i w drodze na dworzec, odwożąc Gosię. Fajny czas i już się cieszę na następne takie spotkania.

 

 

 

Tymczasem kończę tydzień wizytą u ortopedy i zaczynam weekend ze świadomością, że nie muszę gotować, bo idziemy do restauracji na wyjściowy obiad. Tylko jak tu jeść ze smakiem, kiedy się te wszystkie kalorie pchają przed oczy i straszą ilościami. Jeszcze bardziej to widzę, od czasu gdy zainstalowałam aplikację do ich pomiaru. Ale jest szansa, że może wreszcie zacznę panować nad łasuchowaniem i widok uśmiechającej się czekolady przestanie kusić. Oby, bo inaczej przy kolejnych pomiarach trener zacznie kręcić nosem, a mnie czeka zwiększone tempo na rowerze i orbitreku 😉

W żywiole

Czary zadziałały i większa część planów doszła do skutku.. Emocji i przeżyć masa. A to z racji Festiwalu Czytania, który kolejny rok cieszy artystyczną część mej duszy. Jakże cudownie posłuchać czytania i zobaczyć na własne oczy znanych aktorów. Dołączyć autografy do kolekcji i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia z tymi sławnymi postaciami. Jestem po brzegi naładowana pozytywną energią i radochy miałam masę.

W sobotę, wraz z Kasią, wysłuchałyśmy wywiadu z Jerzym Trelą, w którym opowiadał o teatrze w czasach powojennych, o problemach z cenzurą i trudnościach z wystawianiem sztuk w kraju. Bardzo ciekawy wywiad. Później czytanie w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka, człowieka o dużej energii i sympatycznej powierzchowności. Choć jeszcze większą energię i ogrom humoru można było czerpać z występu Jacka Fedorowicza (na który dotarła też Sylwia). Niesamowity satyryk, mistrz ciętego słowa potrafiący z każdej sytuacji wyczarować coś zabawnego. Wspominał rolę w filmie „Nie ma róży bez ognia”, do którego współtworzył scenariusz wraz z Bareją. Barwnie opowiadał jak wyszukał sobie żonę wśród zdjęć z podań do szkoły plastycznej. Ach w ogóle gdyby nie okrojony czas to rozbawiałby publiczność dalej i szkoda, że nie miał takiej możliwości. Postanowiłam nadrobić niedopatrzenie i skoro nie można było dłużej posłuchać, z chęcią poczytam każdą książkę, którą wydał. 

 

 

 

fcz

 

 

 

Kursowałam do Książnicy po kilka razy, bo wiadomo i w domu człek chciał pobyć i spędzić czas z dzieckiem. Ale i tu udało się zrealizować plan wspólnego wyjścia do kina. Mały był pierwszy raz, dostał dyplom i w ogóle impreza w kinie rozkręcona na maxa. Dmuchany zamek, wata cukrowa, malowanie buziek i balonowe zwierzaki. Oczywiście popcorn (droższy od ceny biletu, paranoja) no i danie głównie – bajka na wielgachnym ekranie. Szał ciał.

Mały wychodzić nie chciał i choć z jednej strony fajnie, że miał tyle atrakcji, to z drugiej może pomyśleć, że zawsze tak jest w kinie 😉 Przed seansem podjechałam zobaczyć Izabelę Dąbrowską, którą dopiero co oglądałam w „Białej sukience”. A po kinie głosowanie w wyborach i kolejna podróż do Książnicy. Podczas której posłuchałam dialogu profesora Bralczyka z Michałem Ogórkiem i wybrałam się do sali, gdzie Cezary Kosiński czytał fragmenty książek Dukaja. Miałam jeszcze chęć na wspomnienia o Wiesławie Michnikowskim, ale że Tata nie odzyskał swego auta, to połączyliśmy przyjemne z pożytecznym i odwiedziliśmy z Małym dziadków. Wróciłam bez auta ale z poczuciem, że ten weekend był po brzegi wypełniony tym, co dla mnie najlepsze 🙂 

 

 

 

FC

Filmowo

Nowy tydzień, prócz ćwiczeń i codziennych obowiązków rozpoczął się filmowymi wieczorami. Nadrabiamy filmy z listy, do której dodałam też „Kler” obejrzany w kinie z dziewczynami.

