Wzbogacone

Znad morza już wróciliśmy, ale tkwi ono świeżo w pamięci. Oprócz plażowania robiliśmy tam i długie spacery, takie po 12 tysięcy kroków. Nie tylko po miasteczku, ale i do przystani jachtowej i do małego zoo. Najbardziej jednak sam widok morza mam przed oczami. Ten pierwszy, o poranku, wynurzający się na wysokości wydm i ten ostatni, gdy słońce znika za horyzontem..

Tym razem na sztukę teatralną, pod tytułem zachód słońca, wybrałam się sama. Mały był już zmęczony po całym dniu nad wodą, po wędrówce i późnym (jak dla niego) powrocie. Przypomniałam sobie nasze zachody, jeszcze przed ślubem, oglądane w przytuleniu, z zachwytem i bez pośpiechu. Życie przy dziecku bardzo się zmienia, ale z roku na rok i przy nim można powrócić do dawnych przyjemności. Tak naprawdę wzbogaconych, o radość małego człowieka..

Sielsko anielsko

Nie tylko na taflę jeziora mogliśmy patrzeć z zachwytem. Również na łąki, las i stojące w zagrodzie konie. Na deski pomostu kończącego się w wodzie i na pola po żniwach układające się jak fale..

Wdrapaliśmy się na punkt widokowy w Dolinie by podziwiać Odrę z wysokości, na tle zachodzącego słońca. I gdyby nie komary, udałoby się zwiedzić więcej. Ale i powrót na ośrodek zapewniał zaczarowane widoki rodem z baśniowej opowieści..

Mały dzielnie towarzyszył w spacerach i wyprawach. Czasem trochę pomarudził na bolące nogi, ale raczej by zwrócić na siebie uwagę. Gdy tylko wracał przed domek, dostawał nadprzyrodzonych sił do grania w piłkę, a zasypianie po 22 stało się normą. Choć tak niedawno znad jeziora wróciliśmy, to już mi tęskno za tamtym światem. I mam nadzieję, że jeszcze tego lata będę mogła nacieszyć oko widokami na wodę, las i pola..

Sierpień

Z wielu stron wieści o deszczu, wiatr szaleje, z Danii sygnały że zimno i jesiennie, a dla nas sierpień rozpoczął się słońcem i łaskawie pozwala z niego korzystać.. Mimo, że widoki jak na koniec lata, mam wrażenie, że lato dopiero się zaczęło..

Odkurzyłam gitarę i przypominam sobie chwyty. O dziwo idzie lepiej niż w tamtym roku. Jakby palce zapamiętały większość akordów i potrafią połączyć je w melodię. Może jeszcze niezbyt płynną, ale niedługo pośpiewać będzie można. Płonie ognisko w lesie, Opadły mgły, Piąty bieg, My Cyganie.. To się jakoś nigdy nie nudzi. Tak jak i dla mnie, lato..

Na Bulwarach

Koncertów wprawdzie brak, za to wysyp spotkań niesamowity. Ostatnie babskie pogaduchy w mniejszym gronie, ale równie fajne. Małemu tak się spodobała zabawa z dziećmi koleżanki, że popłakał się gdy zarządziłyśmy odwrót. Na szczęście trafił się jeszcze wspólny spacer na wesołe miasteczko i jakoś łzy ukojone.. Nad Odrą zrobiło się teraz iście wakacyjnie. Bulwary tętnią życiem i stały się popularnym miejscem spotkań. I my tam chętnie zaglądamy..

Kolejny dzień spędziliśmy u rodziców, przy owocach i bobie gotowanym z koperkiem. Korzystamy z ich dobroci, bo faktycznie teraz takie rarytasy na wagę złota. A naszych spotkań ciągle mało, z racji ich wyjazdów od wiosny do jesieni. Za to ostatnio często trafiamy do koleżanki, u której na dłużej zawitała wnuczka. Zaczynamy na placu zabaw, by potem przenieść zabawy maluchów do domu. Klimat wakacyjny w pełni, jeszcze tylko jeziora i morza brak, na dłuższy pobyt. Tak z doskoku, to jednak za mało..

Po góralsku

Wybory jakie były, każdy widzi. Komentarze w tym temacie również. Czekamy więc do 12 lipca, z nadzieją na zmianę i kolejne głosowanie.

Zawsze natomiast, na dzień dzisiejszy i każdy kolejny wybieramy rodzinę oraz czas z nią spędzony. Na niedzielę też, przy okazji składania życzeń tacie, bratu i jego narzeczonej. Gdyż skumulowało się czerwcowe świętowanie urodzin i imienin. Moje też w tym miesiącu były, a i nasza rocznica ślubu i urodziny znajomych. Podobny mamy także listopad i kto wie, może dołączy do kompletu ślub kuzynki Męża. Na razie z nadmorskich rejonów wylądowaliśmy w góralskich klimatach, choć nie trzeba było ruszać w daleką podróż..

