Na słońce

Urodziny u koleżanki były zaskakującym i sympatycznym wydarzeniem. Zaskakującym, gdyż nie mogłam się doliczyć ilości gości, kiedy wszyscy zaczęli się schodzić. Do końca nie byłam pewna, czy było nas 15 czy 19 osób. Część krążyła między pokojem, a kuchnią, część po północy odpłynęła na górze w sen, a palący wychodzili na korytarz w okolice okna. Impreza momentami przenosiła się do łazienki na wspólne malowanie, a gdy zaczęły się tańce dookoła stołu, to już w ogóle wszystko się mieszało. Smakołyki różniste, pyszne ciasta, pogaduchy wśród otwartych i wyluzowanych starych i nowych znajomych. Hulańce do różnych stylów muzycznych, poprzez elektro, rock’a, moje kawałki podłogi, aż do tańczącej rudej 😉 Było wesoło i tak przyjacielsko, jakby się ich wszystkich sto lat znało.. a że tym razem wypiłam tylko lampkę wina to niedzielny poranek okazał się łaskawy..

Łaskawa była też pogoda, dzięki której można było złapać długi spacer nad wodą. Nacieszyć oko widokami i choć w kurtkach, to powygrzewać się jeszcze na molo, siedząc w promieniach słońca.

Szkoda było tracić czas na gotowanie, obiad więc w naszym ulubionym barze, jedynym w okolicy miasta, gdzie można zjeść w niedzielę tanio, ale smacznie. Potem spalanie kalorii w wędrówce, by nadrobić je lodowym deserem z dużą ilością owoców. Tak naprawdę przewagą owoców nad lodami, bo jednak witaminy jesienią warto dostarczać w każdej dawce. Suplementację zresztą też włączyłam nam i Małemu i mam nadzieję, że jakoś tę jesień w zdrowiu przetrwamy..

Reklama

Mały chemik

Jak to mówią, nie taki diabeł straszny.. Nawet, gdy ukrywa się pod postacią stresu tuż przed wystąpieniem, zabiera słowa, gdy trzeba się wykazać elokwencją i sieje pustkę w głowie, gdy trzeba wymyślić coś więcej. Ale jakoś poszło. Ubrana w biały fartuch i ochronne okulary opowiedziałam maluchom o samej chemii, ogólnie o właściwościach różnych tworzyw. Zaprezentowałam model cząsteczki z atomami i na bazie magnetycznej układanki pokazywałam, jak owe wiązania mogą się rozrywać i zmieniać strukturę całości. Od koleżanki pożyczyłam stojak z probówkami od zestawu małego chemika, druga poratowała mnie zlewką imitującą prawdziwą. Kupiłam kilka barwników, brokatów i zaopatrzyłam się w odpowiednie porcje klejów i jednorazowych kubków dla całej ferajny.

A dwa eksperymenty prezentowałam w słoikach, szkło laboratoryjne jakoś tak wyszło mi z obiegu. Lampa na bazie oleju słonecznikowego, wody i musujących witamin zrobiła furorę, a tańczące w gazowanym napoju rodzynki prezentowały możliwości dwutlenku węgla. Cała jednak zabawa zaczęła się, gdy 22 dzieciom rozdawałyśmy z przedszkolanką kubki, dzieliłyśmy po równo porcje kleju, wody, barwników, brokatów i płynu do prania. A powstający z owej mieszaniny slime (potocznie glutek) domowej roboty wzbudził największy entuzjazm! Ile było po tym wszystkim sprzątania, szorowania stolików, zlewania płynów i ratowania upapranych rąk i koszulek, to tylko ja i pani Helenka wiemy. Ale nic to, radość dzieci jest bezcenna i na wagę.. brokatowego slime’a 🙂

Tymczasem weekend za pasem, jestem po dwóch godzinach gotowania smakołyków na wolny czas, dziś ostatni dzień naszego Bohatera pod hasłem Spiderman – wraz z przebraniem za Spidera i pająkiem na baterie. Na jutro czekające pranie, rodzinny czas, a wieczorem urodziny koleżanki i domówka z tańcami. Myślę, że niedziela przyda się na zasłużony odpoczynek.. Czego i Wam życzę 🙂