Poruszył mnie ten film bardzo i przeżywam do tej pory. Wiem, że pokazano tu wszystkie wypaczenia i że taka kumulacja była celowa. Patologia na najwyższym poziomie, krzywdzenie bezbronnych dzieci, wykorzystywanie stanowisk, alkoholizm, strach, pogoń za pieniądzem, korupcja. Mam świadomość, że takie rzeczy dzieją się i wśród ludzi, którzy powinni nieść dobre słowo, pomoc i mieć czysty rachunek sumienia. Ale wierzę, że i tych pozytywnych postaci w kościele nie brakuje.

Film jest mocny, gra aktorska na wysokim poziomie, szokujące sceny, aż w sali zapadała cisza pełna grozy. Szkoda tylko, że nie wszyscy tę ciszę szanowali. Znalazły się niedaleko nas dwie dziewczyny, chrupiące popcorn, bawiące się telefonem, który raził w oczy i komentujące każdy kadr. Brak kultury i szacunku dla pozostałych i jakże były zdziwione, gdy zwrócono im uwagę.

 

Obejrzałam też „Na plaży Chesil” , film dla wrażliwych i dla cierpliwych jednocześnie. Nie był zły, miał dobry klimat ale sądzę, że książka o wiele lepiej oddała rozważania i emocje głównych bohaterów. Nadrobiliśmy animację „Hotel Transylwania 3”, która już tak nie bawiła jak jedynka czy dwójka, mimo prób zaskoczenia nowymi, całkiem fajnymi efektami. A może to my wyrastamy już z bajek? Jest jeszcze szansa, że odnajdziemy radość z kreskówek chodząc z Małym do kina. 

Złapałam wreszcie mrocznego „Doriana Gray’a” i dla relaksu francuską komedię „Nasze najlepsze wesele” . Po twórcach „Nietykalnych” spodziewałam się wprawdzie więcej, ale nie było źle, humor momentami czarny (z powiedzenia), film sympatyczny, trochę zwrotów akcji (czasem przewidywalnych) i ogólnie mocne 6,5/10. Idąc za ciosem włączyłam więcej francuskich filmów, „Moje życie to nie komedia romantyczna”, kontrowersyjna „Miłość na żądanie” i „Mój kawałek tortu”. 

 

 

 


 

Poza filmami, prace domowe, walka o sprawne kolano, wizyta u rodziców i ustalony wreszcie termin wizyty u pediatry. Tak asekuracyjnie, bo niby nic się nie dzieje ale jednak fioletowe podkówki nie znikają. 

Jul-już

Świeżo po powrocie z kina, uśmiana po „Juliuszu” i rozczulona po ululaniu synka do snu, łapię chwilę na net. Film może nie najwyższych lotów, ale miał świetne momenty za sprawą pomysłów Abelarda Gizy i pana Rucińskiego. Sprawdził się od strony komediowej. Był idealny na wyluzowanie dla zmartwionej Kasi, zapracowanej Hani i jej córki, która jako przedszkolanka również miewa wyczerpujące dni. Szkoda tylko, że Sylwia nie dała rady się wyrwać, bo i jej przydałby się kinowy relaks.