Obiad rodzinny w Zbójnickiej, przy drewnianych ławach i jadle, które nie tylko z nazwy urlopy w górach przypominało. Pysznie było, na luzie i z ganianiem za maluchami od oczka wodnego z rybkami, po zakątek z zabawkami.

Po obiedzie spacer w naszym ulubionym parku i lody na deser, już w małym zakresie, z braku miejsca na słodkości. Przy dzieciach jednak ten spacer w dość dużym tempie. Z ganianiem, bieganiem za piłką i pogaduchami na raty. A nowy tydzień jak zwykle pełen pracy, targania siat z zakupami i gotowania. Tym razem góralskiej kwaśnicy, bigosu i mniej góralskiego gulaszu z kaszą bulgur. Po takim menu mile widziane jeszcze większe ilości spacerów w parku 🙂

Na tarasie..

Dwa przedpołudnia spędziłam z Małym na tarasowych pogaduchach. Na patrzeniu jak nasze chłopaki szaleją w basenie i podziwianiu pięknego wystroju tego podniebnego zakątka. Taras jest przestronny i na szczęście już naprawiony, więc nie obawiam się kolejnych zarwań na suficie. Jedyny minus, że nie jest zadaszony także przy deszczu wszystko im tam moknie i o ile dla kwiatów i ziół to dobrze, o tyle mniej fajnie dla mebli i poduszek. Jednak gdy świeci słońce, to mały raj na ziemi i nawet na wakacje nie trzeba stamtąd wyjeżdżać 😉

Wczoraj zostawiłam nawet Małego na kąpiele, a sama załatwiałam temat rolety do sypialni. Nie trafiłam bowiem z kolorem tkaniny. W pochmurny dzień wydawał się inny, niż gdy zaświeciło słońce. Zresztą i w nocy pomarańczowy blask z okna przebijał co strasznie mi przeszkadzało. Na szczęście firma nas poratowała i materiał będzie wymieniony na bardziej beżowy. Pasujący i do kolorystyki pokoju i do wymagań świetlnych. Nie lubię bowiem pełnego zaciemnienia w pokoju, muszę widzieć kontury mebli czy choć jaśniejszą poświatę w oknie. Może dlatego, że czasem budzę się w nocy i kompletna czerń nie jest mile „widziana”. Tymczasem dla rozproszenia mroków i dzisiejszej odmiany pogody na deszczową, wybieramy się z dziewczynami w miejsce tropikalne i przytulne. Ale o tym w następnym odcinku 🙂

Zakątki

W każdym mieście są miejsca mające moc przyciągania, cieszące oko lub przynoszące ukojenie.. są takie, pełne bogactwa

ul. Mariacka w Gdańsku

I takie, przy których chce się przystanąć, dotknąć ich, napatrzeć się do woli i zamyślić..

W naszym mieście też mamy ulubione uliczki i zakątki, choć nie jest ich zbyt wiele.. Po powrocie z wojaży i domowych obowiązkach, dzisiejszy „spacer” zrobiliśmy w większości zza szyb samochodu. Padało pół dnia, ale z domu wyjść się chciało. Objechaliśmy Stare Miasto, bulwary i nasz park, w którym tym razem nie dało się pograć w piłkę czym Mały był rozczarowany. No cóż, długi weekend w toku i może pogoda zdąży się poprawić. Zresztą czasem i w domu przydałoby się pobyć, bo podłogi wołają o uwagę i okna trzeba umyć przed montażem rolet. Także trochę czasu na zajęcia domowe, trochę na plener i odpoczynek. Równowaga w przyrodzie musi być.

Buszując w..

akurat nie w zbożu, ale w rzepaku się przytrafiło. Wprawdzie z zastopowaniem na chwilę trasy nad jezioro, ale nie mogłam się oprzeć, by nie podejść bliżej i zobaczyć jak te złote łany wyglądają oko w oko..

Wyglądały zachęcająco i szkoda, że nie mogłam wleźć w nie po pas i zrobić sobie zdjęcia z Mężem. Mamy takie jedno z całusem na polu pełnym słoneczników, jest wywołane i zdobi ścianę w sypialni. Niezapomniana chwila i idealny plener do zdjęć ślubnych 🙂 No ale nie tylko o zdjęcia w plenerze chodzi, takie widoki na żywo pozwalają odetchnąć pełną piersią, bez maseczki, z dala od ludzi.. Toteż weekend spędzony na łonie natury, z nadprogramowym piątkiem z racji zmniejszenia godzin pracy u Męża.

