Obiadowe i cieplarniane dylematy

Skoro padło hasło „jeść” to wiadomo, coś wymyślać na obiady wypada. Swoją drogą nie sądziłam, że to taki wyczyn, kombinować co i rusz dania obiadowe. Kolacje i śniadania nie ma problemu, bo a to tosty, parówki, jajka, naleśniki, jajecznica czy po prostu kanapki. Ale z obiadami już tak łatwo nie ma. Zupy ok, lubię gotować i na dwa dni z nimi spokój, choć też fajnie, gdy nie powtarzają się za często te same. Kiedyś zrobiłam sobie nawet listę i jechałam według kolejności, wracając potem do początku. Ale tak się na dłuższą metę nie da, bo nie zawsze są składniki. Za to drugie dania to już wyższa szkoła jazdy. Zwłaszcza, gdy tej kuchni ciągle się uczę i nie mam takiej wprawy, jak na ten przykład fachowcy po gastronomiku. Bądź wszyscy, co do kuchni talent posiadają. Dla mnie zrobienie gulaszu z karkówki to wielka rzecz. A jeszcze jak mięsko w tym miękkie wyjdzie – nic tylko na medal czekać (nie dostałam, ale grunt, że gulasz smakował);) Tworzę więc, co umiem i próbuję trochę poszerzać horyzonty kulinarne, o coś, czego nie jadamy na co dzień – tu najchętniej panowie jedliby kotlety mielone, drobiowe i schabowe, w dowolnej kombinacji. Także jakieś kopytka, pierogi z mięsem, pieczenie mięsne z kaszą, zapiekanki z makaronem, placki z cukinii, czy domowe hamburgery się trafiają. Było też zamówienie na muffinki do szkoły – kiermasz z różnych stron świata, z zakupem ciast i babeczek – które wreszcie mogłam zrealizować.

Za to teraz dostaje się 6;)

Piekarnik i robot nieźle mi pracę ułatwiają i nareszcie jest bez zakalca. Ale nad obiadami myślę i myślę, czym by tu zaskoczyć moich chłopaków, żeby chętnie jedli i żeby smakowało..

Poza kulinarnymi tematami wreszcie ogarnęłam się po wakacjach, przestawiłam całkowicie na jesień, wyciągnęłam płaszcz, botki i zakupiłam Małemu kozaki. Choć na razie pogoda rozpieszcza, za oknem mamy 16-18 stopni i co jakiś czas słońce. Przyjemnie jest i nawet tego płaszcza nosić nie trzeba. Dostaliśmy też wiadomość ze spółdzielni odnośnie ogrzewania. Nie wygląda to różowo, więc oby pogoda i ciepło dopisały na dłużej..

A w ramach polepszania nastroju, odrywania myśli od krajowych i światowych problemów – powrót do wakacyjnych klimatów i „Bilet do raju” z Julią Roberts i Clooney’em. Sympatyczne wyjście z dziewczynami na Kino Kobiet, dużo śmiechu, konkursy, kosmetyki i przyjemny w odbiorze film. Weekend już blisko i ciekawe co przyniesie tym razem:)

Reklama

Lecą z drzewa, jak dawniej, kasztany

Weekend słoneczny, ale temperaturowo chłodny, więc przez wzgląd na nasze katary większość czasu spędziliśmy w domu. Trochę odsypiania, gier planszowych, porządków w akwarium (wymiana podłoża, wody, mycie szyb) i gotowania różności. Była próba pieczenia kruchych ciastek – owszem, kruche wyszły, ale jakieś takie suche przez ten nasz gazowy piekarnik. Coraz bardziej nakręcam się na remont w kuchni i wymianę starych sprzętów, mam już nawet namiary na polecanego tatę koleżanki, który od lat praktykuje z powodzeniem takie tematy. Trzeba tylko z tym ruszyć. Ale zanim kuchnia, trochę gimnastyki na naszym kasztanowym spacerze. O dziwo trafiliśmy jeszcze spore ilości i przytargane 5,5 kg wędruje jutro do szkoły.

Od razu na słowo kasztany rozśpiewuje mnie się w głowie TA piosenka. Rodzice nie raz w domu jej słuchali i nie raz przy ogniskach śpiewali. W te wakacje coś nie po drodze mi było z gitarą. Przydałoby się nadrobić to za rok. A żeby jeszcze wakacyjnie trochę było, w niedzielę pojechaliśmy na obiad do baru, na spacer spokojnymi uliczkami i do parku na pyszne kołacze. Wieczorem bajka „Planeta 51” i po podreperowaniu zdrowia, można ruszać w nowy tydzień. Z wakacyjnym widokiem pod powiekami, ale z cieplejszym już płaszczem, botkami i szalikiem..

Narybek

Mam wrażenie, że dawno nie byliśmy tak dotlenieni, jak ostatnio. Może to wizja zamknięcia w domu i braku swobody, ale ciągnie nas na dwór i jedynie Mały czasem narzeka, że drugi raz w ciągu dnia nie chce mu się wychodzić. Za to potem, nie chce wracać i dalej szalałby na dworze:) Rodzinka wybrała jednak bliższe rejony osiedlowe, z racji przymrozków i mało zachęcającej do spacerów aury. Na Jasne pojechaliśmy po obiedzie sami i nie byliśmy jedynymi spędzającymi w ten sposób weekend..

Była jednak i atrakcja w postaci akwarystycznego sklepu, do którego ogromny pasjonat tematu sprowadza co i rusz nowe rybki i rośliny. U niego z kolei temperatury tropikalne, krótkie rękawy i podziwianie różnorodności morskiej flory i fauny. Wybraliśmy do naszego akwarium nowych mieszkańców, pod postacią razbory klinowej, połyskującej w świetle i pływającej ławicowo. Do tego kilka malutkich krewetek red cherry i mamy komplet. Teraz trzeba jeszcze wyrównać parametry, żeby glony się nie rozrastały, więc różne preparaty i lepszy filtr do akwarium również nabyte. Rybki, trzymajcie się!