 

 

 

 

Masaż przepony mnie też się przydał, ale bardziej teraz potrzebuję masażu odcinka szyjnego i piersiowego. Wlazło mi takie napięcie między łopatkami, że aż boli. I nie wiadomo, czy to pozostałość po stresach chorobowych sprzed wakacji, czy efekt złego ułożenia podczas snu. Tak czy siak same ćwiczenia nie wystarczają, choć próbuję i rozciągające przy ścianie i rozluźniające. Rozglądam się za jakimś gabinetem leczniczym, może gdzie wykonują ugniatanie pod hasłem shiatsu. Koleżanka poleca masaż tajski, ale nie do końca jestem przekonana. Paula z kolei kolegę (znanego nam z piaskownicy), który masuje w domu. Jednak nie czułabym się zbyt komfortowo. Lepiej chyba jednak jakiś gabinet, choć ceny niemałe.. Wiem, że czasem trafiają się okazje na gruponie, ale zrezygnowałam z tego portalu bo zarzucał skrzynkę ofertami, w ilościach przekraczających cierpliwość usuwania. W ostateczności może pojedziemy na basen? Taki gdzie są masaże wodne, choć i samo pływanie mogłoby przynieść ulgę. Coś trzeba wykombinować.

Historia

Wracam z kina, przejmuję usypianie Małego, przytulam, czytam mu bajkę, głaszczę delikatnie po policzku i słyszę cichutkie słowa chwytające za serce.. „Mamusiu jak Ty mnie pięknie kochasz”..

 

I jak tu się nie rozczulać w tak wzniosłych chwilach i na dźwięk tego najdroższego dziecięcego głosu 🙂 Choć gdy głos w ciągu dnia zakatarzony i marudzący, już chwile szczęścia nabierają innego wymiaru 😉 Pierwsza przerwa przedszkolna, na starcie, za nami. Synek pomaszerował dzielnie i z radością, że spotka znów Tadzia, który też przez katar miał wolne. Moje wolne przy dziecku zalatane między próbą gotowania, zabawami z nim i wieszaniem prania.

Wyjście do kina było dobrą odskocznią po zabieganym dniu, a historia „Dywizjonu 303” tym razem okazała się filmem nagranym rewelacyjnie. Bardzo dobre kadry, wzniosła muzyka, całość nie taka surowa jak w Bitwie o Anglię i spójna. Naszych chłopaków pokazano z klasą, z humorem i dumą, bez sztucznego podkładania języka polskiego. Były nagrania historyczne, zdjęcia z dawnych lat i zdecydowanie większy zachwyt publiczności. Bardzo nam się ta produkcja podobała. Umawiam się z dziewczynami na następne spotkanie, by wykorzystać obniżone ceny i ratować ulubione kino. A i z Mężem może wreszcie udamy się na jakiś randkowy wieczór filmowy, chętnie wyszłabym też potańczyć, tak dawno już nigdzie nie byliśmy razem..

 

 

 

Pod znakiem zapytania

Jakby to delikatnie ująć.. pomogły ogórki kiszone babci Zosi i czopek glicerynowy sztuk jeden. Ale jak nie urok, to.. Nie no, akurat w tym kierunku nie poszło, za to dziecię dwa dni temu wykrzyczało (domyślamy się, że z przyczyn toaletowych), że nie chce chodzić do przedszkola, chce być chore, zostać w domu i kaszleć. I co? I voila! Mówisz i masz. Dziś w nocy 38 stopni i kaszel, a jakże. Oczywiście tuż przed majówką. Plany dopięte na ostatni guzik i już nawet pogoda w kratkę by nam nie przeszkadzała. Przeziębienie jednak może popsuć wszystko. Wprawdzie lekarka rzekła, że antybiotyku nie trzeba. Wystarczą inhalacje i zbijanie temperatury przez trzy dni. Czyli cóż, działamy i modlimy się o szybkie wyzdrowienie..

Tymczasem nietrafione zasłony odesłane, firanki umówione z krawcową po majówce. A w czasie, kiedy jeszcze maluch był zdrowy udało nam się odwiedzić moich rodziców, korzystać ze słońca na placu zabaw – z przerwami na latanie do łazienki. I nadrobiłam kilka filmów Woody’ego Allena. Dobre dramaty obyczajowe „Sen Kasandry”, „Blue Jasmine” i wreszcie „Na karuzeli życia”, na który najbardziej czekałam. Jak zwykle się nie zawiodłam. Niektórzy nie lubią „allenowskiego” kina, ja uwielbiam. Często wracam do jego opowieści, lubię ten teatralny klimat, grę światłem, piękne zdjęcia i świetną obsadę.