Jak to trzeba uważać, o czym się marzy.. O czterodniowym tygodniu pracy rozmawialiśmy nie raz, ale nie sądziłam, że marzenie spełni się wskutek wirusowej zarazy. Teraz najważniejsze, by firma przetrwała ciężkie czasy i żeby nie trzeba było zacząć marzyć – o pracy. Na razie korzystamy z wydłużonych weekendów i póki możliwość (i pogoda) polecieliśmy do rodziców nad jezioro. Na grillu oczywiście uległam i kawałek podpieczonego chleba zjadłam, ale za to ograniczyłam się do jednego kawałka kiełbaski i dołożyłam na talerz dużo surówki. Po takiej porcji, na kolację już tylko cukinia w plastrach, zapakowanie pralki na jutro, kąpiel i wieczorny film, w piżamie. Dobranoc. I uważajmy, o czym marzymy 😉

Czipsy inaczej

Powiedziało się A, trzeba dotrzeć do Sz jak szczupły brzuch. Zadanie niełatwe, ale jeśli napiszę o tym tutaj, mobilizacja będzie większa. Ruszyłam z sałatkami mieszanymi z dużą ilością warzyw, którymi mam nadzieję, za jakiś czas będę w stanie się najeść. Na razie żołądek domaga się po nich większej porcji kalorii. Ale nic to, już ograniczyłam trochę słodycze, a przekąski zamieniam na rzodkiewki czy ogórki gruntowe.

Ostatnio obejrzeliśmy odcinek Galileo, w którym pani w temacie zdrowego żywienia oraz No Waste doszła do dużej wprawy robiąc np pesto z natki marchewki, ciasto ze skórkami bananów czy czipsy z liści kalarepy. Młoda kalarepa już się pojawiła, postanowiłam spróbować owych czipsów..

Same listki, lekko posmarowane olejem lub oliwą, trochę posolone lub posypane ulubionymi przyprawami. Do rozgrzanego piekarnika na 180 stopni i tak po 10 minutach trzeba zaglądać by listki były całkowicie wyprażone. Nie mogą zostać miękkie bo są niezjadliwe. Smak owych czipsów nietypowy, przyjemnie się rozkruszają ale są z odrobiną goryczki. Nie każdemu więc posmakują. Mężowi w ogóle nie podeszły, dla mnie zjadliwe.

U Ani podłapałam pomysł na różne jarskie kotleciki, które zamierzam wprowadzić w życie od nowego tygodnia. Tym bardziej, że udało mi się upolować mąkę kukurydzianą nadającą im chrupkości. Również mąka gryczana mnie skusiła, do zrobienia zdrowszych naleśników. Na bliny chyba się nie odważę, jakoś z drożdżami nie jest mi po drodze. Ta jedna jedyna paczka nadal czeka na prosty i szybki w wykonaniu pomysł 😉 Tymczasem zapowiadają się plenerowe dni i grilla sobie nie odmówię, dołożę tylko do niego warzywa i zjem bez pieczywa. Miłego i smacznego weekendu 🙂

Po deszczu – słońce

Dwa dni popadało i dziś od rana słońce w pełni, robi się coraz cieplej choć jeszcze przed nami „zimna Zośka”. Powiedzenie to przeczy zupełnie naszej Zosi, z której ciepła i dobra kobieta. Ale pogodowo faktycznie często się w tym czasie zmienia. Część kwiatów wystawiam na słońce w ciągu dnia, potem chowam je na noc do domu. Ale bratki, które trafiliśmy w majówkę nad jednym z jezior, za nic sobie mają chłodne noce..

Kwitną pięknie, rozkwitam i ja na wiosnę. Chce się wychodzić na spacery z synem, chce się wyjeżdżać, wędrować, znowu zwiedzać. Więcej energii, więcej chęci i apetytu na życie. Żeby jeszcze tylko apetyt na jedzenie nie rósł byłoby ok, a po tej izolacji mniej ruchu i więcej podjadania poszło w boczki. Tymczasem chciałoby się jakiś nowy ciuch zakupić, byle nie rozmiar większy! Pora więc ograniczyć spożywanie dóbr wszelakich, powrócić do sucharków, przejść na więcej warzyw, kasz i unikać słodyczy, jak ognia. A skoro ubrania muszą poczekać na lepszą figurę przejrzę sobie ofertę butów. Chodzą za mną ostatnio jakieś zamszowe półbuty, nie takie a’la tradycyjne mokasyny, ale i nie balerinki. Przejrzę ofertę sklepów i mam nadzieję, że coś upoluję, choć przez internet butów kupować nie umiem. Otwarte sklepy kuszą, ale moja radość z zaglądania do nich, na razie przytłumiona. Tutaj nie wystarczy słońce po burzy, tym bardziej, że wirusowa burza nadal trwa..