Zostały mi do obejrzenia „Scoop-gorący temat” i „Wszystko gra”. Wspólnie udało nam się wkręcić w baśniowy klimat „Kształtu wody” czy w pogmatwane fantasy „Blade Runnera 2049”. Ale obecnie, z racji przeziębionego malucha w domu, oglądanie staje się utrudnione. Wymaga on wtedy uwagi non stop. A to przykryj kocem, podaj picie, zrób inhalacje, ugotuj obiad z dwóch dań-jednocześnie rysując pisakami, podaj jabłko, płatki, unikaj słodyczy, przytul, sprawdź temperaturę i.. pobaw się ze mną.

Zawiozłam wczoraj Mamę na ćwiczenia, miałam wolną godzinkę, a w pobliżu kawiarnię.. Pierwszy raz weszłam sama, zamówiłam herbatę, precla z serem i szynką w ramach kolacji i zasiadłam poczytać gazetę. Dziwnie tak, bez Męża w kawiarni.. Brakuje mi naszych wspólnych wyjść. I już nawet nie musi być we dwoje, z przyjemnością wyjdę we troje z Małym. Byle w zdrowiu i razem..

do kawiarni

Cool

Film nie był może najwyższych lotów, ale uśmiałyśmy się z pomysłów wyluzowanego faceta, na zapewnienie dzieciom zajęć. Łącznie z podłączaniem ich do zaprzęgu, czy przewijaniem pieluchy w masce gazowej. „Daddy cool” był w miarę sympatyczny, za to o wiele więcej frajdy miałyśmy ze wspólnego spotkania. We trzy załapałyśmy się na wygrane w konkursach drobiazgi kosmetyczne, niektóre dziewczyny dostały książki, a po kinie wyskoczyłyśmy jeszcze do pubu na pogaduchy. 

 

 

 

 

Nasprzątałam się ostatnio za wszystkie czasy, łącznie z myciem kafelek w łazience i kuchni, aż po czyszczenie balkonu i aranżację kwiatową, którą dziś nabyłam. Dotarły też firanki i zasłony do salonu – tradycyjnie już, nie taki kolor (na ekranie komputera był idealny ehh) i nie taka długość. Przez to niekoniecznie lubię internetowe zakupy, choć cena jest zawsze kusząca. Czeka mnie odsyłanie zasłon i wymiana, a firany wylądują u krawcowej. Jaki kolor przyjdzie tym razem? Zobaczymy..


Wprawdzie powieszone w takim wydaniu, podobały się koleżance Iwonie, która widziała stan sprzed wykończenia. Ale to mnie musi się podobać, bo inaczej trafia mnie na sam widok. Za to herbatka w nowych kubkach, idealnie sprawdzała się przy naszych rozmowach. Niełatwe tematy, bo rozwód, podział opieki nad dzieckiem i ustalanie spraw majątkowych nigdy do przyjemnych nie należą. Ale trzymam kciuki, by udało im się rozstać w miarę spokojnie, na posklejanie tego małżeństwa nie ma już niestety szans..


Za to wizyta u mojej fryzjerki zdjęła mi z głowy i połowę włosów i tych trudnych, po spotkaniu z Iwoną, myśli. Spędziłam miłe godziny na podziwianiu jej nowego mieszkania, na wspominaniu znajomych i wspólnych imprez. I wyszłam z nową fryzurą, która dodaje mi lekkości, energii i zdecydowanie ułatwia mycie i suszenie włosów. 

Synek, odpukać, zdrowy. Cały tydzień przechodził do przedszkola, masę czasu urzęduje na placach zabaw i już kombinujemy, gdzie by tu spędzić majówkę. Żeby był i czas na zwiedzanie i na przyjemności dla niego. 

Pełen

Kot nie miał nic przeciwko nowemu mieszkańcowi. Czasem dał mu łapą po nosie, gdy ten za dużo fikał. Poza tym pełna zgoda i picie z jednej miski. Do tego odezwał się w nim instynkt ojcowski i biegnie na ratunek z każdym piskiem małego szczeniaczka. Zwierzaki są niesamowite.. 

 

 

 

szczęściarz 


 

 

Jak i niesamowity był ten weekend, pełen sympatycznych spotkań (swoją drogą nie ma to, jak stracić głos w dzień, w którym zakłada się dużo pogaduch), nowych osób, czasu z moimi chłopakami, dokończeniem pierwszego sezonu „To nie koniec świata” i filmem, który może nie powalił na kolana, ale miał w sobie ciekawy klimat. W Kiniarni pełna sala, przy stoliku herbata (na moje obolałe gardło) i winko dla dziewczyn. Opowieść „Madame” o pani domu, która wpuszcza służącą na salony, z lekkim humorem, z pięknymi zdjęciami w tle i zakończeniem bez zakończenia.. Jak to u mnie bywa, już happy end w głowie mam dograny..

 

 

 

 

 

 

Po filmie podjechałyśmy na kolację, jak się okazało zimną, gdyż na trzecie piętro lokalu, tylko taka docierała. Zabawne było to, że na dwóch piętrach brakowało miejsc, a nikt z obsługi nie informował przybywających, że istnieje dodatkowe. I to z pustymi stolikami, co powinno nam dać do myślenia. Nie dość, że pierogi ze szpinakiem i oscypkiem były zimne, to koleżanka Beaty miała płacić za zupę, której w ogóle nie dostała. A gdy nam się zwiększyła ekipa przy stole, kelner chyba opadł z sił i stwierdził, że piwa do stolika nie nosi – zaprasza do baru – dodając, że on jest od jedzenia. Ha. Koleżanką Jagodę zamurowało, a później miałyśmy stały ubaw z tego tekstu 🙂 Prócz Beaty przybyła Gosia, Jagoda, Karolina i jeszcze mąż Beaty z osiedlową koleżanką. Zrobiło nas się sztuk 7, pośmiałam się i nagadałam na miarę możliwości wytężania głosu. Do północy czas minął w moment, brakowało mi jedynie tańców, które mam nadzieję przy kolejnym spotkaniu nadrobimy.

 

Niedziela już na spokojnie, gotować nie musiałam, bo ciocia zamówiła pizzę do domu i nawet mały psiak skorzystał, przeżuwając kawałek. Mały najpierw był szczeniakiem zauroczony, głaskał i chciał siedzieć obok. Póki nie okazało się, że pluszowa kulka posiada ostre zęby, którymi wprawdzie nie gryzie, ale chwyta wszystko w ich zasięgu. Były więc ucieczki na kanapę i stwierdzenie, że jednak pieska w domu nie chce. Wystarczy mu pluszowa zabawka, co chodzi i szczeka. Choć domyślam się, że kiedyś mu się to odmieni. 

Dzisiaj za to od rana sprzątam, układam i ogarniam domowy plac zabaw po weekendzie. Czekając na Beatę, która zaraz przybędzie w odwiedziny. Wśród całej ekipy nagadać się we dwie nie dało i miło będzie to nadrobić, przed jej wyjazdem. 

Okno na świat

Jeden dzień i dwie godziny w drugi, tyle zajęło trzem facetom wymienienie okien w całym mieszkaniu. Szok i niedowierzanie mieszające się z podziwem. Teraz mam dwa dni na doprowadzenie mieszkania do ładu, by w weekend móc przyjąć gości. Po sufitach niepotrzebnie w ogóle sprzątałam. Wszystko wróciło do białego stanu i mam wrażenie, że już przyrosłam do mopa. Nic to, damy radę.

Gdy patrzę na te białe ramy, na całe szyby (jedna z poprzednich miała malownicze pęknięcie w każdą stronę, zakrywane bujną zielenią w doniczce), nowe parapety i nawiewniki. To aż serce rośnie. Ten bałagan był tego wart 😉 Mały tylko trochę pogubiony, bo co chwilę jacyś panowie po domu się kręcą, czasem obiad jemy na osiedlu (kuchnia odcięta), zabawki w sypialni, wszystko do góry nogami i ciągle kapcie trzeba nosić. Na szczęście ma naturę łatwo adaptującą się do nowych warunków. Byle by mama, albo tata byli w pobliżu, wtedy wszystko gra. Gra też u dziadków, bo częściej u nich bywamy, by uniknąć chaosu. A wczoraj jeszcze u Hani, na pogaduszkach przy owocowej herbacie.


Ten chaos mimo wszystko mocno mnie zmęczył, może też chore zatoki mają na to wpływ. Bo ciągle z katarem, bólem głowy i na tabletkach. A tu na tej głowie pył i niekończące się sprzątanie. Kiedy już siły opadają zasiadam na kanapie przysuniętej do komody, tak, że wchodzi się na nią od góry. I oglądam filmy. Sympatyczny „Co za życie” z Angeliną Jolie i przepiękny, poruszający serducho „Wiek Adeline”.. Trzeba mieć jakąś odskocznię od codzienności w bałaganie. I zbierać moce na wybieranie farb do malowania ścian i szukanie nowego żyrandola. Co jak się okazuje, wcale nie jest takie łatwe.

 

 

 


Remont czas start

Warto się czasami wkurzyć i wykrzyczeć swoje racje. Oczyściłam emocje i chyba zaskoczyłam inspektora budowlanego, który do tej pory miał styczność z chodzącą łagodnością. Fakt jest taki, że za sufity firma remontowa będzie dochodzić kasy od spółdzielni. Oddamy im to co obecnie z ubezpieczenia spłynęło, ale na tym nie koniec. Pisma do spółdzielni wygenerowane i będę cisnąć o odszkodowanie za zniszczone panele i lodówkę. Jak i większe dofinansowanie na okna, bo jak określił facet od okien, zamontowali szajs, który wypada z ram, przecieka i zmusza nas do wymiany. Czy uda się coś wywalczyć, nie wiadomo, ale warto spróbować.

 

Dni nowego tygodnia wypełnione były telefonami, umawianiem terminów na pomiary, spotkaniami z rodzicami i wieczornym spacerem na cmentarz by zapalić światło pamięci..

Oraz nową serią filmów, z których dwa o podobnej tematyce „Bardzo długie zaręczyny” i „Testament młodości” , kostiumowe historyczne o Marii Stuart, „Królowej Margot” i „Barrym Lyndonie” Stanleya Kubricka. Po takiej dawce czuję przesyt i na jakiś czas zamierzam odpocząć od tego typu filmów. Jedyną odskocznią było pocieszne kino akcji „Pozdrowienia z Paryża”, obejrzane za sprawą Travolty i (Bożenko, tak, tak ) Meyersa z Tudorów.

 

 

 

 

 

Tymczasem odpoczynek od filmów może być też i wymuszony. Wszystko zależy, czy przy naprawie sufitów nie odetną nas od sieci. Firma zaczyna jutro z samego rana i kombinuję jak tu pochować kable, żeby uratować połączenie. Wszystkie zabawki, ozdoby i kwiaty już wyniesione. W razie czego pozostają mi książki, ewakuacja do rodziców i tylko przedszkole niepewne, bo Mały zaczął kaszleć. Mieliśmy miesiąc spokoju od przeziębień, który doceniam widząc rosnącą temperaturę, szkliste spojrzenie i oczywiście ciężki moment na chorowanie przy rozpoczynającym się remontowym chaosie, który potrwa kilka dobrych dni..